KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielki Dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielki Dom. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2015

Rozdział XIII

(...)Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja(...)



Ognisko, przy którym teraz siadali herosi, było już daleko za nim, a dym wnoszący się ku niebu wskazywał, jak daleko od niego jest. Jednakże jego całkowitą uwagę przykuła dawna „znajoma”. Czarnowłosa kobieta o jasnych krwisto-czerwonych pasemkach nie wydała się nawet go zauważać, ale wiedział doskonale, że to są tylko pozoru. Miała na sobie czarny płaszcz, choć nie zarzuciła na głowę kaptura, pozwalając, aby jej czarne kosmyki, co jakiś czas unosiły się na nikłym wietrze. Wydała się całkowicie skupiona na swoim zdaniu, a jej wargi ułożyły się w nieprzyjazny grymas niezadowolenia.
Zadanie, które wykonywała naprawdę się jej nie podobało, co on z łatwością mógł wywnioskować, po jej nerwowych ruchach, czy cichych przekleństwach, którymi obrzucała całą przyrodę, braci i zmuszenie do bycia dyskretnym, a co jak łatwo było zaobserwować niezbyt dobrze jej wychodziło.
Przecierając się przez gęsty las, czekał aż znajdą się na tyle daleko, aby żaden z obozowiczów nie zauważył, co się dzieje. Nie mógł ryzykować, iż któryś z nich wtrąci się do ich rozmowy, a ona jakby nie patrzeć miała nad nim niewielką przewagę w postaci żywej tarczy.
Rudowłosa dziewczyna zwisała bezwładnie z jej ramienia, wydało się nawet, że już zrezygnowała z jakiejkolwiek szansy na ratunek. Dostrzegał w świetle księżyca niewielki blask na jej policzkach, a z resztą, kto w takiej sytuacji nie byłby przerażony?
Szedł spokojnie między gałęziami, a korzeniami drzew. W taki sposób, aby wydać, jak najmniej dźwięku. Starał się również nie iść pod wiatr, choć z jakiegoś powodu miał całkowitą pewność, że kobieta idąca swawolnym krokiem, kilka metrów przed nim, jest całkowicie świadoma jego obecności.
W końcu się zatrzymała, co wprawiło go w niepokój, gdyż doskonale wiedział, że nie są jeszcze nawet przy granicy obozu, a aby zniknąć stąd niedostrzeżenie tak, aby pan D. się nie zorientował, że ma w obozie szpiegów, tak powinna postąpić. Sam z resztą podejrzewał, że Dionizos doskonale zdaje sobie sprawę, że ma nieproszonych gości. Bo przypuszczał, że stosuje się on do znanego cytatu z pewnego filmu, a mianowicie:
Trzymaj swoich przyjaciół, blisko, ale swoich wrogów jeszcze bliżej
Długo będziesz się bawił ze mną w tą grę, synu Hadesa?
Miał wielką ochotę się warknąć ze złości, a najbardziej uciec, bo nuta uwodzicielska w głosie tej bogini wydała mu się całkowicie nie na miejscu. Nie wiedział, skąd dokładnie wziął się jego nagły lęk, był on raczej absurdalny, ale nie zamierzał okazać strachu.
Powoli wyszedł zza drzewa, nie przejmując się tym razem, że nadepnie na jakąś gałąź, starą szyszkę, czy inną leśną roślinkę, która zdradzi jego pozycję. Powoli sunął się do przodu, pozwalając, aby blask księżyca oświetlił całą jego postać, a jednocześnie będąc blisko cienia, który w razie potrzeby może zamaskować jego poczynania.
Swoją dłoń jeszcze bardziej zacisnął na rękojeści swojego miecza. Dziękował sobie w duchu, że nigdy się z nim nie rozstaje. Z resztą, jak większość herosów i on zawsze był przygotowany na walkę z potworami, które wyskoczą w najmniej odpowiednim momencie.
Apate, oddaj Wyrocznie rozkazał cicho.
Nic nie zdradzało jego wewnętrznego niepokoju, gdyż do tej pory nie wiedział, czego ci bogowie szukają, a starał się dowiedzieć wielokrotnie. Bo chociaż miał już kilka domysłów i szlaków, wszystkie okazały się błędne. Wiedział natomiast, że Apate go oszukiwała i zwodziła, niby była po jego stronie, ale tak naprawdę nadal pomagała swoim kompanom.
A co mi zrobisz, jeżeli tego, nie zrobię? – spytała i prowokacyjnie odpięła kilka guzików swoje płaszczu. Mam się bać, Nico?
Nico zmrużył swoje ciemne oczy, a następnie podniósł do góry swój miecz, który do tej pory bezwiednie ściskał w dłoni, jak ostatnią deskę ratunku. Stygijskie żelazo zalśniło lekko w blasku księżyca, a po chwili koło chłopaka z ziemi wyszło dwóch kościotrupich wojowników.
Bogini, Rachel i on w milczeniu przyglądali się wydobywającym się kością z ziemi, które uformowały się w postać dwóch zmarłych wojowników. Byli wyjątkowo młodzi, gdyż jeden z nich miał w czaszce jeszcze oko, zaś drugi (co było widoczne) miał poszarpane jeansy, a które zapewne zaczęły się już powoli rozkładać. Ich klatki piersiowe zaś były otoczone skórą, choć wojownik w jeansach miał po lewej stronie wielką dziurę. Wyglądało na to, że ktoś wypruł mu serce z piersi. Obydwoje jednak mieli ostre miecze i tarcze, a pierwszy z nich nawet miał kompletną zbroje, zaś o drugim nie można było tego samego powiedzieć.
Gdy pierwszy był łysy i miał mnóstwo robaków, które go obłaziły, drugi zaś miał kilka białych kosmyków włosów, a reszta jego głowy była całkowicie łysa. Jego zielonkawa skóra lśniła w świetle księżyca, a ich wygląd wydawał się jeszcze bardziej złowieszczy. Nico przez moment przypomniał sobie chwilę, gdy pierwszy raz wezwał wojowników, a dokładniej w chwili swojego gniewie i żalu do Percy’ego, gdy ten powiedział mu o śmierci jego siostry.
Ich kościste dłonie, zacisnęły się na rękojeści miecza, a długie, kościste palce trzymały je wyjątkowo stabilnie. Mimo lichego stanu, jakim znajdowali się ci wojownicy, trzeba było przyznać, że byli zdumiewająco silni i wytrzymali, a o czym już wcześniej przekonał się Nico.
Apate cmoknęła językiem z dezaprobatą, a następnie puściła Rachel, która z jękiem upadła na ziemię. Powstrzymał cisnący się na jego usta pół uśmiech, bo właśnie na tę okazję czekał. On zajmie się boginią, a pani O'Leary, przetransportuje Rachel do Percy’ego.
Miał zaufanie do Percy’ego i to nie tylko, dlatego, że był jego pierwszą miłością. Wiedział po prostu, że synowi Posejdona można powierzyć ważne sprawy.
W tym czasie bogini zdrady ruszyła w jego stronę, a w jej dłoni pojawił się miecz. Nie był on jednak z niebiańskiego spiżu, czy stygijskiego żelaza, a jedynie ze zwykłego ludzkiego żelaza. Mimo, że nie był dzieckiem Hefajstosa mógł dostrzec tę niewielką różnicę.
Zginiesz zawyrokowała bogini.
Gdy tylko bogini ruszyła na jego wojowników, z cienia za jej plecami uformowała się postać ogara piekielnego, a jego głośny szczek sparaliżował na chwilę boginię. Obydwoje spojrzeli, jak wytrenowany ogar macha radośnie ogonem i swoim jęzorem liże twarzy Rachel, kilka kropel jego śliny skapnęło na rudowłosa dziewczynę, a która pisnęła w cichym proteście. Uszy psa od razu się podniosły i przyjrzał się dziewczynie z zaciekawieniem.
Do Percy’ego! rozkazał Nico.
Apate drgnęła i właśnie odwróciła się plecami do niego, aby zaatakować ogara, ale ten już złapał w swoją wielką szczękę bluzkę Rachel i pognał w stronę cienia. Podróżowanie cieniem nie dla każdego było przyjemne. Nico wiedział, że syn Posejdona będzie miał bliższe spotkanie z obiadem Rachel, ale tym razem, jakoś nie poprawiło mu to humoru, bo wściekły wrzask bogini z całą pewnością było słychać w całym obozie.
Ku jego zdumieniu, jego wojownikom nagle znieruchomieli i odwrócili się w jego stronę, a ich puste oczodoły zaczęły ziać dziwną czernią. Zaś oko drugiego z nich stało się całkowicie czarne. Natychmiast skierowali się w jego stronę, podnosząc miecz i chcąc zakończyć jego życie. Zaskoczony, zaczął blokować ataki i właśnie przez ten swój niewybaczalny błąd, pozwolenie sobie na odwrócenie uwagi, musiał przypłacić mieczem Apate, który przebił jego brzuch.
Giń syknęła bogini i rozmyła się w powietrzu, znikając.
Wraz z nią jej miecz, a wojownicy rozpadli się na kawałki, pozwalając, aby ziemia na powrót ich zagrzebała w ich grobach.
Chłopak jęknął cicho i upadł na kolana, trawa od razu zaczęła barwić jego spodnie na zielona, a co z całą pewnością się nie domyje. Jednak on nigdy nie zwracał na to szczególnej uwagi, a teraz objął dłońmi swój brzuch, czując tam paraliżujące zimno. Właściwie nie czuł bólu, co go naprawdę zaniepokoiło, a jego czarna bluzka świetnie ukrywała krwawienie i gdyby nie dłonie, które na niej położył, mógłby nawet pomyśleć, że rana to wymysł jego wyobraźni.
Nico? Usłyszał czyjś głos.
Jednak świat wokół chłopaka zaczął wirować, co zapewne było spowodowane szybka utratą, licznej krwi, a następnie odsunął się na ziemię tracąc całkowity kontakt ze światem. Być może były to psoty jego wyobraźni, ale przez moment wydawało mu się, że widzi swoją siostrę.
Biankę.
Już niedługo znów będą razem.

*          ~          *          ~          *
"Własną drogę wybierz,
by przeznaczenie swe ziścić.
Klucz do zagadki masz,
a ją poznasz na zachodzie,
tam gdzie słońce żegna się z dniem.
Zagłada bogów będzie wnet.
Tylko pamiętaj,
Ciemność w świetle jest kluczem,
Zło w dobroci jest mapą,
Zaś pochodnia twą pomocą.
Lecz uważaj dzielny wojowniku,
Za cenę miłości,
Śmiercią przyjdzie zapłacić.”
Chejron zamyślony spoglądał na migoczący w tęczy obraz, jednego ze swoich ulubionych herosów, którego morskie oczy pociemniały o kilka oktaw, wyglądając niczym zburzone morze podczas sztormu. Jego czarne roztrzepane włosy wpadały mu na oczy, ale chłopak nie wydawał się tym przejmować.
Zaś sam Centaur westchnął z zamyśleniem, i znów się zadumał.
Tępym wzrokiem wpatrywał się on w migoczącą tęcze, w której widniał równie zamyślony syn Posejdona. Mimo, że miał on ochotę przejrzeć się Perseuszowi Jacksonowi, który staje się coraz szybciej dorosłym mężczyzną, to jednak w tej chwili nie miał na to czasu, były ważniejsze, nieznoszące zwłoki sprawy.
Obraz w Iryfonie – bo tak nazywał się „telefon” (jak czasem porównywali go młodzi herosi) stworzony dzięki Irys, która udostępniła swoją tęcze (za niewielką opłatą) do komunikowania się z innymi – zamigotał i po chwili pojawiło się ostrzeżenie, że rozmowa zostanie przerwana.
Chejron wyjął ze swojej skórzanej kamizelki niewielką srebrną monetę – hemidrachma – która była wyjątkowo ciepła, a następnie podrzucając ją do góry za pomocą kciuka, wpadła ona w tęcze, a po chwili rozpłynęła się w niej, podobnie jak łacińskie napisy z ostrzeżeniem.
Wyrocznie mówiła coś jeszcze? Żądała, czyjejś obcości? spytał Chejron.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jillian*

Być może zachowywałam się głupio.
W tej chwili byłam więcej niż pewna, że postradałam zmysły. Jaka normalna dziewczyna wchodzi do pokoju swojego prześladowcy? Gdybym miała być szczera sama przed sobą (mimo wielu swoich wad, staram się taka być), to musiałabym przyznać, że mój prześladowca coraz poważniej mnie intryguje. Z niechęci przeszłam do przyjaźni i szczeremu zaintrygowaniu.
Zwalałam całą tą sprawę na moją matkę, gdyż to przez nią jestem w połowie harpią (może jedynie w jednej trzeciej?), a to natomiast sprawiało, że moja ciekawość może okazać się zabójcza. Mimo takich argumentów nic nie było w stanie powstrzymać mnie od wetknięcia nosa w nie swoje sprawy, a niestety ta cecha mojego charakteru zaczynała się wyostrzać.
Właściwie wcale nie byłam zaskoczona widokiem całej ściany oblepionej swoimi rysunkami i zdjęciami. Choć w pokoju znajdowały się dwa łóżka, bezbłędnie mogłam od zgadnąć, które należało do mojego… prześladowcy.
Przypatrywałam się białym kartką, na których Ryan z niezwykłą precyzją i dokładnością ukazał moją twarz w różnych momentach. Zastanawiałam się, czego używa do szkicowania, więc natychmiast spojrzałam na biurko wykonana zapewne z sosny.
Pokój był utrzymany w złoto-żółtych barwach, więc zwykli śmiertelnicy pewnie by oślepli, wrzeszczeli i w akcie paniki uderzyli się głową w ścianę podczas ucieczki, i tym samym stracili przytomność, bo choć sama miałam ochotę wykonać te wszystkie czynności, to moja ciekawość (zabójcza ciekawość) była zbyt wielka, aby nie zacząć grzebać w biurku Rudzielca.
Gdy znalazłam zestaw profesjonalnych ołówkom do szkicowania i węgiel, szybko je odstawiłam na miejsce i z jękiem usiadłam na krześle wzdychając ciężko. Nigdy do tej pory nie czułam się tak bardzo zmieszana, tak bardzo niepewna.
Zaczęłam w końcu przeklinać swoje hormony i fakt, że dorastałam.
W takim ponurym nastroju znalazł mnie współlokator Ryana, a który okazał się być Will.
Obydwoje spojrzeliśmy na siebie i podczas gdy ja zrobiłam naburmuszoną minę, chłopak uśmiechnął się radośnie, a następnie wypadł z pokoju, a ja tuż za nim.
Powód był prosty.
On chciał poinformować o tym Rudzielca.
Natomiast ja, chciałam wcześniej wyciąć mu język, połamać palce i przede wszystkim zabić, a później osobiście zaprowadzić jego ducha do Hadesu, a żeby mieć pewność, że nie poinformuje o tym Ryana.

*          *          *

Stojąc przed drzwiami o znaczku „Aquilo” zastanawiałam się, co też może pojawić się za drzwiami „Południe”, bo kiedy przekroczyłam próg drzwi „Auster” (czyli z łac. „Północ”) miałam bliskie spotkanie z Henrykiem, a który popatrzył na drzwi z nieprzychylnym okiem. Jakoś nie miałam ochoty otwierać ich i natknąć się na głodnego tygrysa. Ta perspektywa była dla mnie raczej oczywista, bo gdy Leo Valdez wyjaśnił mi, że mój ojciec jest szalony, nie dziwiło mnie, więc, że dostałam Pingwina, jako domowe zwierzątko.
Otwierasz, czy nie? spytał Leo.
Sama nie wiem, czemu ten czarnowłosy syn Hefajstosa się tutaj znalazł, ale jakoś świetnie się dogadywaliśmy. Może zabrzmi to sentymentalnie, ale z jakiegoś powodu przypominał mi o moim jedynym przyjacielu, ponieważ ostatni czasy, był traktowany, jakby oszalał. Nie do końca pojmowałam, czemu tak jest.
Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja zauważyłam kpiąco.
Spojrzał na mnie, a na jego chochlikowej twarzy pojawił się zawadzki uśmiech.
Ciekawi mnie, co też wymyślił ten twój zwariowany tatusiek mówiąc to, w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. No i obiecałaś mi lwa – oznajmił.
Z niedowierzania otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam, przymykając na chwilę oczy i błagając bogów o cierpliwość, bo w przeciwnym razie z pewnością śmiałabym się do łez. Pokręciłam głową i panując, jako tako nad sobą uchyliłam drzwi.
Były wykonane z jasnego drewniane i pomalowane na czarno zaskrzypiały, gdy je otworzyłam, a ciepły front powietrzy owiał moją twarz i ramiona. Nie zerkając na swojego towarzysza, przyglądałam się widokowi za drzwiami.
Nie było to dla mnie zaskoczeniem, gdy nagle znalazłam się w środku Brazylijskiej dżungli.
Bezbłędnie orientowałam się w terenie, bo gdy tylko zawieje lekki wiatr w moim mózgu tworzy się kompas i mapa, a następnie z niezwykłą dokładnością mogę ustalić gdzie się znajduje.
No i po moim lwie zauważył niby z oburzeniem Leo, choć jego oczy śmiały się, a jego usta ułożyły się w szeroki uśmiech. Pamiętaj, że żądam takiego na urodziny oznajmiając to zaczął grozić mi palcem.
Z całą pewnością obydwoje przebywalibyśmy tutaj znacznie dłużej i podziwiali piękne, bujne, zielone korony liści, śpiew ptaków i ich loty na bezchmurnym niebie, gdyby nie to, że nagle ktoś załomotał do drzwi, a przerażony Henryk zaczął biegać bez sensu w kółko wokół mnie i podszczypując mnie swoim małym dziobem, zapewne żądał jedzenia.
Żarłok warknęłam na małego pingwina.
Zamknęłam drzwi, a Leo puszczając mi oczku ruszył w stronę tylnego wejścia. Nie pojmowałam, czemu się tak dziwnie zachowuje, ale z jakiegoś powodu rozumiałam, że miałby z całą pewnością później konflikt z Rudzielcem, a który (jak się okazało) jest świetnym szermierzem, uwierzyłby, kto?
Z ponurą miną ruszyłam w stronę głównego i wąskiego holu w swoim domku, na ścianach wisiały podobizny greckich bogów wiatrów, a złote litery pod obrazkami były napisane ich imionami. Bo choć nigdy nie uczyłam się greki z łatwością ją rozumiałam.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na całą szerokość, byłam pewna, że moja twarz wygląda, jak chmura gradowa, ale właśnie moi goście popsuli mi myszkowanie po moich magicznych drzwiach. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Maggie ma przerażoną minę i przyciska do siebie fioletową torbę, a następnie wepchnęła się do środka, podczas, gdy Ryan z luzem i szerokim uśmiechem wszedł do środka niczym król na włościach.
Naprawdę był on irytujący!
Zbieraj się Jill, ruszamy na misję! krzyknął mi do ucha Rudzielec, a ja podskoczyłam.
Przeklinając siebie i jego, przeniosłam ponure spojrzenie na Maggie.
Ryan! Zbeształa go. Nie krzycz tak, w końcu to nieoficjalna misja poprawiła go.
Spojrzałam na swoich przyjaciół z niedowierzaniem, a następnie uśmiechnęłam się szeroko.
Och! Miałam na nich naprawdę zły, niszczycielski i cudowny dla mnie wpływ!
Już nie mogłam doczekać się momentu, w którym złamiemy kilka paragrafów z regulaminu obozu.

*          ~          *          ~          *

Potrząsając swoją blond czupryną, Will westchnął głęboko i przyjrzał się śpiącemu, synowi Hadesa. Jego twarz w śnie się rozluźniała i wyglądał niezwykle słodko. Syn Apolla miał wielką ochotę dotknąć tej delikatnej, bladej skóry na policzkach śpiącego chłopaka.
Zarumienił się odrobinę z powodu swoich myśli, a jednocześnie ucieszył się, że widząc Nica zmierzającego do lasu, postanowił w tej chwili szczerze z nim porozmawiać. Nie chciał nawet myśleć, co by się wydarzyło, gdyby nie był kilka kroków od Nico i w porę nie zaczął go leczyć.
Dreszcz przebiegł po plecach chłopaka, a on ze skrywaną miłością spojrzał na śpiącego herosa.
Odprężył się lekko na swoim zielonym fotelu w pomarańczowe łaty. Mógł w końcu czuwać nad śpiącym Nico całą noc. Był wdzięczny Chejronowi, że pozwolił mu, choć nie wątpił, że duży wpływ na tę decyzję miały jego uzdrawiające moce, które odziedziczył po ojcu.
Nie zamierzałem, jej wydawać oznajmił Will, przerywając ciszę w niewielkim pokoju.
Lampka stojąca koło łóżka Nico, niedaleko niego samego, oświetlała lekko przestrzeń pokoju. Chociaż pokój był utrzymany w białych barwach, w tej chwili wydawał się niezwykle ponury, a co spowodowało wisielczy nastrój Willa, bo uśmiechnął się na myśl, że ten pokój nareszcie zaczął pasować do stylu Nico.
Chociaż… Will zawahał się wspominając swojego brata i goniącą go Jill. Przeszłość Jill jest raczej oczywista, a przynajmniej można się jej domyśleć, ale… przeszłość Ryana mnie zastanawia wyznał.
Szczerze zaabsorbowany tymi przemyśleniami, nie zauważył, że jego śpiący do tej pory towarzysz otworzył oczy i skrzywił się lekko, czując zapewne ból. Czarne jak węgiel oczy spoglądały z zaciekawieniem na zamyślonego Willa, a w ich wnętrzu coś niezidentyfikowanego się tliło. Jakby rozczarowanie, a może nawet i żal.
Mój brat jest… zaczął, spoglądając niewidzącym wzrokiem w przestrzeń przed sobą. Dziele z nim pokój i wiem, że on, tak naprawdę…
Dlaczego mnie uratowałeś? spytał z lekką pretensją w głosie Nico.
Zaskoczony słowami Nica Will spoglądał na niego bez słowa. Bo cóż miał w tej chwili powiedzieć?
Przemowę, którą ułożył sobie na taką chwilę, od razu wyleciała mu z głowy, choć uśmiechnął się uroczo i niepewnie nachylając ku leżącemu herosowi, a który spoglądał na niego z wyrzutem, tak widocznym w czarnych, cierpiących oczach.
Przez moment Will poczuł niepokój, bo tęczówki syna Hadesa zamiast brązowe (a on uwielbiam w nie patrzeć) były całkowicie czarne. Jednak, miał nadzieje, że to tylko gra świateł i tak naprawdę z herosem jest wszystko w jak najlepszym porządku.
Taką mam pracę odpowiedział ze spokojem, którego jednak nie czuł.
Syn Hadesa skrzywił się i westchnął cicho.
Nie chciałem, aby ktoś mnie ratował burknął cicho chłopak.
Ktoś musi zająć się Hazel zauważył Will.
Hazel ma Franka mruknął w odpowiedzi Nico.
Sfrustrowany Will zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela i nachylając się jeszcze bardziej w stronę syna Hadesa, wyznał z niezwykłą złością:
Ja cię potrzebuje Nico!
Przez moment czarne oczy chłopaka zmieniły barwę na brązową, a co odnotował Will z ulgą, jak i zaniepokojeniem. Wyglądało na to, że syn Hadesa był znacznie bliżej śmierci niż mu się wydawało.
Masz swoich braci burknął nagle za złością.
Mimo wszystko Will zachichotał, a Nico odwrócił zawstydzony głowę, wbijając wzrok w drzwi od małego pokoju, w którym się znajdował. Nie pamiętał, jak tu trafił, ale z powodu swojego zmęczenia, szybko przymknął oczy. Syn Apolla przyglądał się jak napięte rysy twarzy chłopaka znów się wygładzają, a jego oddech staje się wyrównany.
Zapadł w sen, a co skwitował Will z szerokim uśmiechem i czułym spojrzeniem, jakim obrzucił śpiącego chłopaka.
___________________________________________________________________________
Wiem, że rozdział z wielkim opóźnieniem. Mam nadzieje, że mi wybaczycie :)
Pewnie i tym razem znów znajdą się, jakieś błędy... hmm... prawdę mówiąc sprawdzałam tekst kilkakrotnie, ale człowiek na robot, błędy robi (czy jakoś tak -_-).
Co do przepowiedni, jestem ciekawa, co o niej myślicie. Przede wszystkim, jednak ja wiem, kogo "zabije" (mniej więcej), ale zastanawiam się, kim będzie ta tajemnicza osoba waszym zdaniem?
Ach! No i takie pytanie do was, kogo waszym zdaniem wytypuje Chejron do misji? 
Zasada greków jest taka, że mogą to być tylko trzy osoby. Według nich "trzy" to święta liczba...
Jeszcze raz przepraszam za swoją dłuższą nieobecność! Mam również nadzieje, że rozdział się podobał :3
Bussis! ^^

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział VIII

Zacznę od informacji, że tym razem moje opowiadanie nie jest sprawdzone przez betę, a która na jakiś czas mnie opuściła T-T Dlatego też, przepraszam za nieuniknione błędy w opowiadaniu. Starałam się je jakoś wyłapać, ale wiecie jak jest...
Dzisiaj będzie rozdział, a jutro wstawię świąteczny dodatek >.< Przepraszam was, że tak długo na niego czekaliście, ale z powodu pewnej strony, którą znalazłam (z mangami) miałam nie lada problem się od niej oderwać. Na szczęście udało mi się i wyszłam z tego niemal bez większego uszczerbku na zdrowiu :3
Zanim przejdziemy do rozdziału, chce dodać taki Mikołajkowy dodatek (spóźniony, ale cóż), więc zaczniemy od krótkiej historii:





*Ryan – „jak umarł mój chomik*


To była zabawna historia, naprawdę!
O ile dobrze pamiętam miałem wtedy siedem lat i byłem światkiem wielu dziwnych rzeczy, bo ilekroć spotykałem jednego z bogów był on wkurzony, gdy dla zabawy nazywałem ich greckimi imionami, bo wtedy musieli się zmienić, gdyż ja, jako jedyny w obozie Jupiter byłem synem greckiego boga.
Nie mniej o ile dobrze pamiętam tamtego dnia miałem dwie wizję: Pierwsza – była oczywiście o mojej Jillian… (teraz coś zupełnie nie na temat, bo razem ze mną wyobraźcie sobie śliczny biały domek z białym płotkiem… chociaż to ja jestem bardziej romantyczny z naszej pary, to nawet ja nie mam na tyle rozwiniętej wyobraźni, aby widzieć moją kochaną Jillian w czymś takim nawet za cenę swojego życia), gdzie widziałem wtedy moment zabicia jej babki.
Ja wiem, kto ją zabił, bo zapewne jak dobrze wiedzie mitologiczne potwory (i inne takie) nigdy nie umierają a jedynie trafiają do Hadesu (czy gdzieś tam) potrzebują wtedy kilku lat (zależnie od swojej siły), aby na nowo wrócić do świata śmiertelników, ważne jest również, że zabity potwór może zmienić się w mgłę, czy w popiół albo w dziwną zieloną maź… serio, kiedyś przytrafiło mi się coś takiego! Jednak możliwe, że jako czternastolatek byłem na tyle pijany, że pomyliłem potwora z kiblem swojego kolegi, co prawda bycie oblepionym zielonymi rzygami i „stolcem” nie należy do przyjemnych…
Drugą wizją było: mój chomik umierający na zawał serce.
Oczywiście natychmiast polazłem przy nim czuwałem starając się używać jednej ze sowich mocy odziedziczonych po ojcu. Byłem na tyle naiwny, że sądziłem, iż mogę zapowiedzieć jego śmierci. Przez następny tydzień musiałem chronić go przed wieloma próbami zabicia.
Zawiodłem niestety, gdy spotkałem Wenus.
Naturalnie najpierw zobaczyłem kasztanowłosą dziewczynę o szarych oczach w dziwnej sukni, a chwilę później była w trakcie transformacji (ważna uwaga! Ponieważ bogini miłości zmienia się w ukochaną osobę – taką, która według ciebie jest piękna i za nic jej nie oszukasz! Jej transformację z rzymskiej w grecką można rozpoznać z powodu nagłej zmiany ubioru!), a ponieważ widząc ją miałem szczerą nadzieje, że tak właśnie moja Jillian będzie wyglądać, gdy dorośnie nie zauważyłem jak mój zawsze dzielny i skłonny do ryzykowania życia chomik wymknął mi się z dłoni.
Chwilę później ja i pół-Wenus pół-Afrodyta spoglądaliśmy na chomika, którego nadepnęła swoją szpilką od kozaków. Od razu wrzasnąłem i nie mniej cudacznie zachowała się bogini (jak się okazało panicznie bała się chomików, wiedzieliście?), zaczęła machać nogą, aby pozbyć się „gryzonia”, a ja naturalnie starałem sią ją powstrzymać, bo tylko pogarszała stan zdrowia mojego ukochanego zwierzątka.
Niestety w końcu udało jej się wyrzucić go w powietrze przybierając postać greckiej bogini i wyglądając na zaskoczoną, wyznała mi wtedy, że najwidoczniej w swojej pół-formie boi się chomików, bo tak zazwyczaj wcale tak nie jest.
Oczywiście jej nie wierzyłem i zbyłem to milczeniem, biegnąc, co sił w nogach w stronę mojego chomika (bogini Miłości powinna spróbować grania w piłkę nożną, bo na niezły wykop!). Na moje nieszczęście tego dnia niektórzy herosi strzelali z łuków i płonąca strzała trafiła w moje zwierzątko domowe.
Oczywiście mój chomik się podpalił – nadal wtedy żył – toteż jakimś cudem wpadł przez uchylone okno do damskiej toalety prosto do muszli toaletowej, gdzie jakaś dziewczyna miała poważne rozwolnienie. Oczywiście zdążyła spuścić wodę, ale gdy wpadłem do środka nie zwróciłem uwagi na jej opuszczone spodnie, ale zanim mogłem złapać strzałę, okazało się, że…
To, co wyszło z pewnej dziewczyny zatkało kibel i zaczęło zalewać łazienkę kanalizacją. Oczywiście mimo opuszczonych spodni dziewczyna zaczęła zwiewać. Wtedy udało mi się wyciągnąć – niestety już zdechłego – chomika. Na szczęście moja matka zajęła się jego wyglądem i jako tako wyglądał w miarę normalnie. Nazajutrz odbył się pogrzeb, a ja wyniosłem z tego wielką lekcję.
Oto cała zawiła historia związana ze śmiercią mojego chomika, a teraz zapraszam was na:




Rozdział VIII 
"(...)Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę?(...)"
 
*Perspektywa Maggie*

Musiałam przyznać, że nieco zazdrościłam mojej nowej przyjaciółce takiego chłopaka jak Ryan, który jest spełnieniem marzeń, oczywiście gdyby nie ten drobny fakt, że rudowłosy postanowił stworzyć album ze wspólnymi zdjęciami z nieprzytomną w tej chwili dziewczyną, byłby niemal idealny. Gdyby nie moja ingerencja pewnie Jillian zostałaby nieźle wykorzystana przez aparat Ryana, a trzeba przyznać, że miał on wiele cudacznych pomysłów.
Znów znaleźliśmy się w Wielkim Domu, ponieważ mieliśmy do niego bliżej niż do punktu medycznego, a który był niedaleko areny (gdyż dzięki temu jest znacznie niższy spadek poważnych urazów, jakie dodatkowo odnosili herosi, aby pokonać spory dystans do pomocy medycznej).
Byłam więcej niż zaskoczona, kiedy nagle Ryan pochwalił się swoim aparatem, który kilka minut wcześniej odkupił od (podobno) satyra. Pomijając to, że nie wiem skąd „jakiś” satyr wytrzasnął aparat cyfrowy i to, że Ryan nagle zdobył drachmy, to jest jeszcze kwestia „kiedy to zrobił”, gdyż cały czas miałam go na oku ze względu na to, że to on wniósł w ramionach Jillian, a już chwilę później chwalił się swoim aparatem.
— Teraz naprawdę mi jej szkoda — oświadczył Nico spoglądając wymownie na Ryana.
— To nie ja walnąłem ją w głowę kamieniem — oznajmił niezrażony rudzielec.
Ta krótka odpowiedź wystarczyła, aby syn Hadesa nachmurzył się jeszcze bardziej. Niestety znałam Jillian na tyle dobrze, że nie dziwiłam się, że tak zadziałała Nico na nerwy, co oczywiście było widoczne, gdy jego moce wymknęły się mu „lekko” spod kontroli i kawałki skał zaczęły lewitować nieco nad ziemią, a co dziwniejsze kilka z nich dziewczyna wyminęła z niezwykłą gracją, albo odbijały się od niewidzialnej tarczy – tak jakby coś ją chroniło.
Podejrzewałam, że jest ona córką Aresa bądź Ateny. Możliwe też, że jej rodzice byli ich dziećmi a ona jest mieszaniną genów dwójki bogów. Może jej matka była córka Ateny i spiknęła się z Aresem? Było to poniekąd dziwne, ale nie niemożliwe, prawda?
Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi, więc odwróciłam się podobnie jak dwójka herosów, aby zobaczyć znajomego blondwłosego chłopaka. Mimowolnie rozchyliłam wargi i wciągnęłam ze świstem powietrze, nawet nie przejęłam się już tym, że moje policzki są czerwone jak dojrzałe pomidory. Po prostu wgapiałam się w syna Apolla jak urzeczona.
— Cześć, Nico — powiedział, kiwając głową czarnowłosemu w geście pozdrowienia.
Syn Hadesa burknął coś pod nosem niezrozumiałego i wbił spojrzenie w swoje buty ignorując nowo przybyłego, a który podobnie zignorował mnie i przywitał się z Ryanem. Nie było to niemiłe z jego strony, bo w końcu kiedyś chciał mi pomoc w nauce łucznictwa, niestety wtedy trochę wybuchłam (dosłownie), a chłopak najwidoczniej nie chciał ponownie tracić włosów i brwi.
Gdy tak przyglądałam się jak witał się z rudowłosym, nagle dostałam olśnienia.
Szeroko otwartymi oczami zobaczyłam jak aury chłopców się lekko dotykają w rozpoznaniu, a to znaczyło, że mieli coś ze sobą wspólnego... Zazwyczaj dzieje się tak w przypadku,  gdy spotyka się rodzeństwo… Wychodziło, więc na to, że Ryan był synem Apolla.
Nie byłam tym zaskoczona. Nie powiedziałam tego głośno, bo niema prośba w oczach rudowłosego, która się pojawiła, gdy jego przyrodni brat otwierał usta, aby właśnie to oznajmić… Will zrozumiał go bez słów i jedynie kiwnął, w niemej zgodzie głową. To wystarczyło, aby potwierdzić moje przypuszczenie, jak również oznaczało to, że został już uznany.
Jak zwykle uśmiechnął się szeroko i dalej zaczął z uwielbieniem robić zdjęcia Jillian, a ja nie miałam już odwagi go powstrzymywać. Zastanawiało mnie, czemu wybrał właśnie ją. Kim tak właściwie on jest? Bo tak nagle pojawił się znikąd i z miejsca oznajmił, jakie ma intencję względem Jillian. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy nie jest jakimś psychicznym prześladowcą?
— Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę? — mruknął nagle syn Apolla. — Nic poważnego jej się nie stało i każdy z was może to uznać… — zamilkł nagle i zrobił wielkie oczy wlepiając wzrok w Nico. — Podejrzewam, że to nie ty ją tak stłukłeś?
— Wyrżnęła w pomnik Atlasa — oznajmił Ryan.
Nie miałam pojęcia, o co chodziło Willowi, dopóki nie odezwał się rudowłosy, ale ten to niby skąd wiedział? Syn Apolla zaczął ją uzdrawiać, a Ryan w ciszy go obserwował. Zauważyłam jak pociera on swoją lewą dłonią o prawe przedramię, jakby coś tak naprawdę go swędziło. Chciałam tam podejść i spytać się go o to, ale jedynie odwróciłam spojrzenie.
Wszyscy w pokoju mnie ignorowali i wcale nie było to dla mnie dziwne.
— Och, właśnie Magic — odezwał się syn Apollo zwracając na siebie moją uwagę. — Samael o ciebie pytał — dodał.
Szczerze zaskoczyły mnie jego słowa, bo jak dobrze pamiętałam to zazwyczaj ja szukałam syna Tanatosa, a on wydawał się wkurzony moją obecnością. Właściwie był on taki cichy i chłodny, że wielu herosów trzymało się od niego na dystans i to nie tylko z powodu jego pochodzenia, ale właściwie ze względu na jego zachowanie.
— Ryan? — Spytał syn Apolla.
Natychmiast skupiłam swoją uwagę na moim nowym przyjacielu, a który bezmyślnie zaczął wgapiać się w jakiś punkt. Może mi się wydawało, ale mogłabym przysiąc, że jego tęczówki przysłonięte zostały przez mgłę, po chwili jednak uśmiechnął się szeroko.
- Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na ślub Maggie. – Mrugnął do mnie okiem. – Wtedy przyjdę z moją żoną – oznajmił patrząc wymownie na nieprzytomną Jillian.
Po minie Nico wiedziałam, że uważa rudowłosego za wariata. Szczerze mówiąc pewnie znalazłby on wspólny język z Jillian. Natomiast sam syn Apolla wpatrywał się w Ryana jak w ósmy cud świata.
— Ty możesz…
— Tak — przerwał mu Ryan. — Jesteś Will Solace, prawda?
Syn Apolla przytaknął.
— Jesteś pewny tego, co czujesz?
Ryan zaczął autentycznie bawić się w jakieś dziwne gadki niczym bogowie, więc postanowiłam się ewakuować i mamrocąc coś niezrozumiale, szybko i w nagłej panice wypadłam z pomieszczenia, gdzie w ciągu dalszym dwóch herosów wgapiało się w Ryana z różnymi reakcjami.

*          *          *

Przygryzając dolną wargę ze zdenerwowania stałam przed domkiem Hekate. Uwielbiałam swój domek, ale mimo moich wszelkich starań nigdy nie udaje mi się być asertywną osobą.  Przyglądałam się delikatnie migoczącym cegłom i mimowolne uśmiechnęłam się na myśl, że są one zaczarowane i tylko my, dzieci Hekate, znamy większość z ich działań.
— Magic wróciłaś? — Spytał znajomy głos.
Odwróciłam się do tyłu, aby spojrzeć na znudzoną dziewczynę o dziwnej barwie włosów nazywany „truskawkowym blondem”, a co ciekawe zarzeka się ona, że to jej naturalny kolor. Jej tęczówki za to są w jasno-beżowym barwie i można było w nich zobaczyć kilka złotych i białych plamek. Jednak to, co ją wyróżniało wśród herosów to fakt, ze, jako dwunastolatka miała karnację w kolorze latte z mleczkiem.
— Cześć Amira, właśnie niedawno wróciłam — odpowiedziałam. — Jak twoje skrzela?
Dziewczyna westchnęła ze smutkiem, albo przynajmniej tak mi się zdawało.
— Nie udało się, po piętnastu minutach zawsze znikają — oznajmiła znudzonym głosem. — Słyszałam, że szwendałaś się z jakąś dziesięciolatką i „ciachem” jak nazwały tego rudego córki Afrodyty — dodała.
Zmieszałam się na te słowa i to ze względu, że Jillian naprawdę wygląda jak uczennica podstawówki. Nie miałam wątpliwości, że taka ocenia Złośnicy (jak nazywa ją Ryan) może naprawdę wyprowadzić ją z równowagi.
Z niepewności przygryzłam dolną wargę i poczułam, jak ciepło znów skrada mi się na policzki, a czego naprawdę nienawidziłam, a później słowa samoistnie zaczęły wypadać z moich ust, tworząc całkowity chaos.
— Satyrowie mieli rację odnośnie tego herosa, znaczy w końcu Jill okazała się dziewczyną, a co dziwniejsze antyspołeczną, bo ile znasz osób, które wyprowadzają z równowagi swoich dyrektorów? Osobiście spotkałam tą grubą panią i jak teraz o tym myślę, muszę znaleźć jakieś rozwiązanie, bo niemożliwe jest, aby ulubiony nauczyciel Jillian, co mi oczywiście wytknęła, bo ona zawsze mówi prosto z mostu, nawet, gdy Ryan to ten rudowłosy chłopak, a który nagle pojawił się u boku Jillian, prawdę mówiąc nie mam pojęcia jak przeżył tak długo poza obozem, wie o mitologii całkiem sporo i nawet wiedział, że jest dzieckiem boga! Na dodatek on jest całkowicie zakochany w Jill, co oczywiście jej…
— Dobra! — Przerwała mi Amira podnosząc dłoń do góry, choć jej mina nadal nic nie wyrażała. — Spytam kogoś innego.
Następnie odeszła nie oglądając się nawet za siebie, a ja znów poczułam zdradzieckie ciepły napływające mi do policzków. Spojrzałam na swój domek z dziwnymi mieszanymi uczuciami, bo po raz kolejny od momentu, gdy przywiązałam się do Ryana i Jillian poczułam lęk, że oni podobnie jak reszta herosów zaczną mnie ignorować.
Czasami chciałabym być kimś innym.
Spuściłam głowę pozwalając, aby moje czarne delikatne loki przysłoniły całą moją twarz, a beznadziejne uczucie całkowitej bezsilności szybko mną zawładnęło. Niestety, mimo że wydawało mi się, że w obozie odnajdę dom, że w końcu zostanę zaakceptowana przez rówieśników to jednak moja silna magia, jaką odziedziczyłam po matce jest nie tylko nieprawdopodobna, ale również przerażająca. W ten sposób większość dorosłych traktuje mnie jak tykającą bombę, czekając, kiedy wybuchnę.
Podniosłam głowę biorąc głębszy wdech. Nie mogłam uciekać (bo nawet gdybym chciała, nie miałam gdzie), więc starając się być dzielna, ruszyłam w stronę swojego domu, a gdy tylko uchyliłam drzwi zostałam odrzucona do tyłu w sam środek grających w piłkę nożną herosów, a właściwie wleciałam do jednej z bramek, a kilka osób wrzasnęło „Gol!”, bo właściwie wybryki dzieci Hekate były tutaj traktowane jak norma życia codziennego.
— To wina Lou!
 Ten głos należał oczywiście do kogoś z mojego rodzeństwa, ale w tej chwili miałam ochotę zapaść się pod ziemię, co z powodu mojego pochodzenia było naprawdę całkiem możliwe.

*          *          *

Naturalnie nie zagrzałam dłużej miejsca w swoim czterech ścianach, gdyż już po chwili, niemal przeszukałam cały obóz aby odnaleźć Chejrona, czy zawsze tak jest, że gdy kogoś się szuka, nigdy nie można go znaleźć? Na szczęście odnalazłam owego centaura na strzelnicy, gdzie właśnie tłumaczył kilku herosom, cytuje: „Nie możecie być najlepsi we wszystkim” – te słowa najbardziej kierował do dzieci Aresa.
Mój wzrok natrafił jednak na znanego mi chłopaka, był on oparty o jedną z drewnianych ścian, gdzie zazwyczaj wisiały łuki i strzały. Jego białe włosy miały już czarne odrosty. Wiele osób uważa, że zrobił z siebie tlenionego blondyna, choć zarzekał się, że to jego naturalny kolor.
Prawdą odnośnie jego włosów było, że w dzień są one białe jak u ducha, w nocy zaś czarne jak u śmierci - miało to związek z jego pochodzeniem. Niektórzy nawet mieli dziwne pomysły odnośnie jego włosów, co było naprawdę zabawne i może dlatego nie wyprowadzał ich z błędu. Najbardziej uwielbiałam jego tęczówki w przepięknym miodowym odcieniu, wiele osób nawet nazywało go „Wampirem ze Zmierzchu”, a za co naprawdę się wkurzał.
On chyba, jako jeden z niewielu herosów nie jest podobny z charakteru do swojego ojca, uśmiechnęła się na te myśl, bo w końcu każdy w obozie go unikał, a większość czasu spędzał na arenach i strzelnicach, zawsze można było go spotkać walczącego z zimną determinacją w oczach.
Ja jednak jak zwykle uśmiechnęłam się do niego, zapominając, jaki był mój cel i natychmiast do niego podbiegłam, co miałam w zwyczaju, a następnie mocno się do niego przytuliłam, choć miał on chłodną miną, odwzajemnił napływ mojej czułości. Był właściwie jednym z nielicznych herosów płci męskiej, których się nie bałam i z pewnością miało to wiele wspólnego z moją przeszłością.
— Cześć Sammy, szukałeś mnie? — Spytałam podekscytowana. — Mówiłam Ci przecież, że mam misję, którą z powodzeniem wykonałam — oznajmiłam z szerokim uśmiechem.
Od pewnego czasu już nie warczał na mnie, gdy nazywałam go tym zdrobnieniem, a z pewnością po tym, jak przez niego beczałam stara się być mniej opryskliwy w stosunku do mnie. Niestety byłam strasznym mięczakiem i nic nie mogłam z tym zrobić. Dlatego też zaczęłam z radością opowiadać mu to samo, co Amirze, zanudzając go historią, która nie miała składu i ładu.
— Poczekaj — przerwał mi zatykając swoją wielką i szorstką dłonią moje usta, bruzda, jaka pojawiła się między jego brwiami była naprawdę zabawna. — Kim jest Ryan?
Zamrugałam, zdezorientowana jego pytaniem, bo przecież mu to wyjaśniłam, a gdy jego dłoń zniknęła z mojej twarzy uśmiechnęłam się szeroko i wyjaśniłam:
— To mój przyjaciel!
Mój entuzjazm niestety mu się nie udzielił, bo nagle jego szczęka się zacisnęła, a on spiorunował mnie wzrokiem jakbym właśnie powiedziała, że jego ukochana Ledy Bestia (mam na myśli Dodge Tomahawk – czarny i paskudny motor! Bo może i jest najszybszy, ale brzydki, a Sammy ma na jego punkcie jakąś obsesję!) jest tak samo szybki jak trzyletnie dziecko na rowerku.
— Przyjaciel? — Mruknął cicho i w ponurym tonie.
Postanowiłam nie zrażać się jego humorem, choć zrobiło mi się nieco przykro z tego powodu, a nawet poczułam się niezręcznie. Rozejrzałam się po strzelnicy, zastanawiając się, czy nie przydałoby się mi poprawić swoich rzutów sztyletami, bo dawno tego nie robiłam, a to była jedyna rzecz, w której byłam w miarę całkiem dobra.
— Jest jeszcze Jillian — dodałam.
Ta dziwna, napięta atmosfera pomiędzy nami zaczęła mi się udzielać. Spuściłam głowę, czując strach przed tym, że w jakiś sposób zraniłam swojego przyjaciela. Czy powiedziałam coś nie tak?
Serce biło mi szybciej z powodu strachu i niepewności, a oczy zaczęły szczypać nową porcją łez.
— A gdzie teraz ten twój przyjaciel?
W jego głosie dało wyczuć się wrogość, nie rozumiałam tego, a gdy podniosłam wzrok dostrzegłam prawdziwą złość malującą się na jego twarzy i bez powodu łzy zaczęły lecieć mi po policzki. Lekko się zmieszał tym widokiem, a w moim gardło powstała gula. Bałam się tego, że nasza przyjaźń może się skończyć, a on był jedynym tak bliskim mojego serca przyjacielem, wiedziałam, że gdybym go straciła jakaś część mnie na zawsze by umarła.
Właśnie z powodu tych ponurych myśli rozbeczałam się na dobre i Sammy chcąc nie chcąc zgarnął mnie w ramiona mamrocząc jakieś słowa pocieszenia i przepraszając mnie za swoje zachowanie, obiecując przy tym, że nigdy mnie nie opuści, ale abym już tylko nie niszczyła mu jego ulubionej bluzki. Jego słowa mnie naprawdę pocieszyły, a gdy się od niego odsunęłam spostrzegłam zaciekawione spojrzenia kilku nowych herosów.
— Czy chodzi o Ryan?  — Spytałam zmartwiona i pociągając lekko nosem. — Niestety on teraz jest przy Jillian, naprawdę oszalał na jej punkcie — dodałam.
Sammy wbił we mnie niedowierzające spojrzenie i roześmiał się w głos, byłam zaskoczona huśtawką jego emocji, ale bezmyślnie przytuliłam się do niego ponownie.
— W końcu Słodka Czarodziejka nie przyjaźniłaby się z chłopakiem ze statusem singla — zakpił.
Zaśmiałam się lekko z jego słów, a moje oczy mimowolnie znów zaczęły szczypać, wtedy również przypomniałam sobie, że przyszłam tutaj w poszukiwaniu Chejrona, bo jako grupowa swojego domku musiałam mu powiedzieć, czemu potrzebujemy nowej szafy i drzwi wejściowych do domku.
— Szukasz Chejrona? — Spytał odgadując moje myśli.
Kiwnęłam głowę bez słowa. Mój przyjaciel uśmiechnął się lekko, a ja rozpłynęłam się z radości, bo naprawdę rzadko można coś takiego zobaczyć u „Żniwiarza” jak zazwyczaj jest nazywany, jakby nie patrzeć jest jedynym tak ponurym synem Tanatosa, przy czym jest najstarszym i właśnie przez to stał się grupowym – ten tytuł w końcu niesie ze sobą sporo odpowiedzialności.
— Cieszę się, ze misja się udała i jesteś cała i zdrowa Czarodziejko — wyznał z uśmiechem.
Roześmiałam się głośno, gdy poczochrał moje włosy. Po chwili śmiech przeszedł w cichy chichot. Byłam naprawdę szczęśliwa, że potrafię tak rozluźnić tego sztywniaka. Był słodki, co prawda jedynie dla mnie, a co wydawało się niektórym herosom dziwne i podejrzane, ale my od dość dawna byliśmy tak zżyci, w końcu razem trafiliśmy do obozu.
— Trenujesz? — Spytałam zmieniając temat.
Wskazałam głową na strzelnice, ale on jedynie kiwnął głową przyswajając znów maskę obojętności. Szybko zdjął ze ściany jeden z łuków i zabrał skórzany kołczan wypełniony strzałami. Od razu przewiesił sobie go przez pierś i kiwnął mi na pożegnanie.
To był jeden z niebezpiecznych tematów, bo jako syn Tanatosa nie mógł używać swoich naturalnych mocy, poniekąd słyszałam pogłoskę, że jako jego syn mógł zmusić dusze do pozostania w ciele, jak również plotkę, że nie ważne jak bardzo jest ranny nie umrze dopóki sam tego nie zechce, a co jest naprawdę przerażające, bo na dodatek właśnie przez to sam jego dotyk może zabić.
Podobno dłoń śmierci jest zimna.
Natomiast Sammy – Samael Dethbone – ma zimne dłonie z natury.
Tak byłam zamyślona o swoim przyjacielu, że nawet nie przemyślałam pomysłu z użyciem magii, aby pomóc mu z treningiem. Niestety przez moja magię, strzały nagle dostały własnego rozumu jak również skrzydeł i zaczęły atakować herosów.
Sammy obejrzał się na mnie i westchnął, jakby to, co się wydarzyło było czymś oczywistym skoro jestem w zasięgu jego wzroku. Właściwie to, mimo że mamrotałam przeprosiny, byłam pod nie lada wrażeniem, gdy mój przyjaciel używając innych strzał (tych, które złapał i swoją mocą je uśmiercił – co było trochę okrutne) a następnie zaczął strzelać do tych, które atakowały herosów, a ku mojemu zdumieniu trafiał w nie bezbłędnie łamiąc je na pół.
— Czarodziejko, lepiej idź do Chejrona — oznajmił, gdy skończył.
Wszyscy nowi herosi wpatrywali się w niego jak w prawdziwego boga, a we mnie jak w diabła wcielonego. Zarumieniłam się zawstydzona, bo chciałam tylko mu pomóc, a wszystko jak zwykle poszło na opak, czy ja do końca życia będę taką pechową dziewczyną?

*          *          *

Bogini Fatum mnie nie lubi.
To jedyne wyjaśnienie tego, czemu nagle arena straciła grawitację, a Chejron po prostu wpatruje się we mnie zawiedzionym wzrokiem. Szczerze mówiąc, to wszyscy powinni się cieszyć! Dzięki mnie mogą nauczyć się tego jak walczyć w powietrzu, ale chyba nikt nie był jakoś uszczęśliwiony tym, że musi być łapany na lasso i ciągnięty na dół, by nie trafić do kosmosu.
— Maggie… czemu odeszłaś od swoich nowych przyjaciół? — Spytał mnie Centaur.
Najpewniej dostrzegł, ze przy tamtej dwójce jestem nieco spokojniejsza. Nawet nie wiedział, jak bardzo się myli. Jednak nie mogłam jakoś niszczyć tej nadziei w jego oczach na myśl, że w końcu ja i moje rodzeństwo przestaniemy niszczyć ten obóz.
— Will powiedział, że Sammy mnie szuka, ale uznałam, że wpadnę do swojego domku, tęskniłam za swoim rodzeństwem, wtedy Lou znów użył jakiegoś dziwnego zaklęcia, które znalazł w Internecie, więc chciałam skonfiskować mu jego „księgę czarów”, która zaczął podobno pisać, ale z jakiegoś powodu ma ją teraz córka Afrodyty i odmówiła oddania, bo ona się kocha w Lou, co jest naprawdę dziwne, a gdy chciałam prosić cię Chejronie o pomoc wpadłam na Sammy’ego i tak jakoś wyszło, że… 
Mój monolog trwał jeszcze chwilę, a ja i centaur rozmawialiśmy ignorując (z powodu wielu podobnych sytuacji) chaos, jaki dzieje się koło nas i ma związany ze mną. Naturalnie kilka herosów rzuciło jakieś złośliwe uwagi w moją i mojego rodzeństwa stronę, a z tego powodu nieco zakuło mnie serce, bo naprawdę chciałam się wśród nich wpasować. Tylko że mało kto chce się zadawać z córką Hekate, która odziedziczyła po swojej matce naprawdę sporą moc i niekiedy jej nie kontroluje.
Szczerze mówiąc, to magia rzadko kiedy mnie słuchała.
— Porozmawiam z Panem D., a ty idź po kogoś ze swojego rodzeństwa, bo ktoś musi odczarować arenę — zarządził Chejron, po wysłuchaniu mnie.
Kiwnęłam głową i popędziłam w stronę domu Hekate, gdy zastanawiało mnie jak radzi sobie Jill i Ryan, więc postanowiłam wejść (nie) po drodze i zerknąć, co się dzieje. Gdy tylko znalazłam się dość blisko od razu usłyszałam głos swoich przyjaciół:
— …Odkupiłem za pięćdziesiąt drachen od pewnego satyra — wyjaśnił na jakieś pytanie Ryan. Stwierdziłem, że najlepiej od razu zacząć prowadzić album ze zdjęciami, które uwiecznią każdą chwilę, jaką spędziłem z moją dziewczyną!
Od razu przypomniał mi się aparat, jakim obsługiwał się rudowłosy, robiąc zdjęcia Jill, usłyszałam chichot Willa, gdy nagle odezwała się warcząc jak wściekła Jill:
— Mówiłam ci, ze nie jestem twoją dziewczyną!
— Moją przyszłą dziewczyną poprawił się niezrażony Ryan.
— Chyba w twoich snach!
— A żebyś wiedziała, ze tam dzieje się, a dzieje…
— To wariaci usłyszałam ciche stwierdzenie Nico.
— Z jakiej ty planety żeś się urwał! Znów Jill.
— Tej, która krąży wokół ciebie — odparował Ryan.
Pokręciłam głową szczerze rozbawiona tą awanturą.
— Zamknij się Rudzielcu!
— Kocham cię Złośnico!
— Nie nazywaj mnie tak!
— Nie zmieni to uczucia, jakim cię darzę…
Ich sprzeczka trwała jeszcze chwilę, ale ja miałam już dosyć i byłam święcie przekonana, że jakoś sobie poradzą. Dlatego czym prędzej ruszyłam w stronę swojego domku, trzeba jak najszybciej ratować herosów, którzy mogą zostać wysłani w kosmos.