KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magiczne wypadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magiczne wypadki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział XI



"(...)To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…(...)"

Tydzień później…

Byłam wściekła.
Nie… to zdecydowanie zbyt słabe słowo, aby opisać moją chęć mordowania.
Herosi jakby czując nadchodzącą apokalipsę odsuwali się ode mnie jakbym zaraz miała wybuchnąć (a co było z całą pewnością jak najbardziej prawdopodobne). Idąca za mną Maggie, co chwila coś krzyczała, a przy okazji potykała się i wpadła na ludzi, choć oni sami od niej uciekali, więc nie wiem, jak to możliwie.
W umiejętności Maggie już nie wątpiłam, ale w tej chwili skupiłam się na piaszczystej ścieżce prowadzące do domku Apolla. Ignorowałam przy tym całkowicie ciekawskie szepty i komentarzy o tym, że znów kogoś zleje. Ktoś chyba nawet wspomniał o mojej nowej przyjaźni z córka Aresa, ale byłam zbyt skoncentrowana na wymyślaniu wszelkich tortur na pewnym herosie, aby się tym przejąć.
Gdy dodarłam do swojego celu, wpadłam jak burza do środka, powodując kilka pisków strachu, a ktoś nawet wyciągnął łuk ze strzałami. W takim przypadku po prostu to ignorowałam i skierowałam się w stronę kuchni (która pojawiła się w tym domku dość niedawno). Mijając niewielki salon, Will pomachał do mnie z uśmiechem, był już przyzwyczajony do moich ataków złości i kilkakrotnych próbach podpalenia obozu, ale jak wspominałam to akurat był wypadek.
Wtargnęłam do kuchni pchając ze złością drewniane drzwi, a które z hukiem walnęły o powierzchnie białej ściany. Złote szafki lekko błyszczały, gdyż przez otwarte okno do środka wpadały promienie słoneczne, a uśmiechnięty rudowłosy chłopak, wymachując tyłkiem z iskrami rozbawienia w oczach robił coś na kształt tańca przy muzyce z radia, choć nie przejął się chyba nawet tym, że właśnie raportowali w nim o trudnościach na jakiejś autostradzie.
Bez słowa usiadłam na metalowym hoker ze złotym materiałem na siedzeniu i kładąc dłonie na biały blat wyspy, wbiłam w Ryana ponury wzrok, czekając aż skończy swoje dziwactwa. Mniej więcej w tej właśnie chwili do pokoju wpadła Maggie, a co równało się z tym, że wywaliła się na progu drzwi, a one same walnęły ją w twarz. Następnie dość niezgrabnie wstała na dwie równe nogi, usiadła koło mnie. Na twarzy jak zwykle miała uśmiech, dość ciężko oddychała, a w jej włosach znajdowało się parę liści, a nawet gałęzi.
— Co tym razem zrobiłem? — Spytał wyjątkowo spokojnie Ryan.
— Ty już dobrze wiesz, co — warknęłam.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i spojrzałam na niego srogo, a przynajmniej próbowałam przybrać podobny wyraz twarzy do wściekłego boga – tu mam na myśli Pana D., a którego niejednokrotnie wyprowadzałam z równowagi. Mam nawet zakaz zbliżania się do Dionizosa.
Nagle Ryan odwrócił się do mnie, oparł biodrem o blat kuchenny i uważnie mi się przyglądając wyznał:
— Przyznaje się, powiedziałem wszystkim, że jesteś moją dziewczyną.
— To już wiem, mam to gdzieś, chodzi o tę drugą sprawę — niemal krzyknęłam z niecierpliwienia.
Poprawiłam się na siedzeniu i znów wbiłam w niego wzrok, a Maggie była jak zwykle cicho i spoglądając ze współczuciem na Ryana, czekała na mój wybuch.
— Dobra — westchnął rudzielec robiąc skruszoną minę. — Powiedziałem, że w blasku księżyca spotykamy się w miłosnym gniazdku i tam oddajemy rozkoszom naszych ciał.
Maggie sapnęła, a następnie jęknęła.
— To też wiem — oznajmiłam tracąc już niemal całą cierpliwość. — Mam gdzieś te twoje plotki o naszym wyimaginowanym związku! Chodzi o coś ważniejszego!
Ryan wpatrywał się we mnie z nieodszyfrowanym wyrazem twarzy, a następnie wybuchł radosnym śmiechem opierając się dla równowagi o blat kuchenny jedną dłonią, a drugą łapiąc się za brzuch. Jego oczy lekko się zaszkliły i potrząsnął z niedowierzaniem głową.
— Chodzi ci o tą historię z twoim byłym, martwym adoratorem, którego ja…
— Nie wiem, o czym znów bredzisz z tymi plotkami, ale mówiłam, że nie o to chodzi! — Krzyknęłam tracąc już całą cierpliwość. — Powiedziałeś całemu obozowi, że nie umiem strzelać z łuku!
Maggie spadła z hokera z łomotem, a gdy na nią spojrzeliśmy na jej twarzy malowało się prawdziwe niedowierzanie. Potrząsała głową i mamrotała coś cicho pod nosem, miałam tylko nadzieje, że nie jest to z kolejnych zaklęć, bo dość miałam już latających garnków, strzał i pływających świni w jeziorze.
— Przecież ty nie umiesz strzelać z łuku — zauważył Ryan.
— Nie musiałeś tego mówić wszystkim!
Rudzielec również potrząsnął głową i westchnął, ukłonił się mi niczym średniowieczny rycerz i z powagą powiedział:
— Wybacz mi zacna dziewojo, za mą miłość, lecz tyś lśnisz pięknością swą niczym najcudowniejsze ze słońc, a ja niegodny doglądać twą wspaniałość, schylam ku tobie czoło z gorliwością i błagając o wybaczenie mówię: Kocham cię!
— Idiota! — Warknęłam.
Podniosłam się gwałtownie z hokera i ruszyłam bez słowa w stronę drzwi, kątem oka widziałam szeroki uśmiech na twarzy Ryana i usłyszałam cichy chichot Maggie. Gdy drzwi od kuchni się zamknęły za mną, rozejrzałam się po salonie, widziałam jak około tuzina twarz spogląda na mnie z niepokojem, jakby chcąc się upewnić, że zły lew został ugłaskany.
Ze wściekłości kopnęłam skrawek dywanu, a najmłodsi z dzieci Apolla z piskiem uciekły z pokoju.
No naprawdę, nieco przesadzają!
— Oni lubią dramatyzować — powiedział Will podchodząc do mnie. — To, co uciszymy te plotki o twoim braku umiejętności łucznika?
— Może innym razem Will, jestem umówiona na sparing z Clarisse — powiedziałam z westchnieniem.
Syn Apolla, którego spotkałam pierwszego dnia mojego pobytu w obozie, gdy mnie uleczył, stał się niemal moim przyjacielem. Szczerze mówiąc ostatnio trzyma się mnie, blisko, bo ilekroć gdzieś idę, zrządzeniem losu wpadam na Nico, a wtedy obydwoje wpatrujemy się w siebie z żądzy mordu, a Will, jako łącznik między nami nas uspakaja.
— Dobra — mruknął z lekkim uśmiechem Will.
W tej samej chwili z kuchni wypadła Maggie, co spowodowało, że reszta herosów zmyła się z pokoju.
Nie ma to jak sympatyczne dzieci Apolla.

*          *          *

Brałam udział w niejednej bijatyce i wychodziłam z nich w miarę dobrym stanie, to jednak sparingi z Clarisse okazały się zdecydowanie trudniejszym orzechem do zgryzienia. Wcześniej sądziłam, że walka z nią nie będzie trudna, a może nawet trochę zabawna, ale już od kilku dni to ja za każdym razem leżałam na plecach, a ostrze jej miecza dotyka mojego gardła, wówczas jej orzechowe oczy lśnią triumfem, a ja miałam ochotę użyć mocy swojego ojca, aby ten wyraz samozadowolenia z jej twarzy zmyć.
Dzisiejszy walka miała być inna, a przynajmniej ja miałam takową nadzieje, że w końcu uda mi się rozłożyć córkę Aresa na łopatki. Musiałam przyznać, że jako córka boga wojny Clarisse była naprawdę poważnym przeciwnikiem. Zastanawiałam się nawet, czy kiedyś nie spotkałam jej ojca, bo moje towarzystwo odkąd straciłam matkę i babkę, było… powiedzmy sobie szczerze ja nie miałam znajomych, bo ze wszystkimi się biłam.
Samowolnie moje dłonie zacisnęły się na trzonie mojego miecza, który był źle dla mnie wyważony, gdyż jego ciężar przechylał się dość mocno do przodu, a to niestety było dość mocnym utrudnieniem w przypadku, gdy blokowałam ciosy Clarisse, bo moje ramiona wręcz błagały o pomstę do niebie, a na dodatek kilkakrotnie niemal straciłam równowagę.
Tego dnia po rozmowie z Ryanem miałam więcej energii na walkę, ale nie tylko ja i córka Aresa wybrałyśmy się na arenę trochę powalczyć. Wokoło nas rozbrzmiewały echem krótkie okrzyki bojowe, jęki, przekleństwa, ale przede wszystkim dźwięk zderzającej się ze sobą stali.
Chłodne powietrze przyjemnie owiewało moją spoconą skórę, a ja starałam się wyregulować swój oddech, choćby najmniejszym stopniu tak precyzyjnie, jak robiła to moja przeciwniczka, a choć kilka dłuższych kosmyków spadło mi na twarz, nie zamierzałam w tej chwili ich poprawiać, a nawet zaczęłam się zastanawiać nad zapuszczeniem ich i to tylko po to, aby podobnie jak Clarisse związać je w ciasną kitkę.
Wysunęła lewą stopę do przodu, a ja od razu ustawiłam się w lekkim rozkroku, czekając na atak z jej strony. Nagle zaatakowała mnie z prawej strony i z ledwością udało mi się odparować jej cios, aby po chwili zaatakowała mnie od dołu. Nacierała na mnie z niesamowitą płynnością i siłą, czego mogłam jej jedynie pozazdrościć, powoli się cofałam, tylko po to, aby zwiększyć odległość między nami i w którymś momencie, nie udało mi się odbić jej uderzenia, więc szybko odskoczyłam.
Nie zrobiłam tego jednak dość szybko i na mojej szarej bluzce z niebieskim psem powstała niewielka dziura, a dokładniej na prawym boku. Szybko rzuciłam na nią okiem, krzywiąc się, gdy powoli materiał zaczął przesiąkać krwią. Poczułam przy tym lekki metaliczny zapach, który mieszał się z zapachem mojego potu.
— Pierwsza kropla — zawołała Clarisse.
Skrzywiłam się w odpowiedzi na jej słowa i natychmiast zbliżyłam się do niej, ciemne oczy mojej przeciwniczki zmrużyły się, choć na jej twarzy nadal był ślad samozadowolenia. Stanęłam w pewnej odległości od niej i obydwoje przyglądaliśmy się sobie badawczo, a po chwili wysunęłam nogę i zaatakowałam. Byłam naprawdę szybka w działaniu i choć Clarisse miała spory staż w tej branży, to jednak i ona miała problem z nadążaniem za mną.
Nagle ona syknęła, a jej źrenice zwęziły się w małe szparki. Zerknęłam na jej ramię, gdzie czerwona linia natychmiast zaczęła dość obficie krwawić. Mimowolnie wygięłam usta w uśmiech, ale ten mały moment mojej nieuwagi został wykorzystany przez Clarisse, która nagle przykucnęła i podcięła mi nogi. Byłam tak zaskoczona, że wywaliłam się na ziemię, ale zanim córka Aresa zdążyła do mnie podskoczyć z mieczem, ja położyłam dłonie po bokach mojej głowy, a nogi przyciągnęłam do piersi, by następnie odbić się od podłoża, walnąć zbliżającą się Clarisse i stanąć na równe nogi.
Obydwie równocześnie się skrzywiłyśmy.
— Nieźle — skomentowała.
— Zabawnie — dodałam.
Następnie obydwie zaszarżowałyśmy na siebie z cichym okrzykiem bojowym. Nasze miecze uderzyły o siebie z niesamowitym hukiem, przy czym mój z powodu złego wyważenia wypadł mi z dłoni i poleciał do tyłu odbijając się od twardej ziemi z cichym brzękiem.
Clarisse skorzystała z tej okazji i przystawiła mi natychmiast ostrze swojego miecza do gardła.
— Wygrałam — stwierdziła z samozadowoleniem. — To już sześć do zera — dodała
Ponownie tego dnia się skrzywiłam, a gdy opuściła miecz, przedarłam wierzchem dłonie swoje spocone czoło i odgarnęłam kosmyki swoich ciemno czekoladowych włosów do tyłu, wzdychając przy tym z niezadowoleniem.
— Tylko, dlatego, że miałaś lepiej wyważony miecz — stwierdziłam zgodnie z prawdą. — Gdy w końcu uda mi się znaleźć odpowiedni dla mnie, pokonam Cię z jedną ręką za plecami — dodałam.
Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie i pokręciłam głową z politowaniem.
— Śnisz Taylor — oznajmiła.
Wyszczerzyłam swoje ząbki w szeroki uśmiech, podobnie jak to zrobiła Clarisse i kiwając sobie w cichym porozumieniu głową, odwróciliśmy się i rozeszłyśmy się każda w swoja stronę. Kątem oka widziałam jeszcze, jak córka Aresa podnosi wysoko miecz nad głową, a to spowodowało wybuch radości jej rodzeństwa, które jak zwykle przyszło nas obserwować.
Podniosłam swój miecz z ziemi i ruszyłam w stronę zbrojowni, która na szczęście została już naprawiona po moim niecodziennym „uznaniu”. Jednak przechodząc koło walczących, zauważyłam blondwłosą dziewczynę, która przyglądała mi się z niezwykłą uwagą, a gdy nasze oczy się spotkały, zobaczyłam jej czarne puste oczodoły, które spowodowały gęsią skórkę na mojej skórze.
Zatrzymałam się i wgapiałam się w nią szeroko otwartymi oczami, a ona podobnie jak ja wyglądała jakby ktoś właśnie uderzył ją garnkiem w głowę. Przełknęłam ślinę, czując nagłą chęć ucieczki przed tą dziewczyną, co nie zdarzało się mi zbyt często, szczerze mówiąc podobną reakcję miałam, gdy mój ojciec przychodził mnie odwiedzać, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, ale miłość wygrała z wrodzonym strachem do niego.
Podejrzewałam, więc że dziewczyna wcale nie jest herosem, ale kim w takim razie jest?
— Annabeth! — Krzyknął ktoś.
Blondynka natychmiast odwróciła ode mnie spojrzenie i spojrzała na blondyna biegnącego w jej stronę, a ja wykorzystałam tą chwile jej nieuwagi, aby się uciec z pola jej widzenia. W głowie za to miałam istny chaos, bo czyżby w obozie działo się coś niedobrego?
Moja natura harpii wrzeszczała z czystej ciekawości i pewności, co do tego, że dzieje się coś naprawdę niedobrego, a ja wręcz musiałam wetknąć w to swój ciekawski nos.

*          ~          *          ~          *

Usta Thalii wygięły się w podkówkę, gdy Artemida odwróciła się do niej tyłem. Bogini oczywiście nie widziała ponurego i pełnego pogardy spojrzenia, jakie dziewczyna jej wysłała, a jedynie była zadowolona z tego, co udało jej się usłyszeć i nawet nie podejrzewała, że jej Łowczyni została opętana przez jednego z bogów wypuszczonych z Puszki Pandory, nie podejrzewała, że właśnie zdradziła plan swojemu wrogowi, a choć o tym nie wiedziała, to dla Thalii-Morosa była to jedyna wskazówka, ze Apate ich jeszcze nie zdradziła.
— Jak sobie życzysz, pani — stwierdziła cicho Thalia.
Artemida w ciele ośmioletniej, rudowłosej dziewczynki z masom biegów i o niesamowitych zielonych oczach, którego kolor przypominały letnią trawę, uśmiechnęła się do niej szeroko odwracając znów w jej stronę. Kiwnęła z zadowoleniem głową, gdy dziewczyna odwróciła się i leśną drogą wracała w stronę swojego obozowiska, gdzie wraz z resztą jej łowczyń miały nazajutrz wyruszyć do obozu herosów po przepowiednie.
Bogini łowów westchnęła cicho wypuszczając parę ciepłego powietrza z usta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy usłyszała śpiew ptaków z pobliskich drzew. Bo choć robiło się naprawdę chłodno (jak przystało na początek grudnia) to nie miała, co marzyć o zobaczeniu śniegu w tej części świata, a znajdowała się właśnie w Indiach.

*          *          *

Nagły wybuch śmiechu Apate zwrócił uwagę Pseudologosa, który skrzywił się z obrzydzeniem w stronę radosnej bogini nieszczęścia i zdrady, która w tej chwili nie wyglądała ani na zaniepokojoną (w przeciwieństwie do niego), ani na nieszczęśliwą (również w przeciwieństwie do niego).
Skrzyżował ramiona na piersi i wbił w nią wzrok opierając się o domek Ateny, który dość niedawno został przykryty nową warstwą białej farby. Dyskretnie jednak zerknął na boki, czy nikt z herosów ich nie słyszy i ponownie skupił całą swoją uwagę na podstępnej bogini.
— To nie jest śmieszne, ja boje się harpii — wytknął jej. — Każdy czegoś się boi — dodał.
Apate roześmiała się jeszcze głośniej, a w jej czarnych oczach pojawiły się łzy, łapiąc się za brzuch próbowała wyregulować oddech i poskromić swój wybuch wesołości. Pseudologos dalej wpatrywał się w nią, ale tym razem z rosnącą złością.
— Co tutaj robi harpia? — Spytała Apate, gdy udało jej się nareszcie uspokoić.
— Nie wiem — mruknął z niezadowoleniem Pseudologos. — Wygląda na to, że córka Eola i Melindy jednak jest nieco starsza niż głosiły pogłoski — dodał z niezadowoleniem.
Apate nagle spoważniała i skrzywiła się lekko.
- To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…
— Syn Aine również — stwierdził ponuro Pseudologos. — Widziałem jak za nią lata — dodał.
To były nieprzewidziane komplikację, bo syn Aine – Ryan – znany, jako syn Apolla, mógł im naprawdę zaszkodzić, jeżeli choćby młoda harpia zwróci na nich najmniejszą uwagę, a ponieważ Aine była naprawdę potężną heroską, jak również byłą ulubienicą swojej matki…
— Cholera — przeklęła Apate.
— Wyjęłaś mi to z ust — oznajmił ponuro Pseudologos będący dalej w ciele Annabeth. — Powinnaś pogadać ze swoim bratankiem — zakpił.
Apate ten pomysł ani trochę się nie podobał, a tym bardziej, że ich sytuacja zaczynała się coraz bardziej komplikować, a na dodatek mieli coraz mniej czasu do zimowego przesilenia wtedy, gdy wszyscy bogowie Olimpijscy spotykają się w jednym miejscu – najlepsza szansa na uwięzienie ich.
— Cholera — podsumowała wszystko Apate.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Uśmiechnęłam się niepewnie w stronę Samaela, ale wątpię, aby mnie tutaj zobaczył, gdyż właśnie chowałam się za drewnianą ścianą z powieszonymi na niej łukami i strzałami. Zerknęłam jeszcze raz, ostrożnie na profil białowłosego chłopaka, a łzy same naleciały mi do kącików oczów, gdy odwrócił się w moją stronę, szybko się jednak schowałam, ale niestety potknęłam się o wystający konar i kilka iskier nagle ze mnie uleciało.
Po chwili już drewniana ściana stanęła w ogniu.
— Maggie, ile razy mam Ci powtarzać, żebyś się nie chowała? — Spytał Chejron podchodząc do mnie ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. — Dziecko drogie, gdzie jest Jill?
Moja warga zadrżała, a w momencie, gdy herosi gasili pozostałości po mojej kryjówce, ja rozpłakałam się na dobre, wtulając swoją głowę w klatkę piersiową centaura. Objął on i poklepał ze spokojem po plecach, niejednokrotnie już płakałam bez żadnego powodu, ale tym razem moja przyjaźń, która trwała od dzieciństwa z Sammy’m miała się rozpaść na kawałeczki, a to był powód do płaczu.
— Zajmę się Czarodziejką Chejronie — zawołał znajomy mi głos, a następnie silne dłonie objęły mnie pod pachy, aby moja głowa chwilę później wtulała się w czarny materiał. — Coś się stało maleńka?
Na dźwięk jego miękkiego głosu rozpłakałam się jeszcze bardziej i niestety znów usmarkałam mu jego ulubiony T-shirt z jakąś rockową kapelą. Chłopak przycisnął mnie mocniej do siebie, gdy starałam się uwolnić, a następnie jego ciepła duża dłoń spoczęła na tyle mojej głowy, przyciskając ją mocniej do jego lewej piersi.
To sprawiło, że wybuch mojego płaczu trochę minął, dźwięk bijącego serca chłopaka był dla mnie dziwnie uspakajający, choć poczułam jak moje policzki bez żadnego racjonalnego powodu robią się ciepłe. Mój oddech nieco się wyrównał i poruszyłam się niespokojnie dając do zrozumienia mojemu przyjacielowi, że już się uspokoiłam.
Ku mojemu zaskoczeniu jego ramiona zacisnęły się jeszcze mocniej, a ja, choć bardzo chciałam podnieś głowę do góry i spojrzeć w jego miodowe oczy, z powodu jego ręki na mojej głowie nie mogłam tego zrobić i naprawdę chciałam poznać jego myśli, które kotłują się w jego białej główce.
— Sammy…
— Poczekaj — poprosił ściskając mnie na chwilę mocniej, co spowodowało, że powietrze z moich płuc uleciało, a następnie nieco rozluźnił uścisk, nadal mnie jednak nie wypuszczając. — Daj mi się nacieszyć.
Nie rozumiałam, o co mu chodzi i gdy miałam właśnie się spytać, on wypuścił mnie z ramion, a ja poczułam się dziwnie opuszczona bez jego szerokich ramion, które obejmowały mnie jak bezpieczny i ciepły kokon, chroniąc od całego zła świata.
Potrząsnęłam głową chcąc wyzbyć się moich dziwnych myśli.
— Unikasz mnie — wyznałam nagle w przypływie pewności siebie.
Pociągnęłam lekko nosem, a na ten gest Sammy wyjął z tylnej kieszeni paczkę chusteczek higienicznych w niebieskim opakowaniu i podał mi je. Kiwnęłam głową, dziękując mu i wyciągnęłam jedną sztukę wycierając pośpiesznie oczy i wysmarkując nos.
— Nie unikam — stwierdził i skrzywił się lekko, chowając resztę chusteczek do kieszeni. — Po prostu, jako grupowy swojego domku mam masę roboty i… no cóż również unikam Luny — wyznał.
Poczułam nagłą chęć złapania tej Brytyjki za jej szczupłą szyjkę i pozwolić swojej magii zająć się nią, nie wiedziałam skąd nagle miałam takie dziwne emocję, czyżbym dorastała?
Sammy spoglądał na mnie z zaniepokojeniem.
— Maggie… — zawahał się przez chwilę. — Ja… ty… nigdy… — lekko się zaczerwienił i odchrząknął. — Będę przy tobie trwać — wymamrotał cicho.
Zamrugałam oczami i uśmiechnęłam się szeroko.
— Będziesz moim wiernym przyjacielem! — Zawołałam. — Jak pies!
Syn Tanatosa skrzywił się na to porównanie i na moje słowa, ale jedynie kiwnął głową z dziwnie posępną miną, jakby zgadzając się na choćby takie rozwiązanie. Wyznam szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałam jego emocji, choć byłam naprawdę szczęśliwa, gdy nasza przyjaźń się zaczęła i nigdy bym jej nie przerwała, choćby nie wiem, co się działo, bo nie chciałam stracić Sammy’ego.
— Wiesz, że Ryan rozpowiada plotki? — Zawołałam z nagłym przypływie entuzjazmu. — Jill się wkurzyła, więc za nią pobiegłam! — Podeszłam bliżej do Sammy’ego i złapałam go za ramię, gdy próbował delikatnie wycofać się z pola mojego widzenia. — Też bym chciała, żeby chłopak był taki romantyczny! Odkąd ma kuchnie, to robi jej te ciastka… - paplałam tak jeszcze jakąś godzinę.

*          *          *
*Perspektywa Ryana*

Wgapiałem się jak głupi w chłopaka przede mną, oparłem się biodrem o szafkę i skrzyżowałem ramiona na piersi, spoglądając na ponurego syna Tanatosa, którego białe kosmyki były w całkowitym nieładzie, podobnie jak moja rudawa czupryna, przy czym ja zazwyczaj nosiłem na głowie czarną czapkę, a moje włosy sięgały mi już prawie do obojczyka, odgarnąłem z czoła swoją długą grzywę i uśmiechnąłem się w końcu do chłopaka.
— Czyli kochasz Maggie i nie wiesz, jak jej to powiedzieć?
Nie oczekiwałem od niego odpowiedzi, gdyż bardziej stwierdziłem niż spytałem, ale chłopak skrzywił się w naprawdę żałosny sposób i kiwnął mi potakująco głową. Byłem szczerze ubawiony jego postawą, ale w końcu musiałem się z nim zaprzyjaźnić, bo moja przyszła żona z pewnością będzie przyjaźnić się z Maggie, a co niesie za sobą spotkania z jej przyszłym mężem – Samaelem.
— Wspomniałeś jej o swoich uczuciach? — Spytałem nagle.
— Wspomniałem, że będę przy niej trwać — oznajmił napiętym głosem.
Podniosłem jedną brew i zaśmiałem się głośno.
— Jak pies? – Spytałem kręcąc głową z niedowierzaniem. — Bo to tak brzmi, koleś - znów pokręciłem głową. — Chęć stworzenia poważnego związku wiąże się z indywidualnym podejściem do każdej kobiety, więc podryw…
Przerwałem nagle, bo mój wzrok został zasłoniętym przez czarną mgłę, wir powili wciągał mnie, a ja czułem jak moje ciało staje się ciężkie jakby było wykonanie z ołowiu, a do tego nagły atak migreny, był jak zwykle oznaką zbliżającej się wizji, już po chwili barwy różnych kolorów zaatakowały mnie, na chwilę oślepiając, a po chwili widziałem już jak…

Thalia uśmiechnęła się do mnie smętnie, właściwie sam nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale jej czarne włosy i niebieskie oczy były dla mnie podpowiedzią, bo już raz je widziałem, w pewnej wizji wraz z Jillian, kiedy to ona minęła ją na ulicy koło swojego domu.
— Jest już za późno — stwierdziła nagle męskim głosem, a jej oczy stały się czarne.
Nagle spostrzegłem w jej dłoniach złotą szkatułkę ozdobioną przez przeróżne kamienie szlachetne, a ja poczułem w swojej dłoni coś ciepłego. Otworzyłem ją i spostrzegłem w niej złoty kluczyk z czarnym rzemykiem. Znów zerknąłem w stronę uśmiechniętej dziewczyny.
- To było tak samo łatwe jak zabranie dziecku lizaka – stwierdziła z samozadowoleniem.
— Zaraz skopie Ci tyłek! — Warknęła koło mnie Jillian, a uśmiech Thalia zniknął.
— Nie możesz nic zrobić, dopóki mam… — nagle zamilkła.
Sięgnęła dłonią do kieszeni, ale nie znalazłam tam tego, czego szukała, a jej nienawistne czarne oczy spoczęły na mnie z chęcią mordu. Doskonale zdałem sobie sprawę, że mam coś, co do niej należy i w tej chwili naprawdę się cieszyłem, że kiedyś bawiłem się w kieszonkowego złodziejaszka.
— Zabije was! Zabije was wszystkich! — Wydarła się z wściekłością Thalia.
Następnie jej ciało opadło na ziemię, a przed nami z szarego dymu zaczął kształtować się ludzki kształt, a raczej boski, bo czarne puste oczodoły wpatrywały się w nas z czystą nienawiścią…

Nagła jasność mnie oślepiła i gdy zacząłem mrugać powiekami, zdałem sobie sprawę, że znajduje się na powrót w swojej kuchni, a nie w najbliższej przyszłości. Spostrzegłem, że mój towarzysz nie poruszył się z miejsca, tylko przyglądał mi się z niesamowitym spokojem jak na niego przystało. Wyszczerzyłem się do niego radośnie.
— Wygląda na to, że w muszę chronić moją narwaną przyszłą żonę — stwierdziłem zagadkowo.
Nie miałem ani grama podejrzenia, co do tego, przez kogo wpakowaliśmy się w mojej wizji w takie kłopoty, dlatego również wyjąłem z kieszeni złoty kluczyk, który dzisiaj znalazłem w jednej z szuflad w swojej kuchni. Do tej pory sądziłem, że jest do klucz do jakiejś spiżarni, czy czegoś, ale teraz…
Teraz wiem, że czeka nas mała wojna.

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział IX


 "(...)Nie, to nie jest syndrom sztokholmski(...)"


Domek Hermesa wyglądał jak typowy letni domek. Miał w sobie jakiś urok, ale może to ze względu, że uwielbiam prostotę. Choć z drugiej strony nie skakałam jakoś szczególnie z radości z pobytu tutaj, gdyż wydawał się on jednocześnie dość stary oraz nieco zniszczony.
Brązowa farba łuszczyła się i odchodziła od ścian. Na drzwiach widniała nieco krzywo zawieszona liczba jedenaście, a tuż nad drzwiami był dziwny znak - skrzydlaty kijek z dwoma wężami i to Ryan był tym, który poinformował mnie, iż jest to kaduceusz, symbol Hermesa.
W tej chwili naprawdę żałowałam, że będę musiała spędzić tutaj kilka nocy, dopóki mój „kochany” tatuś nie przypomni sobie o mnie, a za co miałam ochotę skopać mu jego boski tyłek – poważnie!
— Jest tyle domków w obozie — mruknęłam pod nosem.
Było ich dokładnie dwadzieścia pięć i podobno niedługo ma pojawić się kolejny, nowy domek. W obozie stały dwa, trzy, a nawet chyba cztery puste, które wyglądają zdecydowanie lepiej niż ten, przez którym właśnie stoję, rudzielec oraz Nico (syn Hadesa), a który był na tyle „uprzejmy”, że „postanowił” nas odprowadzić. Widziałam po jego minie, że jest więcej niż „zachwycony” tym zadaniem.
Oj tak, miałam równie wielką ochotę i go walnąć.
— Hermes jest także bogiem podróżników, więc dzięki temu nieuznani herosi mogą tutaj mieszkać — poinformował mnie z nutą samozadowolenia w głosie Nico.
Ryan ukrył swój śmiech udając nagły atak kaszlu. Właściwie nie wiem, czemu się jeszcze tego rudego prześladowcy nie pozbyłam, ale muszę mieć go na oku, bo ma moje zdjęcia… choć zastanawiam się, czy robienie ich podczas czyjegoś snu jest karalne na tyle, aby zdobyć nakaz sądowy o nie zbliżanie się na pewną odległość.
— Gdzie jest Maggie?
Naprawdę tęskniłam za najnormalniejszą osobą w tym towarzystwie, okazała się cichą i płaczliwą wiedźmą, ale nie było jej odkąd obudziłam się, po oszustwie, jakiego dopuścił się Nico podczas naszej walki. Chłopcy spojrzeli na mnie zaskoczeni, ale obydwaj od razu to ukryli.
— Popsuła arenę — wyjaśnił Ryan.
Moja zdumiona mina (bo jakże ktoś mógł popsuć arenę?) była odzwierciedleniem miny Nico. Obydwoje spojrzeliśmy na siebie w cichym porozumieniu, czyli po prostu w stylu: „to wariat – zignoruj”. Mimowolnie uśmiechnęłam się do syna Hadesa, z którym czułam wspólny język, ale jakby na alarm, moje myśli zostały zaatakowane pewnym wydarzeniem z dzieciństwa.
Zacisnęłam dłonie w pięści i prychnęłam z pogardą na własne myśli, a następnie z wysoko podniesioną broda ruszyłam przed siebie. W głębi duszy zastanawiałam się, czemu tak naprawdę nigdy się nie popłakałam. Nigdy nie uroniłam łzy po tym, gdy dowiedziałam się, że moja własna matka już nigdy nie wróci, a gdy tylko otworzyłam stare i skrzypiące drzwi, poczułam dreszcze z powodu nawiedzających mnie duchów przeszłości, o których nikt nie mógł się dowiedzieć.
„…ostatni raz zerknęłam na dwójkę (na moje oko) nie starszych niż dwunastolatkowie. Na szczęście blondwłosy chłopak i czarnowłosa dziewczynka zniknęli za rogiem ulicy obok. Otworzyłam drzwi od domu swojej babki. Nadal zdumiewała mnie ich dyskusja, ale gdy tylko mój wzrok spoczął na wnętrzu korytarz, po prostu zaniemówiłam, a moje ciało znieruchomiało. Czułam się jakby zostało ono zmrożone, a to z powodu zgrozy sytuacji, w jakiej właśnie się znalazłam i co mój mózg nie chciał pojąć, mimo iż miała całe zdarzenie wyraźnie przed oczami.
Na starej drewnianej podłodze, o którą z wielką trwałością dbała moja skrzydlaka babka, leżała kupka popiołu, było go niewiele i wyglądało jakby na zawsze miał zostać tam ślad, bardziej chyba przypominało to wypalony znak. Najgorsze chyba było to, że układał się na kształt mojej babki, bo ileż osób znałam, które miały tak powyginane kończyny i ramiona ozdobione piórami?
Po prostu wiedziałam, że to moja babka.
W tamtym momencie jedyne, co mi przyszło do głowy, to fakt, że ona skłamała.
Obiecała, że nigdy mnie nie zostawi!
— Jill?
Drgnęłam słysząc swoje imię i z obojętności spojrzałam na Ryana, jego dwukolorowe tęczówki uważnie przyglądały się każdemu zakamarkowi mojej twarzy. Pragnęłam w tej chwili rzucić mu się w ramiona i wypłakać jak mała dziewczyna, a dokładnie jak pięciolatka, która wróciła do domu i odnalazła resztki ciała swojej babki i nigdy nie dowiedziała się, kto tak naprawdę ją zabił.
Niestety nie mogłam tego zrobić, więc odwróciłam szybko wzrok.
Nie przywiązuj się do ludzi, a wtedy nigdy cię nie zranią” – to było moje motto.
Mimo wszystko widziałam kątem oka jak Ryan rozłożył szeroko ramiona. Moje ciało drgnęło, jakby chciała pobiegnąć w stronę chłopaka, a gardło zacisnęło się z niewiadomego dla mnie powodu. Przełknęłam ciężko ślinę i odwróciłam się tyłem do rudowłosego.
— To jest ta dziura?
Nawet ja mogłam wyczuć w swoim głosie desperację, ale zanim zdążyłam nawrzeszczeć na samą siebie w duchu, to ramiona Ryana objęły mnie od tyłu. Moje serce zbiło szybciej, a oddech stał się szybszy i płytszy. Podniosłam głowę, nadal pod wrażeniem tego, że jest on taki wysoki, natomiast on wpatrywał się we mnie z niezwykłym skupieniem i powagą na twarzy.
— Nigdy Cię nie opuszczę — obiecał
Czcze gadanie – pomyślałam, ale nie byłam w stanie tego powiedzieć.
Wyswobodziłam się z jego uścisku i rzuciłam jakąś kwaśną uwagę, a następnie zabrałam chłopakowi swoją torbę (przeklinając sama siebie w duchu, że pozwoliłam mu ją nosić) i wypadłam jak huragan do pokoju, piorunując wzrokiem wszystkich jego domowników.
Nie ma to jak miłe powitanie z mojej strony.

*          *          *

Niestety dzień chylił się ku końcowi, a większość niego straciłam na leżeniu w Wielkim Domu, teraz jednak zastanawiałam się, które łóżko zająć. Dolne, czy górne? Od zawsze chciałam przespać się na górnym, ale obawiałam się, że mogę wydać się nieco zbyt dziecinna.
— Zajmuje dół! — Oznajmił Ryan i padł na łóżko.
Spojrzałam na niego zdumiona, bo o ile dobrze znałam chłopaków, to oni zawsze wybierali górę. Wzdychając ciężko wdrapałam się na swoje posłanie, a gdy znalazłam się na trzecim szczeblu drewnianej drabiny, ulokowałam na posłaniu swoją torbę, a mój wzrok powędrował samoistnie w stronę rudzielca, jego smutny wyraz twarzy był czymś nowym, a choć wcale nie chciałam wiedzieć, co go spowodowało on i tak mnie uświadomił:
— Domek Hermesa zawsze był pełen, więc myślałem, że prześpimy się w śpiworach na podłodze, a ja będę mógł udawać dżentelmena i…
— Nie kończ — przerwałam mu.
— Przerwałaś w najlepszym momencie — wyszczerzył się do mnie szeroko, kładąc się placami na łóżku, rozluźnił się, wbijając przy tym wzrok w moje pośladki. — W moich planach tej nocy mieliśmy nieźle się zaprzyjaźnić i poznać sekrety naszych ciał — wyznał.
Podparł głowę skrzyżowanymi ramiona, ale szybko złapał się za brzuch i stęknął z bólu, gdy rzuciłam w niego swoją ulubioną książką. Ten chłopak był nienormalny i mnie prześladował! Czy nie mógł znaleźć sobie innego obiektu do wzdychania i fantazjowania? Ja nie byłam dobrym materiałem na partnerkę w czymkolwiek.
Zawsze sama.
Zawsze samodzielna i to mi odpowiadało.
— Jesteśmy bratnimi duszami, nasz związek jest zapisany w gwiazdach!
— Nie wierzę w horoskopy — skłamałam.
— Nie ładnie jest kłamać swojemu narzeczonemu… auł!
Druga moja ulubiona książka uderzyła w jego brzuch, ale gdy zdałam sobie z jej tytułu znieruchomiałam z lekkiego niepokoju jak i zawstydzenia.
— „Nikt mi się nie oprze”, ta książka jest o mnie? — Zaćwierkał radośnie Ryan.
— Śnisz Ryanie Lyreesie O'Connall! — Wrzasnęłam.
Chłopak skrzywił się, a ja poczułam dumę, że znam jego drugie imię. Gdy już weszłam na swoje posłanie zdałam sobie sprawę, że teraz rudzielec się ode mnie nie odczepi gdyż, jaka normalna ofiara znała takie informacje o swoim prześladowcy?
— Nie, to nie jest syndrom sztokholmski — poinformował mnie nagle Ryan. — To miłość, jaką czujesz do mnie, ale wstydzisz się wyznać — dodał z nutką satysfakcji w głowie.
Ostrożnie wychyliłam głowę zza swojego łóżka i patrząc w na dolne łóżko mogłam ujrzeć ponownie jego typowy szeroki uśmiech, który zaczął kojarzyć mi się z uśmiechem Jokera z Batmana.
Jesteś chory psychicznie? — Spytałam całkowicie poważnie.
Co najgorsze rudzielec chyba czyta w myślach!

*          *          *

Ciepły wiatr owiewał moją twarz, gdy ja unosiłam się między chmurami. Powietrze tutaj było rzadsze, ale ja nie odczuwałam tej różnicy, czułam się jakbym szła spokojnym spacerkiem po miękkiej trafie na łące, tyle, że ziemi kompletnie nie dotykałam, a jednak zapach kwiatów był wyczuwalny, czyżbym leciała nad jakimś lasem?
Gdy jednak zerknęłam w dół widziałam tylko skrawek zieleni przysłonięty, co jakiś czas przez białe obłoki. Nie bałam się tego, że jestem kilkanaście metrów nad ziemią i w każdej chwili mogę upadnę, ponieważ wiedziałam, że frunęłam.
To było wspaniałe uczucie, gdy nagle odczułam dziwne pieczenie w ramionach, ujrzawszy jak moje palce stają się długie, kościste niczym szpony drapieżnego ptaka, a z ramion wychodzą pióra poczułam lekki dyskomfort i nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Proces ten nie był szybki, ale strasznie powoli, a ja straciłam swoją „wolność”, czyli powoli zaczęłam spadać, obserwując z szokiem jak ostre pióra przecinają moją skórę przy ramionach, aby wydostać się na zewnątrz.
Nie! Nie chce tego!
„(…)harpię jak każde mitologiczne potwory, polują i zabijają herosów!”
Nie, nie chciałam tego!
 „No, nie!” – usłyszałam nagle męski głos. – „Psia krew! Mam tu sprawy Olimpu na głowie, tu Zeus nagle z burzą z piorunami wyskakuje, tam Posejdon zamawia tsunami na Chiny, co niby one mu zrobiły, się pytam?! Zachciało mi się córki to teraz wciąga mnie w swoje koszmary! Nastolatki!”
Sapnęłam i natychmiast usiadłam na łóżku waląc tym samym się czołem w wystającą belkę przy suficie, więc czym prędzej i z jękiem bólu opadłam na pościel wgapiając się bezmyślnie w drewniany dach. Powoli moje ciało rozluźniało się po nocnym koszmarze, a ja próbowałam zrozumieć, co się dzieje, a po chwili uśmiechnęłam się złośliwie, na myśl, że mój ojciec jest prawdziwym idiotą.
Bo wcale nie zapraszałam go do swojego snu!
"Ale wciągnęłaś!" – Usłyszałam jego wrzask jak brzęk natrętnej muchy przy uchu, nawet pomachałam dłonią chcąc pozbyć się jego irytującego głosu. – "Nie mam czasu na takie bzdury! Nigdy więcej nie posłucham rad mojego ojca! Posejdon ma najgorsze pomysły na świecie! „To letni romans, nic się nie stanie” no jasne! A później mam na głowie niewdzięcznego bachora!"
Mój ojciec zaczął mnie poważnie irytować, a nie mogłam odciąć się od jego monologu, jaką to ma ciężką pracę i jak mu spać nie daje! Porównał mnie nawet do mojej pra prababki – Gai!
No tego było zdecydowanie za dużo!

*          *          *

Nie dość, że mój ojciec nawrzeszczał na mnie, ponarzekał, jaką ma niewdzięczną pracę i że liczy na nowy tytuł od Zeusa… do tej pory wydawało mi się, że jest pomocny, ale szybko zrozumiałam, że wcześniej mówił tak krótko i zagadkowo, ponieważ miał natłok pracy i nie miał czasu na „pogaduchy” i „plotkowanie” – jak sam powiedział.
Przez niego i narzekanie - głównie swoją pracę w programie pogodowym w telewizji Hefajstosa (kto to słyszał, aby bogowie bawili się w takie rzeczy?) - byłam kompletnie nieprzytomna, a ból głowy, jaki u mnie wywołał na pewno zapisałby się w księdze rekordów Guinnessa.
Zeszłam z łóżka po piątej, ponieważ wiedziałam, że raczej sobie nie pośpię. Dlatego też byłam pierwszą osobą, która skorzystała z łazienki. Na szczęście, choć raz Ryan się na coś przydał, bo gdy tylko wyszłam on już czekał pod drzwiami ze szklanką wody i tabletką przeciwbólową na głowę. Wręczył mi to, ignorując moją zaskoczoną minę i sam skorzystał z łazienki.
Nie byłam jednak męczennikiem, aby nie przyjąć takiego wybawienia.
Szybko połknęłam tabletkę i pobiłam ją wodą, przy okazji zastanawiając się skąd Ryan wytrzasnął takie rzeczy. Mądrzy ludzie nie zastanawiają się jednak dłużej nad rzeczami niemożliwymi, więc odstawiłam pustą szklankę na małym stoliku koło łóżka Ryana.
Wdrapałam się na swoje posłanie i ułożyłam wygodnie, gdyż nie miałam na tę chwilę ciekawszych zajęć. Moja torba leżała obok moich nóg przy ścianie, bo rudzielec zdążył mnie ostrzec, że jeżeli mam cenne rzeczy, to lepiej je pilnować. Dzieci Hermesa są niezłymi złodziejaszkami – podobnie jak ich tatuś – i uwielbiają okradać sobie nawzajem, czy nawet innych herosów, taki miały po prostu nawyk.
Ziewnęłam lekko, gdyż senność mnie powoli dopadała.
— Luna, wiem już, jaki domek tworzą!
Krzyk zachwytu zwrócił moja uwagę i ocucił mnie nie lepiej niż wiadro zimnej wody, szybki zwróciłam uwagę na powód tego nagłego hałasu, a okazały się nimi dwie dziewczyny, siedziały one na pojedynczym łóżku obok naszego.
Jedna z nich ze szczerym uśmiechem na lekko zaczerwienionej z wysiłku twarzy. (Wówczas zrozumiałam, że Ryan ma szczęście, iż nie jest tak oblepiony piegami jak ta dziewczyna) miała ona krótkie brązowe włosy, podobne z długością do moich, ale gdy tylko zajrzało się w jej niesamowite czekoladowe oczy człowiek mógł oszaleć – a dostrzegłam je, gdy na mnie zerknęła, a błysk ciekawości pojawił się w nich, ale szybko zwróciła uwagę na swoją towarzyszkę.
Druga dziewczyn – obudzona przez tą pierwszą i zapewne nosząca imię Luna – miała dziwnie jasną karnację, podobną do Maggie. Jednak w odróżnieniu od brązowookiej miała ona długie czarne włosy zaplecione w warkocz, a jej duże srebrne oczy wydały mi się nienaturalne. Obydwie były zdecydowanie młodsze ode mnie.
Trzeba było dodać, że owa Luna była naprawdę piękna! Od razu dałabym jej etykietę córki Afrodyty. Twarz w kształcie serca, duże pełne usta w pięknym naturalnym różanym kolorze, duże oczy otoczone wachlarzem gęstych rzęs i prosty nos, lekko zadarty nos.
— No, jaki niby?
Brytyjka. To wyjaśniało wszystko.
— Domek Seleny! — Wykrzyknęła.
Pokręciłam z niedowierzania głową, gdy srebrne oczy dziewczyny rozbłysły prawdziwą radością. Najwidoczniej nawet uznani herosi musieli tutaj pozostać, a ja poczułam lekki skurcz brzucha i nie było to z obawy, że mój kochany tatuś mógł nie wybudować mi domku i będę zmuszona tutaj pozostać… przerażające, a i owszem, ale mój brzuch wydał po chwili odgłos cichego burczenia, co świadczyło o tym, jak bardzo głodna byłam.
Nagle z oddali dało się słyszeć dziwny dźwięk, a wszyscy herosi z uśmiechem zaczęli się ustawiać w rzędzie przy drzwiach. Zdumiało mnie to, a jeszcze bardziej, iż wiedziałam, iż był to dźwięk koncha.
— Jill!
Ujrzawszy machającego do mnie Ryana, który najprawdopodobniej zajął mi miejsce w tej dziwnej kolejce, mruknęłam pod nosem kilka przekleństw, gdyż również w tej chwili dwójka bliźniaków – którzy byli grupowymi domku, coś jak opiekunowie – mnie dostrzegli i byłam pewna, że nie mogłam przeczekać w ukryciu tej całej zabawy w stanie gęsiego. Niechętnie zeszłam z posłania i powlekłam nogami na koniec kolejki, byłam zbyt zmęczona, aby się nawet kłócić.
Jakże ten dzień był wspaniały! – To był sarkazm, dla niewtajemniczonych.
Bracia Hood (Travis i Connor, którzy wyglądali jak bliźniacy jednojajowi, choć tak naprawdę jeden z nich był starszy od drugiego o rok, zabijcie mnie, ale nie wiem, który jest, którym) złapali mnie pod ramiona mrucząc coś o tym, że ustawiamy się zgodnie z wiekiem, od najstarszego do najmłodszego, toteż ja musiałam stanąć za Ryanem, który wyrwał mnie z rąk braci, wrzeszcząc i ogłuszając mnie lekko, gdy wspominał coś o tym, że należę do niego.
Oczywiście oberwałby ode mnie, gdyby nie to, że kolejka nagle ruszyła, a mi oczy same się zamykały.
Może, gdybym zaczęła ignorować tego Wiewióra, dałby mi wtedy święty spokój?
Płonne marzenia…

*          *          *

Słońce jeszcze nie wychyliło się zza horyzontu, gdyż jak na listopadowy poranek przystało to noc była dłuższa niż dzień, ale wychodząc z domku dostrzegłam, iż niemal wszystkie domki robią to samo, co ten, w którym obecnie przebywałam. Wszyscy ruszyliśmy w stronę wzgórza, na którym mieściła się kantyna, miałam ochotę westchnąć, gdy tylko ujrzałam ową budowlę, naprawdę uwielbiałam starożytne budynki.
Był to przepiękny widok, bo kantyna przypominająca wyglądem wejście do panteonu, tyle, że bez dachu i okrągłej tylnej części budynku, więc poniekąd zastanawiałam się, jak ludzie, przepraszam herosi tutaj jedzą, gdyby zaczęło nagle padać, ale chyba nikt nie chciałby na moim miejscu zostać zaatakowany kolejną dawną dziwacznych odpowiedzi, więc to przemilczałam.
Kantynę oświetlały pochodnie zawieszone na marmurowych kolumnach, moim zdaniem był to przepiękny widok i nawet nie dostrzegłam tego, że nie tylko herosi zmierzają na ucztę, ale po prostu wszyscy. Zaskoczyło mnie niemniej to, że na środku stał brązowym trójnogu wielkości wanny płonął ogień, może będą piec nad tym ogniem kiełbaski?
Podobnie jak z dachem, nie zadawałam pytań.
Moim bystrym i półprzytomnym okiem dostrzegłam, iż jest tutaj dokładnie dwadzieścia pięć stołów, odpowiadało to liczbie domków, a każdy ze stołów był zasłany białym obrusem i purpurowym haftem. Szczerze mówiąc to miałam ochotę paść głową na talerz i się zdrzemnąć, a jednak burczenie i skurcze w żołądku skutecznie mi to odradziły.
Już miałam zająć swoje miejsce, gdy usłyszałam przekleństwo Ryana, powędrowałam wzrokiem w jego stronę stojąc przed drewnianą ławką, na której miałam właśnie zamiar wygodnie się rozsiąść. To prawdopodobnie była wina słońce (niech rudzielec sobie to dalej wmawia), które zaczęło powoli wychylać się zza horyzontu, a w tym samym czasie nad głową Wiewióra pojawiła się jaśniejąca żółta poświata z dziwnym symbolem w środka, a która przypominała złotawą lirę.
— Gratuluję! — Zagrzmiał głos Chejrona.
Spojrzałam zaskoczona w tamtym kierunku, najwidoczniej przeoczyłam wielkiego centaura pilnującego porządku, ale w takim stanie, nawet różowego słonia tańczącego salsę bym przeoczyła. Po chwili zaczęłam na nowo ziewać i mrugać oczami chcąc odpędzić senność.
Usiadłam za stołem mając już dość starczenia przed ławką i położyłam swoją głowę na porcelanowym talerzu ignorując całe zamieszanie wokół Ryana i nie słuchając tego, co mówi Chejron. Chciałam po prostu zapaść w drzemką, choćby na chwilę…


— Śpisz?
Ktoś mną potrząsnął i zamrugałam oczami zdając sobie sprawę, że zwróciłam na siebie uwagę wszystkich siedzących przy naszym stoliku. Nigdzie wokół siebie nie widziałam jednak rudzielca (co było dziwne), więc zaczęłam się za nim rozglądać po wszystkich stołach i dopiero wówczas go namierzyłam.
- Ryan został uznany, jest synem Apolla – poinformowała mnie dziewczyna, a która była winna wybudzeniu mnie z drzemki. – Jajecznicy?
Spojrzałam na wielką tacę, którą trzymała i z przyjemnością nałożyłam sobie wielką porcję, gdyż było to moje ulubione danie, a następnie wzięłam jeszcze dwie bułki. Przekroiłam je na pół i wysmarowałam masłem.
— Chodź — powiedziała dziewczyna.
Zamrugałam zaskoczona, gdyż wszyscy herosi zaczęli ustawiać się w kolejkę do tej wielkiej płonącej ogniem wanny. Nawet nie starałam się pytać, czemu wyrzucali połowę jedzenia w płomienie (a co z głodującymi dziećmi w Afryce?) tylko nałożyłam sobie jeszcze więcej jajecznicy i dopiero wtedy udałam się za swoim przewodnikiem.
Jak na ironię losu była to Brytyjka, która jak mniemam była córką Seleny.
Zajmując miejsce w kolejce, Luna (zapamiętałam jej imię!) zaczęła mi wyjaśniać, że teraz są składane ofiary bogom. Gdy nastąpiła moja kolej (a muszę wspomnieć, że sporo się naczekałam) wrzuciłam niemal połowę jajecznicy w ogień, zastanawiając się, o co mogę prosić.
Daj mi spać, idioto – poprosiłam cicho, bo była to w tej chwili najważniejsza dla mnie sprawa.
Następnie odwróciłam się i skierowałam się w stronę stolika, kątem oka zobaczyłam Maggie i znieruchomiałam widząc jak wyższy i groźnie wyglądający chłopak patrzy na nią jak na ósmy cud świata, a jego włosy powoli wraz ze spadającym na nie promieniami słonecznymi zmieniały barwę z czarnej na białą, a ponieważ połowa jego głowy była w cieniu… ten efekt był dość mocno widoczny.
To miejsce było naprawdę dziwne.
Odwróciłam się w stronę Luny, która stała za mną i spytałam:
— Gdzie jest jakiś ketchup?
Ja po prostu uwielbiałam jajecznice z ketchupem, bo czy jest coś równie pysznego?