KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział XVII

"*Maggie – Jak poznałam swoją wielką miłość... Sammy’ego!*

Osiem lat wcześniej…
— Temu, to dorób ogon gada! Przeklęty facet! Nazwał mnie oszustem! Wyobrażasz sobie?! Jeszcze mu pokaże… my mu pokażemy!
Natychmiast spełniłam prośbę (rozkaz) ojca. Mężczyzna stojący w kolejce koło kasy, sklepu spożywczego, kompletnie nas ignorował. Z resztą, jak większość mieszkańców. Choć nie wydawało mi się to być dobre. To jednak chciałam być doceniona przez swojego ojca. Wiedziałam, że z dnia na dzień pogłębia się w swoim szaleństwie. Jednak go kochałam. Poza tym, przy ojcu czułam się nieco bezpiecpozniejsza. Póki był przy mnie mój prześladowca dawał mi spokój. 
Może jednak nie było to dobrym pomysłem? Mimo to wyczarować panu komisarzowi ogon. Od zawsze czułam na sobie spojrzenia mieszkańców i szepty. Niejeden raz słyszałam, jak nazywają mnie diabłem bądź nasieniem demona. 
Po chwili dało się słyszeć wrzask i piski – ogólnie wybuchła jedna wielka panika.
— Ten jego synek to też niezłe ziółko — zauważył, już spokojniej, mój ojciec. Ignorując przy okazji biegających wokoło przerażonych ludzi. — Słyszałem, że terroryzuje nauczycieli i uczniów, trzymaj się z dala od tego Flynna — rozkazał.
Och tatusiu! Jak bardzo bym tego pragnęła!
Niestety nie powiedziałam tego.
Nie wyznałam mu prawdy, która każdego dnia przytłaczała mnie coraz bardziej.

* * *

Ktoś za mną szedł.
Byłam tego pewna. Przyśpieszyłam, próbując, jak najszybciej dotrzeć do domu, aby się schronić przed tym, co miało nastąpić. Do moich oczów napływały łzy, których nie potrafiłam zatrzymać. Serce biło mi w piersi coraz szybciej, a oddech stawał się urywany. Panika całkiem mnie pochłonęła i natychmiast rzuciłam się do biegu.
Bam!
Leżałam na ziemi, czując promieniujący ból w łydce. Zerknęłam za siebie, aby zobaczyć grupkę czteroosobowej ekipy Flynna. Zacisnęłam usta w wąską linię, bo zaczęły mi niebezpiecznie drżeć. Ból stał się czymś odległym, a strach i adrenalina dały mi siły, aby spróbować znów się wyrwać.
Niestety ból w nodze mi to uniemożliwił. Przypominając sobie o niej, spojrzałam na nią i bezgłośnie jęknęłam ze zgrozy. Przez moją nogę na wylot przechodziła strzała.
Strzałą!
— Zachowuje się, jak królik, którego ostatnio upolowałem z ojcem — zauważył z nutą samozadowolenia mój prześladowca. — Niemal próbował odgryź sobie nogę… ach — westchnął z nutką rozmarzenia. — Tak fajnie było na to patrzeć, ale najfajniejsze było, gdy zatopiłem swój bagnet w serce temu słodkiemu… króliczkowi.
Nie miałam nawet zamiaru tłumaczyć Flynnowi, że króliki nie są zdolne odgryź swojej nogi. Właściwie, niewiele mogłam w tym stanie logicznie myśleć. Szukałam, jakiejś drogi ucieczki, bo naprawdę nie miałam zamiaru, wrócić do domu (ponownie) ledwo żywa.
Nie chciałam czuć bólu.
Mamusi… nie chciałam.
— Hmm… a może przetestujemy, go na tej di diablo?
Wiedziałam, że specjalnie nazwał mnie diabłem, aby tylko jeszcze bardziej mnie zranić. 
— Świetny pomysł Flynn — przytaknął mu jego giermek.
Wrzasnęłam.
Płakałam. Krzyczałam. Prosiłam.
Nic mnie nie uchroniło przed bólem.

* * *

— Nie… proszę — szepnęłam do siebie.
Pędząc jak na skręcenie karku, próbowałam, jak co piątek, dostać się do domu bez spotkania z Flynnem. Po moich policzkach znów płynęły łzy, serce tłukło się w piersi… Teraz bałam się jak nigdy. Dzisiaj do szkoły mój prześladowca przyniósł mały pistolet.
Pistolet!
Nie chciałam umierać. Bogowie! Nie chciałam!
— Mamusiu… — szepnęłam.
Moja mama pomagała mi, jak tylko mogła. To dzięki niej, nadal żyje. Być może nie było to dobre wyjście i powinnam iść do szpitala, może wtedy Flynn by mnie zostawił? Niestety podskórnie wiedziałam, że pan Komendant tylko czeka, aby coś takiego się wydarzyło. Aby wsadzić mojego ojca za kraty.
Wpadłam na kogoś, a przez to oboje się wywaliliśmy.
Zamknęłam ze strachu powieki i pisnęłam.
To koniec.
— Mamy Cię! — Wrzasnął z zadowoleniem Flynn.
Huk strzału przeszedł echem po okolicy. Zacisnęłam jeszcze mocniej powieki, aby tylko nie patrzeć i starać się odgrodzić od rzeczywistości.
Jednak nie poczułam bólu.
Powoli rozchyliłam powieki i spojrzałam na białowłosego chłopaka, który w jakiś sposób ustawił się przede mną. Chroniąc mnie przed kulą. Spoglądał na swoją nogę, która zaczęła barwić jego jeansy na czerwono.
— Pobrudzili mi spodnie — mruknął chłopak.
W jednej chwili, chłopak podniósł dłoń, a wówczas cała czwórka padła na ziemię, jakby podczas ataku padaczki. Patrzyłam, jak z ich ust wypływa czerwona piana. To był przerażający widok, a ja poczułam ku swojemu zdumieni współczucie z powodu takiej śmierci.
— Nic ci nie jest? — spytał mój wybawca. Popatrzyłam w jego miodowe oczy, gdy się do mnie odwrócił i bezgłośnie zaprzeczyłam. — Jestem Samael, a ty?"





ROZDZIAŁ XVII
"(...)Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek(...)"


— Nic na to nie powiesz, Heaven?
Szare oczy blondynki zwęszyły się niebezpiecznie, ale była na tyle opanowana (o ile można tak to opisać w tej sytuacji). Uśmiechnęła się swoimi pełnymi ustami, które dla płci męskiej były spełnieniem ich sennych marzeń. Podniosła swoją głowę, aby spojrzeć prosto w orzechowe oczy swojej „koleżanki”. Pomimo, iż była niższa od Camille, to właśnie Cam czuła się mniejsza i słabsza.
— No nie wiem, Cam… — powiedziała wyginając kąciki ust ku górze, ledwo powstrzymując swój wybuch śmiechu. — Pewnie znów zniszczyłabym twoje wyimaginowane ego o sobie samej… — westchnęła dramatycznie, przykładając dłoń do serca. — Dyrektorka kazała mi być milsza dla osób z zaburzeniami psychicznymi.
Z chłodną arogancją, przyglądała się, jak czerwień wkrada się na twarz Camille, której usta uformowały się w idealne „o”. Uwielbiała te drobne wymiany zdań z szatynką, mającą idealnie „złotą” opaleniznę. Faktem było, że Cam spędzała więcej czasu w solarium, niż przy książkach. Gdyby nie jej bogaci rodzice, Heaven była pewna, że ta panna nie zdałaby drugiej klasy podstawówki, bo na tym etapie nauki mały móżdżek dziewczyny się zatrzymał.
Prychając jak kotka, szatynka wypadła z szatni, a za drzwiami dało się słyszeć jej wymuszony płacz. Wzruszając ramionami, panna Grey nie przejęła się tym w żaden sposób. Doskonale wiedziała, że łzy się pojawiły, gdyż z pewnością natknęła się na Kena. Znaczy… czarnowłosy przystojniak tak się nie nazywał, ale to określenie idealnie pasowało dla kogoś z jego ilorazem inteligencji i wybujałym ego. Swoją drogą, tworzyli słodką parę.
Pani Bezmózga i pan Wielkie-Ego.
Pakując swoją torbę, zdała sobie sprawę, że gdzieś zapodziała swój telefon. Krzywiąc się lekko na swoją gapowatość, która jej ostatnio ciążyła, ruszyła z powrotem na scenę. Mijające ją znajome dziewczyny, uśmiechały się do niej z serdecznością. Osobiście Heaven nie znosiła tłumów, wolałaby teraz być z Marco. 
Wspomnienia swojego najlepszego przyjaciela, który jednocześnie był gadem, dobry humor jej powrócił. Na kilka minut. Było to przecież nieco śmieszne, gdyż jego opis brzmiał jej zdaniem nieco dwuznacznie.
Wesołość szybko ją jednak opuściła, gdy tylko weszła na scenę i zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego. Można by było to nazwać zmysłem wojownika albo instynktem, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że jakiś drapieżnik się na niego czai. 
Powoli zaczęła podnosić dłonie, jednocześnie uważnie rozglądając się po opustoszały teatrze szkolnym. Światła zostały zgaszone i tylko niewielkie lampki przy scenie oświetlały ciemność wokół niej. Zaciskając dłonie na swoich szpilkach, które przytrzymywały jej długie i proste blond włosy. Wyjęła je, pozwalając ich kaskadzie opaść na jej plecy.
Szpila w jej lewej dłoni, przemienił się w tantō aikuchi* wykonanego z stygijskiego żelaza. Zaś ta w prawej w długi sztylet z niebiańskiego spiżu. Obydwie bronie były idealnie wyważone, a ona sama posługiwała się nimi ze wrodzoną gracją.
W tym momencie, jej przezwisko „Złośliwy Skrzat” nabierało nowych znaczeń.
Może była drobna i z wyglądu przypominała słodkiego elfa, ale jej język był jak brzytwa. Ranił dużo bardziej niż fizyczne ciosy.
Świst przebił powietrze, a ona od razu wymierzyła cios. Za pierwszym razem chybiła, za drugim już nie i dało słyszeć się syk bólu jej przeciwnika. Bo chociaż nic nie widziała (jej wróg był naprawdę szybki), pozostałe jej zmysły pracowały na zwiększonych obrotach, co pozwalało jej na robienie tego, co kocha. Była już blisko zabicia kreatury, która z pewnością uznała ją za łatwy cel, gdy nagle męski okrzyk przeszył powietrze. Padła na ziemię i dopiero po ogłuszającym huku, zdała sobie sprawę, że głos krzyknął „Padnij!”.
Koło niej deski zadrżały. Zerkając w tamtą stronę, spojrzała wprost w czerwone tęczówki wampirzycy, która wyszczerzyła do niej swoje ostre kły. Obietnica zemsty w jej oczach zamigotała tuż przed tym, nim rozpadła się ona w czarny pył, który wybuchł prosto w twarz Haeven.
Słodko.
Kaszląc, starała się pozbyć, jak najwięcej popiołu ze swojej twarzy, a później zaczęła otrzepywać swoje ubranie. Wtedy powoli, jej słuch znów zaczął funkcjonować i mogła usłyszeć końcówkę sprzeczki, która odgrywała się między dwoma różnymi od siebie chłopakami.
—…lać! — warknął chłopak z czarnymi włosami. Właściwie cały był ubrany na ten kolor, choć na jego koszulce był kolorowy wizerunek i napis Spiedermana. — Nie używamy dział!
— Och przestać! To był tylko prototyp!
Mówiąc to, drugi z nich, nieco niższy od pierwszego, z chochlikową twarzą i szerokim uśmiechem, o ciemnych kędzierzawych, czarnych włosach. Zaczął coś majstrować przy skórzanym pasku z narzędziami, zapiętym na biodrze. Wyjmując z niego metalową kostkę, która błysnęła w ciemnościach odbijając światło lamp. Obracał ją w pacach, coś przy niej robiąc, choć wzrok miał skierowany na swojego rozmówce.
— Tym bardziej nie powinieneś go używać w obecności śmiertelnika!
Wrzasnął ten z bluzką ze spidermanem, spoglądając na nią przelotem. Na chwilę jego miodowe spojrzenie spotkało się z jej. Poczuła się znieważona, gdyż rozmawiali o niej, jakby jej tutaj nie było. Mrużąc oczy, położyła swoje dłonie na biodrach, szykując się do ciętej riposty, ale uprzedził ją chochlikowy chłopak.
— No weź! Jak Maggie z tobą wytrzymuje?
To zwróciło całą uwagę czarnowłosego na swojego rozmówce. Zaczął mówić coś do niego szeptem, najwidoczniej nie chcąc, aby ona też to usłyszała. Przewróciła teatralnie oczami. Wtedy też poczuła, jak czyjeś ramiona oblatają ją od tyłu. 
— Tęskniłam za tobą! 
Odwracając głowę, przyjrzała się uśmiechniętej, czarnowłosej dziewczynie, która wyglądała, jakby nie zauważyła dwóch par męskich spojrzeń. Spoglądające na nią z niedowierzaniem i lekkim szokiem. Sama Heaven miała ochotę wybuchnąć śmiechem, gdy dostrzegła oszołomione miny chłopaków.
— Ja za tobą też — powiedziała odruchowo i przypomniawszy sobie, czemu właściwie tutaj przyszła. — Widziałaś może mój telefon?
Czarnowłosa córka Seleny potrząsnęła przecząco głową. Blondynka westchnęła i już miała wznowić poszukiwania, gdy odwróciła się i pokazała środkowy palec dwóm wgapiającym się w nią chłopakom.
— Weźcie się na coś przydajcie i pomóżcie mi znaleźć telefon! — syknęła rozkazująco.
Gdy obaj nadal stali, jak wmurowani. Zniecierpliwiona Luna, odeszła od swojej starej kumpeli i podniosła coś z ziemi. Była to puenta, baletka z gipsowym czubkiem służącym do wykonywania skomplikowanych figur. Dziewczyna wzięła rozmach i rzuciłam nią w stronę syna Hefajstosa. Chłopak dostał głowę twardym czubkiem, jęknął, przyłożył dłoń na bolące miejsce i zaczął je masować. 
— Dziewczyno! Powinnaś zamiast broni nosić baletki! Potwory nie miałyby żadnych szans!
Uwaga, chłopaka o chochlikowej twarzy, została zignorowana.
Haeven z zaciekawieniem, jak również z lekkim rozbawieniem przyglądała się, jak chłopcy w końcu ruszają w stronę sceny. Gdy tylko się do niej zbliżyli, Luna ich przedstawiła:
— To Leo, syn Hefajstosa — wskazała na chłopaka o chochlikowej twarzy. — Zaś ten ponurak, to Samael, syn Tanatosa — wskazała na wyższego z nich, który od razy się skrzywił. — A to jest Heaven, córka Anterosa.
Heaven dość niekulturalnie wgapiała się w Leona, urzeczona jego szerokim uśmiechem i dołeczkami w policzkach. Czując na sobie spojrzenie pozostałej dwójki, szybko odwróciła wzrok i uśmiechnęła się kpiąco.
— Do roboty „Łowcy Wampirów”! — Zawołał Leo.
— Jesteśmy herosami, nie łowcami — zauważył Samael.
Cała trójka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— W takim razie, do roboty „Łowco-Herosi Wampirów!” — wykrzyknął z rozbawieniem Leo.
— I ja mam tak z nimi cały, boży dzień — zauważyła ze znużeniem Luna.
Kąciki ust Haeven zaczęły drżenie z tłumionego śmiechu. Uznała w końcu, że jej weekend zapowiada się nawet ciekawie. Może nawet dołączy do tych herosów i im pomoże? 
Sama jeszcze do końca nie zdecydowała.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Maggie*

Machałam dłonią do swojego ojca na pożegnanie, aż nie skręciliśmy za róg ulicy i nie straciłam go ze wzroku. Westchnęłam smętnie i skupiłam swoją uwagę na pingwinie. Siedząc na chmurce leciał nad głową Jill, robiąc przy tym dziwne miny.
Nie miałam odwagi jej o tym mówić, a szczególnie, gdy była w tak wisielczym nastroju.
Mijając rząd domów, które lepsze dni miały za sobą, przyglądałam się z zafascynowaniem, co ludzie mieli na podwórkach. Przeważnie były to stare auta, bądź wózki ze śmieciami, a raczej z rzeczami, które się „naprawi i sprzeda”. 
Słońce już dawno zaszło, a nam oświecał drogę księżyc. Było w tym, coś magicznego, a co napełniało moje ciało dodatkowa porcją magii. Nie chciałam jednak psuć moim przyjaciołom tej intymnej chwili. Bo nawet ja zauważyłam, jak Jillian dyskretne zerka na Rudzielca i za każdym razem jest na tym przyłapywana. Ryan nawet nie ukrywał, że się w nią wgapia, ale ona nie dała się zmylić i tylko uśmiechają się w ten swój przerażający zaraz-dowiesz-się-co-to-strach sposób.
Dzięki magii zaczęłam dostrzegać ich aury. Był to biały na wpół przezroczysty kontur, który obrysowywał linie ich ciał. Dodatkowo można było dostrzec pojedyncze nitki kolorów, które odpowiadały za cechy charakteru i obecny nastrój. Jako córka Hekate automatycznie wiedziałam, które co oznaczają.
Chociaż prawda o moich przyjaciołach mnie zaskoczyła.
Wpatrywałam się w aurę Ryana z lekko rozciapaną buzią.
Serce zabiło mi szybciej, oddech stał się płytszy, a ja nawet nie zauważyłam kiedy się zatrzymałam. Zamykałam, mrugałam i pocierałam oczy, aby tylko się przekonać, że to co widzę, jest wytworem mojej wyobraźni. Jakże chciałabym, aby taka była prawda.
Niestety to było rzeczywistością.
— Maggie, wszystko w porządku?
Słysząc znudzony głos Jill, otrząsnęłam się i kiwając głową natychmiast ich dogoniłam. Zerkając ukradkiem na Rudzielca, a który to uśmiechnął się nieco smutno i kiwnął głową. Potwierdzając to, co przypuszczałam.

* ~ * ~ *

— Apate, emboliari, fur, furuncle**!
Bogini Nieszczęścia i Zdrady prychnęła z pogardą, gdy Moros w akcie gniewu wyzwał ją po łacińsku. Sama miała ochotę dać upust nerwom, a jednak w odróżnieniu od niego umiała nad sobą dużo lepiej panować.
Siedząc na ciemnej sofie, wzniosła oczy ku niebu, gdy Moros po raz setny przeszedł koło niej. Była niemal pewna, że zaraz zrobi dziurę w podłodze. Nie tylko jej działał na nerwy, bo poniektórzy bogowie rzucali mu znaczące spojrzenia, które skutecznie ignorował w przypływie swojej frustracji i gniewie.
Ale co z ich niepowodzeniem ona miała wspólnego?
— Powinieneś ją bardziej skrytykować — poskarżył się z niezadowoleniem Momos.
— Jesteśmy tacy słabi… — wtrąciła cicho Oizys.
Ozisys została zignorowana. Jako bogini nędzy i cierpienia, jęknęła smutno i żałośnie. Kładąc się przy tym na podłodze wykonanej z czarnego marmuru w świątyni Nysk (na Olimpie). Przyglądając się swojemu odbiciu Oziys jeszcze bardziej zaczęła jęczeć i wyżalać się nad swoją niedolą.
— Przecież wcale nie przegrywamy! — zawołał ze złością Pseudologos. Jego głos skutecznie uciszył innych bogów. — To nie jest Hysmina, a ona nienawidzi Aresa i kocha Arodytę, pokłóciłem się z nią i…
— Mówże po ludzku! — Syknęła rozzłoszczona Apate.
Pseudologos skrzywił się, ale zaprzestał swoich kłamstw, wzdychając ciężko.
— Hysmina nam pomoże w zamian za Aresa — wyznał.
Czwórka bogów spojrzała na nowo przybyłą, która stała obok boga kłamstwa. Z zainteresowaniem lustrowali, wysoką blondynkę, która miała na sobie czarny t-shirt z rozerwanymi rękawami. Skóre jej ramion  zdobyły różnego rodzaju, zawiłe i niepokojąco wyglądające tatuaże. Na głowie miała bandame, a na lewym policzku dziwną, nieregularną szramę, która musiała powstać przez jakąś tępą broń.
Następnie znów wszyscy bogowie, którzy byli zamknięci w Puszce Pandory zwrócili się na siebie z ostrymi językami i obrażając się nawzajem. Próbowali w ten sposób odreagować, ale żadne z nich nawet nie dostrzegło samej Nysk, która stając w progu swojej świątyni. Z niepokojem przyglądała się swojej rodzinie, która zaczęła powoli demolować jej świątynie. 

* ~ * ~ *
*Perspektywa Ryana*

Niemal wyłamałem drzwi od autobusu, gdy tylko zatrzymał się on na naszym przystanku. Prędko pobiegłem w krzaki, aby zwymiotować zawartość swojego śniadania. Oparłem dłonie o lekko ugięte kolana i opuszczając głowę, pozwoliłem, aby czerwone kosmyki moich włosów opadły mi na twarz.
— Ryan?
Zignorowałem wołanie. Starałem się w tej chwili skupić na wyrównywaniu oddechu i sprawieniu, aby reszta zawartości mojego żołądka została w nim. Słysząc jednak ponownie swoje imię, podniosłem wzrok mając nadzieje, że będzie to zmartwiona Jill. 
Niestety zawiodłem się, ale na szczęście nudności zostały zastąpione trwogą.
Przekląłem pod nosem.
— Ryan, Słoneczko to ty!
Niebiesko-szare oczy Jenny spoglądały na mnie z radością. Jej długie kasztanowe włosy, były ustylizowane teraz na wzór Merlin Monroe. Miała na sobie również biały golf, który podkreślał jej bujne kształty i świetnie dopasowane jeansy.
Zerknąłem za siebie, aby zobaczyć dzielącą mnie odległość od córki Hekate i córki Eola. Obydwie jednak były zajęte studiowaniem mapy, którą przyniósł im Henryk. Pingwin był widocznie bardzo uszczęśliwiony błyskiem zadowoleniu w oczach Jill (ja też uwielbiam ten przejaw radości u mojej Złośnicy), gdyż spoglądał na nią z uwielbianiem. Ciekawe, czy i ja gdy na nią patrzę, wyglądam podobnie?
Nie wiedząc nawet kiedy, zacząłem mierzyć wzrokiem przyszłą matkę moich dzieci. Zatrzymując się w niektórych rejonach jej ciała i mając wielką nadzieje, że co nieco jej jeszcze urośnie. Tak mnie pochłonęła obserwacja Jill, że dopiero walnięcie w ramię, które zrobiła Jenny (owszem w młodości nieco przypominała moją Złośnice) zwróciło moją uwagę na niezapowiedziane spotkanie.
— Cudownie wyglądasz Jenny, nowa fryzura?
Ten temat był najbardziej pomocny w rozmowach z dziewczynami typu Jenny. Która to był zadowolona z komplementu i zainteresowania, jakie jej zdaniem mam względem jej osoby. Pozwoliło mi to na chwilę spokoju i przemyślenia taktyki.
— Słoneczko… — zamruczała zmysłowo Jenny, przybliżając się do mnie i kręcąc zalotnie biodrami. —… tęskniłam za Twoimi ciepłymi promieniami — dodała nieco ciszej.
Zrobiłem szybki rachunek sytuacji.
— To bardzo źle — wyznałem, czując jak na moją twarz wpływa uśmiech. — Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Jillian*

Studiując mapę, starałam się zrozumieć w którą stronę musimy wyruszyć, aby dość do Zatoki Meksykańskiej. Podczas podróży Ryan i Maggie zgodnie stwierdzili, że to nasz punkt podróży. Mój Nielot wyjątkowo się na coś przydał, uczenie go kradzieży przez dzieci Hermesa nie poszły w zapomnienie. Zdecydowanie powinnam częściej pożyczać Henryka innym obozowiczom. Może nauczą go robić broń?
Wtedy byłby idealnym zwierzęciem domowym.
Byłam tak pochłonięta swoimi myślami i próbami zrozumienia mapy, żę dopiero za trzecim razem, gdy Maggie mnie uderzyła łokciem zareagowałam. Tylko dlatego, że wcześniej uderzała mnie dość słabo. Przeniosłam na nią swój niezadowolony wzrok, ale ona kiwnęła mi w zamian głową w stronę krzaków. Tam właśnie poleciał Rudzielec, aby zwymiotować zawartość swojego żołądku. 
Spojrzałam w tamto miejsce i poczułam sprzeczne emocje.
Przed moimi oczami pojawiła się czerwona mgiełka, która uaktywnia się przeważnie podczas walki. Tym razem (choć dość późno) zrozumiałam, że zalała mnie fala zazdrości. Tak irracjonalnej, bo w końcu nie kochałam Rudzielca, że niemal śmieszna.
Mój umysł wrzeszczał, że powinnam się opanować. Nie mogłam pokazywać, że w jakiś sposób mi na kimś zależy. Bo wtedy taka osoba zawsze umiera. Na nic były jednak wrzaski mojego rozumu, tym razem, pierwszy raz od dawna, to serce przejęło wodze nad moim ciałem.
W kilka sekund przekonałam dzielącą nas odległość. Gdy tylko pojawiłam się koło nich, usłyszałam końcówkę wypowiedzi Rudzielca. Poczułam jak na moją twarz wpływa rumieniec złości. Tleniona blondynka (nawet jeżeli było to kłamstwo, to bardzo budujące) odwróciła się do mnie w momencie, kiedy moja pięść już wystartowała.
Dziewczyna pisnęła i zatoczyła się do tyłu od mojego uderzenia. Maggie wrzasnęła, a Ryan wyglądał, jakby właśnie wygrał na loterii. Był tak z siebie zadowolony, że niemal pękł z tej swojej durnej radości. Blondynka nie była jednak pierwszą lepszą lafiryndą (bardzo mi przykro, chociaż może i nie, ale będę ją teraz tak nazywać).
Okazało się powiem, że nie jest aż taka bezbronna na jaką wygląda. Znikąd w jej dłoni pojawił się długi miecz, który był także szeroki. Przypominał mi gigantyczny tasak. Coś jak te wszystkie bronie w Anime. Aż dziwiło mnie, jak taka drobna osóbka, jak ona jest w stanie to unieść.
Nie miałam z tym najmniejszego problemu.
Walka na bronie się rozpoczęła, więc natychmiast sięgnęłam po swoją bransoletkę. Wcześniej nie całkiem unikając ciosu swojej przeciwniczki. To spowodowało, że rękaw mojej kurtki został rozdarty, a ja syknęłam z nagłego pieczenia, które poczułam.
Już po chwili w dłoni dzierżyłam bicz.
— Ryan zatrzymaj je! — Usłyszałam krzyk przerażonej Maggie.
— Maggie… one biją się o mnie i ja mam to przerywać? — spytał z niedowierzaniem w głosie Ryan. — Byłbym idiotą, gdybym to zrobił!
Maggie mruknęła coś pod nosem, co spowodowało śmiech Rudzielca. Dłużej się nimi nie interesowałam, bo moja przeciwniczka w tej chwili miała wymalowaną chęć mordu w oczach. Dopiero wówczas zorientowałam się, że są one również szarego koloru, co moje.
Ryan jest zboczeńcem-prześladowcą.

* * *

Maggie podała mi baton z ambrozji, gdy tylko do nich podeszłam po skończonej walce. Podziękowałam jej ruchem głowy, a następnie podeszłam do Ryana i walnęłam go w głowę. Zignorowałam jego żałosny jęk i psie oczy, którymi na mnie spoglądał. Dobrze wiedział, za co oberwał. Idiota. Choć niestety muszę przyznać, że jest słodkim idiotą... 
Podniosłam swój plecak i ruszyłam tylko sobie znanym kierunku. Żadne z nich nie odezwało się słowem. W ciszy szliśmy przed siebie, a przynajmniej byśmy to zrobili, gdyby powietrze przed nami nagle nie zafalowało i nie pojawiła się nikła tęcza, aby później pokazać rozwścieczonego Chejrona.
— Na gacie Zeusa! Gdzie wy jesteście?!
Ups… mieliśmy przechlapane.

* ~ * ~ *

Chłodny wiatr owiał jej twarz, gdy ona jednak zamiast przyglądać się przepięknej plaży na Ogygii spoglądała na fotografię w dłoni. Zdjęcie przedstawiało krzywiącą się z niesmaku brązowowłosą dziewczynę, która próbowała ignorować swojego towarzysza. Był nim rudowłosy chłopak, który spoglądał na nią z uwielbieniem. Melinda mimowolnie zachichotała. Jej córeczka miała chłopaka. Jakie to urocze!
Bursztynowe oczy kobiety jednak nagle wypełniły się cierpieniem. Serce zacisnęło jej się z tęsknoty za utraconym skarbem. Niestety musiała ratować swoja córkę. Nie chciała, aby pięcioletnia wówczas Jillian żyła w ciągłym strachu o własne życie. Pragnęła dla swojej córki szczęścia skazując tym samym siebie na samotność.
Wiatr ponownie zawiał od strony niespokojnego morza. Serce ścisnęło jej się z radości, gdy na horyzoncie zamigotał jakiś punkt. Niestety szybko minęła, gdy przekonała się, że to tylko ptak.
— Czekam na ciebie Jillian — wyszeptała zaciskając drobną dłoń na fotografii.
— Melindo?
Usłyszawszy swoje imię, kobieta odwróciła się w stronę stojącej nieopodal właścicielki wyspy. Na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech. Migdałowe oczy dziewczyny uważnie się jej przyglądały, a następnie wydawały się o coś pytać. Melinda powoli przytaknęła głową.
— Obiecałam ci — Przypomniała jej i sobie.
— Jesteś pewna Melindo?
— A ty Kalipso?
Dziewczyna przytaknęła głową na pytanie-odpowiedź swojej rozmówczyni. Następnie odwróciła się. Jej biała suknia na ramiączka zafalowała lekko. Dodała ona ją na tę okazję właśnie od Melindy. 
Bez słowa obydwie ruszyły w stronę migocącego w oddali budynku. Gdzie za kilka chwil mieli pojawić się bogowie olimpijscy i zdecydować, czy zgadzają się na ich propozycję, czy nie. Tym razem Kalipso była w dobrej wierzy. Miały wiele argumentów działających na ich korzyść.
Tym razem musi się udać.
A ona będzie wolna i odnajdzie swoją miłość. 
Zaś Melinda będzie wreszcie bezpieczna.





--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Legendy:
*Tantō aikuchi - rodzaj sztyletu lub puginału japońskiego z jedno- lub obosiecznym ostrzem, o długości od 15 do 30 centymetrów. Głownia była przeznaczona przede wszystkim do pchnięć, lecz można nią było także z powodzeniem ciąć. 
** Z łac.: "Apate, jesteś błaznem, złodziejem i zwykłym oszustem"

********************************
Zacznę od tego, że jest w tym rozdziale wiele niewiadomych. I trochę chyba mi się nie udała...
Jenny nie jest ważną postacią. Była ona po prostu gościem w tym rozdziale.
W następnym rozdziale (najprawdopodobniej) dojdzie do wielkiego spotkania Jill z jej matką.
To sprawia, że powoli zbliżamy się ku zakończeniu opowiadania.
No i serdecznie zapraszam do nowej zakładki "Gabinet Chejrona".
Tam zaś pojawi się "Wywiad z Ryanem", więc naprawdę zapraszam :)
Bussis! :3
P.S. Przepraszam za tak długi czas oczekiwania na rozdział!







piątek, 6 lutego 2015

Rozdział XII



"(...)Nie płacz, bo ci serduszko pęknie…(...)"

Moje życie od zawsze było nieco zbyt szalone, zbyt niebezpieczne i niezbyt normalne. Jednak w najśmielszych koszmarach nie przewidziałabym takiej sytuacji, w jakiej teraz się znalazłam. Rudzielec koło mnie wyglądał na niezwykle opanowanego i tylko osoba, która znała go na tyle dobrze jak ja mogła z całą pewnością rzec, że ten poważny wyraz twarzy oznacza tylko to, że jej właściwie chce ukryć wszem i obecnym swoje rozbawienie.
Skrzyżowałam ramiona na piersi, gdy chłodny podmuch powietrza owiał moją skórę, a wtedy mały czarno-biały nielot podreptał w naszą stronę, trzymając w dziobie nadal żywą rybę. Byłam pod nie lada wrażeniem, że nie wywalił się on lodzie, którym pokryta była podłoga, a wręcz utrzymuje równowagę, gdy zatrzymał się koło nas, jego czarne oczka jak paciorki przyjrzały się mojej twarzy, a później demonstracyjnie połkną rybę w całości.
— Masz słodkie zwierzątko — zauważył Ryan.
— Nie prosiłam o nie — warknęłam podnosząc buntowniczo podbródek do góry. — To samo zahodowało się  w tym pokoju — dodałam.
Ryan nie mógł już powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu i zaśmiał się cicho, a ja miałam wielką ochotę kopnąć go, aby tylko przestał zachowywać się jak głąb i pomógł mi pozbyć się tego denerwującego nielotnego ptaka z orszaku świętego Mikołaja.
— Z pewnością — powiedział z błyskiem w oku Rudzielec. — Twój ojciec miał z pewnością wspaniały pomysł, bo zamiast szczeniaczka, czy kociaka kupił ci…
— Ptaka z orszaku sań świętego Mikołaja — powiedziałam ze złością.
Ryan natychmiast przestał się uśmiechać i złapał mnie za ramiona kierując w swoją stronę tak, aby nasze twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Poczułam się dość niezręcznie, gdy jego dwukolorowe tęczówki przyglądały mi się z niezwykłą jak na niego powagą na twarzy. Mimowolnie zadrżałam, gdy poczułam w nozdrzach zapach jego skóry (był to dziwna mieszanka zapachu kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla – nigdy nie przypuszczałam, że jest taki zapach) i od razu zbeształam się za to w myślach.
— Pingwiny nie są kojarzone ze świętym Mikołajem — powiedział powoli Ryan. — Nie bądź większą ignorantką niż jesteś. — Nachmurzyłam się na te słowa. — Wystarczy już, że ignorujesz moje uczucia!
Po tych słowach niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i zacisnął swoje ramiona tak, że dłonie uwięzione miałam między naszymi ciałami, a on sam nie pozwalał mi się uwolnić z tego uścisku. Udało mi się jednak odchylić lekko głowę do tyłu, a gdy nasze oczy się ponownie spotykały tego dnia, a następnie kopnęłam nic niespodziewającego się Rudzielca w najczulszy męski punkt.
Ku mojemu zdumieniu on uśmiechnął się szeroko.
— Mam tam ochraniacz — wyjaśnił.
Mój poziom gniewu osiągnął wyższy stopień. Bo choć wydawało się, że wygrał tym razem, nie zamierzałam tak łatwo się poddać. Niestety niedane było mi spróbować jednego z wielu chwytów ulicy, których się nauczyłam, gdy niespodziewanie do mojego domku wszedł syn Tanatosa, z którym przyjaźniła się Maggie. Jego widok był tak niespodziewany, że wszelka chęć utarcia nosa Ryanowi wyleciała mi z głowy i tylko wielkimi jak drachmy oczami mogłam wgapiać się w Samaela.
— Długo ci to jeszcze zajmie? — Spytał z nutą zniecierpliwienia nowo przybyły. — Nie mam całego dnia na te twoje bzdury z córą Eola — dodał kiwając głową w moim kierunku.
To było jak policzek i już otwierałam usta, aby nawrzeszczeć na chłopaka przeklinając go kilkoma epitetami, którymi nie powstydziliby się ze znajomości marynarze, gdy nagle usta Ryana spoczęły na moich, skutecznie zamykając mi tym samym możliwości przedyskutowania złego zachowania Samaela.
Serce zabiło mi mocniej, oddech stał się nierówny, przez moje ciało przeszedł dreszcz przyjemności, a dłonie nagle zaczęły mi się pocić pomimo panującego w domu chłodu i mimowolnie zaplotłam je wokół szyi chłopaka. Nim jednak mogłam wczuć się całym sercem w ten niecodzienny pocałunek i przyznać, że naprawdę jego ciepłe a zarazem twarde usta są jeszcze lepsze niż ambrozja, chłopak oderwał swoje usta od moich i posłał mi szeroki uśmiech, cmokając mnie przy okazji lekko w mój nos, a następnie odwrócił się i wyszedł z domku.
Stałam jak sparaliżowana, a tuż obok mnie stał przyglądający mi się pingwin.
— Ryan! Ty idioto! — Wrzasnęłam na całe gardło i wypadłam z domku. — Zatłukę cię na kwaśne jabłko!
Kilku herosów przechodzących koło mnie, wysłało mi zaniepokojone spojrzenie i zaczęło umykać w przeciwnym kierunku, a ja nie dostrzegając nigdzie powodu swojej złości kopnęłam pierwszą rzecz, która była na mojej drodze, czyli jakiś durnowaty kamyk.
Przeklinając niczym marynarz wróciłam do swojego błękitnego domu trzaskając przy tym drzwiami wejściowymi z całej swojej siły i niemal powodując, że numerki na moich drzwiach z nich odleciały.

*          *          *
*Perspektywa Jill*

Bawiąc się czarna bransoletką, którą dostałam od rudzielca jeszcze raz od nowa analizowałam wszystkie jego ruchu, słowa i czyny. Miałam istny zamęt w swojej głowie, bo już sama nie wiedziałam, co mam myśleć o nim. Z jednej strony miałam ochotę walnąć go w głowę, wyzywając od największych idiotów, a z drugiej zarzucić mu ręce za szyję i nie puszczać już nigdy.
Poczułam dziwny ucisk w okolicy swojego serca i od razu przyłożyłam na nim dłoń, czując pod nią lekki rytm. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała, podnosiła i… tak w kółko, bo choć było to coś najnormalniejszego na świecie na mnie podziałało w uspakajający sposób. Zerknęłam z nagłym ożywieniem w stronę szafki z białymi półkami, zawaloną całkowicie przez książko, a która była dość wyraźna na granatowym tle ściany, zaczęłam zastanawiać się, co w takiej chwili robili ich bohaterowie w podobnych sytuacji.
Przymknęłam oczy, wiedząc, iż to uczucie jest niebezpieczne, niszczycielskie i choć daje dużo siły, odwagi i z uśmiechem pozwala iść przez świat to jej utrata rujnuje aż do samej duszy. Nigdy nie pozwalałam sobie na uczucie choćby w małym przybliżeniu do tego.
Jak najgorszego zła unikałam wszelkich ciepłych uczuć…
Miałam w głowie istny chaos!
Podniosłam się gwałtownie z łóżka, wpadając przy tym na siedzącego pingwina, który przyniósł ze sobą swoją miskę z napisem „Henryk” (jak mniemam mój kochany ojciec właśnie tak nazwał tego nielota – choć nie lot to złe określenie, bo ten pingwin używa wiatru mojego ojca i lata sobie na burzowej chmurze, który sypie śniegiem po całym domu) i przyglądał mi się swoimi czarnymi oczkami.
— Spadaj — warknęłam.
Ku mojemu szokowi, mały nielot rozpłakała się roniąc najprawdziwsze łzy, a ja poczułam się całkowicie zmieszana i jakbym właśnie pozbawiła małe dziecko wszelkich dziecięcych marzeń.
— Hej, nie płacz! — Zawołałam, powodując jeszcze większy płacz pingwina. — Przepraszam! Przepraszam! — Krzykiem próbowałam przebić jego głośnie wycie.
Jeżeli ktoś kiedykolwiek mówił mi, że pingwiny są spokojnymi nielotami…
Ten ktoś z całą pewnością kłamał!

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Siedząc na drewnianej huśtawce na niewielkim tarasie swojego domu, starałam się zastanowić, czemu Sammy ostatnio zachowywał się tak dziwacznie. Ziewnęłam szeroko, choć słońce było jeszcze wysoko na niebie, a następnie oparłam się plecami  o oparcie huśtawki, przy czym palcami lekko odepchnęłam się od powierzchni drewnianej podłogi tarasu, wprawiając ją w lekki ruch, a następnie położyłam je na niej, obejmując je ramionami i kładąc głowę na kolanach.
Wpatrując się w grających w piłkę nożną herosów (boisko do piłki nożne powstał przeze mnie i mojego brata, gdyż nieźle się wtedy pokłóciliśmy i w efekcie za naszym domem powstał ten oto plac), a lekkie błyski i niepokojące dźwięki dochodzące z domku ani trochę mnie nie dekoncentrowały.
Byłam smutna.
Czułam na swojej skórze nadchodzące zmiany i choć miałam wielką ochotę odwiedzić Rachel – naszą Wyrocznie Delficką, która zajmowała się przepowiadaniem przepowiedni (były one oczywiście w formie wiersza, który człowiek rozumie dopiero po wszystkim) i jako jedyna traktowała mnie w miarę normalnie, ale w końcu ta rudowłosa dziewczyna również była trochę dziwna.
— Magic! — Wydarł się znajomy głos.
Z niechęcią oderwałam wzrok od grupy dziesięciolatków grających w piłkę nożną i spojrzałam na swoją siostrę, która stała w progu drzwi ze skwaszoną miną, jakby ktoś właśnie pobrudził jej ukochany fotel (a co było niemożliwe przez zaklęcia, jakie na niego rzuciła). Przyglądałam się chwilę dziewczynie o naturalnych „truskawkowych” blond włosach, natomiast jej dziwne beżowe tęczówki wpatrywały się we mnie wrogo.
— Coś nie tak Amira? — Spytałam cicho.
— Dziwak do ciebie — oznajmiła nagle z obojętnością. — Prosiłabym jednak, aby nigdy, NIGDY więcej nie przynosił tych śmierdzących kwiatów!
Amira była dziwną osobą (jak wszystkie dzieci Hekate), ale niewiele osób może równać się z tym, że mają taką fanaberię jak ona. Bo kto normalny uważa róże za śmierdzące i brzydkie kwiaty? Właściwie ostatnio zauważyłam, że w swoim pokoju trzymała bukiet mleczy – podejrzewam również, że nie z powodu nagłego zamiłowania do roślin.
Podniosłam się raptownie, zapominając o tym, gdzie trzymałam nogi, a to spowodowało, ze z hukiem poleciałam do przodu, przy czym moje nogi nadal leżały na huśtawce, która wprawiłam w nagły ruch i zdecydowanie dorobiłam się nowych siniaków na nich.
Moja siostra słowem nie odezwała się na mój spektakularny spektakl, nawet wtedy, gdy próbując się podnieś oberwałam huśtawką w głowę i znów leżałam na brzuchu, jęcząc z bólu. W takiej właśnie pozycji znalazł mnie mój gość, przychodząc do mnie i zapewne tracąc cierpliwość.
W chwili, gdy ujrzałam poważną minę syna Tanatosa z bukietem kwiatów i bombonierką w kształcie serca, łzy pojawiły się w moich oczach i tym razem nie było to spowodowane moim wypadkiem, a tym, że mój przyjaciel właśnie się w kimś zakocha i zapewne poprosi mnie o pomoc w zdobyciu serca dziewczyny, której automatycznie zaczęłam darzyć niechęcią.
Strach i ból ścisnął mi serce.
Zdałam sobie wówczas sprawę, że go kocham.
— Nienawidzę cię! — Wydarłam się.
Niespodziewanie podniosłam się na równe nogi i nim zdegustowana Amira, czy zaskoczony Samael mogli cokolwiek zrobić, ja zręcznie przeskoczyłam przez barierkę tarasu (ku swojemu zdziwieniu nic sobie przy tym nie łamiąc) i ze łzami bólu pobiegłam w stronę domku Jillian.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Ryana*

Marszcząc brwi, czytałem przepis, który właśnie podarował mi Will, zastanawiając się przy okazji, czy smakowałby on mojej ukochanej Jill. Podniosłem wzrok znad zapisanej niebieskiej kartki w kratkę i dostrzegłem, że Will oparł łokieć o mój ukochany blat i pomijając to, że zajął miejsce mojej Jill, to na dodatek oparł podbródek o dłoń i wydawał się całkowicie nieobecny.
Już miałem zrobić mu jakiś kawał (a dokładniej mówiąc zastanawiałem się nad różnymi możliwościami), gdy nagle drzwi od mojej kuchni huknęły o ścianę, a ponieważ byłem pewien, że Jill po naszym ostatnim razie prędzej przyznałaby się, że nie potrafi strzelać z łuku, niż przyszła tutaj… więc widok syna Tanatosa nie był dla mnie większym zaskoczeniem.
— Wydaje mi się, że ta kuchnia kiedyś stanie się miejscem posiedzeń — orzekł Will, który nadal wyglądał na zamyślonego. — Czemu mnie to nie dziwi?
Zignorowałem jego pytanie i podniosłem jedną brew, gdy Samael przemierzył dzielącą nasz przestrzeń i wepchnął mi tuzin czerwonych róż i bombonierę powodując, że kilka łodyg się połamało, a ja nie mogłem opanować szoku, gdyż tego momentu naprawdę nie przewidziałem i było to naprawdę przerażające. Czyżby tak właśnie żyli zwykli ludzie, nie mając pojęcia, co za chwile się wydarzy?
Jakoś nie dziwiło mnie, że ten sposób życia podoba się Jill, ale ja… naprawdę cieszyłem się, że mam swoje wizję, bo bez nich wydaje mi się, że nie umiałbym funkcjonować.
— Ona uciekła! Uciekła! Powiedziała, że mnie nienawidzi! — warknął, czerwieniąc się ze złości Samael. — A ty — pchnął mnie w pierś swoim palcem wskazującym — masz to naprawić! — syknął
Otworzyłem usta, aby jakoś zmniejszyć złość Samaela, ale ten już wyparował z kuchni trzaskając ponownie drzwiami. Zamrugałaem oczami starając się pojąć, co przed chwilą się wydarzyło, aż usłyszałem śmiech Willa, blondwłosy chłopak wręcz leżał na moim blacie i o mało nie rozpłakał się z nagłego napadu śmiechu.
— Z czego się śmiejesz? — Spytałem lekko podirytowany.
— Bo Magic jest z pewnością u Jill — zawołał Will zmywając się równocześnie z kuchni.
O cholera…

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jill*

Nagłe przybycie rozpłakanej Maggie do mojego domku wprawił w ruch mój instynkt opiekuńczy, o którym istnieniu nie miałam pojęcia. Kogo widok rozpłakanej i zasmarkanej słodkiej czarnowłosej dziewczyny w (jak zwykle) niebieskiej garderobie (jeansach i T-shircie) nie wprawiłby w taki stan?
Naturalnie mój pingwin o imieniu Henryk siedział sobie na swojej białej chmurce latając nade mną jakbym została przeklęta przez wiedźmę i zmuszona była do wiecznej śnieżycy. Bynajmniej taki widok nie zszokował Maggie, która bez słowa rzuciła się w moje ramiona rycząc mi w moją czarną bluzę z ćwiekami, a która bez wątpienia po tym będzie nadawać się do wyrzucenia.
Skrzywiłam się z powodu swoich myśli, bo w tej chwili ważniejsze było samopoczucie Maggie, która wielokrotnie niemal nie niszczyła świata, ale jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak wielkim lamentem z jej strony, wręcz zanosiła się płaczem.
— Nie płacz, bo ci serduszko pęknie… — mruknęłam odruchowo ciepłym i cichym głosem.
Znieruchomiała i odsunęła się ode mnie.
Obydwie wpatrywałyśmy się z tak samo wymalowanym szokiem na twarzy, że takie słowa wypadły z moich ust, a przy okazji próbowałam przypomnieć sobie, gdzie ostatnim razem je usłyszałam i wtedy w moich wspomnieniach zamigotała postać kobiety o ciepłym lekko chropowatym głosem, którym oznaczały się osoby, które wypalały zdecydowanie za dużo papierosów, a miłość w jej głosie była wręcz wyczuwalna tak samo jak w jej bursztynowych tęczówkach.
— Jill… dobrze się czujesz?
Westchnęłam, bo przynajmniej udało mi się uspokoić Maggie.
— Sama nie wiem — wyznałam zgodnie z prawdą. — Chyba zaczynam popadać w depresję — mruknęłam.
Nagle twarz Maggie się rozpromieniła, a jej szeroki uśmiech był wręcz zaraźliwy, ale nie odwzajemniłam go tylko spojrzałam mniej wrogo na nią i czekałam na jej wyjaśnienia, czemu nagle wygląda tak jak Ryan, gdy…
Potrząsnęłam głową wściekła, że moje myśli w tej chwili biegną tylko w jedną stronę.
— Dzisiaj wieczorem do Obozu mają przybyć łowczynie Artemidy — wyjaśniła pełna entuzjazmu Maggie. — Jak zwykle odbędzie się walka o sztandar i..
Nagle Maggie przerwała, a na jej twarzy pojawiła się rozpacz i tyle było po jej wielkiej radości z powodu odwiedzin łowczyń. Na nowo w jej oczy się zaszkliły i stanęły w nich łzy, aby po chwili popłynąć nową porcja po jej zarumienionych od niedawnej ekscytacji policzkach.
Rzuciła się na mnie z godną wojownika szybkością i nie pozwalając mi się uwolnić ryczała w moją bluzę jak mała dziewczynka. Niestety objęła mnie za ramiona, więc nie mogłam jej również objąć, na ojej twarzy pojawiło się zrezygnowanie.

*          *          *

Jakiś czas później przyszedł Ryan.
Jego widok całkowicie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się, że rudzielec odważy się tutaj przyjść po tym jak mnie pocałował – z zaskoczenia!
Wstyd się przyznać, ale jakoś szczególnie nie byłam na niego wściekła, a jedynie lekko zaskoczona i znów poczułam to dziwne ciepło promieniujące od środka. Widok przygnębionego rudzielca był dziwnie bolesny, a swoje dłonie schował do kieszeni i stojąc przede mną z opuszczoną głową wymamrotał:
— Mogę pogadać z Maggie?
Zmrużyłam oczy i stanęłam rozkrokiem w progu drzwi, krzyżując przy okazji ramiona na piersi. Wpatrywałam się w niego, jakbym chciała wyczytać jego najskrytsze myśli, aż do czasu, gdy i on podniósł swoją głowę, a wtedy lekko zatonęłam w jego dwukolorowych tęczówkach.
Dech zaparło mi w piersi, w głowie się zakręci od natłoku odczuć.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Ryan tępo się we mnie wpatruje i chce spotkać się z inną dziewczyną, traktując mnie jak służącą. Złość zagotowała się we mnie jak nagły podmuch powietrza, który poruszył włosami rudzielca. Spojrzał niespokojnie za siebie, a później zerknął na moje zaciśnięte w pięści dłonie i podniósł jedną brew do góry.
— Jesteś zazdrosna? — Nutka samozadowolenia pojawiła się w jego głosie. — Nie masz, czego się obawiać, moje serce należy tylko do ciebie!
Prychnęłam, a moja irracjonalna złość lekko zmalała.
— Nic mnie to nie obchodzi!
— Me serce krwawi od twych kłamstw — stwierdził z szerokim uśmiechem. — Jak możesz krzywdzić kogoś tak przystojnego, niesamowitego i oddanego swej jedynej miłości?
W odpowiedzi skrzywiłam się i cofnęłam o krok, a rudzielec biorąc to za zaproszenie ruszył z szerokim uśmiechem do przodu i w tej samej chwili zderzył się z drzwiami. Jęknął cicho, a ja uśmiechnęłam się podnosząc jeden kącik swoich ust.
— Kocham cię Złośnico! — Wrzasnął Ryan zza zamkniętych drzwi.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Okazało się, że Jillian uwielbia pianki.
Niby nic nieznaczące odkrycie, gdyby nie to, że syn Hefajstosa – Leo – pilnował, aby każdy dostał po równo, a Jillian dość nieumiejętnie zaczęła być niezwykle uprzejma i niemal powiedziała „Proszę”, aby dostać nieco więcej owych łakoci.
Czasami zachowanie Jillian naprawdę wskazywało, ze dziewczyna ma tylko piętnaście lat. Bo jakby, choć w tej chwili, cała jej stanowczość i wrogość zniknęły, gdy niemal (bo jednak się nie śmiała, a jedynie lekko podnosiła kącik swoich ust) się uśmiechała, a nawet żartowała, choć jej drażnienie się z innymi można by wziąć, jako najprawdziwszą groźbę.
Nie znałam Jillian, a przynajmniej nie tak dobrze jakbym chciała, ale przez ten czas odkryłam, że wiele osób odtrąca od siebie. Wybudowała wokół mur, mający na celu chronić ją, ale niestety nie wiedziałam, przed czym, choć miałam cichą nadzieje, że kiedyś mi to zdradzi, w końcu każdy z nas miał mroczne sekrety, a ja wiedziałam doskonale, jakie to uczucie.
Mimowolnie przypomniało mi się moje dzieciństwo.
Zadrżałam z przerażenia, a następnie spojrzałam w niebo na migocące na granatowym tle gwiazdy. Dzisiaj widok był bezchmurny i jakoś dziwnie pogrążył mnie w transie, westchnęłam, gdy letni wiatr owiał moją skórę. Naprawdę cieszyłam się tym, że lata w obozie trwa przez cały rok, bo choć coś tam popsułam i teraz na zawsze jest tu ciepło to ten jeden wypadek jakoś mnie nie zdołował.
Niespodziewanie poczułam koło siebie ruch i gdy odwróciłam głowę w kierunku osoby, która postanowiła usiąść koło mnie na powalonej kłodzie, leżącej niedaleko ogniska, miałam nadzieje, że okaże się nią Jillian, która skończyła już sprzeczać się z Leonem o tym, dlaczego jej należy się więcej pianek niż innym obozowiczom (a naprawdę znalazła ku temu argumenty!).
Pierwsze, co podpowiadało mi, że to nie Jillian była mroczna aura otaczającego mojego towarzysza i zanim spojrzałam na niego, wyczułam lekki zapach róż, co mnie zmyliło, ale gdy spojrzałam na poważny wyraz twarzy syna Tanatosa, u którego oczach kryło się przerażenie poczułam dziwny ucisk w sercu, zwłaszcza, że lewą dłoń wyciągnął w moim kierunku podając mi w ten sposób śliczną czarną róże, a co było niesamowite, bo nigdy takiej nie spotkałam.
Ostrożnie wzięłam w dłoń oferowany mi kwiat i zachichotałam cicho, gdy poczułam jego ciężar. Nie maiłam pojęcia, jakim cudem Samael skonstruował róże z czarnego szkła, która pachniała jak cały tuzin róż, ale byłam szczerze oczarowana, choć z niepewnością spojrzałam w jego miodowe oczy.
Zlustrowałam go wzrokiem, od jego czarnych włosów, które jak zwykle zmieniły swoją barwę wraz ze zmiana pory dnia, na jego miodowe oczy, zaciśniętą szczękę, która była wyraźnie podkreślona przez jego ostre rysy, a nawet spojrzałam na jego czarny podkoszulek z naddrukiem czerwonego (wydał mi się w nieco krwawy) kolorze i z czarnymi dodatkami w środku, które tworzyły coś na kształt stojącego rycerza z mieczem. Srebrny napis wchodził na skrzydła smoka i głosiły napis: „Dragon Age: Inkwizycja”.
Wpatrywałam się w ten napis, jakby miał mi od odpowiedzieć na wszystkie dręczone mnie pytania, nie miałam odwagi znów spojrzeć w miodowe oczy Samaela i dowiedzieć się prawdy, ale jak sama Jill mi doradziła: „nie powinnaś uciekać, a wręcz stawić czoła problemom”. Czasami córka Eola mnie przerażała z tym, jak dobrze radzi sobie w życiu – w przeciwieństwie do mnie.
— Maggie… — wyszeptał moje imię i zamilkł. — To dla ciebie — wyjąkał cicho.
Zamrugałam, gdy oczy mi zwilgotniały i powoli podniosłam głowę do góry, ktoś właśnie rozpalił ognisko i płomień ogrzał mnie w lewy bok twarzy, ale ja byłam urzeczona tym, jak nowy kąt światła zmienił całe oblicze syna Tanatosa, a raczej jego słowa. Ta chwila wydała mi się niezwykle intymna i wydawała się burzyć moje wszystkie wątpliwości.
— Dla mnie? — Szepnęłam cicho i zacisnęłam mocniej dłoń na ciepłej od mojej dłoni łodydze róży. — Ja… — zawahałam się i biorąc głęboki oddech, przymknęłam oczy i wykrztusiłam: — Kocham cię.
Nastała dziwna cisza, bo choć wokół nas trwały w najlepsze kilkanaście rozmów, a z tego wszystkiego można było usłyszeć wrzaski Jillian, która znów wydzierała się na Ryana, jak również skarżyła się (chyba) Chejronowi, że Leo nie dał jej pianek. Czy choćby taki Leo, który właśnie tłukł swoim młotkiem, którym walił jakiś stolik i wkurzał tym samym Drew, a która żaliła się na to swojej nowej przyjaciółce Lunie, a ta z kolei mamrotała coś pod nosem po łacinie, a co jej przyjaciółka kompletnie ignorowała (a były to przekleństwa różnego rodzaju).
Dla mnie ten cały chaos nie istniał, a jedynie siedzący koło mnie mój najlepszy przyjaciel.
Wzdychając cicho otworzyłam oczy, aby zobaczyć rysującą się ulgę na twarzy Samaela.
— Też cię kocham Czarodziejko — szepnął.
Euforia nagle opanowała całe moje ciało, moja radość była przeogromna i po prostu rzuciłam się na szyję mojemu przyjacielowi z dzieciństwa, ale… skoro wyznaliśmy sobie miłość, kim teraz byliśmy? Parą? Nie chodziliśmy na randki…
Pozbyłam się swoich wątpliwości, gdy silne ramiona Samaela objęły mnie i przycisnęły do jego ciała jeszcze mocniej. Zarumieniłam się wściekle, gdy posadził mnie na swoich kolanach i na nic zdało się moje wiercenie i próby ucieczki z jego objęć.
- Gdy udało mi się ciebie złapać Czarodziejko, już cię nie wypuszczę – oznajmił chłodno, ale z błyskiem ciepła w swoich miodowych oczach, ale nagle zmarszczył brwi. – Nie rozumiem tylko, czemu uciekłaś, gdy chciałem dać ci róże i czekoladki – wyznał.
Zachichotałam i schowałam twarz w jego ramieniu.
Byłam zbyt szczęśliwa, aby wyznać, że wtedy myślałam, że zakochał się w dziewczynie, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła mu chaotyczny sposób wyjaśniać, że od dawna go kochałam, ale wtedy zdałam sobie z tego sprawę, jak również, że namówiłam Jillian, aby pobiła jego nową dziewczynę, a ta ostatnia kwestia niezbyt spodobała się synowi Tanatosa.

*          ~          *          ~          *

Annabeth opadła bezwładnie na ziemię, a nad nią pochylał się wysoki mężczyzna odziany w czarne szaty. Westchnął i narzucił na swoje złote włosy kaptur, skrywając w mroku rysy swojej twarzy. Następnie odwrócił się w stronę przerażonej Rachel, która z kneblem w buzi i związanymi kończynami próbowała uciec jakoś z domku Ateny, ale mężczyzna nie przejął się zbyt jej próbami, a jedynie podszedł i nachylił się nad nią.
— Spójrz na mnie — rozkazał i złapał w dłoń jej twarz, ściskając na tyle mocno, aby pozostawić na jej skórze czerwone ślady po jego palcach. — Wyrocznio Delficka, chce poznać przepowiednie — rozkazał.
Rachel, rudowłosa dziewczyna z masą piegów, spojrzała na niego iskrzącymi się szmaragdowymi oczami, w których kryła się pogarda dla jego osoby. Bez wątpienia była nie tylko przerażona sytuacją, zaniepokojona o Annabeth, ale również wściekła na bezimiennego mężczyznę.
— Pseudologos.
Usłyszawszy kobiecy głos, Rachel odetchnęła cicho z ulgą i przymknęła na chwile oczy, a następnie zamrugała zaskoczona na widok kobiety, która oparła się swobodnie o jedną ze ścian niewielkiego pokoiku należącym do nieprzytomnej blondynki.
— Czemu opuściłeś ciało Annabeth?
Mężczyzna zignorował kobietę za swoimi plecami i dalej wwiercał spojrzenie w Rachel.
— Chciałem sprawdzić, czy mogę ją zmusić do pomocy, ale jest chroniona — skrzywił się lekko na własne słowa. — Gdy jestem w swoim ciele mam więcej mocy — wyjaśnił.
Westchnął cicho, a następnie podniósł się na równe nogi i spojrzał na kobietę, którą skrywał cień kąta pokoju. Padające światło księżycowe niewiele pomogło w oświetleniu ciemnego pokoju, ale nikt w tej chwili z dwójki bogów się tym nie przejął.
— Będziesz musiała ją zabrać — stwierdził Pseudologos.
— Oczywiście — natychmiast przytaknęła kobieta. — Nie chcemy, aby wypaplała prawdę, bo w końcu ktoś tutaj była aż tak głupi, że…
— Wystarczy Apate! — Warknął mężczyzna.
Mamrocząc pod nosem podszedł do nieprzytomnej blondynki, która wydawała się pogrążona w głębokim śnie, a następnie zmieniając się w gęstą czarną mgiełkę wniknął w ciało nieprzytomnej dziewczyny. Dokładniej mówiąc wyglądało to jakby całej jej ciało zostało nagle otulone tą tajemniczą mgiełką, a następnie dziewczyna otworzyła oczy, które przerażały swoją bezdenną ciemnością i kilkakrotnie mrugnęła, aby zwyczajny szary kolor tęczówek znów się pojawił.
— Musiałeś robić takie przedstawienie? — Spytała podirytowana Apate.
Pseudologos w odpowiedzi uśmiechnął się tajemniczo.
Następnie obydwoje spojrzeli na przerażoną rudowłosą dziewczynę, a następnie Apate podeszła do niej żwawym krokiem i przerzucając sobie przez ramię wiercącą się dziewczynę ruszyła w stronę wyjścia z domku. W końcu nie mogła teleportować się z tego miejsca, bo wtedy Dionizos dowiedziałby się o jej obecności. To było naprawdę wielkie utrudzenie, gdy Moros i Pseudologos będą zmuszeni zniwelować swoją moc przed dyrektorem obozu, aby móc bezpiecznie się tutaj rozglądać w poszukiwaniu Puszki.
— Uważaj na nią Apate — rozkazał męski głos wydobywający się z ust Annabeth.
— Spokojnie — odparła dziewczyna. — Obydwie świetnie się będziemy bawić, prawda?
W odpowiedzi łzy stanęły w oczach porwanej dziewczyny, która już nie próbowała ich powstrzymywać.
______________________________________________________________________
Od razu zacznę od tego, że nie udało mi się sprawdzić porządnie teksu, bo jeszcze dzisiaj go skończyłam i od razu dodaje - jak obiecałam! Dlatego przepraszam za błędy, które mogą pojawić się w trakcie czytania :(
Podejrzewam, że od następnego rozdziału zacznie się akcja z poszukiwaniem Puszki Pandory - a co wiąże się z opuszczeniem obozu i podróż po świecie, walkę z potworami itp.
W tym rozdziale dochodzi do pewnych rewolucji :D 
No i w poprzednim rozdziale zapomniałam wspomnieć o pewnej czytelniczce, która była na tyle miła, że podesłała mi przepiękny rysunek Ryana, jestem jej za to wdzięczna i przepraszam, że poprzednio zapomniałam o tym wspomnieć. Dziękuje Oli Birut za ten rysunek:
Pozdrawiam i dziękuje wszystkim za tyle cudownych i wspaniałych komentarzy!