KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizję. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizję. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2015

Rozdział XV

"(...)już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz(...)"

Dwóch synów Apolla ruszyło w stronę jeziora, szli w ramię w ramię, a dla postronnego obserwatora, było czymś oczywistym, że panuje między nimi, jakieś napięcie. W tej chwili, to jedynie Ryan, zdawał sobie sprawę, że wścibska córka Eola, gdy tylko zobaczyła, jak wymykają się z ogniska, ruszyła w ich stronę. Mając za nic ich prywatność i wciskając Nico pod opiekę Maggie i Samaela (co musiało skończyć się jakąś tragedią) ruszyła w ich stronę.
Will, zaś zamyślał się nie tylko o wydarzeniach w domku Apolla, ale również o fakcie, że Jill i Ryan w czasie ogniska trzymali się za ręce i choć Rudzielec wyglądał na dziwnie wniebowziętego, to jego „dziewczyna” najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, co ten mały gest oznaczał dla plotkarzy (córek Afrodyty).
Wielu herosów ruszyło do swoich domków, toteż we trójkę (Will nie skomentował momentu, w którym Jill nagle pojawiła się koło nich) żegnali się ze znajomymi, jednocześnie, każde z nich było pogrążone we własnych myśli.
Gdy tylko doszli do wschodniego brzegu jeziora, cisza między nimi stała się niezręczna, a atmosferę napięcia można byłoby kroić siekierą. Jill wbiła swoje spojrzenie w drewniane pomost, który miał kilka metrów długości, był wsparty na drewnianych balach i przycumowane do niego były kajaki, a w jeden z nich, jak zahipnotyzowana spoglądała Jill, widząc jak delikatne fale na spokojnym jeziorze wprawiają go w delikatny ruch.
Will zaś spoglądał z uwagą na kręcącego się wokół nóg pingwina, a którego córka Eola skutecznie ignorowała. Solance zmarszczył, starając się sobie przypomnieć, jak brzmiało imię tego czarno-białego ptaka.
„Henryk – przypomniał sobie z zaskoczeniem. – Pingwin nazywa się Henryk”
Ryan odchrząknął zwracając tym na siebie uwagę wszystkich swoich towarzyszy, również i Henryka, a następnie starając się zamaskować malujące się zmartwienie w swoich dwukolorowych tęczówkach, posłał im szeroki uśmiech.
— Moja matka była rzymską heroską — oznajmił.
Te słowa zszokowały jedynie Willa, ale Jill wcale nie wyglądała na tak bardzo przejęta jego słowami, wręcz według Solace, panna Taylor wydawała się obojętna na tę rewelację, jakby nic ona według niej nie zmieniała. To jeszcze bardziej zszokowało Willa, choć on sam nie mógł nawet się domyślić, jaki chaos wybuchnął w umyśle córki Eola.
— Czyją była córką? — spytał Will, choć już domyślił się prawdy.
Uśmiech Ryana trochę zmalał, a on sam pustym wzrokiem spojrzał się w stronę jeziora, jakby chcąc w ten sposób uzyskać stracony spokój. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, a on sam starał się nie wybuchnąć gniewem, na myśl, w jaki sposób stracił swoją matkę, a tym bardziej, jak bardzo za nią tęsknił.
— Była córką Nox — odpowiedział, a po chwili dodał: — Jest to rzymski odpowiednik, greckiej bogini Nyks.
— Jesteś jej wnukiem, wnukiem bogini Nyks — szepnęła zaskoczona Jill, tym samym odezwała się pierwszy raz w ich towarzystwie. — Masz z nią dobry kontakt?
Pytanie Jill było tak absurdalne i niepodobne do niej, że Will już otwierał usta, aby wyjaśnić jej, że boginie NIE spotykają się ze swoimi dziećmi, a co dopiero z wnukami. Zanim zdążył uformować, choć jedno słowo, odezwał się Ryan:
— Tak, w sumie nie było najgorzej… znaczy, potępiała to, że jej córka zadała się z greckim odpowiednikiem Apollina... w końcu mieszana krew, nie jest dość dobrze widziana, a zwłaszcza wśród rzymian — wyznał wyruszając przy tym ramionami. — Więcej gadała, niż robiła – dodał z lekkim rozbawieniem. — Poza tym, nigdy jakoś szczególnie nie trzymała się zasad Jupiter… znaczy Zeusa.
Will pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, a Jill skrzywiła się, gdyż nadal nie pojmowała, jak Zeus mógł zakazać bogom zajmowania się swoimi dziećmi półkrwi. Mimo tej wiadomości, jakoś jeszcze nie wybaczyła swojemu zwariowanemu tatuśkowi i nadal toczyła z nim małą „wojnę rodziną”.
— A czemu… — Will spojrzał na Jill, ale postanowił kontynuować. —... czemu tak się… zmieniłeś? — spytał.
Jill podniosła Rudzielcowi wściekłe spojrzenie, co miało znaczyć, że nadal nie znosi, jak ktoś coś przed nią ukrywa. Ryan, jednak zignorował pytanie swojego brata przyrodniego, aby ze szczegółami wprowadzić Jill, w sytuację, jaka wydarzyła się w domku Apolla. Wspominając tym samym o swojej utracie kontroli i przejęcia jego umysłu, przez mroczną moc jego babci, a swoją opowieść zakończył ze słowami:
—… twój głos jest tak piękny, że wydostanie mnie zawsze z najciemniejsze, najmroczniejszej i najniebezpieczniejszej sytuacji! Jesteś moim zbawieniem Jillian Vivienne Taylor!
Will drgnął na dźwięk jej drugiego imienia… coś mu się przypomniało… czy nie tak nazywała się harpia… potrząsnął głową wyzbywając się takich myśli. Uśmiechnął się lekko, gdy Jillian kopnęła niespodziewanie Rudzielca w krocze, a następnie z jękiem upadła na tyłek masując obolałą stopę i piorunując wzrokiem wesoło uśmiechniętego Rudzielca, choć nie powstrzymała się od łamania języka łacińskimi obelgami.
— Ryan, czemu wtedy… byłeś taki? — spytał ponownie Will, nadal nie mogąc pojąć tego w całości. — Ryan?
Rudzielec westchnął, zasmucony końcem zabawy ze swoją ukochaną, gdyż uwielbiał, gdy słodka twarz Jill robiła się czerwona ze złości, była wtedy taka śliczna! Spojrzał prosto w oczy swojego rozmówcy i tajemniczo oznajmił:
— Wszystko we wszechświecie ma swoją równowagę, nic nie może być za jasne, a nic za ciemne, za dobro często płaci się złem.
— Co? — Spytali jednocześnie Will i Jill.
Ryan parsknął śmiechem widząc ich nic niezrozumiałe miny.
— Ciężko to wyjaśnić… — wyznał. — Nie używam mocy swojej babci, bo nie umiem jej kontrolować, ale ona stale rośnie we mnie, buzuje i mam takie… jakby napady, a moje ciało i umysł stara się wydostać nadmiar mocy, wtedy… cóż… po prostu się nie kontroluje, a staje się dość rasistowskim rzymianinem… ale gdybym nim był na pełny etap, to jestem pewien, że w tamtych czasach zrobiłbym z Ciebie Jill swoją niewolnicą, a wtedy musiałabyś mnie poślubić — oznajmił uśmiechając się szeroko. — Do zobaczenia później!
Dwójka Herosów została sama nad jeziorem, a słowa Rudzielca dochodziły do Jill w zwolnionym tempie. Nie mogła ona uwierzyć, w to, co przed chwilą usłyszała. Sycząc cicho, natychmiast podniosła się na równe nogi, ignorując promieniujący ból z prawej stopy, a następnie z wrzaskiem „Ryan! Ty dupku! Szykuj się na kastrację!”, ruszyła za nim.
* ~ * ~ *
Moja żądza krwawej zemsty skończyła się niestety tylko na marzeniach, bo Rudzielec rozmył się w powietrzu. Nie mając innego wyjścia, po prostu ruszyłam w stronę swojego domku, a przy okazji ucieszyłam się w duchu, że mój pingwin, gdzieś się zapodział, choć poczucie winy, że biedny Henryk Nielot (jak go zaczęłam nazywać) się, gdzieś zgubi, a jakiś potwór mógłby go pożreć na deser… cóż, po raz pierwszy dowiedziałam się, że mojej sumienie jest bardzo głośnie i nie daje mi spokoju.
Ruszyłam w stronę obozu, przystając chwilę, gdy dostrzegłam ruch między gałęziami drzewa. Niespodziewanie zobaczyłam wychodzącą dziewczynę, zmarszczyłam brwi, gdyż wydawało mi się, że Łowczynie Artemidy (tak nazywały się jedynie dziewczyny, które poprzysięgły służbę u bogu bogini Łowów) opuściły już obóz. Podobno miały szukać śladów bogów z Puszki Pandory, a dokładniej zapolować na nich.
Dlatego widok, dziewczyny o krótkich czarnych włosach, przewieszonym przez ramię łuku wydał mi się dziwny, a jednocześnie wydawało mi się, jakbym miała jakieś deja vu. Może i bym, to zignorowała, gdyby Łowczyni mnie nie dostrzegła i nie ruszyła w moją stronę, pewnym i szybkim krokiem.
Gdy dostrzegłam jej twarz w słabym świetle księżyca, zrozumiałam, że była to ta tajemnicza Łowczyni, która podobno zaatakował bóg Moros, a dla jej dobra miała pozostać jeden dzień dłużej w obozie, aby sprawdzić, czy aby na pewno opuścił on jej ciało.
Stając przede mną, mogłam wyczytać z jej postawy, że jest tak samo pewna siebie, jak ja. Przypominała mi trochę Clarisse, z którą ostatnio się zaprzyjaźniłam, ale podskórnie wyczuwałam, że jej nie polubię. Nie miałam do niej właściwie nic, ale… taka dziwna złość zaczęła się we mnie rozpalać, gdy patrzyłam w jej oczy.
— Chyba cię już gdzieś widziałam — wyznała.
To było, jak grom z jasnego nieba.
"— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia… "
Sapnęłam i napięłam wszystkie mięśnie, a moja wściekłość urosła do granic możliwości. Zmrużyłam oczy i spojrzałam na zabójcę swojej babci. Miałam wielką chęć walnąć ją w ten jej zadarty nosek.
— Jesteś bardzo dobrą wojowniczką, z tego, co mówił Chejron szybko się uczysz, zastanawiam się, czy nie chciałabyś dołączyć do łow...
Jęk bólu przerwał dziewczynie, gdy moja pięść spotkała się z jej nosem.
— Pieprz się! — Syknęłam.
* * *
Mając takiego wspaniałego przyjaciela, jakim jest Matt, wiedziałam, że przetrwałam jakoś, po rewelacji o tym, że moja mama już nie nigdy po mnie nie wróci. Wyczuwałam to między wierszami tego, o czym mówi do mnie moja ukochana babcia. Bo w chwili, gdy babunia wyznała mi prawdę…
Moja matka dla mnie umarła.
Jak ktokolwiek może porzucać swoje dziecko? Może i moja babka nie mówiła dobrze po angielsku, a ja z łaciną niezbyt dobrze sobie radziłam, ale… chciałam po prostu, aby moja mamusia była koło mnie, aby bawiła się ze mną, czytała mi bajki na dobranoc, chodziła na spacery i całowała moje rany… po prostu chciałam, aby była, jak inne.
Miałam swoją ukochaną babunie, ona mnie nie opuści!
Jakby na potwierdzenie moich domyślań, usłyszałam echem jej głos, pełen ciepła i zatroskania, gdy przytula mnie sowimi zgarbionymi i dziwnie zniekształconymi skrzydłami i mówi: „Vivienne kochać cię, Vivienne nie opuścić swojej Jillian”.
Szybko jednak porzuciłam te ponure rozmyślania, zbyt szczęśliwa, aby pozwolić swojej matce znów popsuć mi tak wspaniały dzień! Dzisiaj byłam prze-szczęśliwa, bo mój najlepszy przyjaciel Matt zaprosił mnie na swoje urodziny! Nawet nie wiedziałam, że w dzień swojego przyjścia na świat urządza się imprezy, piecze ciasto, zaprasza zna…
Zatrzymałam się i z uwagą przyglądałam się dwójce nastolatek, które (jak mi się wydawało) wychodzili z potworka od mojego domu. Uważnie przyjrzałam się ich wyglądowi. Czarnowłosa dziewczyna spoglądała z niepewnością na swojego lekko bladego przyjaciela. Wydawało mi się, że starała się być silna za nich dwoje.
Ruszyłam w stronę domu, gdzie zapewne moja ukochana babunia piekła swoje paskudne ciastka (serio! Gdy będę dorosła kupie sobie męża, który umie piec!), minęłam dwójkę nastolatków, a fragment ich rozmowy do mnie dodarł, a raczej jej początek.
— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia…
Jej słowa spowodowało, że moje serce zabiło ze strachu, w ustach mi zaschło, a na skórze pojawił się zimny pot. Nie słuchałam, już ani słowa więcej. Ruszyłam szybszym krokiem w stronę lekko uchylonych drzwi wejściowych, ignorując dwójkę nastolatków, która z zaciekawieniem mnie obserwowała, a biegnąc po dwa stopnie na raz znalazłam się na starej, skrzypiącej werandzie z ciemnych desek w mgnieniu oka, a następnie wpadłam do środka.
To, co tam zastałam wywołało, wrzask przerażeni, który wyrwał się z moich zaciśniętych i z lekka zsiniałych z przerażenia warg.
Moja babka została zabita.
Jedyny ślad, jaki po niej pozostał, to kupka popiołu.
* * *
Stojąc przed osobą, która przyczyniła się do śmierci mojej babci, miałam ochotę ją zatłuc, ale gdy szykowałam się do kolejnego uderzenia, czyjaś dłoń złapała mnie za nadgarstek, a ja spojrzałam się ze złością na Rudzielca, który z poważną miną przyglądał się najpierw mojej twarzy, a później Thalie. Widziałam, jak jego źrenice się zwężają, w tej chwili nie obchodziło mnie, skąd Ryan zna jeden z moich sekretów i jakie jeszcze może znać.
— Odbiło ci? — Syknęła rozzłoszczona córka Zeusa, a zarazem Łowczyni Artemidy.
Wyrwałam dłoń z uchwytu Rudzielca, nie spuszczając tym samym wzroku z oburzonej czarnowłosej dziewczyny. Cofnęłam się o krok, co spowodowało, że i Ryan się cofnął, zachowywał się, jak mój cień, pilnując, abym nie wybuchła. Pewnie rzuciłabym w jego stronę, jakąś uwagę, może się zdenerwowała, ale moją uwagę przykuwała Łowczyni, która zaś z kolei sprawdzała stan swojego nosa, piorunując mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi w dość ironiczny sposób.
— Prędzej zdechnę w Tartarze niż przyłącze się do kogoś takiego, jak ty — oznajmiłam chłodno. — Idziemy Ryan.
Odwracając się tyłem do Thalie i tym samym pokazując jej, że nie czuje wobec niej strachu, a tym bardziej nie mam respektu, dla osoby, która podobno ocaliła świat. Ryan uważnie mi się przyglądał, tym bardziej, że gdy zachowywałam się dość dziwnie. Pewnie podejrzewał, że w każdej chwili odwrócę się i rzucę z zamiarem zamordowania córki Zeusa, co nie byłoby aż takim złym pomysłem…
— Nawet nie myśl o tym — oznajmił cicho Ryan, a ja spojrzałam na niego z lekkim zaskoczeniem. — Twoje czoło się marszy, a oczy błyszczą tą iskierką morderczych zapędów — wyjaśnił na moje niezadane pytania. — Policzki ci się również ślicznie czerwienieją ze złości… jesteś taka…
— Zamilcz — syknęłam.
Mimo wszystko, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, bo Rudzielec rozładował całe napięcie, jakie czułam. W duchu musiałam przyznać, że ona ma duży wpływ na mnie i choć sama temu zaprzeczałam, to nie teraz zdałam sobie sprawę, że nie potrafiłabym dalej żyć sama na świecie, potrzebowałam w szczególności… jego.
* * *

Gdy doszliśmy do mojego domku, Ryan się zawahał przed kolejnym ruchem. Czułam się trochę, jakbyśmy grali w szachy, choć z góry przesądzone jest, że ja i tak przegram w tej batalii. Nie zamierzałam jednak od razu kapitulować, jak mogłabym spojrzeć w lustro, gdybym nawet nie próbowała wygrać?
Zwróciłam swoją uwagę na Rudzielca, gdy tylko otworzył usta, jakbym chciała zapamiętać, każde jego słowo, które kiedykolwiek do mnie powiedział. Przyglądałam się, jego rysą twarzy, chcąc zapamiętać ją na zawsze. Nie miałam pojęcia, czemu tak się dzieje? Czemu moje myśli grążą tylko wokół jego osoby?
— Kocham cię Jill — wyznał. — Moje serce należy do ciebie, oddałem je tobie, gdy pierwszy raz zobaczyłem cię w wizji, już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz pocałować.
Szczerość Rudzielca w tej chwili mnie zaskoczyła, czasami zastanawiałam się, czy on po prostu nie udaje, że mnie kocha, czy nie jestem tylko wyzwaniem. Bo jeżeli dziewczyną tak bardzo podobają się "bad boys" to chłopcom też mogą podobać się "bad girls", a ja byłam prawdziwą, złą dziewczynką.
Słowo "ożenić" podziałało na mnie, jak promyk nadziej w ciemnym i mrocznym lesie, moje głupie serce zaczęło galopować z radości i choć starałam się je poskromić, upominając, co działo się z ludźmi, których kochałam... moje ciało nie współgrało z rozsądkiem. Z resztą, wielokrotnie już czytałam słowa: "Serce nie kieruje się rozsądkiem" i w tej chwili w to uwierzyłam.
Ryan objął mnie jedną dłonią w tali, a drugą położył na moim karku, przy okazji dotykając smukłymi palcami mój polik i powodując dziwne ciepło, które zaczęło emanować się w całym moim ciele i koncentrować w podbrzuszu.
Mimo, że w myślach się przeklinałam, moje ciało mnie nie słuchało i zarzuciło ramiona na szyję chłopaka. Chciałam, aby się schylić, by nasze usta się spotkały, ale on uśmiechnął się kącikiem ust, nie pozwalając mi przejąć władzy, nad tą chwilą, a jego oczy pozostały niezwykle poważne, choć jednocześnie błyszczały czymś, co trudno było mi nazwać... chyba miłością i... czymś jeszcze.
Jego ciepłe dłonie spoczęły na moich biodrach, a po chwili poczułam, jak tracę grunt pod nogami. Moje serce zabiło szybciej, gdy poczułam zapach jego wody kolońskiej. Właściwie, czemu jej używa? 
W innym momencie może i bym się przeraziła faktu, że Ryan potrafi podnieś mnie bez najmniejszych trudności, nawet się przy tym nie męcząc. Być może gdybym była zdolna do logicznego myślenia, zastanowiłoby mnie, co jeszcze on potrafi?
Szkoda, że moje logiczne myślenie poszło spać…
Przestałam już myśleć, nad tym, co się dzieje. Przyciągnęłam go bliżej siebie, a szeroki uśmiech, jaki pojawił się na twarzy Rudzielca, spowodował jeszcze szybsze bicie mojego serca, przez moment się nawet zlękłam, że coś jest z nim nie tak i zaraz wyskoczy mi z piersi, ale wszelkie myśli, jakie jeszcze miałam, zostały skutecznie stłumione i schowane w zakamarkach moich myśli, gdy poczułam ciepłe usta Ryana na swoich.
Z początku było to jak dotknięcie motyla, delikatne, niepewne i naprawdę gorące. Jeżeli wcześniej czułam ciepło, to teraz wręcz płonęłam z czegoś, czego nie rozumiałam, ale nawet, gdyby w tej chwili wokół nas wybuchał bomba, ja nie mogłabym oderwać się od Rudzielca.
Jego usta poruszyły się, prowokując mnie, kusząc i wymagając ode mnie oddania pocałunku. Bezwiednie zaplotłam nogi wokół jego bioder, jakby w obawie, że mnie puści, że jednak jakimś cudem się opamięta i postanowi zachować honorowa. Miałam gdzieś wszystko i wszystkich, bo w tej chwili liczył się tylko on.
— To miłość — szepnął.
Jego język dotknął mojej wargi, a ja czułam się całkowicie bezbronna, odsłonięta, a jednak rozwarłam wargi zapraszając go do środka. Z przyjemnością skorzystał z okazji, a nasze języki połączyły się w szalonym tangu.
— Nie... — zaprzeczyłam oddając pocałunek, byliśmy zbyt poruszeni, aby moje słowa miały być dla nas, jak wiadro zimnej wody. 
Ryan jęknął z rezygnacją i oderwał się od moich ust, w poszukiwaniu moich oczów, a następnie powtórzył pewnym siebie głosem:
— To, co dzieje się między nami, to miłość, jak inaczej to nazwiesz?
— Może to… namiętność? — zasugerowałam lekko wkurzona, że przerwał pocałunek.
Ryan puścił mnie, a gdy moje nogo dotknęły ziemi, odsunął się ode mnie o krok, piorunując wściekle sowimi dwukolorowymi tęczówkami. 
— Nie Jill, to miłość do cholery!
Oburzona jego i swoim zachowaniem, naskoczyłam na niego mówiąc dość głośni:
— Pieprz się!
— Właśnie byśmy to zrobili! — zripostował. — Jednak nie zamierzam zostać wykorzystany przez ciebie! Gdy nareszcie zrozumiesz, że mnie kochasz, wtedy pogadamy!
Następnie ruszył przez siebie kompletnie mnie ignorując.
Przeklęłam i kopnęłam jakiś kamyk niedaleko siebie, a mój gniew nagle opadł.
— Czy ty nie rozumiesz, że jeżeli cię pokocham to moja miłość sprowadzi na ciebie nieszczęście? — Spytałam cicho do samej siebie. — Nie przeżyłabym wówczas, gdyby kolejna osoba... tak ważna dla mnie zginęła...
Poczułam, jak coś dławi mnie w gardle, ale szybko się opamiętałam. Ta chwila słabości szybko minęła, a ja znów byłam sobą. Nie mogłam marzyć o szczęśliwym zakończeniu, bo w moim życiu było zbyt dużo niewiadomych i jeszcze więcej niebezpieczeństwa, a nie zamierzałam nikogo na nie narażać.
Westchnęłam i ruszyłam do swojego domku, gdzie na werandzie czatował Henryk.
Tego mi jeszcze brakowało!

_______________________________________________________________________
Ta dam!
Dodałam piosenkę, bo zawsze, gdy jej słucham, to myślę o Rudzielcu xD
Jak Wam się podoba wielki przełom Jill i Ryana? :D
Tylko na to czekaliście, co? :3

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział XIV

"(...)Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi(...)"
Wszyscy troje (pomijając wkurzającego nielota) siedzieliśmy małym salonie w domku Eola i planowaliśmy szczegóły naszej wyprawy. Doszlifowaliśmy nasz plan ucieczki z obozu, niemal do perfekcji. Choć mimo zapewnień Rudzielca, miałam cichą nadzieje, że Chejron może jednak nas wybierze podczas dzisiejszego ogniska. Złapałam się wówczas na tym, że co rusz spoglądam w stronę Ryana. Jeszcze kilka dni temu byłabym za coś takiego potwornie na siebie wściekła i pewnie toczyłabym piane z buzi, ale teraz po prostu już nie potrafiłam udawać, że on ani trochę on mnie nie interesuje.
Odchyliłam się do tyłu na swoim granatowym fotelu z jakiejś miękkiej tkaniny, słuchając tylko przelotnie to, o czym mówią moi przyjaciele, a sama popadłam w lekką zadumę, starając się pojąć, czemu nie potrafię już sama siebie okłamywać, że nic, absolutnie nic nie czuje do mojego prześladowcy.
Niewidzącym wzrokiem spoglądałam na swoje jasnoszare ściany, a na których to wisiało wiele pięknych fotografii, które przedstawiały chmury w różnych fazach. Niektóre były szaro-czarne, inne normalne, panoramiczne, a nawet niekiedy w negatywie, i choć ta mieszanka powinna się wydawać niezgodna, to jednak jakimś cudem świetnie ze sobą współgrała.
Szarawy, puchowy dywan z granatowymi wzorkami fal, pokrywał powierzchnie moich białych paneli, a na dodatek był już potwornie brudny. Spostrzegłam dziwną białą plamę na środku i kilka innych w różnych odcieniach, były nawet odciski budów i naprawdę zdumiałam się, jakim cudem w ciągu tych kilku dni doprowadziłam go do takiego stanu.
Henryk wziął chyba sobie do serca to, aby załatwić ten dywanik na amen, bo właśnie nieco przykucnął i patrząc na mnie z głupią miną, powoli zaczął tworzyć małą, żółtą kałuże wokół siebie. Zignorowałam go, wiedząc, że robi mi na złość. Znowu.
Naprawdę nie miałam pojęcia, od kogo on uczy się takiej złośliwości!
Po chwili Rudzielec wstał z miejsca, a ja zwróciłam na niego swoją uwagę, zaskoczona jego nagłym ruchem, szybko jednak, również jak Maggie, podniosłam się z fotela i odprowadziłam go do drzwi, podczas, gdy Wiedźma zaczęła głaskać mojego pingwina. Henryk zadowolony ze zdobytej uwagi, zaczął się puszyć, i niemal mruczeć z zadowolenia jak kot.
Ryan jednak zatrzymał się przed progiem moich drzwi głównych, i odwrócił się w moją stronę. Wyciągnął do mnie dłoń i uśmiechnął się szeroko, podejrzliwie zmrużyłam oczy, szukając w jego zachowaniu jakiegoś podstępu do jego durnych zalotów.
— Daj rękę — poprosił.
Serce zabiło mi szybciej, a alarm alarmowy rozdźwięczał w mojej głowie, bo czyżby chłopak nagle zapragnął mi się oświadczyć?
Jakby czytając moje myśli, chłopak zachichotał i sam złapał moją dłoń, napięłam mięśnie gotowa go zaatakować w samoobronie. Przejechał kciukiem po wnętrzu mojego nadgarstka, powodując przyjemny dreszcz, który przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, a w podbrzuszu poczułam dziwne ciepło. Ryan wydawał się w ogóle tego nie zauważać, mimo że mój oddech stał się nieco urywany, a serce biło mi tak głośno, że bałam się, iż w całym obozie je słuchać, wyrwało mi się ciche westchnienie, a co było kompletnie do mnie niepodobne.
Ku mojemu rozczarowaniu (a co próbowałam nieudolnie zamaskować) odpiął jedynie moją bransoletkę i podnosząc ją do góry, aby znalazła się na poziomie moich oczów, czekając, aż nasze oczy się spotkają, pokazał mi dwa maleńkie paciorki, po każdej stronie zapięcia. 
— Gdy pociągniesz za lewą, będziesz mieć miecz, a gdy za prawą to bicz — wyjaśnił i uśmiechnął się szerzej. — Z tej drugiej skorzystamy w sypialni… lubię ostre zabawy — szepnął.
Uderzyłam go ze złością w ramię, a on z udawanym bólem zaczął masować je, spoglądając na mnie zranionym psim wzrokiem. Mimowolnie moje kąciki ust drgnęła, a napięcie między nami opadło i atmosfera znów była w miarę znośna, pozwoliłam mu zapiąć bransoletkę, a później, aby pociągnął za prawy paciorek.
Otworzyłam usta z zaskoczenia, gdy moim oczom ukazał się czarny bicz w dłoni rudzielca, niemal od razu oddał mi mrocznie wyglądającą broń, a ku mojemu zdumieniu, poczułam się tak, jakby była ona wręcz dla mnie stworzona. Spomiędzy moich warg wydobyło się ciche westchnienie zachwytu.
Uśmiechnęłam się szeroko i naprawdę, była to szczera radość, sama do końca nie wiem, co mnie podkusiło, ale nagle złapałam się za klapy jego brązowej skórzanej kurtki i stając na palcach, pociągnęłam go na tyle mocni, że musiał schylić się lekko w moją stronę, a następnie cmoknęłam Rudzielca w jego policzek.
— Dzięki — burknęłam z nagłym zakłopotaniem i lekkim niedowierzaniem, że coś takiego zrobiłam.
Jednak, gdy zobaczyłam oniemiałą minę Rudzielca, moje zawstydzenie szybko minęło.
Stał i co chwila otwierał i zamykał usta, jak złowiona ryba wyrzucona na brzeg. Spoglądałam na niego chwilę, a następnie z uwagą zaczęłam studiować swoją broń, ignorując go, ruszyłam w stronę Maggie, aby się nią pochwalić, całkowicie już zapominając o zszokowanym i naprawdę szczęśliwym Rudzielcu, który odprowadzał mnie wzrokiem, a czułam je, jakby ktoś dotknął mnie żarzącym się węglem.
* * *
Godzinę przed kolacją, znów wszyscy troje spotkaliśmy się u mnie. Tym razem jednak moi przyjaciele próbowali wyperswadować mi pomysł zabrania którejś z moich ukochanych książek, a co skończyło się zaciekłą kłótnią, do czasu, aż Rudzielec nie dostał wizji i oznajmił mi, że znajdziemy się koło księgarni z siedemdziesiątymi procentami przeceny na nie, a to wystarczyło, abym pozwoliła Maggie wypakować je, choć nie omieszkałam piorunować ją przy tym wściekłym spojrzeniem.
— To, kiedy wypróbujemy ten nowy bicz? — Spytał z zawadzkim błyskiem w dwukolorowych tęczówkach Ryan. — Bo ja już… mam pewne plany — dodał ze znaczącym uśmiechem.
 Kretyn — Burknęłam z niezadowoleniem. — Trenowałam już z Clarisse — dodałam.
— We dwójkę? — Spytał i zrobił zamyśloną minę, stukając palcem w swoją brodę. — Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi — wyjaśnił.
Pierwsza rzecz pod moją ręką stała się moją bronią i po chwili Henryk szybował z piskiem w stronę Rudzielca, a który ku mojemu zawodzie złapał pingwina z łatwością, a ten zaś z pieskiem radości zaczął się do niego przytulać.
Zdrajca.
— To po pewnym czasie staje się uciążliwe — wyznała Wiedźma. — Nie moglibyście być razem? Sammy i ja byśmy chodzili na podwójne randki! — Ten ostatni pomysł podsumowała z nagłą radością.
Pół godziny pakowania i wysłuchiwania radosnego ćwierkania Maggie, która uznała, że koniecznie, ale to koniecznie! Musi nas ze sobą zeswatać, a co Rudzielec skwitował szerokim uśmiechem i dawał mi znać, że moi sprzymierzeńcy się odwracają ode mnie i w gruncie rzeczy, jestem na niego skazana.
Mój humor jeszcze bardziej się popsuł, a właściwie… czułam, jakąś radość wewnątrz siebie.
Co jest ze mną nie tak?
* * *
Idąc w stronę kantyny z Maggie, która postanowiła mi towarzyszyć, rozmawialiśmy o naszym planie przyciszonymi głosami i z niezwykłym zaangażowaniem, upewniałyśmy się, czy na pewno wszystko mamy, co może być dla nas niezbędne w czasie naszej „nieoficjalnej misji”. 
Sama nie miałam żadnych skrupułów, że łamię regulaminu, ale Maggie wyznała mi, że czuje się, jak zbrodniarz, bo nie tylko nie wyznała tego Chejronowi, ale aby nie kłamać Smmy’emu, ostatnio zaczęła go unikać, a co według krążących po obozie plotek skutkowało tym, że syn Tanatosa niemal zniszczył „Pięść Zeusa” – a była tak nazywana sterta kamieni, która z jednej strony wygląda jak pięść, z czego też wzięła się ta nazwa. Znajdowała się ona w południowej części lasu, ale nie wnikałam, co tam robił Sammy.
— Właściwie, czemu nie spróbujesz?
Ta nagła zmiana tematu, tak mnie zaskoczyła, że aż potknęłam się o własne nogi, wysłałam jej pytające spojrzenie, a w chwili, gdy nasze oczy się spotkały, zauważyłam, że jej są niezwykle poważne (jak na nią) i po prostu wiedziałam, że coś się szykuje.
— C-co? — Zająknęłam się.
— Chodzi o Ryana — powiedziała, jakby było to oczywiste. — No… pasujecie do siebie, choć ty jesteś… taka — wskazała na mnie palcem. — Przypominasz mi kota, chodzisz własnymi drogami… właściwie to Ryan jest, jak pies, i właściwie to pies i kot zazwyczaj drą koty, czemu mówi się drą koty? Choć kiedyś spotkałam się jeszcze z cudaczniejszym powiedzonkiem, jak…
Przymknęłam oczy z rozdrażnienia i ucieszyłam się w duchu, że jednak nie będę siedzieć z Maggie. Szybko się z nią pożegnałam i ruszyłam do stoliku swojego domku. Usiadłam przy pustym stole i jak zwykle, poczułam przytłaczającą mnie samotność. 
Niestety takie były tutaj zasady.
Każdy heros może usiąść tylko przy stoliku swojego domku, a przysiadanie się do innych, było surowo zakazane. Niestety od pewnego czasu, samotność zaczęła mi ciążyć na tyle, że żałowałam, że mój ojciec nie był Casanovom i nie podrywał, co drugą długonogą blondynkę z wielkimi balonami.
No, może trochę byłam krytyczna dla bogów, ale jak inaczej wyjaśnić, że niektórzy przy stolikach mieli, co najmniej pięć osób ze swojego rocznika?
Bogowie chyba w ostatnim czasie zajmują się tylko przyjemnościami, a wszystko, co najgorsze zganiają na swoje dzieci. Podsumowując, to mają ciekawy pomysł na przyszłość „O nie! Zgubiłam swój artefakt! Muszę natychmiast spłodzić potomka, on z pewnością mi go znajdzie!”.
Parsknęłam śmiechem na tę myśl, ale po chwili spojrzałam w stronę stołu dzieci Apolla i poczułam dziwny niepokój.
Nie było Willa (co było oczywiste, ze względu, że postanowił był osobistym pielęgniarzem/lekarzem Nico), ale to nieobecność Ryana, nieco mnie zaniepokoiła.
* ~ * ~ *
Will, poczuł niepokój. Nie był on jednak związany ze śpiącym Nico, który pokrążył się w lekki uzdrawiającym śnie, po tym, jak stoczyli drobną kłótnie o jego stan zdrowia. Syn Apolla uśmiechnął się lekko i z czułością spojrzał na śpiącego syna Hadesa, Nico był dla niego naprawdę ważny, ale choć brał udział we wojnie z Kronosem (nie wspominając już o Gai), to jednak nie miał aż tyle odwagi, aby prosto z mostu powiedzieć chłopakowi swoich marzeń, a dokładniej, co do niego czuje.
Po prostu bał się odrzucenia i tego, co może się między nimi zmienić.
Lekko dreszcz przeszedł mu po karku, powodując gęsią skórkę.
Znów poczuł niepokój.
Spojrzał na biały sufit, jakby chciał wypatrzeć na nim odpowiedzi na niesformowane pytania, które dopiero tworzyły się w jego głowie. Przymrużył powieki i ze spokojem przyglądał się, białej gładkiej farbie. 
Po chwili to zauważył.
Był to niemal niewidoczny, a jednak bardzo realny, a dokładniej cienki, czarny pasek, jakby samej ciemności (wyglądem przypominał czarny dym), ale szybko się rozproszył w powietrzu. Po kilku sekundach, żarówka w żyrandole zaczęła mrugać, aby zgasić się całkowicie. Spowodowało to półmrok w pokoju, a było to coś dziwnego. 
Gdyż w domku Apolla nigdy żarówki się nie wypalają.
Coś się działo.
I znów to uczucie niepokoju! – Pomyślał zdenerwowany już Will.
* * *
Schody lekko zaskrzypiały, pomimo tego, że Will omijał te najbardziej hałaśliwe. Taka niespodziewana ciemność w domku Apolla zaniepokoiła go całkowicie, więc czym prędzej ruszył, aby sprawdzić jego przyczynę. Z lekkim niepokojem zostawił Nico samego, ale wiedział doskonale, że syn Hadesa, jak nikt rozprawi się z wrogami, gdyby byli na tyle głupi, aby go zaatakować.
Tymczasem, maszerując w całkowitej ciemności, serce Willa biło szybciej niż normalnie, a adrenalina zdążyła już zacząć krążyć w jego żyłach. Nigdy tak naprawdę nie pogrążył się w takiej ciemności, odkąd pamiętał wokół niego zawsze coś świeciło, tłumiąc mrok i ciemność.
To przypominało niemal podróżowanie cieniem i po raz kolejny poczuł współczucie dla Nico, który właśnie "cienia" używał, jako środka transportu. Jego myśli o młodym di Angelo, szybko się rozwiały, gdy tylko znalazł się na półpiętrze.
Sapnął z niedowierzaniem i natychmiast sięgnął po swój łuk, nabijając go i celując w czarną postać na piętrze. Will szybko skojarzył fakty, a były one takie, że Nyks ich zaatakowała, a przynajmniej wysłała sługusów.
Ku zdumieniu Will, potwór go nie zaatakował, ale nie zamierzał wierzyć w nagłe samarytańskie zachowanie potworów i puścił strzałę, która ze świstem trafiła bezbłędnie w lewą pierś pierwszego napotkanego potwora, a który od razu rozpadł się w pył.
Napinając o cięciwę kolejną strzałę, pokonał on kolejne stopnie i gotowy w każdej chwili do obrony, czy ataku. Ruszył w stronę wibracji, które poczuł przez skórę, a które to miała naprawdę mroczne niewerbalny oddźwięk. Nie dał jednocześnie po sobie poznać, jak ta ciemność na niego wpływa.
Z lekkim niedowierzaniem podszedł w stronę drzwi od swojego pokoju, a które od niedawna zaczął dzielić z Ryanem. Dobrze mu się dogadywało z O'Connallem, więc nie widział problemu z tym, aby dzielić z nim swoją sypialnie. Jednak teraz czuł rosnące z każdym krokiem napięcie.
Nie opuszczając wypuszczając strzały, która ciągle była napięta o cięciwę jego łuku, kopnął on drzwi, ale na tyle słabo, że nie walnęły one z hukiem o ścianę, bo w końcu nie zamierzał on wybiegać na środek pokoju i z bojowym okrzykiem, zacząć atakować wszystkich wrogów. 
Will wolał najpierw rozeznać się w sytuacji.
Gdy tylko wszedł do środka, zobaczył coś, w co nigdy w życiu by nie uwierzył.
— Ryan? — wyszeptał z niedowierzaniem.
Postać w rogu pokoju, która posiadała na tyle mocno rude włosy, że oznaczały się one nawet w ciemności, odwróciła się w jego stronę z chłodną obojętnością i od razu zasyczał cicho i przysłonił dłonią oczy.
— Nie świeć... — wyszeptał. — Odejść Will, to zaraz minie...
Jednak on nie zamierzał odchodzić, powoli opuścił łuk ku dołowi, choć nie schował strzały, w razie potrzeby chciał być gotowy do ataku. Szybko podszedł do swojego przyrodniego brata, gdyż wydawało mu się, że został ranny. Na dźwięk jego kroków, Ryan wyprostował się i stanął na równe nogi, na tyle szybko, że nim się Will zorientował, ostrze długiego miecza Rudzielca było skierowane w jego stronę, czubek rapier Ryana dotykał niemal jego gardła. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Ryan jest doskonałym szermierzem i ma on nad nim przewagę.
— Co się dzieje? — spytał, choć powinien znać odpowiedzieć, tym bardziej, że oczy Ryana nie były już dwukolorowe, a czarne jak rzeka Styks w podziemi. — Ryan?
— Odejdź! — Ryknął ze złością chłopak. — To niebezpieczne... zaraz minie, odejdź... nie chce cię skrzywdzić, ale będę musiał... jeżeli zaraz… Greku!
Słowo "Grek" brzmiało w ustach Rudzielca, jak najgorsza obelga. Will nie mógł uwierzyć, że mówi to ta sama osoba. Wiecznie uśmiechnięty, żartobliwy i niepoprawny optymista, którym był Ryan, jakiego zna, a który teraz gdzieś się rozpłynął, a zostawiając po nim kogoś, kto przypominał mu rasistowskiego rzymianina.
— Ryan...
— Odejdź! 
Ryk, jaki wydał z siebie chłopak, był ogłuszający i lekko sparaliżował Willa, a po chwili z samej ciemności wynurzyły się dwa, wielkie potwory, które przypominały napakowanych osiłków, choć były stworzone z cieni i popiołu.
To były widma.
— Ryan!
Jednak jego wrzask niewiele dał, a jedynie spowodował kpiący uśmiech na twarzy jego brata. Od razu wypuścił swoją strzałę, bezbłędnie trafił w prawe ramię Rudzielca. Ten wydał z siebie krótki jęk, ale ani trochę się nie przejął raną. Wyjął strzałę, bez słowa i rzucił ją pod nogo Willowi.
— Tylko tyle potrafisz, Greku?
Gardło zaschło Willowi, nie umiał teraz sformować ani jednego zdania. Nie chciał ranić swojego brata, a do którego tak się przywiązał. Po chwili obydwaj usłyszeli głośne trzaśnięcie drzwiami.
— Ryan! Ruszaj tutaj swoje cztery litery! Ale już!
Wściekły wrzask Jill, spowodował coś, czego Will nigdy nie zapomni.
Oblicze Ryana się zmieniło, cały mrok zniknął, a żarówka nad jego głową rozbłysła z nową mocą. Widma od razu rozmyły się w powietrzu, a szeroki uśmiech wpłynął na jeszcze niedawno jeszcze mroczną twarz Rudzielca. 
Cały mrok i ciemność zniknęła, jakby sam głos Jill był zaklęciem.
— Ona mnie kocha — zauważył z błyskiem radości w (znów) dwukolorowych tęczówkach.
Po chwili, chłopak jednak zobaczył strzałę pod nogami Willa i bladą twarz blondyna. Lekko się zmieszał, co było dla niego dość nietypowe, a następnie westchnął.
— Później wszystko Ci wyjaśnię — obiecał. — Już idę, Złośnico! — Wrzasnął i niemal wyleciał z pokoju.
* ~ * ~ *
Jak zwykle byłam wkurzona, a to, dlatego, że cały obóz był w głębokim przekonaniu, że jestem dziewczyną Ryana. Takie plotki w sumie niewiele na mnie wpływały, ale tym razem w ich realność uwierzyła nawet Maggie i choć dziewczyna czasami bywa nieco zbyt naiwna, to teraz już planowała "naszą" podwójną randkę.
Dlatego też, wparowałam do domku Apolla, bez zaproszenia i zamierzałam natłuc Rudzielcowi, ale w ostateczności zrezygnowałam, gdy dostrzegłam, jak z lekka blady na twarzy Willa, schodzi ze schodów tuż za Ryanem, który parę sekund temu przybiegł do mnie jak na skrzydłach.
Spostrzegłam, że blondyn z niepokojem zerkał w stronę Ryana, jakby upewniając się, że jednak nie jest bombom z opóźnionym zapłonem.
Widocznie się pokłócili, więc tylko nieco nawrzeszczałam na Rudzielca i jakimś cudem, to wszystko skończyło się tak, że siedziałam koło niego w czasie ogniska, gdzie wszyscy herosi, a przede wszystkim grupowi domków musieli się stawić. 
Maggie siedziała koło syna Tanatosa i co chwila go przepraszała za to, że go ignorowała. Było to przezabawne, bo w końcu Samael przepraszał ją chwilę wcześniej, choć jak sam wyznał, nie wiedział, za co, ale nie chciał, aby go nadal ignorowała, a jeżeli zrobił coś źle, to niech mu to powie, a on się dla niej zmieni.
Było to takie słodkie, że niemal rzygałam tęczą.
Leo siedział nieopodal nas i z ponurą miną spoglądał na Chejrona, który właśnie wyjawił im, jak brzmi przepowiednia.
— Pierwsze słowa przepowiedni są dość łatwe do zrozumienia — zaczął Chejron spoglądając z największą uwagą na grupowych. — "Klucz do zagadki masz" sądzę, że ten wers ma na myśli fakt, że niedawno wydało się, czego szukają nasi wrogowie, a jak zapewne wiecie, byli mieszkańcy Puszki Pandory, postanowili ją znaleźć i zamknąć w niej bogów Olimpijskich, więc... — Ktoś odchrząknął przerywając Centaurowi.
— ... jak zwykle herosi muszą ratować ich boskie tyłki — zauważył ze złością jeden z synów Nemezis.
Chejron rzucił w jego stronę ostrzegawcze spojrzenie, a ja poczułam dziwny ucisku w brzuchu i tę pewność, że ta przepowiednia tyczy się w jakiś szczególny sposób mnie.
— Mamy kierunek – zachód – a dokładniej zachodnią część Atlantyku, jeżeli się nie mylę — wyjaśnił, marszcząc swoje gęste brwi. — "Ciemność w świetle jest kluczem", tutaj wydaje mi się, że odnosi się ona do dzieci Apolla i Nyks... bo choć nie mamy tych drugich...
— Może chodzi tutaj o śmierć? — spytał ktoś z dzieci Tanatosa, a dokładniej Samael. — Śmierć jest kojarzona z ciemnością i chłodem, a jednak wielu ludzi widzi światło, gdy umiera — zauważył.
Wszyscy się z nim zgodzili, a Maggie posłała mu spojrzenie pełne dumy. Po chwili, jednak nie była taka wesoła, gdy Chejron wybrał go, na uczestnika misji, a z czym zgodzili się niemal wszyscy poza nią. Z ledwością powstrzymywała się od płaczu, było widać gołym okiem, że jest przerażona perspektywą niebezpieczeństwa, jakie czyhają w czasie podróży na jej miłość.
— "Zło w dobroci jest mapą", ten wers jest dość tajemniczy, a jednak...
Wyłączyłam się na dalsze słowa, gdyż poczułam lodowany dreszcze wzdłuż kręgosłupa, mimo promieniującego ciepła dochodzącego od ogniska. Strach ścisnął mi serce, bo wiedziałam, o kim była mowa. W końcu według mitologii jestem potworem.
Powoli wracałam do rzeczywistości i zdałam sobie sprawę, że kora drzewa wbija mi się w tyłek, więc lekko się poruszyłam zmieniając pozycję oraz zdając sobie sprawę, że gdy pochłonęły mnie moje myśli, Ryan skorzystał z okazji i chwycił moją dłoń w swój żelazny uścisk. Gdyby nie to, że byłam zainteresowana całą tą aferą z przepowiednią, pewnie bym go pobiła, ale tym razem mu odpuściłam i skupiłam się na rozmowie trwającej wokół mnie.
—... dobrze, Leo, niech będzie — westchnął z rezygnacją Chejron. — Będziesz kolejną osobą... "Zaś pochodnia twą pomocą", to bez wątpienia odnosi się do dzieci Hekate... Maggie pozostawiam tobie wybór jednego z twojego rodzeństwa, które najlepiej radzi sobie z magią, poza tobą — dodał szybko, gdy Wiedźma otwierała usta.
Natychmiast się naburmuszyła.
— Ja też chce iść — oznajmił nagle Will. 
Wszyscy odwrócili się i spojrzeli z zaskoczeniem na stojącego nieopodal syna Apolla wraz z towarzyszącym mu Nico.
— Wydaje mi się, że tym razem, przepowiednia odnosi się do więcej niż trzech osób — oznajmił.
W ten oto sposób, efekt był taki, że powstały dwie grupy, pierwsza to: Samael (syn Tanatosa), Leo (syn Hefajstosa) i Luna (jedyna córka Seleny), zaś druga, to: Will (syn Apolla), Nico (syn Hadesa) i Olimpia (córka Hekate – która według Maggie najlepiej panuje nad mocą).
Pierwsza grupa miała zająć się znalezieniem klucza do puszki, a druga samej puszki. Następnie obydwie miały wrócić do obozu, a jeżeli było to możliwe, to obydwie grupy miały się ze sobą nie spotkać.


sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział XI



"(...)To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…(...)"

Tydzień później…

Byłam wściekła.
Nie… to zdecydowanie zbyt słabe słowo, aby opisać moją chęć mordowania.
Herosi jakby czując nadchodzącą apokalipsę odsuwali się ode mnie jakbym zaraz miała wybuchnąć (a co było z całą pewnością jak najbardziej prawdopodobne). Idąca za mną Maggie, co chwila coś krzyczała, a przy okazji potykała się i wpadła na ludzi, choć oni sami od niej uciekali, więc nie wiem, jak to możliwie.
W umiejętności Maggie już nie wątpiłam, ale w tej chwili skupiłam się na piaszczystej ścieżce prowadzące do domku Apolla. Ignorowałam przy tym całkowicie ciekawskie szepty i komentarzy o tym, że znów kogoś zleje. Ktoś chyba nawet wspomniał o mojej nowej przyjaźni z córka Aresa, ale byłam zbyt skoncentrowana na wymyślaniu wszelkich tortur na pewnym herosie, aby się tym przejąć.
Gdy dodarłam do swojego celu, wpadłam jak burza do środka, powodując kilka pisków strachu, a ktoś nawet wyciągnął łuk ze strzałami. W takim przypadku po prostu to ignorowałam i skierowałam się w stronę kuchni (która pojawiła się w tym domku dość niedawno). Mijając niewielki salon, Will pomachał do mnie z uśmiechem, był już przyzwyczajony do moich ataków złości i kilkakrotnych próbach podpalenia obozu, ale jak wspominałam to akurat był wypadek.
Wtargnęłam do kuchni pchając ze złością drewniane drzwi, a które z hukiem walnęły o powierzchnie białej ściany. Złote szafki lekko błyszczały, gdyż przez otwarte okno do środka wpadały promienie słoneczne, a uśmiechnięty rudowłosy chłopak, wymachując tyłkiem z iskrami rozbawienia w oczach robił coś na kształt tańca przy muzyce z radia, choć nie przejął się chyba nawet tym, że właśnie raportowali w nim o trudnościach na jakiejś autostradzie.
Bez słowa usiadłam na metalowym hoker ze złotym materiałem na siedzeniu i kładąc dłonie na biały blat wyspy, wbiłam w Ryana ponury wzrok, czekając aż skończy swoje dziwactwa. Mniej więcej w tej właśnie chwili do pokoju wpadła Maggie, a co równało się z tym, że wywaliła się na progu drzwi, a one same walnęły ją w twarz. Następnie dość niezgrabnie wstała na dwie równe nogi, usiadła koło mnie. Na twarzy jak zwykle miała uśmiech, dość ciężko oddychała, a w jej włosach znajdowało się parę liści, a nawet gałęzi.
— Co tym razem zrobiłem? — Spytał wyjątkowo spokojnie Ryan.
— Ty już dobrze wiesz, co — warknęłam.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i spojrzałam na niego srogo, a przynajmniej próbowałam przybrać podobny wyraz twarzy do wściekłego boga – tu mam na myśli Pana D., a którego niejednokrotnie wyprowadzałam z równowagi. Mam nawet zakaz zbliżania się do Dionizosa.
Nagle Ryan odwrócił się do mnie, oparł biodrem o blat kuchenny i uważnie mi się przyglądając wyznał:
— Przyznaje się, powiedziałem wszystkim, że jesteś moją dziewczyną.
— To już wiem, mam to gdzieś, chodzi o tę drugą sprawę — niemal krzyknęłam z niecierpliwienia.
Poprawiłam się na siedzeniu i znów wbiłam w niego wzrok, a Maggie była jak zwykle cicho i spoglądając ze współczuciem na Ryana, czekała na mój wybuch.
— Dobra — westchnął rudzielec robiąc skruszoną minę. — Powiedziałem, że w blasku księżyca spotykamy się w miłosnym gniazdku i tam oddajemy rozkoszom naszych ciał.
Maggie sapnęła, a następnie jęknęła.
— To też wiem — oznajmiłam tracąc już niemal całą cierpliwość. — Mam gdzieś te twoje plotki o naszym wyimaginowanym związku! Chodzi o coś ważniejszego!
Ryan wpatrywał się we mnie z nieodszyfrowanym wyrazem twarzy, a następnie wybuchł radosnym śmiechem opierając się dla równowagi o blat kuchenny jedną dłonią, a drugą łapiąc się za brzuch. Jego oczy lekko się zaszkliły i potrząsnął z niedowierzaniem głową.
— Chodzi ci o tą historię z twoim byłym, martwym adoratorem, którego ja…
— Nie wiem, o czym znów bredzisz z tymi plotkami, ale mówiłam, że nie o to chodzi! — Krzyknęłam tracąc już całą cierpliwość. — Powiedziałeś całemu obozowi, że nie umiem strzelać z łuku!
Maggie spadła z hokera z łomotem, a gdy na nią spojrzeliśmy na jej twarzy malowało się prawdziwe niedowierzanie. Potrząsała głową i mamrotała coś cicho pod nosem, miałam tylko nadzieje, że nie jest to z kolejnych zaklęć, bo dość miałam już latających garnków, strzał i pływających świni w jeziorze.
— Przecież ty nie umiesz strzelać z łuku — zauważył Ryan.
— Nie musiałeś tego mówić wszystkim!
Rudzielec również potrząsnął głową i westchnął, ukłonił się mi niczym średniowieczny rycerz i z powagą powiedział:
— Wybacz mi zacna dziewojo, za mą miłość, lecz tyś lśnisz pięknością swą niczym najcudowniejsze ze słońc, a ja niegodny doglądać twą wspaniałość, schylam ku tobie czoło z gorliwością i błagając o wybaczenie mówię: Kocham cię!
— Idiota! — Warknęłam.
Podniosłam się gwałtownie z hokera i ruszyłam bez słowa w stronę drzwi, kątem oka widziałam szeroki uśmiech na twarzy Ryana i usłyszałam cichy chichot Maggie. Gdy drzwi od kuchni się zamknęły za mną, rozejrzałam się po salonie, widziałam jak około tuzina twarz spogląda na mnie z niepokojem, jakby chcąc się upewnić, że zły lew został ugłaskany.
Ze wściekłości kopnęłam skrawek dywanu, a najmłodsi z dzieci Apolla z piskiem uciekły z pokoju.
No naprawdę, nieco przesadzają!
— Oni lubią dramatyzować — powiedział Will podchodząc do mnie. — To, co uciszymy te plotki o twoim braku umiejętności łucznika?
— Może innym razem Will, jestem umówiona na sparing z Clarisse — powiedziałam z westchnieniem.
Syn Apolla, którego spotkałam pierwszego dnia mojego pobytu w obozie, gdy mnie uleczył, stał się niemal moim przyjacielem. Szczerze mówiąc ostatnio trzyma się mnie, blisko, bo ilekroć gdzieś idę, zrządzeniem losu wpadam na Nico, a wtedy obydwoje wpatrujemy się w siebie z żądzy mordu, a Will, jako łącznik między nami nas uspakaja.
— Dobra — mruknął z lekkim uśmiechem Will.
W tej samej chwili z kuchni wypadła Maggie, co spowodowało, że reszta herosów zmyła się z pokoju.
Nie ma to jak sympatyczne dzieci Apolla.

*          *          *

Brałam udział w niejednej bijatyce i wychodziłam z nich w miarę dobrym stanie, to jednak sparingi z Clarisse okazały się zdecydowanie trudniejszym orzechem do zgryzienia. Wcześniej sądziłam, że walka z nią nie będzie trudna, a może nawet trochę zabawna, ale już od kilku dni to ja za każdym razem leżałam na plecach, a ostrze jej miecza dotyka mojego gardła, wówczas jej orzechowe oczy lśnią triumfem, a ja miałam ochotę użyć mocy swojego ojca, aby ten wyraz samozadowolenia z jej twarzy zmyć.
Dzisiejszy walka miała być inna, a przynajmniej ja miałam takową nadzieje, że w końcu uda mi się rozłożyć córkę Aresa na łopatki. Musiałam przyznać, że jako córka boga wojny Clarisse była naprawdę poważnym przeciwnikiem. Zastanawiałam się nawet, czy kiedyś nie spotkałam jej ojca, bo moje towarzystwo odkąd straciłam matkę i babkę, było… powiedzmy sobie szczerze ja nie miałam znajomych, bo ze wszystkimi się biłam.
Samowolnie moje dłonie zacisnęły się na trzonie mojego miecza, który był źle dla mnie wyważony, gdyż jego ciężar przechylał się dość mocno do przodu, a to niestety było dość mocnym utrudnieniem w przypadku, gdy blokowałam ciosy Clarisse, bo moje ramiona wręcz błagały o pomstę do niebie, a na dodatek kilkakrotnie niemal straciłam równowagę.
Tego dnia po rozmowie z Ryanem miałam więcej energii na walkę, ale nie tylko ja i córka Aresa wybrałyśmy się na arenę trochę powalczyć. Wokoło nas rozbrzmiewały echem krótkie okrzyki bojowe, jęki, przekleństwa, ale przede wszystkim dźwięk zderzającej się ze sobą stali.
Chłodne powietrze przyjemnie owiewało moją spoconą skórę, a ja starałam się wyregulować swój oddech, choćby najmniejszym stopniu tak precyzyjnie, jak robiła to moja przeciwniczka, a choć kilka dłuższych kosmyków spadło mi na twarz, nie zamierzałam w tej chwili ich poprawiać, a nawet zaczęłam się zastanawiać nad zapuszczeniem ich i to tylko po to, aby podobnie jak Clarisse związać je w ciasną kitkę.
Wysunęła lewą stopę do przodu, a ja od razu ustawiłam się w lekkim rozkroku, czekając na atak z jej strony. Nagle zaatakowała mnie z prawej strony i z ledwością udało mi się odparować jej cios, aby po chwili zaatakowała mnie od dołu. Nacierała na mnie z niesamowitą płynnością i siłą, czego mogłam jej jedynie pozazdrościć, powoli się cofałam, tylko po to, aby zwiększyć odległość między nami i w którymś momencie, nie udało mi się odbić jej uderzenia, więc szybko odskoczyłam.
Nie zrobiłam tego jednak dość szybko i na mojej szarej bluzce z niebieskim psem powstała niewielka dziura, a dokładniej na prawym boku. Szybko rzuciłam na nią okiem, krzywiąc się, gdy powoli materiał zaczął przesiąkać krwią. Poczułam przy tym lekki metaliczny zapach, który mieszał się z zapachem mojego potu.
— Pierwsza kropla — zawołała Clarisse.
Skrzywiłam się w odpowiedzi na jej słowa i natychmiast zbliżyłam się do niej, ciemne oczy mojej przeciwniczki zmrużyły się, choć na jej twarzy nadal był ślad samozadowolenia. Stanęłam w pewnej odległości od niej i obydwoje przyglądaliśmy się sobie badawczo, a po chwili wysunęłam nogę i zaatakowałam. Byłam naprawdę szybka w działaniu i choć Clarisse miała spory staż w tej branży, to jednak i ona miała problem z nadążaniem za mną.
Nagle ona syknęła, a jej źrenice zwęziły się w małe szparki. Zerknęłam na jej ramię, gdzie czerwona linia natychmiast zaczęła dość obficie krwawić. Mimowolnie wygięłam usta w uśmiech, ale ten mały moment mojej nieuwagi został wykorzystany przez Clarisse, która nagle przykucnęła i podcięła mi nogi. Byłam tak zaskoczona, że wywaliłam się na ziemię, ale zanim córka Aresa zdążyła do mnie podskoczyć z mieczem, ja położyłam dłonie po bokach mojej głowy, a nogi przyciągnęłam do piersi, by następnie odbić się od podłoża, walnąć zbliżającą się Clarisse i stanąć na równe nogi.
Obydwie równocześnie się skrzywiłyśmy.
— Nieźle — skomentowała.
— Zabawnie — dodałam.
Następnie obydwie zaszarżowałyśmy na siebie z cichym okrzykiem bojowym. Nasze miecze uderzyły o siebie z niesamowitym hukiem, przy czym mój z powodu złego wyważenia wypadł mi z dłoni i poleciał do tyłu odbijając się od twardej ziemi z cichym brzękiem.
Clarisse skorzystała z tej okazji i przystawiła mi natychmiast ostrze swojego miecza do gardła.
— Wygrałam — stwierdziła z samozadowoleniem. — To już sześć do zera — dodała
Ponownie tego dnia się skrzywiłam, a gdy opuściła miecz, przedarłam wierzchem dłonie swoje spocone czoło i odgarnęłam kosmyki swoich ciemno czekoladowych włosów do tyłu, wzdychając przy tym z niezadowoleniem.
— Tylko, dlatego, że miałaś lepiej wyważony miecz — stwierdziłam zgodnie z prawdą. — Gdy w końcu uda mi się znaleźć odpowiedni dla mnie, pokonam Cię z jedną ręką za plecami — dodałam.
Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie i pokręciłam głową z politowaniem.
— Śnisz Taylor — oznajmiła.
Wyszczerzyłam swoje ząbki w szeroki uśmiech, podobnie jak to zrobiła Clarisse i kiwając sobie w cichym porozumieniu głową, odwróciliśmy się i rozeszłyśmy się każda w swoja stronę. Kątem oka widziałam jeszcze, jak córka Aresa podnosi wysoko miecz nad głową, a to spowodowało wybuch radości jej rodzeństwa, które jak zwykle przyszło nas obserwować.
Podniosłam swój miecz z ziemi i ruszyłam w stronę zbrojowni, która na szczęście została już naprawiona po moim niecodziennym „uznaniu”. Jednak przechodząc koło walczących, zauważyłam blondwłosą dziewczynę, która przyglądała mi się z niezwykłą uwagą, a gdy nasze oczy się spotkały, zobaczyłam jej czarne puste oczodoły, które spowodowały gęsią skórkę na mojej skórze.
Zatrzymałam się i wgapiałam się w nią szeroko otwartymi oczami, a ona podobnie jak ja wyglądała jakby ktoś właśnie uderzył ją garnkiem w głowę. Przełknęłam ślinę, czując nagłą chęć ucieczki przed tą dziewczyną, co nie zdarzało się mi zbyt często, szczerze mówiąc podobną reakcję miałam, gdy mój ojciec przychodził mnie odwiedzać, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, ale miłość wygrała z wrodzonym strachem do niego.
Podejrzewałam, więc że dziewczyna wcale nie jest herosem, ale kim w takim razie jest?
— Annabeth! — Krzyknął ktoś.
Blondynka natychmiast odwróciła ode mnie spojrzenie i spojrzała na blondyna biegnącego w jej stronę, a ja wykorzystałam tą chwile jej nieuwagi, aby się uciec z pola jej widzenia. W głowie za to miałam istny chaos, bo czyżby w obozie działo się coś niedobrego?
Moja natura harpii wrzeszczała z czystej ciekawości i pewności, co do tego, że dzieje się coś naprawdę niedobrego, a ja wręcz musiałam wetknąć w to swój ciekawski nos.

*          ~          *          ~          *

Usta Thalii wygięły się w podkówkę, gdy Artemida odwróciła się do niej tyłem. Bogini oczywiście nie widziała ponurego i pełnego pogardy spojrzenia, jakie dziewczyna jej wysłała, a jedynie była zadowolona z tego, co udało jej się usłyszeć i nawet nie podejrzewała, że jej Łowczyni została opętana przez jednego z bogów wypuszczonych z Puszki Pandory, nie podejrzewała, że właśnie zdradziła plan swojemu wrogowi, a choć o tym nie wiedziała, to dla Thalii-Morosa była to jedyna wskazówka, ze Apate ich jeszcze nie zdradziła.
— Jak sobie życzysz, pani — stwierdziła cicho Thalia.
Artemida w ciele ośmioletniej, rudowłosej dziewczynki z masom biegów i o niesamowitych zielonych oczach, którego kolor przypominały letnią trawę, uśmiechnęła się do niej szeroko odwracając znów w jej stronę. Kiwnęła z zadowoleniem głową, gdy dziewczyna odwróciła się i leśną drogą wracała w stronę swojego obozowiska, gdzie wraz z resztą jej łowczyń miały nazajutrz wyruszyć do obozu herosów po przepowiednie.
Bogini łowów westchnęła cicho wypuszczając parę ciepłego powietrza z usta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy usłyszała śpiew ptaków z pobliskich drzew. Bo choć robiło się naprawdę chłodno (jak przystało na początek grudnia) to nie miała, co marzyć o zobaczeniu śniegu w tej części świata, a znajdowała się właśnie w Indiach.

*          *          *

Nagły wybuch śmiechu Apate zwrócił uwagę Pseudologosa, który skrzywił się z obrzydzeniem w stronę radosnej bogini nieszczęścia i zdrady, która w tej chwili nie wyglądała ani na zaniepokojoną (w przeciwieństwie do niego), ani na nieszczęśliwą (również w przeciwieństwie do niego).
Skrzyżował ramiona na piersi i wbił w nią wzrok opierając się o domek Ateny, który dość niedawno został przykryty nową warstwą białej farby. Dyskretnie jednak zerknął na boki, czy nikt z herosów ich nie słyszy i ponownie skupił całą swoją uwagę na podstępnej bogini.
— To nie jest śmieszne, ja boje się harpii — wytknął jej. — Każdy czegoś się boi — dodał.
Apate roześmiała się jeszcze głośniej, a w jej czarnych oczach pojawiły się łzy, łapiąc się za brzuch próbowała wyregulować oddech i poskromić swój wybuch wesołości. Pseudologos dalej wpatrywał się w nią, ale tym razem z rosnącą złością.
— Co tutaj robi harpia? — Spytała Apate, gdy udało jej się nareszcie uspokoić.
— Nie wiem — mruknął z niezadowoleniem Pseudologos. — Wygląda na to, że córka Eola i Melindy jednak jest nieco starsza niż głosiły pogłoski — dodał z niezadowoleniem.
Apate nagle spoważniała i skrzywiła się lekko.
- To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…
— Syn Aine również — stwierdził ponuro Pseudologos. — Widziałem jak za nią lata — dodał.
To były nieprzewidziane komplikację, bo syn Aine – Ryan – znany, jako syn Apolla, mógł im naprawdę zaszkodzić, jeżeli choćby młoda harpia zwróci na nich najmniejszą uwagę, a ponieważ Aine była naprawdę potężną heroską, jak również byłą ulubienicą swojej matki…
— Cholera — przeklęła Apate.
— Wyjęłaś mi to z ust — oznajmił ponuro Pseudologos będący dalej w ciele Annabeth. — Powinnaś pogadać ze swoim bratankiem — zakpił.
Apate ten pomysł ani trochę się nie podobał, a tym bardziej, że ich sytuacja zaczynała się coraz bardziej komplikować, a na dodatek mieli coraz mniej czasu do zimowego przesilenia wtedy, gdy wszyscy bogowie Olimpijscy spotykają się w jednym miejscu – najlepsza szansa na uwięzienie ich.
— Cholera — podsumowała wszystko Apate.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Uśmiechnęłam się niepewnie w stronę Samaela, ale wątpię, aby mnie tutaj zobaczył, gdyż właśnie chowałam się za drewnianą ścianą z powieszonymi na niej łukami i strzałami. Zerknęłam jeszcze raz, ostrożnie na profil białowłosego chłopaka, a łzy same naleciały mi do kącików oczów, gdy odwrócił się w moją stronę, szybko się jednak schowałam, ale niestety potknęłam się o wystający konar i kilka iskier nagle ze mnie uleciało.
Po chwili już drewniana ściana stanęła w ogniu.
— Maggie, ile razy mam Ci powtarzać, żebyś się nie chowała? — Spytał Chejron podchodząc do mnie ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. — Dziecko drogie, gdzie jest Jill?
Moja warga zadrżała, a w momencie, gdy herosi gasili pozostałości po mojej kryjówce, ja rozpłakałam się na dobre, wtulając swoją głowę w klatkę piersiową centaura. Objął on i poklepał ze spokojem po plecach, niejednokrotnie już płakałam bez żadnego powodu, ale tym razem moja przyjaźń, która trwała od dzieciństwa z Sammy’m miała się rozpaść na kawałeczki, a to był powód do płaczu.
— Zajmę się Czarodziejką Chejronie — zawołał znajomy mi głos, a następnie silne dłonie objęły mnie pod pachy, aby moja głowa chwilę później wtulała się w czarny materiał. — Coś się stało maleńka?
Na dźwięk jego miękkiego głosu rozpłakałam się jeszcze bardziej i niestety znów usmarkałam mu jego ulubiony T-shirt z jakąś rockową kapelą. Chłopak przycisnął mnie mocniej do siebie, gdy starałam się uwolnić, a następnie jego ciepła duża dłoń spoczęła na tyle mojej głowy, przyciskając ją mocniej do jego lewej piersi.
To sprawiło, że wybuch mojego płaczu trochę minął, dźwięk bijącego serca chłopaka był dla mnie dziwnie uspakajający, choć poczułam jak moje policzki bez żadnego racjonalnego powodu robią się ciepłe. Mój oddech nieco się wyrównał i poruszyłam się niespokojnie dając do zrozumienia mojemu przyjacielowi, że już się uspokoiłam.
Ku mojemu zaskoczeniu jego ramiona zacisnęły się jeszcze mocniej, a ja, choć bardzo chciałam podnieś głowę do góry i spojrzeć w jego miodowe oczy, z powodu jego ręki na mojej głowie nie mogłam tego zrobić i naprawdę chciałam poznać jego myśli, które kotłują się w jego białej główce.
— Sammy…
— Poczekaj — poprosił ściskając mnie na chwilę mocniej, co spowodowało, że powietrze z moich płuc uleciało, a następnie nieco rozluźnił uścisk, nadal mnie jednak nie wypuszczając. — Daj mi się nacieszyć.
Nie rozumiałam, o co mu chodzi i gdy miałam właśnie się spytać, on wypuścił mnie z ramion, a ja poczułam się dziwnie opuszczona bez jego szerokich ramion, które obejmowały mnie jak bezpieczny i ciepły kokon, chroniąc od całego zła świata.
Potrząsnęłam głową chcąc wyzbyć się moich dziwnych myśli.
— Unikasz mnie — wyznałam nagle w przypływie pewności siebie.
Pociągnęłam lekko nosem, a na ten gest Sammy wyjął z tylnej kieszeni paczkę chusteczek higienicznych w niebieskim opakowaniu i podał mi je. Kiwnęłam głową, dziękując mu i wyciągnęłam jedną sztukę wycierając pośpiesznie oczy i wysmarkując nos.
— Nie unikam — stwierdził i skrzywił się lekko, chowając resztę chusteczek do kieszeni. — Po prostu, jako grupowy swojego domku mam masę roboty i… no cóż również unikam Luny — wyznał.
Poczułam nagłą chęć złapania tej Brytyjki za jej szczupłą szyjkę i pozwolić swojej magii zająć się nią, nie wiedziałam skąd nagle miałam takie dziwne emocję, czyżbym dorastała?
Sammy spoglądał na mnie z zaniepokojeniem.
— Maggie… — zawahał się przez chwilę. — Ja… ty… nigdy… — lekko się zaczerwienił i odchrząknął. — Będę przy tobie trwać — wymamrotał cicho.
Zamrugałam oczami i uśmiechnęłam się szeroko.
— Będziesz moim wiernym przyjacielem! — Zawołałam. — Jak pies!
Syn Tanatosa skrzywił się na to porównanie i na moje słowa, ale jedynie kiwnął głową z dziwnie posępną miną, jakby zgadzając się na choćby takie rozwiązanie. Wyznam szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałam jego emocji, choć byłam naprawdę szczęśliwa, gdy nasza przyjaźń się zaczęła i nigdy bym jej nie przerwała, choćby nie wiem, co się działo, bo nie chciałam stracić Sammy’ego.
— Wiesz, że Ryan rozpowiada plotki? — Zawołałam z nagłym przypływie entuzjazmu. — Jill się wkurzyła, więc za nią pobiegłam! — Podeszłam bliżej do Sammy’ego i złapałam go za ramię, gdy próbował delikatnie wycofać się z pola mojego widzenia. — Też bym chciała, żeby chłopak był taki romantyczny! Odkąd ma kuchnie, to robi jej te ciastka… - paplałam tak jeszcze jakąś godzinę.

*          *          *
*Perspektywa Ryana*

Wgapiałem się jak głupi w chłopaka przede mną, oparłem się biodrem o szafkę i skrzyżowałem ramiona na piersi, spoglądając na ponurego syna Tanatosa, którego białe kosmyki były w całkowitym nieładzie, podobnie jak moja rudawa czupryna, przy czym ja zazwyczaj nosiłem na głowie czarną czapkę, a moje włosy sięgały mi już prawie do obojczyka, odgarnąłem z czoła swoją długą grzywę i uśmiechnąłem się w końcu do chłopaka.
— Czyli kochasz Maggie i nie wiesz, jak jej to powiedzieć?
Nie oczekiwałem od niego odpowiedzi, gdyż bardziej stwierdziłem niż spytałem, ale chłopak skrzywił się w naprawdę żałosny sposób i kiwnął mi potakująco głową. Byłem szczerze ubawiony jego postawą, ale w końcu musiałem się z nim zaprzyjaźnić, bo moja przyszła żona z pewnością będzie przyjaźnić się z Maggie, a co niesie za sobą spotkania z jej przyszłym mężem – Samaelem.
— Wspomniałeś jej o swoich uczuciach? — Spytałem nagle.
— Wspomniałem, że będę przy niej trwać — oznajmił napiętym głosem.
Podniosłem jedną brew i zaśmiałem się głośno.
— Jak pies? – Spytałem kręcąc głową z niedowierzaniem. — Bo to tak brzmi, koleś - znów pokręciłem głową. — Chęć stworzenia poważnego związku wiąże się z indywidualnym podejściem do każdej kobiety, więc podryw…
Przerwałem nagle, bo mój wzrok został zasłoniętym przez czarną mgłę, wir powili wciągał mnie, a ja czułem jak moje ciało staje się ciężkie jakby było wykonanie z ołowiu, a do tego nagły atak migreny, był jak zwykle oznaką zbliżającej się wizji, już po chwili barwy różnych kolorów zaatakowały mnie, na chwilę oślepiając, a po chwili widziałem już jak…

Thalia uśmiechnęła się do mnie smętnie, właściwie sam nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale jej czarne włosy i niebieskie oczy były dla mnie podpowiedzią, bo już raz je widziałem, w pewnej wizji wraz z Jillian, kiedy to ona minęła ją na ulicy koło swojego domu.
— Jest już za późno — stwierdziła nagle męskim głosem, a jej oczy stały się czarne.
Nagle spostrzegłem w jej dłoniach złotą szkatułkę ozdobioną przez przeróżne kamienie szlachetne, a ja poczułem w swojej dłoni coś ciepłego. Otworzyłem ją i spostrzegłem w niej złoty kluczyk z czarnym rzemykiem. Znów zerknąłem w stronę uśmiechniętej dziewczyny.
- To było tak samo łatwe jak zabranie dziecku lizaka – stwierdziła z samozadowoleniem.
— Zaraz skopie Ci tyłek! — Warknęła koło mnie Jillian, a uśmiech Thalia zniknął.
— Nie możesz nic zrobić, dopóki mam… — nagle zamilkła.
Sięgnęła dłonią do kieszeni, ale nie znalazłam tam tego, czego szukała, a jej nienawistne czarne oczy spoczęły na mnie z chęcią mordu. Doskonale zdałem sobie sprawę, że mam coś, co do niej należy i w tej chwili naprawdę się cieszyłem, że kiedyś bawiłem się w kieszonkowego złodziejaszka.
— Zabije was! Zabije was wszystkich! — Wydarła się z wściekłością Thalia.
Następnie jej ciało opadło na ziemię, a przed nami z szarego dymu zaczął kształtować się ludzki kształt, a raczej boski, bo czarne puste oczodoły wpatrywały się w nas z czystą nienawiścią…

Nagła jasność mnie oślepiła i gdy zacząłem mrugać powiekami, zdałem sobie sprawę, że znajduje się na powrót w swojej kuchni, a nie w najbliższej przyszłości. Spostrzegłem, że mój towarzysz nie poruszył się z miejsca, tylko przyglądał mi się z niesamowitym spokojem jak na niego przystało. Wyszczerzyłem się do niego radośnie.
— Wygląda na to, że w muszę chronić moją narwaną przyszłą żonę — stwierdziłem zagadkowo.
Nie miałem ani grama podejrzenia, co do tego, przez kogo wpakowaliśmy się w mojej wizji w takie kłopoty, dlatego również wyjąłem z kieszeni złoty kluczyk, który dzisiaj znalazłem w jednej z szuflad w swojej kuchni. Do tej pory sądziłem, że jest do klucz do jakiejś spiżarni, czy czegoś, ale teraz…
Teraz wiem, że czeka nas mała wojna.