"(...)To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…(...)"
Tydzień później…
Byłam
wściekła.
Nie…
to zdecydowanie zbyt słabe słowo, aby opisać moją chęć mordowania.
Herosi
jakby czując nadchodzącą apokalipsę odsuwali się ode mnie jakbym zaraz miała
wybuchnąć (a co było z całą pewnością jak najbardziej prawdopodobne). Idąca za
mną Maggie, co chwila coś krzyczała, a przy okazji potykała się i wpadła na
ludzi, choć oni sami od niej uciekali, więc nie wiem, jak to możliwie.
W
umiejętności Maggie już nie wątpiłam, ale w tej chwili skupiłam się na
piaszczystej ścieżce prowadzące do domku Apolla. Ignorowałam przy tym
całkowicie ciekawskie szepty i komentarzy o tym, że znów kogoś zleje. Ktoś
chyba nawet wspomniał o mojej nowej przyjaźni z córka Aresa, ale byłam zbyt
skoncentrowana na wymyślaniu wszelkich tortur na pewnym herosie, aby się tym
przejąć.
Gdy
dodarłam do swojego celu, wpadłam jak burza do środka, powodując kilka pisków
strachu, a ktoś nawet wyciągnął łuk ze strzałami. W takim przypadku po prostu
to ignorowałam i skierowałam się w stronę kuchni (która pojawiła się w tym
domku dość niedawno). Mijając niewielki salon, Will pomachał do mnie z
uśmiechem, był już przyzwyczajony do moich ataków złości i kilkakrotnych
próbach podpalenia obozu, ale jak wspominałam to akurat był wypadek.
Wtargnęłam
do kuchni pchając ze złością drewniane drzwi, a które z hukiem walnęły o
powierzchnie białej ściany. Złote szafki lekko błyszczały, gdyż przez otwarte
okno do środka wpadały promienie słoneczne, a uśmiechnięty rudowłosy chłopak,
wymachując tyłkiem z iskrami rozbawienia w oczach robił coś na kształt tańca
przy muzyce z radia, choć nie przejął się chyba nawet tym, że właśnie
raportowali w nim o trudnościach na jakiejś autostradzie.
Bez
słowa usiadłam na metalowym hoker ze złotym materiałem na siedzeniu i kładąc
dłonie na biały blat wyspy, wbiłam w Ryana ponury wzrok, czekając aż skończy
swoje dziwactwa. Mniej więcej w tej właśnie chwili do pokoju wpadła Maggie, a
co równało się z tym, że wywaliła się na progu drzwi, a one same walnęły ją w
twarz. Następnie dość niezgrabnie wstała na dwie równe nogi, usiadła koło mnie.
Na twarzy jak zwykle miała uśmiech, dość ciężko oddychała, a w jej włosach
znajdowało się parę liści, a nawet gałęzi.
— Co tym razem zrobiłem? — Spytał wyjątkowo spokojnie Ryan.
— Ty już dobrze wiesz, co — warknęłam.
Skrzyżowałam
ramiona na piersi i spojrzałam na niego srogo, a przynajmniej próbowałam
przybrać podobny wyraz twarzy do wściekłego boga – tu mam na myśli Pana D., a
którego niejednokrotnie wyprowadzałam z równowagi. Mam nawet zakaz zbliżania
się do Dionizosa.
Nagle
Ryan odwrócił się do mnie, oparł biodrem o blat kuchenny i uważnie mi się
przyglądając wyznał:
— Przyznaje się, powiedziałem wszystkim, że jesteś moją dziewczyną.
— To już wiem, mam to gdzieś, chodzi o tę drugą sprawę — niemal krzyknęłam z
niecierpliwienia.
Poprawiłam
się na siedzeniu i znów wbiłam w niego wzrok, a Maggie była jak zwykle cicho i
spoglądając ze współczuciem na Ryana, czekała na mój wybuch.
— Dobra — westchnął rudzielec robiąc skruszoną minę. — Powiedziałem, że w blasku
księżyca spotykamy się w miłosnym gniazdku i tam oddajemy rozkoszom naszych
ciał.
Maggie
sapnęła, a następnie jęknęła.
— To też wiem — oznajmiłam tracąc już niemal całą cierpliwość. — Mam gdzieś te twoje
plotki o naszym wyimaginowanym związku! Chodzi o coś ważniejszego!
Ryan
wpatrywał się we mnie z nieodszyfrowanym wyrazem twarzy, a następnie wybuchł
radosnym śmiechem opierając się dla równowagi o blat kuchenny jedną dłonią, a
drugą łapiąc się za brzuch. Jego oczy lekko się zaszkliły i potrząsnął z
niedowierzaniem głową.
— Chodzi ci o tą historię z twoim byłym, martwym adoratorem, którego ja…
— Nie wiem, o czym znów bredzisz z tymi plotkami, ale mówiłam, że nie o to
chodzi! — Krzyknęłam tracąc już całą cierpliwość. — Powiedziałeś całemu
obozowi, że nie umiem strzelać z łuku!
Maggie
spadła z hokera z łomotem, a gdy na nią spojrzeliśmy na jej twarzy malowało się
prawdziwe niedowierzanie. Potrząsała głową i mamrotała coś cicho pod nosem,
miałam tylko nadzieje, że nie jest to z kolejnych zaklęć, bo dość miałam już
latających garnków, strzał i pływających świni w jeziorze.
— Przecież ty nie umiesz strzelać z łuku — zauważył Ryan.
— Nie musiałeś tego mówić wszystkim!
Rudzielec
również potrząsnął głową i westchnął, ukłonił się mi niczym średniowieczny
rycerz i z powagą powiedział:
— Wybacz mi zacna dziewojo, za mą miłość, lecz tyś lśnisz pięknością swą niczym
najcudowniejsze ze słońc, a ja niegodny doglądać twą wspaniałość, schylam ku
tobie czoło z gorliwością i błagając o wybaczenie mówię: Kocham cię!
— Idiota! — Warknęłam.
Podniosłam
się gwałtownie z hokera i ruszyłam bez słowa w stronę drzwi, kątem oka
widziałam szeroki uśmiech na twarzy Ryana i usłyszałam cichy chichot Maggie.
Gdy drzwi od kuchni się zamknęły za mną, rozejrzałam się po salonie, widziałam
jak około tuzina twarz spogląda na mnie z niepokojem, jakby chcąc się upewnić,
że zły lew został ugłaskany.
Ze
wściekłości kopnęłam skrawek dywanu, a najmłodsi z dzieci Apolla z piskiem
uciekły z pokoju.
No
naprawdę, nieco przesadzają!
— Oni lubią dramatyzować — powiedział Will podchodząc do mnie. — To, co uciszymy
te plotki o twoim braku umiejętności łucznika?
— Może innym razem Will, jestem umówiona na sparing z Clarisse — powiedziałam z
westchnieniem.
Syn
Apolla, którego spotkałam pierwszego dnia mojego pobytu w obozie, gdy mnie
uleczył, stał się niemal moim przyjacielem. Szczerze mówiąc ostatnio trzyma się
mnie, blisko, bo ilekroć gdzieś idę, zrządzeniem losu wpadam na Nico, a wtedy
obydwoje wpatrujemy się w siebie z żądzy mordu, a Will, jako łącznik między
nami nas uspakaja.
— Dobra — mruknął z lekkim uśmiechem Will.
W
tej samej chwili z kuchni wypadła Maggie, co spowodowało, że reszta herosów
zmyła się z pokoju.
Nie
ma to jak sympatyczne dzieci Apolla.
* * *
Brałam
udział w niejednej bijatyce i wychodziłam z nich w miarę dobrym stanie, to
jednak sparingi z Clarisse okazały się zdecydowanie trudniejszym orzechem do
zgryzienia. Wcześniej sądziłam, że walka z nią nie będzie trudna, a może nawet trochę
zabawna, ale już od kilku dni to ja za każdym razem leżałam na plecach, a
ostrze jej miecza dotyka mojego gardła, wówczas jej orzechowe oczy lśnią
triumfem, a ja miałam ochotę użyć mocy swojego ojca, aby ten wyraz
samozadowolenia z jej twarzy zmyć.
Dzisiejszy
walka miała być inna, a przynajmniej ja miałam takową nadzieje, że w końcu uda
mi się rozłożyć córkę Aresa na łopatki. Musiałam przyznać, że jako córka boga
wojny Clarisse była naprawdę poważnym przeciwnikiem. Zastanawiałam się nawet,
czy kiedyś nie spotkałam jej ojca, bo moje towarzystwo odkąd straciłam matkę i
babkę, było… powiedzmy sobie szczerze ja nie miałam znajomych, bo ze wszystkimi
się biłam.
Samowolnie
moje dłonie zacisnęły się na trzonie mojego miecza, który był źle dla mnie wyważony, gdyż jego ciężar przechylał się dość mocno do przodu, a to niestety
było dość mocnym utrudnieniem w przypadku, gdy blokowałam ciosy Clarisse, bo
moje ramiona wręcz błagały o pomstę do niebie, a na dodatek kilkakrotnie niemal
straciłam równowagę.
Tego
dnia po rozmowie z Ryanem miałam więcej energii na walkę, ale nie tylko ja i
córka Aresa wybrałyśmy się na arenę trochę powalczyć. Wokoło nas rozbrzmiewały
echem krótkie okrzyki bojowe, jęki, przekleństwa, ale przede wszystkim dźwięk
zderzającej się ze sobą stali.
Chłodne
powietrze przyjemnie owiewało moją spoconą skórę, a ja starałam się wyregulować
swój oddech, choćby najmniejszym stopniu tak precyzyjnie, jak robiła to moja
przeciwniczka, a choć kilka dłuższych kosmyków spadło mi na twarz, nie
zamierzałam w tej chwili ich poprawiać, a nawet zaczęłam się zastanawiać nad
zapuszczeniem ich i to tylko po to, aby podobnie jak Clarisse związać je w
ciasną kitkę.
Wysunęła
lewą stopę do przodu, a ja od razu ustawiłam się w lekkim rozkroku, czekając na
atak z jej strony. Nagle zaatakowała mnie z prawej strony i z ledwością udało
mi się odparować jej cios, aby po chwili zaatakowała mnie od dołu. Nacierała na
mnie z niesamowitą płynnością i siłą, czego mogłam jej jedynie pozazdrościć,
powoli się cofałam, tylko po to, aby zwiększyć odległość między nami i w
którymś momencie, nie udało mi się odbić jej uderzenia, więc szybko
odskoczyłam.
Nie
zrobiłam tego jednak dość szybko i na mojej szarej bluzce z niebieskim psem
powstała niewielka dziura, a dokładniej na prawym boku. Szybko rzuciłam na nią
okiem, krzywiąc się, gdy powoli materiał zaczął przesiąkać krwią. Poczułam przy
tym lekki metaliczny zapach, który mieszał się z zapachem mojego potu.
— Pierwsza kropla — zawołała Clarisse.
Skrzywiłam
się w odpowiedzi na jej słowa i natychmiast zbliżyłam się do niej, ciemne oczy
mojej przeciwniczki zmrużyły się, choć na jej twarzy nadal był ślad
samozadowolenia. Stanęłam w pewnej odległości od niej i obydwoje przyglądaliśmy
się sobie badawczo, a po chwili wysunęłam nogę i zaatakowałam. Byłam naprawdę
szybka w działaniu i choć Clarisse miała spory staż w tej branży, to jednak i
ona miała problem z nadążaniem za mną.
Nagle
ona syknęła, a jej źrenice zwęziły się w małe szparki. Zerknęłam na jej ramię,
gdzie czerwona linia natychmiast zaczęła dość obficie krwawić. Mimowolnie
wygięłam usta w uśmiech, ale ten mały moment mojej nieuwagi został wykorzystany
przez Clarisse, która nagle przykucnęła i podcięła mi nogi. Byłam tak
zaskoczona, że wywaliłam się na ziemię, ale zanim córka Aresa zdążyła do mnie
podskoczyć z mieczem, ja położyłam dłonie po bokach mojej głowy, a nogi
przyciągnęłam do piersi, by następnie odbić się od podłoża, walnąć zbliżającą
się Clarisse i stanąć na równe nogi.
Obydwie
równocześnie się skrzywiłyśmy.
— Nieźle — skomentowała.
— Zabawnie — dodałam.
Następnie
obydwie zaszarżowałyśmy na siebie z cichym okrzykiem bojowym. Nasze miecze
uderzyły o siebie z niesamowitym hukiem, przy czym mój z powodu złego wyważenia wypadł mi z dłoni i poleciał do tyłu odbijając się od twardej ziemi
z cichym brzękiem.
Clarisse
skorzystała z tej okazji i przystawiła mi natychmiast ostrze swojego miecza do
gardła.
— Wygrałam — stwierdziła z samozadowoleniem. — To już sześć do zera — dodała
Ponownie
tego dnia się skrzywiłam, a gdy opuściła miecz, przedarłam wierzchem dłonie
swoje spocone czoło i odgarnęłam kosmyki swoich ciemno czekoladowych włosów do
tyłu, wzdychając przy tym z niezadowoleniem.
— Tylko, dlatego, że miałaś lepiej wyważony miecz — stwierdziłam zgodnie z
prawdą. — Gdy w końcu uda mi się znaleźć odpowiedni dla mnie, pokonam Cię z
jedną ręką za plecami — dodałam.
Dziewczyna
zaśmiała się dźwięcznie i pokręciłam głową z politowaniem.
— Śnisz Taylor — oznajmiła.
Wyszczerzyłam
swoje ząbki w szeroki uśmiech, podobnie jak to zrobiła Clarisse i kiwając sobie
w cichym porozumieniu głową, odwróciliśmy się i rozeszłyśmy się każda w swoja
stronę. Kątem oka widziałam jeszcze, jak córka Aresa podnosi wysoko miecz nad
głową, a to spowodowało wybuch radości jej rodzeństwa, które jak zwykle
przyszło nas obserwować.
Podniosłam
swój miecz z ziemi i ruszyłam w stronę zbrojowni, która na szczęście została
już naprawiona po moim niecodziennym „uznaniu”. Jednak przechodząc koło
walczących, zauważyłam blondwłosą dziewczynę, która przyglądała mi się z
niezwykłą uwagą, a gdy nasze oczy się spotkały, zobaczyłam jej czarne puste
oczodoły, które spowodowały gęsią skórkę na mojej skórze.
Zatrzymałam
się i wgapiałam się w nią szeroko otwartymi oczami, a ona podobnie jak ja
wyglądała jakby ktoś właśnie uderzył ją garnkiem w głowę. Przełknęłam ślinę,
czując nagłą chęć ucieczki przed tą dziewczyną, co nie zdarzało się mi zbyt
często, szczerze mówiąc podobną reakcję miałam, gdy mój ojciec przychodził mnie
odwiedzać, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, ale miłość wygrała z wrodzonym
strachem do niego.
Podejrzewałam,
więc że dziewczyna wcale nie jest herosem, ale kim w takim razie jest?
— Annabeth! — Krzyknął ktoś.
Blondynka
natychmiast odwróciła ode mnie spojrzenie i spojrzała na blondyna biegnącego w
jej stronę, a ja wykorzystałam tą chwile jej nieuwagi, aby się uciec z pola jej
widzenia. W głowie za to miałam istny chaos, bo czyżby w obozie działo się coś
niedobrego?
Moja
natura harpii wrzeszczała z czystej ciekawości i pewności, co do tego, że
dzieje się coś naprawdę niedobrego, a ja wręcz musiałam wetknąć w to swój
ciekawski nos.
* ~ * ~ *
Usta
Thalii wygięły się w podkówkę, gdy Artemida odwróciła się do niej tyłem. Bogini
oczywiście nie widziała ponurego i pełnego pogardy spojrzenia, jakie dziewczyna
jej wysłała, a jedynie była zadowolona z tego, co udało jej się usłyszeć i
nawet nie podejrzewała, że jej Łowczyni została opętana przez jednego z bogów
wypuszczonych z Puszki Pandory, nie podejrzewała, że właśnie zdradziła plan swojemu
wrogowi, a choć o tym nie wiedziała, to dla Thalii-Morosa była to jedyna
wskazówka, ze Apate ich jeszcze nie zdradziła.
— Jak sobie życzysz, pani — stwierdziła cicho Thalia.
Artemida
w ciele ośmioletniej, rudowłosej dziewczynki z masom biegów i o niesamowitych
zielonych oczach, którego kolor przypominały letnią trawę, uśmiechnęła się do
niej szeroko odwracając znów w jej stronę. Kiwnęła z zadowoleniem głową, gdy dziewczyna
odwróciła się i leśną drogą wracała w stronę swojego obozowiska, gdzie wraz z
resztą jej łowczyń miały nazajutrz wyruszyć do obozu herosów po przepowiednie.
Bogini
łowów westchnęła cicho wypuszczając parę ciepłego powietrza z usta i
uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy usłyszała śpiew ptaków z pobliskich drzew.
Bo choć robiło się naprawdę chłodno (jak przystało na początek grudnia) to nie
miała, co marzyć o zobaczeniu śniegu w tej części świata, a znajdowała się
właśnie w Indiach.
* * *
Nagły
wybuch śmiechu Apate zwrócił uwagę Pseudologosa, który skrzywił się z
obrzydzeniem w stronę radosnej bogini nieszczęścia i zdrady, która w tej chwili
nie wyglądała ani na zaniepokojoną (w przeciwieństwie do niego), ani na
nieszczęśliwą (również w przeciwieństwie do niego).
Skrzyżował
ramiona na piersi i wbił w nią wzrok opierając się o domek Ateny, który dość
niedawno został przykryty nową warstwą białej farby. Dyskretnie jednak zerknął
na boki, czy nikt z herosów ich nie słyszy i ponownie skupił całą swoją uwagę
na podstępnej bogini.
— To nie jest śmieszne, ja boje się harpii — wytknął jej. — Każdy czegoś się boi — dodał.
Apate
roześmiała się jeszcze głośniej, a w jej czarnych oczach pojawiły się łzy,
łapiąc się za brzuch próbowała wyregulować oddech i poskromić swój wybuch wesołości.
Pseudologos dalej wpatrywał się w nią, ale tym razem z rosnącą złością.
— Co tutaj robi harpia? — Spytała Apate, gdy udało jej się nareszcie uspokoić.
— Nie wiem — mruknął z niezadowoleniem Pseudologos. — Wygląda na to, że córka
Eola i Melindy jednak jest nieco starsza niż głosiły pogłoski — dodał z
niezadowoleniem.
Apate
nagle spoważniała i skrzywiła się lekko.
-
To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…
— Syn Aine również — stwierdził ponuro Pseudologos. — Widziałem jak za nią lata —
dodał.
To
były nieprzewidziane komplikację, bo syn Aine – Ryan – znany, jako syn Apolla,
mógł im naprawdę zaszkodzić, jeżeli choćby młoda harpia zwróci na nich
najmniejszą uwagę, a ponieważ Aine była naprawdę potężną heroską, jak również
byłą ulubienicą swojej matki…
— Cholera — przeklęła Apate.
— Wyjęłaś mi to z ust — oznajmił ponuro Pseudologos będący dalej w ciele
Annabeth. — Powinnaś pogadać ze swoim bratankiem — zakpił.
Apate
ten pomysł ani trochę się nie podobał, a tym bardziej, że ich sytuacja
zaczynała się coraz bardziej komplikować, a na dodatek mieli coraz mniej czasu
do zimowego przesilenia wtedy, gdy wszyscy bogowie Olimpijscy spotykają się w
jednym miejscu – najlepsza szansa na uwięzienie ich.
— Cholera — podsumowała wszystko Apate.
* ~ * ~ *
*Perspektywa Maggie*
Uśmiechnęłam
się niepewnie w stronę Samaela, ale wątpię, aby mnie tutaj zobaczył, gdyż
właśnie chowałam się za drewnianą ścianą z powieszonymi na niej łukami i
strzałami. Zerknęłam jeszcze raz, ostrożnie na profil białowłosego chłopaka, a
łzy same naleciały mi do kącików oczów, gdy odwrócił się w moją stronę, szybko
się jednak schowałam, ale niestety potknęłam się o wystający konar i kilka
iskier nagle ze mnie uleciało.
Po
chwili już drewniana ściana stanęła w ogniu.
— Maggie, ile razy mam Ci powtarzać, żebyś się nie chowała? — Spytał Chejron
podchodząc do mnie ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. — Dziecko drogie, gdzie
jest Jill?
Moja
warga zadrżała, a w momencie, gdy herosi gasili pozostałości po mojej kryjówce,
ja rozpłakałam się na dobre, wtulając swoją głowę w klatkę piersiową centaura.
Objął on i poklepał ze spokojem po plecach, niejednokrotnie już płakałam bez
żadnego powodu, ale tym razem moja przyjaźń, która trwała od dzieciństwa z
Sammy’m miała się rozpaść na kawałeczki, a to był powód do płaczu.
— Zajmę się Czarodziejką Chejronie — zawołał znajomy mi głos, a następnie silne
dłonie objęły mnie pod pachy, aby moja głowa chwilę później wtulała się w
czarny materiał. — Coś się stało maleńka?
Na
dźwięk jego miękkiego głosu rozpłakałam się jeszcze bardziej i niestety znów
usmarkałam mu jego ulubiony T-shirt z jakąś rockową kapelą. Chłopak przycisnął
mnie mocniej do siebie, gdy starałam się uwolnić, a następnie jego ciepła duża
dłoń spoczęła na tyle mojej głowy, przyciskając ją mocniej do jego lewej
piersi.
To
sprawiło, że wybuch mojego płaczu trochę minął, dźwięk bijącego serca chłopaka
był dla mnie dziwnie uspakajający, choć poczułam jak moje policzki bez żadnego
racjonalnego powodu robią się ciepłe. Mój oddech nieco się wyrównał i
poruszyłam się niespokojnie dając do zrozumienia mojemu przyjacielowi, że już
się uspokoiłam.
Ku
mojemu zaskoczeniu jego ramiona zacisnęły się jeszcze mocniej, a ja, choć
bardzo chciałam podnieś głowę do góry i spojrzeć w jego miodowe oczy, z powodu
jego ręki na mojej głowie nie mogłam tego zrobić i naprawdę chciałam poznać
jego myśli, które kotłują się w jego białej główce.
— Sammy…
— Poczekaj — poprosił ściskając mnie na chwilę mocniej, co spowodowało, że
powietrze z moich płuc uleciało, a następnie nieco rozluźnił uścisk, nadal mnie
jednak nie wypuszczając. — Daj mi się nacieszyć.
Nie
rozumiałam, o co mu chodzi i gdy miałam właśnie się spytać, on wypuścił mnie z
ramion, a ja poczułam się dziwnie opuszczona bez jego szerokich ramion, które
obejmowały mnie jak bezpieczny i ciepły kokon, chroniąc od całego zła świata.
Potrząsnęłam
głową chcąc wyzbyć się moich dziwnych myśli.
— Unikasz mnie — wyznałam nagle w przypływie pewności siebie.
Pociągnęłam
lekko nosem, a na ten gest Sammy wyjął z tylnej kieszeni paczkę chusteczek
higienicznych w niebieskim opakowaniu i podał mi je. Kiwnęłam głową, dziękując mu i wyciągnęłam jedną sztukę wycierając pośpiesznie oczy i wysmarkując nos.
— Nie unikam — stwierdził i skrzywił się lekko, chowając resztę chusteczek do
kieszeni. — Po prostu, jako grupowy swojego domku mam masę roboty i… no cóż
również unikam Luny — wyznał.
Poczułam
nagłą chęć złapania tej Brytyjki za jej szczupłą szyjkę i pozwolić swojej magii
zająć się nią, nie wiedziałam skąd nagle miałam takie dziwne emocję, czyżbym
dorastała?
Sammy
spoglądał na mnie z zaniepokojeniem.
— Maggie… — zawahał się przez chwilę. — Ja… ty… nigdy… — lekko się zaczerwienił i
odchrząknął. — Będę przy tobie trwać — wymamrotał cicho.
Zamrugałam
oczami i uśmiechnęłam się szeroko.
— Będziesz moim wiernym przyjacielem! — Zawołałam. — Jak pies!
Syn
Tanatosa skrzywił się na to porównanie i na moje słowa, ale jedynie kiwnął
głową z dziwnie posępną miną, jakby zgadzając się na choćby takie rozwiązanie.
Wyznam szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałam jego emocji, choć byłam naprawdę szczęśliwa, gdy nasza przyjaźń się zaczęła i nigdy bym jej nie przerwała,
choćby nie wiem, co się działo, bo nie chciałam stracić Sammy’ego.
— Wiesz, że Ryan rozpowiada plotki? — Zawołałam z nagłym przypływie entuzjazmu. —
Jill się wkurzyła, więc za nią pobiegłam! — Podeszłam bliżej do Sammy’ego i
złapałam go za ramię, gdy próbował delikatnie wycofać się z pola mojego
widzenia. — Też bym chciała, żeby chłopak był taki romantyczny! Odkąd ma
kuchnie, to robi jej te ciastka… - paplałam tak jeszcze jakąś godzinę.
* * *
*Perspektywa Ryana*
Wgapiałem
się jak głupi w chłopaka przede mną, oparłem się biodrem o szafkę i
skrzyżowałem ramiona na piersi, spoglądając na ponurego syna Tanatosa, którego
białe kosmyki były w całkowitym nieładzie, podobnie jak moja rudawa czupryna,
przy czym ja zazwyczaj nosiłem na głowie czarną czapkę, a moje włosy sięgały mi
już prawie do obojczyka, odgarnąłem z czoła swoją długą grzywę i uśmiechnąłem
się w końcu do chłopaka.
— Czyli kochasz Maggie i nie wiesz, jak jej to powiedzieć?
Nie
oczekiwałem od niego odpowiedzi, gdyż bardziej stwierdziłem niż spytałem, ale
chłopak skrzywił się w naprawdę żałosny sposób i kiwnął mi potakująco głową.
Byłem szczerze ubawiony jego postawą, ale w końcu musiałem się z nim
zaprzyjaźnić, bo moja przyszła żona z pewnością będzie przyjaźnić się z Maggie,
a co niesie za sobą spotkania z jej przyszłym mężem – Samaelem.
— Wspomniałeś jej o swoich uczuciach? — Spytałem nagle.
— Wspomniałem, że będę przy niej trwać — oznajmił napiętym głosem.
Podniosłem
jedną brew i zaśmiałem się głośno.
— Jak pies? – Spytałem kręcąc głową z niedowierzaniem. — Bo to tak brzmi, koleś -
znów pokręciłem głową. — Chęć stworzenia poważnego związku wiąże się z
indywidualnym podejściem do każdej kobiety, więc podryw…
Przerwałem
nagle, bo mój wzrok został zasłoniętym przez czarną mgłę, wir powili wciągał
mnie, a ja czułem jak moje ciało staje się ciężkie jakby było wykonanie z
ołowiu, a do tego nagły atak migreny, był jak zwykle oznaką zbliżającej się
wizji, już po chwili barwy różnych kolorów zaatakowały mnie, na chwilę
oślepiając, a po chwili widziałem już jak…
Thalia uśmiechnęła się do mnie smętnie, właściwie sam nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale jej czarne włosy i niebieskie oczy były dla mnie podpowiedzią, bo już raz je widziałem, w pewnej wizji wraz z Jillian, kiedy to ona minęła ją na ulicy koło swojego domu.— Jest już za późno — stwierdziła nagle męskim głosem, a jej oczy stały się czarne.Nagle spostrzegłem w jej dłoniach złotą szkatułkę ozdobioną przez przeróżne kamienie szlachetne, a ja poczułem w swojej dłoni coś ciepłego. Otworzyłem ją i spostrzegłem w niej złoty kluczyk z czarnym rzemykiem. Znów zerknąłem w stronę uśmiechniętej dziewczyny.- To było tak samo łatwe jak zabranie dziecku lizaka – stwierdziła z samozadowoleniem.— Zaraz skopie Ci tyłek! — Warknęła koło mnie Jillian, a uśmiech Thalia zniknął.— Nie możesz nic zrobić, dopóki mam… — nagle zamilkła.Sięgnęła dłonią do kieszeni, ale nie znalazłam tam tego, czego szukała, a jej nienawistne czarne oczy spoczęły na mnie z chęcią mordu. Doskonale zdałem sobie sprawę, że mam coś, co do niej należy i w tej chwili naprawdę się cieszyłem, że kiedyś bawiłem się w kieszonkowego złodziejaszka.— Zabije was! Zabije was wszystkich! — Wydarła się z wściekłością Thalia.Następnie jej ciało opadło na ziemię, a przed nami z szarego dymu zaczął kształtować się ludzki kształt, a raczej boski, bo czarne puste oczodoły wpatrywały się w nas z czystą nienawiścią…
Nagła jasność mnie oślepiła i gdy zacząłem mrugać powiekami, zdałem sobie sprawę,
że znajduje się na powrót w swojej kuchni, a nie w najbliższej przyszłości.
Spostrzegłem, że mój towarzysz nie poruszył się z miejsca, tylko przyglądał mi
się z niesamowitym spokojem jak na niego przystało. Wyszczerzyłem się do niego
radośnie.
— Wygląda na to, że w muszę chronić moją narwaną przyszłą żonę — stwierdziłem
zagadkowo.
Nie
miałem ani grama podejrzenia, co do tego, przez kogo wpakowaliśmy się w mojej
wizji w takie kłopoty, dlatego również wyjąłem z kieszeni złoty kluczyk, który
dzisiaj znalazłem w jednej z szuflad w swojej kuchni. Do tej pory sądziłem, że
jest do klucz do jakiejś spiżarni, czy czegoś, ale teraz…
Teraz
wiem, że czeka nas mała wojna.