KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arena. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział XI



"(...)To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…(...)"

Tydzień później…

Byłam wściekła.
Nie… to zdecydowanie zbyt słabe słowo, aby opisać moją chęć mordowania.
Herosi jakby czując nadchodzącą apokalipsę odsuwali się ode mnie jakbym zaraz miała wybuchnąć (a co było z całą pewnością jak najbardziej prawdopodobne). Idąca za mną Maggie, co chwila coś krzyczała, a przy okazji potykała się i wpadła na ludzi, choć oni sami od niej uciekali, więc nie wiem, jak to możliwie.
W umiejętności Maggie już nie wątpiłam, ale w tej chwili skupiłam się na piaszczystej ścieżce prowadzące do domku Apolla. Ignorowałam przy tym całkowicie ciekawskie szepty i komentarzy o tym, że znów kogoś zleje. Ktoś chyba nawet wspomniał o mojej nowej przyjaźni z córka Aresa, ale byłam zbyt skoncentrowana na wymyślaniu wszelkich tortur na pewnym herosie, aby się tym przejąć.
Gdy dodarłam do swojego celu, wpadłam jak burza do środka, powodując kilka pisków strachu, a ktoś nawet wyciągnął łuk ze strzałami. W takim przypadku po prostu to ignorowałam i skierowałam się w stronę kuchni (która pojawiła się w tym domku dość niedawno). Mijając niewielki salon, Will pomachał do mnie z uśmiechem, był już przyzwyczajony do moich ataków złości i kilkakrotnych próbach podpalenia obozu, ale jak wspominałam to akurat był wypadek.
Wtargnęłam do kuchni pchając ze złością drewniane drzwi, a które z hukiem walnęły o powierzchnie białej ściany. Złote szafki lekko błyszczały, gdyż przez otwarte okno do środka wpadały promienie słoneczne, a uśmiechnięty rudowłosy chłopak, wymachując tyłkiem z iskrami rozbawienia w oczach robił coś na kształt tańca przy muzyce z radia, choć nie przejął się chyba nawet tym, że właśnie raportowali w nim o trudnościach na jakiejś autostradzie.
Bez słowa usiadłam na metalowym hoker ze złotym materiałem na siedzeniu i kładąc dłonie na biały blat wyspy, wbiłam w Ryana ponury wzrok, czekając aż skończy swoje dziwactwa. Mniej więcej w tej właśnie chwili do pokoju wpadła Maggie, a co równało się z tym, że wywaliła się na progu drzwi, a one same walnęły ją w twarz. Następnie dość niezgrabnie wstała na dwie równe nogi, usiadła koło mnie. Na twarzy jak zwykle miała uśmiech, dość ciężko oddychała, a w jej włosach znajdowało się parę liści, a nawet gałęzi.
— Co tym razem zrobiłem? — Spytał wyjątkowo spokojnie Ryan.
— Ty już dobrze wiesz, co — warknęłam.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i spojrzałam na niego srogo, a przynajmniej próbowałam przybrać podobny wyraz twarzy do wściekłego boga – tu mam na myśli Pana D., a którego niejednokrotnie wyprowadzałam z równowagi. Mam nawet zakaz zbliżania się do Dionizosa.
Nagle Ryan odwrócił się do mnie, oparł biodrem o blat kuchenny i uważnie mi się przyglądając wyznał:
— Przyznaje się, powiedziałem wszystkim, że jesteś moją dziewczyną.
— To już wiem, mam to gdzieś, chodzi o tę drugą sprawę — niemal krzyknęłam z niecierpliwienia.
Poprawiłam się na siedzeniu i znów wbiłam w niego wzrok, a Maggie była jak zwykle cicho i spoglądając ze współczuciem na Ryana, czekała na mój wybuch.
— Dobra — westchnął rudzielec robiąc skruszoną minę. — Powiedziałem, że w blasku księżyca spotykamy się w miłosnym gniazdku i tam oddajemy rozkoszom naszych ciał.
Maggie sapnęła, a następnie jęknęła.
— To też wiem — oznajmiłam tracąc już niemal całą cierpliwość. — Mam gdzieś te twoje plotki o naszym wyimaginowanym związku! Chodzi o coś ważniejszego!
Ryan wpatrywał się we mnie z nieodszyfrowanym wyrazem twarzy, a następnie wybuchł radosnym śmiechem opierając się dla równowagi o blat kuchenny jedną dłonią, a drugą łapiąc się za brzuch. Jego oczy lekko się zaszkliły i potrząsnął z niedowierzaniem głową.
— Chodzi ci o tą historię z twoim byłym, martwym adoratorem, którego ja…
— Nie wiem, o czym znów bredzisz z tymi plotkami, ale mówiłam, że nie o to chodzi! — Krzyknęłam tracąc już całą cierpliwość. — Powiedziałeś całemu obozowi, że nie umiem strzelać z łuku!
Maggie spadła z hokera z łomotem, a gdy na nią spojrzeliśmy na jej twarzy malowało się prawdziwe niedowierzanie. Potrząsała głową i mamrotała coś cicho pod nosem, miałam tylko nadzieje, że nie jest to z kolejnych zaklęć, bo dość miałam już latających garnków, strzał i pływających świni w jeziorze.
— Przecież ty nie umiesz strzelać z łuku — zauważył Ryan.
— Nie musiałeś tego mówić wszystkim!
Rudzielec również potrząsnął głową i westchnął, ukłonił się mi niczym średniowieczny rycerz i z powagą powiedział:
— Wybacz mi zacna dziewojo, za mą miłość, lecz tyś lśnisz pięknością swą niczym najcudowniejsze ze słońc, a ja niegodny doglądać twą wspaniałość, schylam ku tobie czoło z gorliwością i błagając o wybaczenie mówię: Kocham cię!
— Idiota! — Warknęłam.
Podniosłam się gwałtownie z hokera i ruszyłam bez słowa w stronę drzwi, kątem oka widziałam szeroki uśmiech na twarzy Ryana i usłyszałam cichy chichot Maggie. Gdy drzwi od kuchni się zamknęły za mną, rozejrzałam się po salonie, widziałam jak około tuzina twarz spogląda na mnie z niepokojem, jakby chcąc się upewnić, że zły lew został ugłaskany.
Ze wściekłości kopnęłam skrawek dywanu, a najmłodsi z dzieci Apolla z piskiem uciekły z pokoju.
No naprawdę, nieco przesadzają!
— Oni lubią dramatyzować — powiedział Will podchodząc do mnie. — To, co uciszymy te plotki o twoim braku umiejętności łucznika?
— Może innym razem Will, jestem umówiona na sparing z Clarisse — powiedziałam z westchnieniem.
Syn Apolla, którego spotkałam pierwszego dnia mojego pobytu w obozie, gdy mnie uleczył, stał się niemal moim przyjacielem. Szczerze mówiąc ostatnio trzyma się mnie, blisko, bo ilekroć gdzieś idę, zrządzeniem losu wpadam na Nico, a wtedy obydwoje wpatrujemy się w siebie z żądzy mordu, a Will, jako łącznik między nami nas uspakaja.
— Dobra — mruknął z lekkim uśmiechem Will.
W tej samej chwili z kuchni wypadła Maggie, co spowodowało, że reszta herosów zmyła się z pokoju.
Nie ma to jak sympatyczne dzieci Apolla.

*          *          *

Brałam udział w niejednej bijatyce i wychodziłam z nich w miarę dobrym stanie, to jednak sparingi z Clarisse okazały się zdecydowanie trudniejszym orzechem do zgryzienia. Wcześniej sądziłam, że walka z nią nie będzie trudna, a może nawet trochę zabawna, ale już od kilku dni to ja za każdym razem leżałam na plecach, a ostrze jej miecza dotyka mojego gardła, wówczas jej orzechowe oczy lśnią triumfem, a ja miałam ochotę użyć mocy swojego ojca, aby ten wyraz samozadowolenia z jej twarzy zmyć.
Dzisiejszy walka miała być inna, a przynajmniej ja miałam takową nadzieje, że w końcu uda mi się rozłożyć córkę Aresa na łopatki. Musiałam przyznać, że jako córka boga wojny Clarisse była naprawdę poważnym przeciwnikiem. Zastanawiałam się nawet, czy kiedyś nie spotkałam jej ojca, bo moje towarzystwo odkąd straciłam matkę i babkę, było… powiedzmy sobie szczerze ja nie miałam znajomych, bo ze wszystkimi się biłam.
Samowolnie moje dłonie zacisnęły się na trzonie mojego miecza, który był źle dla mnie wyważony, gdyż jego ciężar przechylał się dość mocno do przodu, a to niestety było dość mocnym utrudnieniem w przypadku, gdy blokowałam ciosy Clarisse, bo moje ramiona wręcz błagały o pomstę do niebie, a na dodatek kilkakrotnie niemal straciłam równowagę.
Tego dnia po rozmowie z Ryanem miałam więcej energii na walkę, ale nie tylko ja i córka Aresa wybrałyśmy się na arenę trochę powalczyć. Wokoło nas rozbrzmiewały echem krótkie okrzyki bojowe, jęki, przekleństwa, ale przede wszystkim dźwięk zderzającej się ze sobą stali.
Chłodne powietrze przyjemnie owiewało moją spoconą skórę, a ja starałam się wyregulować swój oddech, choćby najmniejszym stopniu tak precyzyjnie, jak robiła to moja przeciwniczka, a choć kilka dłuższych kosmyków spadło mi na twarz, nie zamierzałam w tej chwili ich poprawiać, a nawet zaczęłam się zastanawiać nad zapuszczeniem ich i to tylko po to, aby podobnie jak Clarisse związać je w ciasną kitkę.
Wysunęła lewą stopę do przodu, a ja od razu ustawiłam się w lekkim rozkroku, czekając na atak z jej strony. Nagle zaatakowała mnie z prawej strony i z ledwością udało mi się odparować jej cios, aby po chwili zaatakowała mnie od dołu. Nacierała na mnie z niesamowitą płynnością i siłą, czego mogłam jej jedynie pozazdrościć, powoli się cofałam, tylko po to, aby zwiększyć odległość między nami i w którymś momencie, nie udało mi się odbić jej uderzenia, więc szybko odskoczyłam.
Nie zrobiłam tego jednak dość szybko i na mojej szarej bluzce z niebieskim psem powstała niewielka dziura, a dokładniej na prawym boku. Szybko rzuciłam na nią okiem, krzywiąc się, gdy powoli materiał zaczął przesiąkać krwią. Poczułam przy tym lekki metaliczny zapach, który mieszał się z zapachem mojego potu.
— Pierwsza kropla — zawołała Clarisse.
Skrzywiłam się w odpowiedzi na jej słowa i natychmiast zbliżyłam się do niej, ciemne oczy mojej przeciwniczki zmrużyły się, choć na jej twarzy nadal był ślad samozadowolenia. Stanęłam w pewnej odległości od niej i obydwoje przyglądaliśmy się sobie badawczo, a po chwili wysunęłam nogę i zaatakowałam. Byłam naprawdę szybka w działaniu i choć Clarisse miała spory staż w tej branży, to jednak i ona miała problem z nadążaniem za mną.
Nagle ona syknęła, a jej źrenice zwęziły się w małe szparki. Zerknęłam na jej ramię, gdzie czerwona linia natychmiast zaczęła dość obficie krwawić. Mimowolnie wygięłam usta w uśmiech, ale ten mały moment mojej nieuwagi został wykorzystany przez Clarisse, która nagle przykucnęła i podcięła mi nogi. Byłam tak zaskoczona, że wywaliłam się na ziemię, ale zanim córka Aresa zdążyła do mnie podskoczyć z mieczem, ja położyłam dłonie po bokach mojej głowy, a nogi przyciągnęłam do piersi, by następnie odbić się od podłoża, walnąć zbliżającą się Clarisse i stanąć na równe nogi.
Obydwie równocześnie się skrzywiłyśmy.
— Nieźle — skomentowała.
— Zabawnie — dodałam.
Następnie obydwie zaszarżowałyśmy na siebie z cichym okrzykiem bojowym. Nasze miecze uderzyły o siebie z niesamowitym hukiem, przy czym mój z powodu złego wyważenia wypadł mi z dłoni i poleciał do tyłu odbijając się od twardej ziemi z cichym brzękiem.
Clarisse skorzystała z tej okazji i przystawiła mi natychmiast ostrze swojego miecza do gardła.
— Wygrałam — stwierdziła z samozadowoleniem. — To już sześć do zera — dodała
Ponownie tego dnia się skrzywiłam, a gdy opuściła miecz, przedarłam wierzchem dłonie swoje spocone czoło i odgarnęłam kosmyki swoich ciemno czekoladowych włosów do tyłu, wzdychając przy tym z niezadowoleniem.
— Tylko, dlatego, że miałaś lepiej wyważony miecz — stwierdziłam zgodnie z prawdą. — Gdy w końcu uda mi się znaleźć odpowiedni dla mnie, pokonam Cię z jedną ręką za plecami — dodałam.
Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie i pokręciłam głową z politowaniem.
— Śnisz Taylor — oznajmiła.
Wyszczerzyłam swoje ząbki w szeroki uśmiech, podobnie jak to zrobiła Clarisse i kiwając sobie w cichym porozumieniu głową, odwróciliśmy się i rozeszłyśmy się każda w swoja stronę. Kątem oka widziałam jeszcze, jak córka Aresa podnosi wysoko miecz nad głową, a to spowodowało wybuch radości jej rodzeństwa, które jak zwykle przyszło nas obserwować.
Podniosłam swój miecz z ziemi i ruszyłam w stronę zbrojowni, która na szczęście została już naprawiona po moim niecodziennym „uznaniu”. Jednak przechodząc koło walczących, zauważyłam blondwłosą dziewczynę, która przyglądała mi się z niezwykłą uwagą, a gdy nasze oczy się spotkały, zobaczyłam jej czarne puste oczodoły, które spowodowały gęsią skórkę na mojej skórze.
Zatrzymałam się i wgapiałam się w nią szeroko otwartymi oczami, a ona podobnie jak ja wyglądała jakby ktoś właśnie uderzył ją garnkiem w głowę. Przełknęłam ślinę, czując nagłą chęć ucieczki przed tą dziewczyną, co nie zdarzało się mi zbyt często, szczerze mówiąc podobną reakcję miałam, gdy mój ojciec przychodził mnie odwiedzać, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, ale miłość wygrała z wrodzonym strachem do niego.
Podejrzewałam, więc że dziewczyna wcale nie jest herosem, ale kim w takim razie jest?
— Annabeth! — Krzyknął ktoś.
Blondynka natychmiast odwróciła ode mnie spojrzenie i spojrzała na blondyna biegnącego w jej stronę, a ja wykorzystałam tą chwile jej nieuwagi, aby się uciec z pola jej widzenia. W głowie za to miałam istny chaos, bo czyżby w obozie działo się coś niedobrego?
Moja natura harpii wrzeszczała z czystej ciekawości i pewności, co do tego, że dzieje się coś naprawdę niedobrego, a ja wręcz musiałam wetknąć w to swój ciekawski nos.

*          ~          *          ~          *

Usta Thalii wygięły się w podkówkę, gdy Artemida odwróciła się do niej tyłem. Bogini oczywiście nie widziała ponurego i pełnego pogardy spojrzenia, jakie dziewczyna jej wysłała, a jedynie była zadowolona z tego, co udało jej się usłyszeć i nawet nie podejrzewała, że jej Łowczyni została opętana przez jednego z bogów wypuszczonych z Puszki Pandory, nie podejrzewała, że właśnie zdradziła plan swojemu wrogowi, a choć o tym nie wiedziała, to dla Thalii-Morosa była to jedyna wskazówka, ze Apate ich jeszcze nie zdradziła.
— Jak sobie życzysz, pani — stwierdziła cicho Thalia.
Artemida w ciele ośmioletniej, rudowłosej dziewczynki z masom biegów i o niesamowitych zielonych oczach, którego kolor przypominały letnią trawę, uśmiechnęła się do niej szeroko odwracając znów w jej stronę. Kiwnęła z zadowoleniem głową, gdy dziewczyna odwróciła się i leśną drogą wracała w stronę swojego obozowiska, gdzie wraz z resztą jej łowczyń miały nazajutrz wyruszyć do obozu herosów po przepowiednie.
Bogini łowów westchnęła cicho wypuszczając parę ciepłego powietrza z usta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy usłyszała śpiew ptaków z pobliskich drzew. Bo choć robiło się naprawdę chłodno (jak przystało na początek grudnia) to nie miała, co marzyć o zobaczeniu śniegu w tej części świata, a znajdowała się właśnie w Indiach.

*          *          *

Nagły wybuch śmiechu Apate zwrócił uwagę Pseudologosa, który skrzywił się z obrzydzeniem w stronę radosnej bogini nieszczęścia i zdrady, która w tej chwili nie wyglądała ani na zaniepokojoną (w przeciwieństwie do niego), ani na nieszczęśliwą (również w przeciwieństwie do niego).
Skrzyżował ramiona na piersi i wbił w nią wzrok opierając się o domek Ateny, który dość niedawno został przykryty nową warstwą białej farby. Dyskretnie jednak zerknął na boki, czy nikt z herosów ich nie słyszy i ponownie skupił całą swoją uwagę na podstępnej bogini.
— To nie jest śmieszne, ja boje się harpii — wytknął jej. — Każdy czegoś się boi — dodał.
Apate roześmiała się jeszcze głośniej, a w jej czarnych oczach pojawiły się łzy, łapiąc się za brzuch próbowała wyregulować oddech i poskromić swój wybuch wesołości. Pseudologos dalej wpatrywał się w nią, ale tym razem z rosnącą złością.
— Co tutaj robi harpia? — Spytała Apate, gdy udało jej się nareszcie uspokoić.
— Nie wiem — mruknął z niezadowoleniem Pseudologos. — Wygląda na to, że córka Eola i Melindy jednak jest nieco starsza niż głosiły pogłoski — dodał z niezadowoleniem.
Apate nagle spoważniała i skrzywiła się lekko.
- To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…
— Syn Aine również — stwierdził ponuro Pseudologos. — Widziałem jak za nią lata — dodał.
To były nieprzewidziane komplikację, bo syn Aine – Ryan – znany, jako syn Apolla, mógł im naprawdę zaszkodzić, jeżeli choćby młoda harpia zwróci na nich najmniejszą uwagę, a ponieważ Aine była naprawdę potężną heroską, jak również byłą ulubienicą swojej matki…
— Cholera — przeklęła Apate.
— Wyjęłaś mi to z ust — oznajmił ponuro Pseudologos będący dalej w ciele Annabeth. — Powinnaś pogadać ze swoim bratankiem — zakpił.
Apate ten pomysł ani trochę się nie podobał, a tym bardziej, że ich sytuacja zaczynała się coraz bardziej komplikować, a na dodatek mieli coraz mniej czasu do zimowego przesilenia wtedy, gdy wszyscy bogowie Olimpijscy spotykają się w jednym miejscu – najlepsza szansa na uwięzienie ich.
— Cholera — podsumowała wszystko Apate.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Uśmiechnęłam się niepewnie w stronę Samaela, ale wątpię, aby mnie tutaj zobaczył, gdyż właśnie chowałam się za drewnianą ścianą z powieszonymi na niej łukami i strzałami. Zerknęłam jeszcze raz, ostrożnie na profil białowłosego chłopaka, a łzy same naleciały mi do kącików oczów, gdy odwrócił się w moją stronę, szybko się jednak schowałam, ale niestety potknęłam się o wystający konar i kilka iskier nagle ze mnie uleciało.
Po chwili już drewniana ściana stanęła w ogniu.
— Maggie, ile razy mam Ci powtarzać, żebyś się nie chowała? — Spytał Chejron podchodząc do mnie ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. — Dziecko drogie, gdzie jest Jill?
Moja warga zadrżała, a w momencie, gdy herosi gasili pozostałości po mojej kryjówce, ja rozpłakałam się na dobre, wtulając swoją głowę w klatkę piersiową centaura. Objął on i poklepał ze spokojem po plecach, niejednokrotnie już płakałam bez żadnego powodu, ale tym razem moja przyjaźń, która trwała od dzieciństwa z Sammy’m miała się rozpaść na kawałeczki, a to był powód do płaczu.
— Zajmę się Czarodziejką Chejronie — zawołał znajomy mi głos, a następnie silne dłonie objęły mnie pod pachy, aby moja głowa chwilę później wtulała się w czarny materiał. — Coś się stało maleńka?
Na dźwięk jego miękkiego głosu rozpłakałam się jeszcze bardziej i niestety znów usmarkałam mu jego ulubiony T-shirt z jakąś rockową kapelą. Chłopak przycisnął mnie mocniej do siebie, gdy starałam się uwolnić, a następnie jego ciepła duża dłoń spoczęła na tyle mojej głowy, przyciskając ją mocniej do jego lewej piersi.
To sprawiło, że wybuch mojego płaczu trochę minął, dźwięk bijącego serca chłopaka był dla mnie dziwnie uspakajający, choć poczułam jak moje policzki bez żadnego racjonalnego powodu robią się ciepłe. Mój oddech nieco się wyrównał i poruszyłam się niespokojnie dając do zrozumienia mojemu przyjacielowi, że już się uspokoiłam.
Ku mojemu zaskoczeniu jego ramiona zacisnęły się jeszcze mocniej, a ja, choć bardzo chciałam podnieś głowę do góry i spojrzeć w jego miodowe oczy, z powodu jego ręki na mojej głowie nie mogłam tego zrobić i naprawdę chciałam poznać jego myśli, które kotłują się w jego białej główce.
— Sammy…
— Poczekaj — poprosił ściskając mnie na chwilę mocniej, co spowodowało, że powietrze z moich płuc uleciało, a następnie nieco rozluźnił uścisk, nadal mnie jednak nie wypuszczając. — Daj mi się nacieszyć.
Nie rozumiałam, o co mu chodzi i gdy miałam właśnie się spytać, on wypuścił mnie z ramion, a ja poczułam się dziwnie opuszczona bez jego szerokich ramion, które obejmowały mnie jak bezpieczny i ciepły kokon, chroniąc od całego zła świata.
Potrząsnęłam głową chcąc wyzbyć się moich dziwnych myśli.
— Unikasz mnie — wyznałam nagle w przypływie pewności siebie.
Pociągnęłam lekko nosem, a na ten gest Sammy wyjął z tylnej kieszeni paczkę chusteczek higienicznych w niebieskim opakowaniu i podał mi je. Kiwnęłam głową, dziękując mu i wyciągnęłam jedną sztukę wycierając pośpiesznie oczy i wysmarkując nos.
— Nie unikam — stwierdził i skrzywił się lekko, chowając resztę chusteczek do kieszeni. — Po prostu, jako grupowy swojego domku mam masę roboty i… no cóż również unikam Luny — wyznał.
Poczułam nagłą chęć złapania tej Brytyjki za jej szczupłą szyjkę i pozwolić swojej magii zająć się nią, nie wiedziałam skąd nagle miałam takie dziwne emocję, czyżbym dorastała?
Sammy spoglądał na mnie z zaniepokojeniem.
— Maggie… — zawahał się przez chwilę. — Ja… ty… nigdy… — lekko się zaczerwienił i odchrząknął. — Będę przy tobie trwać — wymamrotał cicho.
Zamrugałam oczami i uśmiechnęłam się szeroko.
— Będziesz moim wiernym przyjacielem! — Zawołałam. — Jak pies!
Syn Tanatosa skrzywił się na to porównanie i na moje słowa, ale jedynie kiwnął głową z dziwnie posępną miną, jakby zgadzając się na choćby takie rozwiązanie. Wyznam szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałam jego emocji, choć byłam naprawdę szczęśliwa, gdy nasza przyjaźń się zaczęła i nigdy bym jej nie przerwała, choćby nie wiem, co się działo, bo nie chciałam stracić Sammy’ego.
— Wiesz, że Ryan rozpowiada plotki? — Zawołałam z nagłym przypływie entuzjazmu. — Jill się wkurzyła, więc za nią pobiegłam! — Podeszłam bliżej do Sammy’ego i złapałam go za ramię, gdy próbował delikatnie wycofać się z pola mojego widzenia. — Też bym chciała, żeby chłopak był taki romantyczny! Odkąd ma kuchnie, to robi jej te ciastka… - paplałam tak jeszcze jakąś godzinę.

*          *          *
*Perspektywa Ryana*

Wgapiałem się jak głupi w chłopaka przede mną, oparłem się biodrem o szafkę i skrzyżowałem ramiona na piersi, spoglądając na ponurego syna Tanatosa, którego białe kosmyki były w całkowitym nieładzie, podobnie jak moja rudawa czupryna, przy czym ja zazwyczaj nosiłem na głowie czarną czapkę, a moje włosy sięgały mi już prawie do obojczyka, odgarnąłem z czoła swoją długą grzywę i uśmiechnąłem się w końcu do chłopaka.
— Czyli kochasz Maggie i nie wiesz, jak jej to powiedzieć?
Nie oczekiwałem od niego odpowiedzi, gdyż bardziej stwierdziłem niż spytałem, ale chłopak skrzywił się w naprawdę żałosny sposób i kiwnął mi potakująco głową. Byłem szczerze ubawiony jego postawą, ale w końcu musiałem się z nim zaprzyjaźnić, bo moja przyszła żona z pewnością będzie przyjaźnić się z Maggie, a co niesie za sobą spotkania z jej przyszłym mężem – Samaelem.
— Wspomniałeś jej o swoich uczuciach? — Spytałem nagle.
— Wspomniałem, że będę przy niej trwać — oznajmił napiętym głosem.
Podniosłem jedną brew i zaśmiałem się głośno.
— Jak pies? – Spytałem kręcąc głową z niedowierzaniem. — Bo to tak brzmi, koleś - znów pokręciłem głową. — Chęć stworzenia poważnego związku wiąże się z indywidualnym podejściem do każdej kobiety, więc podryw…
Przerwałem nagle, bo mój wzrok został zasłoniętym przez czarną mgłę, wir powili wciągał mnie, a ja czułem jak moje ciało staje się ciężkie jakby było wykonanie z ołowiu, a do tego nagły atak migreny, był jak zwykle oznaką zbliżającej się wizji, już po chwili barwy różnych kolorów zaatakowały mnie, na chwilę oślepiając, a po chwili widziałem już jak…

Thalia uśmiechnęła się do mnie smętnie, właściwie sam nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale jej czarne włosy i niebieskie oczy były dla mnie podpowiedzią, bo już raz je widziałem, w pewnej wizji wraz z Jillian, kiedy to ona minęła ją na ulicy koło swojego domu.
— Jest już za późno — stwierdziła nagle męskim głosem, a jej oczy stały się czarne.
Nagle spostrzegłem w jej dłoniach złotą szkatułkę ozdobioną przez przeróżne kamienie szlachetne, a ja poczułem w swojej dłoni coś ciepłego. Otworzyłem ją i spostrzegłem w niej złoty kluczyk z czarnym rzemykiem. Znów zerknąłem w stronę uśmiechniętej dziewczyny.
- To było tak samo łatwe jak zabranie dziecku lizaka – stwierdziła z samozadowoleniem.
— Zaraz skopie Ci tyłek! — Warknęła koło mnie Jillian, a uśmiech Thalia zniknął.
— Nie możesz nic zrobić, dopóki mam… — nagle zamilkła.
Sięgnęła dłonią do kieszeni, ale nie znalazłam tam tego, czego szukała, a jej nienawistne czarne oczy spoczęły na mnie z chęcią mordu. Doskonale zdałem sobie sprawę, że mam coś, co do niej należy i w tej chwili naprawdę się cieszyłem, że kiedyś bawiłem się w kieszonkowego złodziejaszka.
— Zabije was! Zabije was wszystkich! — Wydarła się z wściekłością Thalia.
Następnie jej ciało opadło na ziemię, a przed nami z szarego dymu zaczął kształtować się ludzki kształt, a raczej boski, bo czarne puste oczodoły wpatrywały się w nas z czystą nienawiścią…

Nagła jasność mnie oślepiła i gdy zacząłem mrugać powiekami, zdałem sobie sprawę, że znajduje się na powrót w swojej kuchni, a nie w najbliższej przyszłości. Spostrzegłem, że mój towarzysz nie poruszył się z miejsca, tylko przyglądał mi się z niesamowitym spokojem jak na niego przystało. Wyszczerzyłem się do niego radośnie.
— Wygląda na to, że w muszę chronić moją narwaną przyszłą żonę — stwierdziłem zagadkowo.
Nie miałem ani grama podejrzenia, co do tego, przez kogo wpakowaliśmy się w mojej wizji w takie kłopoty, dlatego również wyjąłem z kieszeni złoty kluczyk, który dzisiaj znalazłem w jednej z szuflad w swojej kuchni. Do tej pory sądziłem, że jest do klucz do jakiejś spiżarni, czy czegoś, ale teraz…
Teraz wiem, że czeka nas mała wojna.

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział X


"(...)Pomagasz mi w mojej sekretnej misji(...)"

Czerwony punkt na horyzoncie zaczął powoli wędrować ku górze, choć tak właściwie to Apollo w czerwonym kabriolecie maserati spyder bawił się w najlepsze jeżdżąc po niebie i rozpoczynając nowy dzień. To wcale nie przeszkodziło pewnej kobiecie podnieś twarz w stronę jasnego punktu i pozwolić, aby jego promienie ogrzały jej, nadal senną po niedawnym śnie twarz.

Kobieta nie wyglądała jakoś szczególnie pięknie, zwykła brązowowłosa kobieta w średnim wieku. Nieco wychudzona, ale mająca nieźle wyrobione mięśnie, a które zakrywał purpurowy koc, którym była owinięta.
Mimo tej uroczej scenki, jaką reprezentowała sobą kobieta, tylko nieliczni mogli dostrzec to, że jej postawa ciała (choć zasłonięta) mówiła wyraźnie, że jest ona gotowa w każdej chwili się obronić albo, co ważniejsze zaatakować swojego przeciwnika.
Gdy otworzyła oczy, biorąc głęboki oddech uwolniła z nich niewielką parę powietrza, która już po chwili rozmyła się jak najpiękniejszy sen. Jej bursztynowe oczy spoglądały w niebo, gdyż to jej zdaniem była najpiękniejsza pora dnia. Taka, której noc i dzień przez chwilę grały całą spójność, bo to za każdym razem przypominało jej o największym skarbie, który musiała opuścić.
Serce ponownie zacisnęło się jej z żalu za utraconym dzieckiem, a na które przez swoją obecność mogła sprowadzić prawdziwe niebezpieczeństwo, a czego jako kochająca matka nie mogła zrobić, choć jej samolubna strona miała ochotę zabić wszystkich, aby w końcu być tylko ze swoją ukochaną córeczką… swoją maleńką…
— Melinda? — Usłyszała znajomy głos.
Drgnęła, ale nie odwróciła się za siebie, tylko oparła dłonie o marmurową balustradę spoglądając z przyjemnością na morze, którego spokojne fale oblewały brzeg plaży, nawet ono wydało jej się pogrążone nadal w półśnie. Najbardziej uwielbiała to, jak żółte słońce barwiło chmury, a błękit morza pięknie to wszystko odbijał niczym lustro.
— Czyż to nie piękny widok? — Spytała.
Usłyszała cichy szelest za sobą, a następnie koc na jej ramionach został jej ciaśniej zawinięty, podobnie było z białym porcelanowym kubkiem z naddrukowanym na nim zdjęciem czternastoletniej dziewczyny o pięknych szarych oczach, a która była odzwierciedleniem tych, w których niegdyś się zakochała. Para wydostająca się z kubka i jasna brązowa barwa podpowiedziała jej, że dziewczyna znajdujący się za nią, przygotował jej ulubioną herbatę z miodem.
— Ależ ona wyrosła — stwierdziła wzruszona.
— Cieszę się, ze tu trafiłaś — stwierdziła jej młodsza towarzyszka.
Z uśmiechem na ustach kobieta spojrzała na młodszą od siebie dziewczynę, która miała niezwykłe migdałowe oczy i włosy w kolorze karmelu, podobnie jak oczy starszej z nich. Obydwie niedawno się obudziły i ubrane nadal w pidżamy, to jednak przyszły (jak w każdy poranek od przeszło miesiąca) oglądać wschód słońca.
— Dziękuje, Kalipso — powiedziała w końcu starsza z nich.
Młodsza z nich spojrzała na drugą z lekko zaskoczona słowami jej towarzyszki. Ona w odróżnieniu od Melindy nie mogła opuścić swojego, a jednak rozumiała tę kobietę, bo jako harpia, która każdego dnia walczyła o swoje życie, najprawdopodobniej ona sama również uciekłaby nawet do samego Tartaru, aby pozbyć się swoich prześladowczyń.
— Hermes niedługo powinien przybyć z przesyłką — poinformowała ją.
Melinda zacisnęła usta w wąską linię, a jej oczy przysłoniła mgiełka, bo w tek chwili jej myśli oderwały się i poszybowały w przeszłość, a serce wraz z nimi. Znów zobaczyła szeroko uśmiechniętą czterolatkę, która na jej widok, krzyknęła: „Mamusia!” i ze łzami szczęścia rzuciła się jej na szyję, ściskając przy tym z całej siły.
Pragnęła z całego serca pozostać przy swojej córce i naprawdę próbowała już wszystkiego, przez pięć lat od czasu narodzenia się córki, szukała po całym świecie jakiegoś rozwiązania, ale w końcu musiała zrezygnować, bo niebezpieczeństwo z dnia na dzień stawało się coraz większe.
Bała się tego, że gdy jej rodzina odkryje prawdę o jej córce, to właśnie ta słodka i niezwykle ufna dziewczynka stanie się celem innych. Mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie opowieści swojej córki, że jej nowy kolega, miał dziwne pomysły.
— Cześć, jestem Matt — powiedział gruby chłopak.
Brązowowłosa czterolatka odwróciła się z radością do nieznajomego i uścisnęła jego ciepłą i dużą dłoń. Mimo że chłopak miał wyraźnie nadwagę, ona była nim oczarowana. Nie przejmowała się nawet tym, że ma dziwaczną fryzurę, a jego włosy były niezidentyfikowanego koloru ni to brązowe ni to blond. Zwróciła uwagę za to na jego jasne czekoladowe oczy, które sprawiały, że wyglądał na przyjazną i pełną współczucia osobę.
— Jesteś brzydka — oznajmił i pociągnął ją za kosmyk włosów. — Chcesz się bawić?
Usłyszawszy jego zaproszenie powstrzymała nagły przypływ łez i przytaknęła ruchem głowy, a w następnej chwili stała się jego „nałożnicą” cokolwiek to znaczyło. Jednak musiało być to, coś złego, bo nauczycielka aż zbladła, a później wysłała ich do dyrektora.
Mimowolnie wyszczerzyła zęby w szeroki uśmiech, bo tylko jej ukochana Jillian mogła pakować się w najgłupsze w historii świata sytuację. Jednak, gdy Melinda spojrzała na kubek z podobizną swojej córki, jej serce niemal nie zostało zgniecione przez żal, bo wprawdzie proponowała sprzedanie duszy wszystkim, ale jako pół-harpia jest to dla niej niemożliwe.
— Jest już bezpieczna — oznajmiła Kalipso.
Melinda była jej dozgonnie wdzięczna i nie tylko, dlatego, że nareszcie znalazła dla siebie schronienie od wiecznej tułaczki i walki, ale również, dlatego, że dzięki niej, satyrowie odnaleźli jej córkę, która nareszcie będzie w bezpiecznym miejscu, do którego ona nigdy nie miała wstępu.
— Chciałabym ją kiedyś zobaczyć, wytłumaczyć, że opuściłam ją dla jej dobra… — wyszeptała kobieta przyglądając się tępo swojemu kubkowi. — One by ją zabiły, bo gdy one raz kogoś znalazły już nigdy nie gubią tropu — wyznała.
— Harpie? — Spytała zdumiona Kalipso.
— Nie — zaprzeczyła kobieta. — Siostry mojego ojca — wyjaśniła.
Mimo tego, Kalipso nie mogła pojąć, jak jakieś śmiertelniczki mogły być aż tak groźne, ale nie zamierzała kwestionować słów swojej towarzyszki, bo doskonale wiedziała ile ta kobieta przeszła ochraniając swoją córkę i będąc przez niemal całe swoje życie w ciągłej ucieczce.
— Kochałaś kiedyś kogoś?
To pytanie ją samo zaskoczyło, ale zasłoniła swoja twarz długimi karmelowymi kosmykami. Odkąd pamiętała, bogowie uwielbiali przysyłać jej tu przystojnych towarzyszy, w których się zakochiwała, ale którzy nigdy nie mogli zostać, ale… od czasu pewnego herosa, nie potrafiła myśleć już o nikim innym, bo zdała sobie sprawę, że nigdy nie kochała żadnego z tamtych chłopców tak jak syna Hefajstosa, który obiecał jej, że po nią wróci, a ona będzie cierpliwie czekać nawet, jeżeli trwałoby to wieczność.
Ona poczeka.

*    ~    *    ~    *


Luna okazała się psychopatką.
Przynajmniej takie zdanie miałam na jej temat, bo dziewczyna nie dość, że protekcjonalna w ocenie innych herosów to jeszcze jest najgłupszą osobą w obozie. Choć zaczęliśmy od zwiedzania domków, to nie od numeracji, a od domku Afrodyty.
Tam na dzień dobry poznałam niejaką Drew, która (wyglądało na to) była najlepszą przyjaciółką Luny, a obie dziewczyny zaczęły cmokać swoje policzki, jak te wszystkie piękne gwiazdki szkoły. Miałam ochotę zapytać bogów, za jakie grzechy przydzielili mi właśnie takiego przewodnika.
Gdy brunetka z pięknymi lokami wbiła we mnie wzrok, jej ciepłe brązowe oczy były zapewne tylko, jaką iluzją. Na dodatek, gdy rozbłysło w nich rozpoznanie, skrzywiła się jakby ktoś właśnie powiedział jej, że jej ulubiony krem do rąk został wycofany ze sprzedaży. Jej azjatyckie rysy nadawały jej pewnego niepowtarzalnego uroku. Jednak mnie najbardziej wzburzył jej ubiór, bo czy nie miała jakiś sukienek, albo mini spódniczek, w których wyobrażałam sobie zawsze dzieci Afrodyty?
Oczywiście ona, jako córka bogini miłości, po prostu musiała światu pokazać, że w paskudnej pomarańczowej bluzce i jeansach nadal reprezentuje się jak jedna z tych pięknych ludzi w kolorowych magazynach.
— To jest ta laska od Ryana — oznajmiła nagle Drew.
Ramiona mi opadły – dosłownie!
Jak można było powiedzieć, coś takiego? Niemal gotowałam się ze złości, bo wstrętna ruda małpa już wyrobiła sobie zdanie wśród herosów, a ja byłam po prostu cichym dodatkiem koło niego. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, ani być „cieniem” w obliczu majestatu pewnego rudego idioty.
Stojąc jak to piąte koło u wozu, czekałam aż moja przewodniczka łaskawie zakończy swoją pogawędkę, a następnie ruszyliśmy dalej w naszą „podróż pełną ciekawych rzeczy”, po drodze nie omieszkała ona wyjaśnić, że z Drew lepiej nie zadzierać, bo teraz, gdy Piper jest nieobecna to owa córka Afrodyty ma największą władzę.
Nawet nie chciałam wiedzieć, co to za grupy mafijne powstały z tych herosów, ale zaczęło robić się dopiero interesująco, gdy sama Luna stwierdziła, że najchętniej rozniosłaby Drew w pył i zatańczyła nad jej martwym ciałem taniec radości. Właściwie było jeszcze kilka herosów, których nie cierpiała, a którymi musiała żyć w pokojowym nastawieniu.
Wtedy właśnie doszliśmy do domku Hefajstosa.
Z zewnątrz niewielki domek wyglądał jak statek kosmiczny. Był cały z metalu, a okna miał przesłonięte żaluzjami tego samego materiału, co jego reszta. Okrągłe, grube na parę centymetrów drzwi przypominały wejście do skarbca w banku. Otwierały się za pomocą mnóstwa mosiężnych przekładni i hydraulicznych tłoków, z których buchała para.
A raczej Luna wskazała mi go palcem, mamrocząc coś o tym, że wszyscy herosi stamtąd są zawsze czymś umazanym i podejrzewała ona, że ze swoim kluczem francuskim nie rozstaja się nawet podczas pooranego prysznica (jeżeli takowy biorą). Choć jej opinia była trochę przesadzona, ja sama czułam wielką ochotę wetrzeć się tam i zobaczyć na własne oczy, jak wygląda ten szczególny domek.
Luna już miała mnie odciągnąć, gdy usłyszeliśmy stek przekleństw a drzwi prowadzące do twierdzy dzieci Hefajstosa stanęły przed nami otworem. Rozdziobałam usta widząc, jak jeden chłopak próbuje wytargać przez nieco wąskie drzwi wielki worem wypełniony jakimiś rzeczami.
Chłopak podskakiwał wokół worka jak wariat, a dokładniej facet z nadmiarem kofeiny we krwi. Jego kędzierzawe, czarne włosy były czymś obklejone, a lekko szpiczaste uszy i trójkątna twarz przypominały mi elfa z orszaku latynoskiego św. Mikołaja, ale to Luna zwróciła na siebie jego uwagę, gdy odchrząknęła, a chłopak spojrzał na nas, jego twarz rozświetliła się od łobuzerskiego uśmiechu.
— Może pomożecie, drogie panie?
Czyżbym trafiła na drugiego szaleńca?
Przynajmniej ten nie był rudą małpą.
Wiedziałam, że Luna mu nie pomoże i on również to wiedział, bo natychmiast powrócił do swojego poprzedniego zajęcia, ale ja nie byłam taką pozerką jak moja przewodniczka i po prostu żwawym krokiem ruszyłam w jego stronę, w jego oczach pojawiło się zdziwienie, gdy z gracją przeskoczyłam nad workiem tarasującym połowę drzwi i zaczęłam pchać go od tyłu.
— Dzięki — powiedział, gdy udało nam się przepchać worek. — Pewnie chcesz zobaczyć Argo II, co?
Choć miałam milion ciekawszych rzeczy do roboty, to jednak moja wrodzona ciekawość wzięła górę nade mną i kiwnęłam mu potakująco głową zabierając od niego worek wypełniony (tak mi się wydaje) cegłami. Gwizdnął, gdy przerzuciłam sobie go przez ramię i ruszyłam we wskazanym przez niego kierunku, a ja odkryłam, że jest naprawdę ciekawski.
— Musisz być córką Aresa, co? — Zagadnął.
— Nie — odpowiedziałam zwięźle.
W duchu przeklinałam samą siebie, że w ogóle zgodziłam się mu pomóc, a byłam pewna, że Luna nie będzie na mnie czekała, tylko zajmie się „wypływaniem na głęboką wodę” – jak sama nazwała przyjaźnienie się z najważniejszymi dziećmi w obozie.
Wchodząc coraz głębiej do lasu, worek zaczął mi ciążyć i z tego też powodu nie dostrzegałam piękna natury, które mnie otaczały. Naprawdę było to zadziwiające, że pod koniec listopada w obozie było cieplutko jak w środku maja, a drzewa nadal miały piękne korony zdrowych zielonych liści.
Kilka ptaków ćwierkało tylko sobie znaną pieśń, szumiał lekki przyjemny wiatr, który ochładzał skórę po ciepłych promieniach słońca, bo dzisiejsze niebo było całkowicie bezchmurne. Szyszki i igły wydawały charakteryzujący dla siebie dźwięk, gdy ja i syn Hefajstosa stąpaliśmy po nich, kierując się coraz głębiej w las.
W końcu dotarliśmy do jakiegoś strumienia, a ja wiedziałam, bo choć nie przepadałam za lasami i zawsze sądziłam, że szybko się w takich gubię, to jednak doskonale wiedziałam, w którym kierunku należy iść, bo za każdym razem, gdy tylko wiatr powiewał potrafiłam bezbłędnie określić, z którego kierunku.
— Teraz ja poniosę — zaoferował się syn Hefajstosa.
Duma jednak mi na to nie pozwoliła i tylko zmrużyłam oczy i przerzuciłam worek na drugie ramię podnosząc podbródek do góry i przyśpieszając kroku. Chłopak zaśmiał się cicho z mojego zachowania, ale miał na tyle rozsądku w głowie, że tego nie skomentował, a jedynie zrównał się ze mną krokiem, patrząc w zamyśleniu przed siebie, aż w końcu w jego oczach pojawiły się radosne iskierki, a jego usta ułożyły się w łobuzerski uśmiech.
— Jestem Leo Valdez, a twoje mięśnie są godne siły Herkulesa — zażartował.
Taki komplement był dla mnie nowością, a moje policzki zaczerwienione ze zmęczenia, teraz zostały oblane rumieńcem zawstydzenia. Pierwszy raz coś mi się takiego zdarzyło i nie miałam większej ochoty tłuc za to osoby, która mnie do tego stanu doprowadziła.
— Jillian Taylor — przedstawiłam się krótko.
Chłopak kiwnął głową i znów się uśmiechnął, a następnie wyjął coś ze swojego skórzanego pasu z narzędziami, który miał zapięty na biodrze i wyciągnął otwartą dłoń, na którym leżały dwa białe cukierki i spytał:
— Miętówkę?
Zaprzeczyłam ruchem głowy, ani na chwilę nie zwalniając, choć już od pewnego czasu moje ramiona bolały niemiłosiernie, nie wspominając nawet o tym, że powoli łapała mnie zadyszka, a moje stopy będą mieć kilka odcisków przez tak niewygodne buty, które niestety założyłam.
Mój towarzysz był w dużo lepszej formie, niezmęczony i gwiżdżący pod nosem jakąś melodyjkę, wydawał się wyluzowany, ale w jego oczach nadal było jakieś cierpienie. Ta mgła bólu była w jakimś stopniu dla mnie znajoma, jakby on również w życiu stracił coś naprawdę cennego.
— Co my właściwie robimy? — Spytałam nie mogąc powstrzymać rosnącej ekscytacji.
— Pomagasz mi w mojej sekretnej misji — oznajmił.
Jego szeroki uśmiech wskazywał na to, że żartował, ale błysk powagi w oczach wydawał się temu przeczyć, natomiast ja zastanawiałam się, jak to możliwe, iż wplątałam się w taką sytuację. Zacisnęłam dłonie na worku i przyśpieszyłam kroku, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu naszej wędrówki, bo gdyby nie mój ojciec, pewnie potrafiłabym zapanować nad swoją ciekawską naturą harpii.
W końcu zatrzymaliśmy się przed ścianą z wapienia, wysoką na trzydzieści metrów gładką, twardą masą skały, po której na pewno nie zamierzałam się wspinać wraz z tym ciężkim workiem i gdy miałam już wyrazić swoje zdanie, chłopak podszedł do ściany, a po chwili coś, jakby iskra pojawiła się, aby po chwili ukazać niewielkie drzwi. Gestem dłoni chłopak zaprosił mnie do środka.
— Zapraszam.
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, czy to dobre posunięcie, ale ciekawość wygrała z rozsądkiem i posyłając Leonowi ostrzegawcze spojrzenie weszłam do środka, tym samym uruchamiając jakiś czujnik, który rozświetlił całe pomieszczenie, a ja nie wiedziałam, na co patrzeć.
— Witaj w mojej jaskini! — Zawołał Leo. — Normalnie czuje się jak Batman — zażartował.
Moje myśli automatycznie pognały do Ryana, który nadawałby się na bycie Jokerem.
Otrząsnęłam się z myśli o nim i rozejrzałam po wielkiej jaskini, która przypominała mi skorych rozmiarów hangar samolotowy. Stało tutaj mnóstwo warsztatów i klatek na narzędzia, jak również mnóstwo różnych rzeczy, które przypominały mi kawałki metalu, żelastwa, czy jeszcze czegoś. Wzdłuż ścian widniały rzędy garażowych drzwi oraz metalowych schodków prowadzących po do pomostów wiszących nad nami.
Jedne z garażowych drzwi były otwarte i korzystając z tego, że Leo zajęty był przyglądaniem się jednej z tablic konstruktorskiej, do której coś mruczał i przeglądał jakieś kartki. Gdy już znalazłam się w zawalonym przez różne rzeczy pomieszczeniu dostrzegłam, iż nie są to takie zwykłe rzeczy.
To przypominało jedno z tych urządzeń wariatów-geniuszów, którzy postanawiają przenieś się w czasie. Urządzenie było nieco większe ode mnie i przypominało dwa trójkąty wchodzące na siebie i tworzące gwiazdę Dawida. Urządzenie to miało podest, do którego za pomocą grubej rury przymocowana była owa gwiazda.
— To urządzenie mojego autorstwa — oznajmił z zadowoleniem Leo.
Posłałam mu pytające spojrzenie i dopiero wtedy zobaczyłam, co takiego taszczyłam w worku i mojej usta otworzyły się z niedowierzania, gdy zobaczyłam dziwną okrągłą maszynkę wielkości kuchenki, która był zapewne z żelaza, albo z ołowiu.
— Dobra — mruknęłam, bo głowa zaczynała mnie boleć. — Rób, co chcesz ja spadam — oznajmiłam.
— Niedługo znów ją zobaczę — szepnął cicho Leo.
Ta cicha nuta determinacji w jego głosie i tęsknoty kazała mi znów na niego spojrzeć, ale on wgapiał się z wielką nadzieją w swoją maszynę, jakby miała ona spełnić jego największe marzenie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się czymś przejęłam, a gardło ścisnęło mi się ze współczucia, emocję, których szczególnie unikałam odżyły, gdyż naprawdę zdałam sobie sprawę, że ja i Leo kogoś straciliśmy w równym stopniu. Teraz dopiero zaczęłam pojmować, że nie tylko mi została zabrana miłość matki i ojca, nie tylko ja byłam samotna na tym świecie. Pierwszy raz w życiu zaczęłam rozumieć drugą osobę, a to sprawiło, że jakaś moja część miała ochotę opuścić to miejsce, które już po dwóch dniach potrafiła tak mocno na mnie wpłynąć, bo co będzie dalej? 

*    *    *


Trafiłam pod wielki dom bezbłędnie, jakbym miała w głowię wbudowany kompas. Westchnęłam i odsunęłam kila dłuższych kosmyków ze swojej twarzy za pomocą dłoni i lekko je potargałam chcąc nieco ochłodzić się w ten upalny poranek.
Właśnie miałam kierować się do domku Hermesa, gdy usłyszałam zderzającą się ze sobą stal, a serce zabiło mi mocniej za każdym razem, gdy ten dźwięk dostawał się mi do ucha. Moje serce zaczęło bić jego rytmem, jakby walka była moim drugim powołaniem.
Szybko ruszyłam w tamtym kierunku, jak marynarz wołany przez śpiew syren.
Znalazłam się na niewielkim placu, gdzie kilku herosów w greckich zbrojach dzierżyli w dłoniach miecze, bądź inne ostre bronie i nacierali na siebie z wielką gracją i umiejętnością. Pragnęłam z całego serca zmierzyć się z którymś z nich, gdy wtedy usłyszałam chichot nad głową. Podniosłam ją i zobaczyłam wpatrujące się we mnie dwukolorowe tęczówki rudzielca.
— Czekałem na ciebie — powiedział z uśmiechem.
Już otwierałam usta, aby go zbesztać za bycie nim, gdy pomachał mi czymś przed oczami, oderwałam od niego niechętnie wzrok i wbiłam go w czarną dziwną bransoletkę. Miałam ochotę zabrać ją i zachować, bo była piękna w swojej dziwnej prostocie, ale wiedziałam, że prawdopodobnie uduszę nią stojącego zdecydowanie zbyt blisko mnie Ryana.
- Czy ty dajesz mi bransoletkę?
— Nie — odpowiedział z rozbawieniem. — Aż takim kretynem nie jestem, a to jest po prostu magiczna broń — wyjaśnił.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, a gdy spojrzałam znów na niego, zobaczyłam jak jego policzki lekko się zaczerwieniły, więc delikatnie wzięłam prezent od niego i odwróciłam się w jego stronę. Pierwszy raz w życiu widziałam go bez uśmiechu i z niepewnością wymalowaną na twarzy.
— Przepraszam — wyszeptał. — Ja po prostu boje się, że pewnego dnia mnie zostawisz — dodał.
Uderzył w najczulszy punkt we mnie, a jego słowa sprawiły, że coś wewnątrz mnie już bezpowrotnie się ożyło i zostanie ze mną. Nie wiedziałam, co to, a nie chcąc dać po sobie poznać jak wiele jego głupie słowa dla mnie znaczą, po prostu wzruszyłam ramionami i mruknęłam:
— Mam to gdzieś, Rudzielcu.
Roześmiał się ze szczęścia i szczerząc zęby w szeroki uśmiech, mruknął z czułością:
— Kocham cię Złośnico.

*    *    *


Gdy wieczór powoli zapadał, ja byłam już naprawdę wykończona, ale jak na złość właśnie w tej chwili córki Afrodyty przyczepiły się do Ryana, który obiecał mi, że pokaże jak należy używać mojego prezentu – wcześniej niestety przerwała nam Luna, która wspominając coś o synu Hefajstosa, z którym zniknęłam na dwie godziny – wprawiło to Ryana w mały ponury nastrój.
Może, dlatego Ryan postanowił zemścić się na mnie i nie pokazać mi jak działa ta ładna bransoletka? W co się zmienia? W działo armatnie? Może w karabin maszynowy?
Moja ekscytacja nią była naprawdę wielka i nie słuchałam ani trochę tego, co mówi do mnie Luna, tylko z oczekiwaniem czekałam na ponowne spotkanie z Rudzielcem, aby w końcu wyjawił mi tą tajemnicę, a teraz został on przede mną ogrodzony zdziczałymi z miłości dziewczynami.
— Jest nowy, później się nim znudzą — pocieszyła mnie Maggie.
Chwile zanim tutaj przyszłam spotkałam ją i Samaela, który wpatrywał się we mnie jak byk w czerwoną płachtę, a ja czekałam tylko na jedno słowo, czy gest, aby zacząć z nim walczyć. Na jego szczęście miał więcej rozumu i zostawił mnie w spokoju.
Teraz tylko wgapiałam się w rudzielca i to jak piękne córki Afrodyty używając na nim swoich sztuczek uwodzenia, a na co ruda małpa im pozwalała. Aby być bardziej dokładnym, trzeba dodać, że on również nie był bez winy, bo co chwila zażartował, a nawet pozwalał sobie na niewinne gesty, czy dotknięcia.
— Jest w swoim żywiole — zauważyłam ze złością.
Nagle silny wiatr zerwał się ze wszystkich stron, tworząc małą wichurę pośrodku obozu, a po chwili urosła ona do rozmiarów tornada. Ja stałam jak zaczarowana tym widokiem, nie zauważyłam nawet jak cały ekwipunek zbrojowni stojącej niedaleko został z niej zabrany niszcząc przy tym doszczętnie dach niewielkiego budynku. Latające miecze, sztylety, tarcze i inne bronie jak również części zbroi latały po całej arenie walk, raniąc niektórych herosów – w tym szczególnie córki Afrodyty.
Znikąd pojawił się Chejron wrzeszcząc imię Maggie, a która stała koło mnie mamrocząc pod nosem, że to nie jej wina. Jednak nie zwracałam większej uwagi na jej słowa, ani na to, że wiatr robił się coraz silniejszy i odrywał niektórych herosów od ziemi wciągając w niebezpieczny taniec z bronią.
Nie słyszałam już żadnych wrzasków, płaczów, jęków i pisków, gdy zauroczona naturą niszczycielskiego żywiołu, potrafiłam się tylko w niego wgapiać i jakby ktoś krzyknął „DOŚĆ!”.
Wszystko ustało, herosi upadli, ale na szczęście nie zostali śmiertelnie zranieni przez żadną z porwanych przez tornado rzeczy, a gdy wszyscy zaczęli się rozglądać szukając winnego, od razu spojrzeli na mnie z prawdziwym zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
Przypomniawszy sobie, że podobnie wgapiali się w Ryana, gdy ten został uznany przez swojego ojca, czym prędzej podniosłam głowę do góry i spojrzałam na wirujący wiatr, który panując nad srebrnym i szaro-błękitnym pyłem tworzył symbol kompasu.
— Jillian Taylor, zostałaś uznana przez swojego ojca Eola, władcę wiatrów.
Następnie wszyscy herosi uklękli pokazując szacunek do mojego ojca.
Ja jednak nadal byłam w szoku, a szum krwi, która szumiała mi w uszach i zagłuszała wszystko, co dzieje się wokół mnie powoli opadała, a wraz z nią cała moja siła, a następnie poczułam jak moje nogi nie wytrzymują już ciężaru mojego ciała i się pode mną uginają.
Nie wiedziałam, co było tego przyczyną, ale uderzyłam z wielkim hukiem o ziemię pozwalając, aby czarna czerń pochłonęła mnie całkowicie. Pierwszy raz w życiu w taki dziwaczny sposób straciłam przytomność.

 *    ~    *    ~    *

Moros już na nią czekał w ciele Łowczyni Artemidy. Ona sama jednak nie zamierzała się śpieszyć, miała nieco dość tego zachowania względem niej. Co z tego, że była ona boginią zdrady i każdy z jej krewnych, bał się tego?
Właśnie, dlatego była uwięziona wraz z innymi i gdyby nie pomysł bogów, aby zamknąć ich wszystkich razem w tej nędznej… ach! Ale wtedy nie byłoby tak zabawnie, prawda? Nie byłoby przeróżnych wierzeń, jak zło przedostało się do świata śmiertelników.
W religii chrześcijańskiej to Adam za namową Ewy skosztował zakazanego jabłka sprawiając, że zostali wygnaniu z raju. Podobnie było i u nich, ale Olimpijczycy jeszcze dowiedzą się jak to jest siedzieć w jednym więzieniu wraz z najgorszymi. Nawet Achlys była tam uwięziona, ale przez parę lat zdążyła pozbyć się tych wspomnień, wymazać je z pamięci, bo w końcu, ktoś prowadzony przez zwykłą ciekawość otworzył ich więzienie, uwalniając ich i sprowadzając zło na ziemię.
— Apate?
Usłyszawszy swoje imię, odwróciła się w stronę opierającej się o klon dziewczynę, korona jego liści już dawno opadła w przepięknych barwach na ziemię, podobnie jak większość innych drzew przygotowało się ono na nadejście zimy, ale z jakiegoś powodu Apate właśnie to drzewko lubiła najbardziej, bo jakieś dwadzieścia lat temu, sama je zasadziła. Była sentymentalna, ale już planowała potworny sposób na zdradzenie tego drzewa… ostatnio trochę się jej nudzi – to prawda.
— Witać Moros — przywitała się z nim.
Dziewczyna o krótkich czarnych włosach skrzywiła się na dźwięk swojego prawdziwego imienia, a następnie wzdychając iście dramatyczny sposób ruszyła w stronę swojej rozmówczyni rozkładając ramiona, aby pokazać swoją bezsilność.
— Nic do cholery nie mogę znaleźć! — Warknęła dziewczyna męskim głosem. — Szuka i szuka, a muszę uważać na Artemidę, aby się nie zorientowała… czy Pseudologos, coś ma?
Apate pokręciła przecząco głową, gdyż z jej informacji wynika, iż on również nic nie znalazł, ale niestety oni widzieli tą niewielką puszkę, tylko dwa razy w swoim boskim życiu. Pierwszy, gdy ich więziono i drugi, gdy zostali uwolnieni.
— Nie boisz się, że Olimpijczycy dowiedzą się prawdy?
Moros prychnął z pogarda, jakby nie dowierzał własnym uszom, a następnie jego oczy zabłysły czernią. Pod naporem jego wzroku poczuła się głupio mówiąc coś takiego, a jednak szczerze zastanawiała się, czy warto jest ryzykować aż tyle? Czy naprawdę chce stracić swoją wolność i zawalczyć w imię zemsty?
— Chyba się nie wycofasz? — Spytał z nutką niedowierzanie w głosie.
Apate sama już nie wiedziała, co myśleć, bo naprawdę nie chciała znów trafić do tej przeklętej puszki.