KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą misja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą misja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział XIV

"(...)Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi(...)"
Wszyscy troje (pomijając wkurzającego nielota) siedzieliśmy małym salonie w domku Eola i planowaliśmy szczegóły naszej wyprawy. Doszlifowaliśmy nasz plan ucieczki z obozu, niemal do perfekcji. Choć mimo zapewnień Rudzielca, miałam cichą nadzieje, że Chejron może jednak nas wybierze podczas dzisiejszego ogniska. Złapałam się wówczas na tym, że co rusz spoglądam w stronę Ryana. Jeszcze kilka dni temu byłabym za coś takiego potwornie na siebie wściekła i pewnie toczyłabym piane z buzi, ale teraz po prostu już nie potrafiłam udawać, że on ani trochę on mnie nie interesuje.
Odchyliłam się do tyłu na swoim granatowym fotelu z jakiejś miękkiej tkaniny, słuchając tylko przelotnie to, o czym mówią moi przyjaciele, a sama popadłam w lekką zadumę, starając się pojąć, czemu nie potrafię już sama siebie okłamywać, że nic, absolutnie nic nie czuje do mojego prześladowcy.
Niewidzącym wzrokiem spoglądałam na swoje jasnoszare ściany, a na których to wisiało wiele pięknych fotografii, które przedstawiały chmury w różnych fazach. Niektóre były szaro-czarne, inne normalne, panoramiczne, a nawet niekiedy w negatywie, i choć ta mieszanka powinna się wydawać niezgodna, to jednak jakimś cudem świetnie ze sobą współgrała.
Szarawy, puchowy dywan z granatowymi wzorkami fal, pokrywał powierzchnie moich białych paneli, a na dodatek był już potwornie brudny. Spostrzegłam dziwną białą plamę na środku i kilka innych w różnych odcieniach, były nawet odciski budów i naprawdę zdumiałam się, jakim cudem w ciągu tych kilku dni doprowadziłam go do takiego stanu.
Henryk wziął chyba sobie do serca to, aby załatwić ten dywanik na amen, bo właśnie nieco przykucnął i patrząc na mnie z głupią miną, powoli zaczął tworzyć małą, żółtą kałuże wokół siebie. Zignorowałam go, wiedząc, że robi mi na złość. Znowu.
Naprawdę nie miałam pojęcia, od kogo on uczy się takiej złośliwości!
Po chwili Rudzielec wstał z miejsca, a ja zwróciłam na niego swoją uwagę, zaskoczona jego nagłym ruchem, szybko jednak, również jak Maggie, podniosłam się z fotela i odprowadziłam go do drzwi, podczas, gdy Wiedźma zaczęła głaskać mojego pingwina. Henryk zadowolony ze zdobytej uwagi, zaczął się puszyć, i niemal mruczeć z zadowolenia jak kot.
Ryan jednak zatrzymał się przed progiem moich drzwi głównych, i odwrócił się w moją stronę. Wyciągnął do mnie dłoń i uśmiechnął się szeroko, podejrzliwie zmrużyłam oczy, szukając w jego zachowaniu jakiegoś podstępu do jego durnych zalotów.
— Daj rękę — poprosił.
Serce zabiło mi szybciej, a alarm alarmowy rozdźwięczał w mojej głowie, bo czyżby chłopak nagle zapragnął mi się oświadczyć?
Jakby czytając moje myśli, chłopak zachichotał i sam złapał moją dłoń, napięłam mięśnie gotowa go zaatakować w samoobronie. Przejechał kciukiem po wnętrzu mojego nadgarstka, powodując przyjemny dreszcz, który przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, a w podbrzuszu poczułam dziwne ciepło. Ryan wydawał się w ogóle tego nie zauważać, mimo że mój oddech stał się nieco urywany, a serce biło mi tak głośno, że bałam się, iż w całym obozie je słuchać, wyrwało mi się ciche westchnienie, a co było kompletnie do mnie niepodobne.
Ku mojemu rozczarowaniu (a co próbowałam nieudolnie zamaskować) odpiął jedynie moją bransoletkę i podnosząc ją do góry, aby znalazła się na poziomie moich oczów, czekając, aż nasze oczy się spotkają, pokazał mi dwa maleńkie paciorki, po każdej stronie zapięcia. 
— Gdy pociągniesz za lewą, będziesz mieć miecz, a gdy za prawą to bicz — wyjaśnił i uśmiechnął się szerzej. — Z tej drugiej skorzystamy w sypialni… lubię ostre zabawy — szepnął.
Uderzyłam go ze złością w ramię, a on z udawanym bólem zaczął masować je, spoglądając na mnie zranionym psim wzrokiem. Mimowolnie moje kąciki ust drgnęła, a napięcie między nami opadło i atmosfera znów była w miarę znośna, pozwoliłam mu zapiąć bransoletkę, a później, aby pociągnął za prawy paciorek.
Otworzyłam usta z zaskoczenia, gdy moim oczom ukazał się czarny bicz w dłoni rudzielca, niemal od razu oddał mi mrocznie wyglądającą broń, a ku mojemu zdumieniu, poczułam się tak, jakby była ona wręcz dla mnie stworzona. Spomiędzy moich warg wydobyło się ciche westchnienie zachwytu.
Uśmiechnęłam się szeroko i naprawdę, była to szczera radość, sama do końca nie wiem, co mnie podkusiło, ale nagle złapałam się za klapy jego brązowej skórzanej kurtki i stając na palcach, pociągnęłam go na tyle mocni, że musiał schylić się lekko w moją stronę, a następnie cmoknęłam Rudzielca w jego policzek.
— Dzięki — burknęłam z nagłym zakłopotaniem i lekkim niedowierzaniem, że coś takiego zrobiłam.
Jednak, gdy zobaczyłam oniemiałą minę Rudzielca, moje zawstydzenie szybko minęło.
Stał i co chwila otwierał i zamykał usta, jak złowiona ryba wyrzucona na brzeg. Spoglądałam na niego chwilę, a następnie z uwagą zaczęłam studiować swoją broń, ignorując go, ruszyłam w stronę Maggie, aby się nią pochwalić, całkowicie już zapominając o zszokowanym i naprawdę szczęśliwym Rudzielcu, który odprowadzał mnie wzrokiem, a czułam je, jakby ktoś dotknął mnie żarzącym się węglem.
* * *
Godzinę przed kolacją, znów wszyscy troje spotkaliśmy się u mnie. Tym razem jednak moi przyjaciele próbowali wyperswadować mi pomysł zabrania którejś z moich ukochanych książek, a co skończyło się zaciekłą kłótnią, do czasu, aż Rudzielec nie dostał wizji i oznajmił mi, że znajdziemy się koło księgarni z siedemdziesiątymi procentami przeceny na nie, a to wystarczyło, abym pozwoliła Maggie wypakować je, choć nie omieszkałam piorunować ją przy tym wściekłym spojrzeniem.
— To, kiedy wypróbujemy ten nowy bicz? — Spytał z zawadzkim błyskiem w dwukolorowych tęczówkach Ryan. — Bo ja już… mam pewne plany — dodał ze znaczącym uśmiechem.
 Kretyn — Burknęłam z niezadowoleniem. — Trenowałam już z Clarisse — dodałam.
— We dwójkę? — Spytał i zrobił zamyśloną minę, stukając palcem w swoją brodę. — Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi — wyjaśnił.
Pierwsza rzecz pod moją ręką stała się moją bronią i po chwili Henryk szybował z piskiem w stronę Rudzielca, a który ku mojemu zawodzie złapał pingwina z łatwością, a ten zaś z pieskiem radości zaczął się do niego przytulać.
Zdrajca.
— To po pewnym czasie staje się uciążliwe — wyznała Wiedźma. — Nie moglibyście być razem? Sammy i ja byśmy chodzili na podwójne randki! — Ten ostatni pomysł podsumowała z nagłą radością.
Pół godziny pakowania i wysłuchiwania radosnego ćwierkania Maggie, która uznała, że koniecznie, ale to koniecznie! Musi nas ze sobą zeswatać, a co Rudzielec skwitował szerokim uśmiechem i dawał mi znać, że moi sprzymierzeńcy się odwracają ode mnie i w gruncie rzeczy, jestem na niego skazana.
Mój humor jeszcze bardziej się popsuł, a właściwie… czułam, jakąś radość wewnątrz siebie.
Co jest ze mną nie tak?
* * *
Idąc w stronę kantyny z Maggie, która postanowiła mi towarzyszyć, rozmawialiśmy o naszym planie przyciszonymi głosami i z niezwykłym zaangażowaniem, upewniałyśmy się, czy na pewno wszystko mamy, co może być dla nas niezbędne w czasie naszej „nieoficjalnej misji”. 
Sama nie miałam żadnych skrupułów, że łamię regulaminu, ale Maggie wyznała mi, że czuje się, jak zbrodniarz, bo nie tylko nie wyznała tego Chejronowi, ale aby nie kłamać Smmy’emu, ostatnio zaczęła go unikać, a co według krążących po obozie plotek skutkowało tym, że syn Tanatosa niemal zniszczył „Pięść Zeusa” – a była tak nazywana sterta kamieni, która z jednej strony wygląda jak pięść, z czego też wzięła się ta nazwa. Znajdowała się ona w południowej części lasu, ale nie wnikałam, co tam robił Sammy.
— Właściwie, czemu nie spróbujesz?
Ta nagła zmiana tematu, tak mnie zaskoczyła, że aż potknęłam się o własne nogi, wysłałam jej pytające spojrzenie, a w chwili, gdy nasze oczy się spotkały, zauważyłam, że jej są niezwykle poważne (jak na nią) i po prostu wiedziałam, że coś się szykuje.
— C-co? — Zająknęłam się.
— Chodzi o Ryana — powiedziała, jakby było to oczywiste. — No… pasujecie do siebie, choć ty jesteś… taka — wskazała na mnie palcem. — Przypominasz mi kota, chodzisz własnymi drogami… właściwie to Ryan jest, jak pies, i właściwie to pies i kot zazwyczaj drą koty, czemu mówi się drą koty? Choć kiedyś spotkałam się jeszcze z cudaczniejszym powiedzonkiem, jak…
Przymknęłam oczy z rozdrażnienia i ucieszyłam się w duchu, że jednak nie będę siedzieć z Maggie. Szybko się z nią pożegnałam i ruszyłam do stoliku swojego domku. Usiadłam przy pustym stole i jak zwykle, poczułam przytłaczającą mnie samotność. 
Niestety takie były tutaj zasady.
Każdy heros może usiąść tylko przy stoliku swojego domku, a przysiadanie się do innych, było surowo zakazane. Niestety od pewnego czasu, samotność zaczęła mi ciążyć na tyle, że żałowałam, że mój ojciec nie był Casanovom i nie podrywał, co drugą długonogą blondynkę z wielkimi balonami.
No, może trochę byłam krytyczna dla bogów, ale jak inaczej wyjaśnić, że niektórzy przy stolikach mieli, co najmniej pięć osób ze swojego rocznika?
Bogowie chyba w ostatnim czasie zajmują się tylko przyjemnościami, a wszystko, co najgorsze zganiają na swoje dzieci. Podsumowując, to mają ciekawy pomysł na przyszłość „O nie! Zgubiłam swój artefakt! Muszę natychmiast spłodzić potomka, on z pewnością mi go znajdzie!”.
Parsknęłam śmiechem na tę myśl, ale po chwili spojrzałam w stronę stołu dzieci Apolla i poczułam dziwny niepokój.
Nie było Willa (co było oczywiste, ze względu, że postanowił był osobistym pielęgniarzem/lekarzem Nico), ale to nieobecność Ryana, nieco mnie zaniepokoiła.
* ~ * ~ *
Will, poczuł niepokój. Nie był on jednak związany ze śpiącym Nico, który pokrążył się w lekki uzdrawiającym śnie, po tym, jak stoczyli drobną kłótnie o jego stan zdrowia. Syn Apolla uśmiechnął się lekko i z czułością spojrzał na śpiącego syna Hadesa, Nico był dla niego naprawdę ważny, ale choć brał udział we wojnie z Kronosem (nie wspominając już o Gai), to jednak nie miał aż tyle odwagi, aby prosto z mostu powiedzieć chłopakowi swoich marzeń, a dokładniej, co do niego czuje.
Po prostu bał się odrzucenia i tego, co może się między nimi zmienić.
Lekko dreszcz przeszedł mu po karku, powodując gęsią skórkę.
Znów poczuł niepokój.
Spojrzał na biały sufit, jakby chciał wypatrzeć na nim odpowiedzi na niesformowane pytania, które dopiero tworzyły się w jego głowie. Przymrużył powieki i ze spokojem przyglądał się, białej gładkiej farbie. 
Po chwili to zauważył.
Był to niemal niewidoczny, a jednak bardzo realny, a dokładniej cienki, czarny pasek, jakby samej ciemności (wyglądem przypominał czarny dym), ale szybko się rozproszył w powietrzu. Po kilku sekundach, żarówka w żyrandole zaczęła mrugać, aby zgasić się całkowicie. Spowodowało to półmrok w pokoju, a było to coś dziwnego. 
Gdyż w domku Apolla nigdy żarówki się nie wypalają.
Coś się działo.
I znów to uczucie niepokoju! – Pomyślał zdenerwowany już Will.
* * *
Schody lekko zaskrzypiały, pomimo tego, że Will omijał te najbardziej hałaśliwe. Taka niespodziewana ciemność w domku Apolla zaniepokoiła go całkowicie, więc czym prędzej ruszył, aby sprawdzić jego przyczynę. Z lekkim niepokojem zostawił Nico samego, ale wiedział doskonale, że syn Hadesa, jak nikt rozprawi się z wrogami, gdyby byli na tyle głupi, aby go zaatakować.
Tymczasem, maszerując w całkowitej ciemności, serce Willa biło szybciej niż normalnie, a adrenalina zdążyła już zacząć krążyć w jego żyłach. Nigdy tak naprawdę nie pogrążył się w takiej ciemności, odkąd pamiętał wokół niego zawsze coś świeciło, tłumiąc mrok i ciemność.
To przypominało niemal podróżowanie cieniem i po raz kolejny poczuł współczucie dla Nico, który właśnie "cienia" używał, jako środka transportu. Jego myśli o młodym di Angelo, szybko się rozwiały, gdy tylko znalazł się na półpiętrze.
Sapnął z niedowierzaniem i natychmiast sięgnął po swój łuk, nabijając go i celując w czarną postać na piętrze. Will szybko skojarzył fakty, a były one takie, że Nyks ich zaatakowała, a przynajmniej wysłała sługusów.
Ku zdumieniu Will, potwór go nie zaatakował, ale nie zamierzał wierzyć w nagłe samarytańskie zachowanie potworów i puścił strzałę, która ze świstem trafiła bezbłędnie w lewą pierś pierwszego napotkanego potwora, a który od razu rozpadł się w pył.
Napinając o cięciwę kolejną strzałę, pokonał on kolejne stopnie i gotowy w każdej chwili do obrony, czy ataku. Ruszył w stronę wibracji, które poczuł przez skórę, a które to miała naprawdę mroczne niewerbalny oddźwięk. Nie dał jednocześnie po sobie poznać, jak ta ciemność na niego wpływa.
Z lekkim niedowierzaniem podszedł w stronę drzwi od swojego pokoju, a które od niedawna zaczął dzielić z Ryanem. Dobrze mu się dogadywało z O'Connallem, więc nie widział problemu z tym, aby dzielić z nim swoją sypialnie. Jednak teraz czuł rosnące z każdym krokiem napięcie.
Nie opuszczając wypuszczając strzały, która ciągle była napięta o cięciwę jego łuku, kopnął on drzwi, ale na tyle słabo, że nie walnęły one z hukiem o ścianę, bo w końcu nie zamierzał on wybiegać na środek pokoju i z bojowym okrzykiem, zacząć atakować wszystkich wrogów. 
Will wolał najpierw rozeznać się w sytuacji.
Gdy tylko wszedł do środka, zobaczył coś, w co nigdy w życiu by nie uwierzył.
— Ryan? — wyszeptał z niedowierzaniem.
Postać w rogu pokoju, która posiadała na tyle mocno rude włosy, że oznaczały się one nawet w ciemności, odwróciła się w jego stronę z chłodną obojętnością i od razu zasyczał cicho i przysłonił dłonią oczy.
— Nie świeć... — wyszeptał. — Odejść Will, to zaraz minie...
Jednak on nie zamierzał odchodzić, powoli opuścił łuk ku dołowi, choć nie schował strzały, w razie potrzeby chciał być gotowy do ataku. Szybko podszedł do swojego przyrodniego brata, gdyż wydawało mu się, że został ranny. Na dźwięk jego kroków, Ryan wyprostował się i stanął na równe nogi, na tyle szybko, że nim się Will zorientował, ostrze długiego miecza Rudzielca było skierowane w jego stronę, czubek rapier Ryana dotykał niemal jego gardła. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Ryan jest doskonałym szermierzem i ma on nad nim przewagę.
— Co się dzieje? — spytał, choć powinien znać odpowiedzieć, tym bardziej, że oczy Ryana nie były już dwukolorowe, a czarne jak rzeka Styks w podziemi. — Ryan?
— Odejdź! — Ryknął ze złością chłopak. — To niebezpieczne... zaraz minie, odejdź... nie chce cię skrzywdzić, ale będę musiał... jeżeli zaraz… Greku!
Słowo "Grek" brzmiało w ustach Rudzielca, jak najgorsza obelga. Will nie mógł uwierzyć, że mówi to ta sama osoba. Wiecznie uśmiechnięty, żartobliwy i niepoprawny optymista, którym był Ryan, jakiego zna, a który teraz gdzieś się rozpłynął, a zostawiając po nim kogoś, kto przypominał mu rasistowskiego rzymianina.
— Ryan...
— Odejdź! 
Ryk, jaki wydał z siebie chłopak, był ogłuszający i lekko sparaliżował Willa, a po chwili z samej ciemności wynurzyły się dwa, wielkie potwory, które przypominały napakowanych osiłków, choć były stworzone z cieni i popiołu.
To były widma.
— Ryan!
Jednak jego wrzask niewiele dał, a jedynie spowodował kpiący uśmiech na twarzy jego brata. Od razu wypuścił swoją strzałę, bezbłędnie trafił w prawe ramię Rudzielca. Ten wydał z siebie krótki jęk, ale ani trochę się nie przejął raną. Wyjął strzałę, bez słowa i rzucił ją pod nogo Willowi.
— Tylko tyle potrafisz, Greku?
Gardło zaschło Willowi, nie umiał teraz sformować ani jednego zdania. Nie chciał ranić swojego brata, a do którego tak się przywiązał. Po chwili obydwaj usłyszeli głośne trzaśnięcie drzwiami.
— Ryan! Ruszaj tutaj swoje cztery litery! Ale już!
Wściekły wrzask Jill, spowodował coś, czego Will nigdy nie zapomni.
Oblicze Ryana się zmieniło, cały mrok zniknął, a żarówka nad jego głową rozbłysła z nową mocą. Widma od razu rozmyły się w powietrzu, a szeroki uśmiech wpłynął na jeszcze niedawno jeszcze mroczną twarz Rudzielca. 
Cały mrok i ciemność zniknęła, jakby sam głos Jill był zaklęciem.
— Ona mnie kocha — zauważył z błyskiem radości w (znów) dwukolorowych tęczówkach.
Po chwili, chłopak jednak zobaczył strzałę pod nogami Willa i bladą twarz blondyna. Lekko się zmieszał, co było dla niego dość nietypowe, a następnie westchnął.
— Później wszystko Ci wyjaśnię — obiecał. — Już idę, Złośnico! — Wrzasnął i niemal wyleciał z pokoju.
* ~ * ~ *
Jak zwykle byłam wkurzona, a to, dlatego, że cały obóz był w głębokim przekonaniu, że jestem dziewczyną Ryana. Takie plotki w sumie niewiele na mnie wpływały, ale tym razem w ich realność uwierzyła nawet Maggie i choć dziewczyna czasami bywa nieco zbyt naiwna, to teraz już planowała "naszą" podwójną randkę.
Dlatego też, wparowałam do domku Apolla, bez zaproszenia i zamierzałam natłuc Rudzielcowi, ale w ostateczności zrezygnowałam, gdy dostrzegłam, jak z lekka blady na twarzy Willa, schodzi ze schodów tuż za Ryanem, który parę sekund temu przybiegł do mnie jak na skrzydłach.
Spostrzegłam, że blondyn z niepokojem zerkał w stronę Ryana, jakby upewniając się, że jednak nie jest bombom z opóźnionym zapłonem.
Widocznie się pokłócili, więc tylko nieco nawrzeszczałam na Rudzielca i jakimś cudem, to wszystko skończyło się tak, że siedziałam koło niego w czasie ogniska, gdzie wszyscy herosi, a przede wszystkim grupowi domków musieli się stawić. 
Maggie siedziała koło syna Tanatosa i co chwila go przepraszała za to, że go ignorowała. Było to przezabawne, bo w końcu Samael przepraszał ją chwilę wcześniej, choć jak sam wyznał, nie wiedział, za co, ale nie chciał, aby go nadal ignorowała, a jeżeli zrobił coś źle, to niech mu to powie, a on się dla niej zmieni.
Było to takie słodkie, że niemal rzygałam tęczą.
Leo siedział nieopodal nas i z ponurą miną spoglądał na Chejrona, który właśnie wyjawił im, jak brzmi przepowiednia.
— Pierwsze słowa przepowiedni są dość łatwe do zrozumienia — zaczął Chejron spoglądając z największą uwagą na grupowych. — "Klucz do zagadki masz" sądzę, że ten wers ma na myśli fakt, że niedawno wydało się, czego szukają nasi wrogowie, a jak zapewne wiecie, byli mieszkańcy Puszki Pandory, postanowili ją znaleźć i zamknąć w niej bogów Olimpijskich, więc... — Ktoś odchrząknął przerywając Centaurowi.
— ... jak zwykle herosi muszą ratować ich boskie tyłki — zauważył ze złością jeden z synów Nemezis.
Chejron rzucił w jego stronę ostrzegawcze spojrzenie, a ja poczułam dziwny ucisku w brzuchu i tę pewność, że ta przepowiednia tyczy się w jakiś szczególny sposób mnie.
— Mamy kierunek – zachód – a dokładniej zachodnią część Atlantyku, jeżeli się nie mylę — wyjaśnił, marszcząc swoje gęste brwi. — "Ciemność w świetle jest kluczem", tutaj wydaje mi się, że odnosi się ona do dzieci Apolla i Nyks... bo choć nie mamy tych drugich...
— Może chodzi tutaj o śmierć? — spytał ktoś z dzieci Tanatosa, a dokładniej Samael. — Śmierć jest kojarzona z ciemnością i chłodem, a jednak wielu ludzi widzi światło, gdy umiera — zauważył.
Wszyscy się z nim zgodzili, a Maggie posłała mu spojrzenie pełne dumy. Po chwili, jednak nie była taka wesoła, gdy Chejron wybrał go, na uczestnika misji, a z czym zgodzili się niemal wszyscy poza nią. Z ledwością powstrzymywała się od płaczu, było widać gołym okiem, że jest przerażona perspektywą niebezpieczeństwa, jakie czyhają w czasie podróży na jej miłość.
— "Zło w dobroci jest mapą", ten wers jest dość tajemniczy, a jednak...
Wyłączyłam się na dalsze słowa, gdyż poczułam lodowany dreszcze wzdłuż kręgosłupa, mimo promieniującego ciepła dochodzącego od ogniska. Strach ścisnął mi serce, bo wiedziałam, o kim była mowa. W końcu według mitologii jestem potworem.
Powoli wracałam do rzeczywistości i zdałam sobie sprawę, że kora drzewa wbija mi się w tyłek, więc lekko się poruszyłam zmieniając pozycję oraz zdając sobie sprawę, że gdy pochłonęły mnie moje myśli, Ryan skorzystał z okazji i chwycił moją dłoń w swój żelazny uścisk. Gdyby nie to, że byłam zainteresowana całą tą aferą z przepowiednią, pewnie bym go pobiła, ale tym razem mu odpuściłam i skupiłam się na rozmowie trwającej wokół mnie.
—... dobrze, Leo, niech będzie — westchnął z rezygnacją Chejron. — Będziesz kolejną osobą... "Zaś pochodnia twą pomocą", to bez wątpienia odnosi się do dzieci Hekate... Maggie pozostawiam tobie wybór jednego z twojego rodzeństwa, które najlepiej radzi sobie z magią, poza tobą — dodał szybko, gdy Wiedźma otwierała usta.
Natychmiast się naburmuszyła.
— Ja też chce iść — oznajmił nagle Will. 
Wszyscy odwrócili się i spojrzeli z zaskoczeniem na stojącego nieopodal syna Apolla wraz z towarzyszącym mu Nico.
— Wydaje mi się, że tym razem, przepowiednia odnosi się do więcej niż trzech osób — oznajmił.
W ten oto sposób, efekt był taki, że powstały dwie grupy, pierwsza to: Samael (syn Tanatosa), Leo (syn Hefajstosa) i Luna (jedyna córka Seleny), zaś druga, to: Will (syn Apolla), Nico (syn Hadesa) i Olimpia (córka Hekate – która według Maggie najlepiej panuje nad mocą).
Pierwsza grupa miała zająć się znalezieniem klucza do puszki, a druga samej puszki. Następnie obydwie miały wrócić do obozu, a jeżeli było to możliwe, to obydwie grupy miały się ze sobą nie spotkać.


sobota, 21 marca 2015

Rozdział XIII

(...)Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja(...)



Ognisko, przy którym teraz siadali herosi, było już daleko za nim, a dym wnoszący się ku niebu wskazywał, jak daleko od niego jest. Jednakże jego całkowitą uwagę przykuła dawna „znajoma”. Czarnowłosa kobieta o jasnych krwisto-czerwonych pasemkach nie wydała się nawet go zauważać, ale wiedział doskonale, że to są tylko pozoru. Miała na sobie czarny płaszcz, choć nie zarzuciła na głowę kaptura, pozwalając, aby jej czarne kosmyki, co jakiś czas unosiły się na nikłym wietrze. Wydała się całkowicie skupiona na swoim zdaniu, a jej wargi ułożyły się w nieprzyjazny grymas niezadowolenia.
Zadanie, które wykonywała naprawdę się jej nie podobało, co on z łatwością mógł wywnioskować, po jej nerwowych ruchach, czy cichych przekleństwach, którymi obrzucała całą przyrodę, braci i zmuszenie do bycia dyskretnym, a co jak łatwo było zaobserwować niezbyt dobrze jej wychodziło.
Przecierając się przez gęsty las, czekał aż znajdą się na tyle daleko, aby żaden z obozowiczów nie zauważył, co się dzieje. Nie mógł ryzykować, iż któryś z nich wtrąci się do ich rozmowy, a ona jakby nie patrzeć miała nad nim niewielką przewagę w postaci żywej tarczy.
Rudowłosa dziewczyna zwisała bezwładnie z jej ramienia, wydało się nawet, że już zrezygnowała z jakiejkolwiek szansy na ratunek. Dostrzegał w świetle księżyca niewielki blask na jej policzkach, a z resztą, kto w takiej sytuacji nie byłby przerażony?
Szedł spokojnie między gałęziami, a korzeniami drzew. W taki sposób, aby wydać, jak najmniej dźwięku. Starał się również nie iść pod wiatr, choć z jakiegoś powodu miał całkowitą pewność, że kobieta idąca swawolnym krokiem, kilka metrów przed nim, jest całkowicie świadoma jego obecności.
W końcu się zatrzymała, co wprawiło go w niepokój, gdyż doskonale wiedział, że nie są jeszcze nawet przy granicy obozu, a aby zniknąć stąd niedostrzeżenie tak, aby pan D. się nie zorientował, że ma w obozie szpiegów, tak powinna postąpić. Sam z resztą podejrzewał, że Dionizos doskonale zdaje sobie sprawę, że ma nieproszonych gości. Bo przypuszczał, że stosuje się on do znanego cytatu z pewnego filmu, a mianowicie:
Trzymaj swoich przyjaciół, blisko, ale swoich wrogów jeszcze bliżej
Długo będziesz się bawił ze mną w tą grę, synu Hadesa?
Miał wielką ochotę się warknąć ze złości, a najbardziej uciec, bo nuta uwodzicielska w głosie tej bogini wydała mu się całkowicie nie na miejscu. Nie wiedział, skąd dokładnie wziął się jego nagły lęk, był on raczej absurdalny, ale nie zamierzał okazać strachu.
Powoli wyszedł zza drzewa, nie przejmując się tym razem, że nadepnie na jakąś gałąź, starą szyszkę, czy inną leśną roślinkę, która zdradzi jego pozycję. Powoli sunął się do przodu, pozwalając, aby blask księżyca oświetlił całą jego postać, a jednocześnie będąc blisko cienia, który w razie potrzeby może zamaskować jego poczynania.
Swoją dłoń jeszcze bardziej zacisnął na rękojeści swojego miecza. Dziękował sobie w duchu, że nigdy się z nim nie rozstaje. Z resztą, jak większość herosów i on zawsze był przygotowany na walkę z potworami, które wyskoczą w najmniej odpowiednim momencie.
Apate, oddaj Wyrocznie rozkazał cicho.
Nic nie zdradzało jego wewnętrznego niepokoju, gdyż do tej pory nie wiedział, czego ci bogowie szukają, a starał się dowiedzieć wielokrotnie. Bo chociaż miał już kilka domysłów i szlaków, wszystkie okazały się błędne. Wiedział natomiast, że Apate go oszukiwała i zwodziła, niby była po jego stronie, ale tak naprawdę nadal pomagała swoim kompanom.
A co mi zrobisz, jeżeli tego, nie zrobię? – spytała i prowokacyjnie odpięła kilka guzików swoje płaszczu. Mam się bać, Nico?
Nico zmrużył swoje ciemne oczy, a następnie podniósł do góry swój miecz, który do tej pory bezwiednie ściskał w dłoni, jak ostatnią deskę ratunku. Stygijskie żelazo zalśniło lekko w blasku księżyca, a po chwili koło chłopaka z ziemi wyszło dwóch kościotrupich wojowników.
Bogini, Rachel i on w milczeniu przyglądali się wydobywającym się kością z ziemi, które uformowały się w postać dwóch zmarłych wojowników. Byli wyjątkowo młodzi, gdyż jeden z nich miał w czaszce jeszcze oko, zaś drugi (co było widoczne) miał poszarpane jeansy, a które zapewne zaczęły się już powoli rozkładać. Ich klatki piersiowe zaś były otoczone skórą, choć wojownik w jeansach miał po lewej stronie wielką dziurę. Wyglądało na to, że ktoś wypruł mu serce z piersi. Obydwoje jednak mieli ostre miecze i tarcze, a pierwszy z nich nawet miał kompletną zbroje, zaś o drugim nie można było tego samego powiedzieć.
Gdy pierwszy był łysy i miał mnóstwo robaków, które go obłaziły, drugi zaś miał kilka białych kosmyków włosów, a reszta jego głowy była całkowicie łysa. Jego zielonkawa skóra lśniła w świetle księżyca, a ich wygląd wydawał się jeszcze bardziej złowieszczy. Nico przez moment przypomniał sobie chwilę, gdy pierwszy raz wezwał wojowników, a dokładniej w chwili swojego gniewie i żalu do Percy’ego, gdy ten powiedział mu o śmierci jego siostry.
Ich kościste dłonie, zacisnęły się na rękojeści miecza, a długie, kościste palce trzymały je wyjątkowo stabilnie. Mimo lichego stanu, jakim znajdowali się ci wojownicy, trzeba było przyznać, że byli zdumiewająco silni i wytrzymali, a o czym już wcześniej przekonał się Nico.
Apate cmoknęła językiem z dezaprobatą, a następnie puściła Rachel, która z jękiem upadła na ziemię. Powstrzymał cisnący się na jego usta pół uśmiech, bo właśnie na tę okazję czekał. On zajmie się boginią, a pani O'Leary, przetransportuje Rachel do Percy’ego.
Miał zaufanie do Percy’ego i to nie tylko, dlatego, że był jego pierwszą miłością. Wiedział po prostu, że synowi Posejdona można powierzyć ważne sprawy.
W tym czasie bogini zdrady ruszyła w jego stronę, a w jej dłoni pojawił się miecz. Nie był on jednak z niebiańskiego spiżu, czy stygijskiego żelaza, a jedynie ze zwykłego ludzkiego żelaza. Mimo, że nie był dzieckiem Hefajstosa mógł dostrzec tę niewielką różnicę.
Zginiesz zawyrokowała bogini.
Gdy tylko bogini ruszyła na jego wojowników, z cienia za jej plecami uformowała się postać ogara piekielnego, a jego głośny szczek sparaliżował na chwilę boginię. Obydwoje spojrzeli, jak wytrenowany ogar macha radośnie ogonem i swoim jęzorem liże twarzy Rachel, kilka kropel jego śliny skapnęło na rudowłosa dziewczynę, a która pisnęła w cichym proteście. Uszy psa od razu się podniosły i przyjrzał się dziewczynie z zaciekawieniem.
Do Percy’ego! rozkazał Nico.
Apate drgnęła i właśnie odwróciła się plecami do niego, aby zaatakować ogara, ale ten już złapał w swoją wielką szczękę bluzkę Rachel i pognał w stronę cienia. Podróżowanie cieniem nie dla każdego było przyjemne. Nico wiedział, że syn Posejdona będzie miał bliższe spotkanie z obiadem Rachel, ale tym razem, jakoś nie poprawiło mu to humoru, bo wściekły wrzask bogini z całą pewnością było słychać w całym obozie.
Ku jego zdumieniu, jego wojownikom nagle znieruchomieli i odwrócili się w jego stronę, a ich puste oczodoły zaczęły ziać dziwną czernią. Zaś oko drugiego z nich stało się całkowicie czarne. Natychmiast skierowali się w jego stronę, podnosząc miecz i chcąc zakończyć jego życie. Zaskoczony, zaczął blokować ataki i właśnie przez ten swój niewybaczalny błąd, pozwolenie sobie na odwrócenie uwagi, musiał przypłacić mieczem Apate, który przebił jego brzuch.
Giń syknęła bogini i rozmyła się w powietrzu, znikając.
Wraz z nią jej miecz, a wojownicy rozpadli się na kawałki, pozwalając, aby ziemia na powrót ich zagrzebała w ich grobach.
Chłopak jęknął cicho i upadł na kolana, trawa od razu zaczęła barwić jego spodnie na zielona, a co z całą pewnością się nie domyje. Jednak on nigdy nie zwracał na to szczególnej uwagi, a teraz objął dłońmi swój brzuch, czując tam paraliżujące zimno. Właściwie nie czuł bólu, co go naprawdę zaniepokoiło, a jego czarna bluzka świetnie ukrywała krwawienie i gdyby nie dłonie, które na niej położył, mógłby nawet pomyśleć, że rana to wymysł jego wyobraźni.
Nico? Usłyszał czyjś głos.
Jednak świat wokół chłopaka zaczął wirować, co zapewne było spowodowane szybka utratą, licznej krwi, a następnie odsunął się na ziemię tracąc całkowity kontakt ze światem. Być może były to psoty jego wyobraźni, ale przez moment wydawało mu się, że widzi swoją siostrę.
Biankę.
Już niedługo znów będą razem.

*          ~          *          ~          *
"Własną drogę wybierz,
by przeznaczenie swe ziścić.
Klucz do zagadki masz,
a ją poznasz na zachodzie,
tam gdzie słońce żegna się z dniem.
Zagłada bogów będzie wnet.
Tylko pamiętaj,
Ciemność w świetle jest kluczem,
Zło w dobroci jest mapą,
Zaś pochodnia twą pomocą.
Lecz uważaj dzielny wojowniku,
Za cenę miłości,
Śmiercią przyjdzie zapłacić.”
Chejron zamyślony spoglądał na migoczący w tęczy obraz, jednego ze swoich ulubionych herosów, którego morskie oczy pociemniały o kilka oktaw, wyglądając niczym zburzone morze podczas sztormu. Jego czarne roztrzepane włosy wpadały mu na oczy, ale chłopak nie wydawał się tym przejmować.
Zaś sam Centaur westchnął z zamyśleniem, i znów się zadumał.
Tępym wzrokiem wpatrywał się on w migoczącą tęcze, w której widniał równie zamyślony syn Posejdona. Mimo, że miał on ochotę przejrzeć się Perseuszowi Jacksonowi, który staje się coraz szybciej dorosłym mężczyzną, to jednak w tej chwili nie miał na to czasu, były ważniejsze, nieznoszące zwłoki sprawy.
Obraz w Iryfonie – bo tak nazywał się „telefon” (jak czasem porównywali go młodzi herosi) stworzony dzięki Irys, która udostępniła swoją tęcze (za niewielką opłatą) do komunikowania się z innymi – zamigotał i po chwili pojawiło się ostrzeżenie, że rozmowa zostanie przerwana.
Chejron wyjął ze swojej skórzanej kamizelki niewielką srebrną monetę – hemidrachma – która była wyjątkowo ciepła, a następnie podrzucając ją do góry za pomocą kciuka, wpadła ona w tęcze, a po chwili rozpłynęła się w niej, podobnie jak łacińskie napisy z ostrzeżeniem.
Wyrocznie mówiła coś jeszcze? Żądała, czyjejś obcości? spytał Chejron.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jillian*

Być może zachowywałam się głupio.
W tej chwili byłam więcej niż pewna, że postradałam zmysły. Jaka normalna dziewczyna wchodzi do pokoju swojego prześladowcy? Gdybym miała być szczera sama przed sobą (mimo wielu swoich wad, staram się taka być), to musiałabym przyznać, że mój prześladowca coraz poważniej mnie intryguje. Z niechęci przeszłam do przyjaźni i szczeremu zaintrygowaniu.
Zwalałam całą tą sprawę na moją matkę, gdyż to przez nią jestem w połowie harpią (może jedynie w jednej trzeciej?), a to natomiast sprawiało, że moja ciekawość może okazać się zabójcza. Mimo takich argumentów nic nie było w stanie powstrzymać mnie od wetknięcia nosa w nie swoje sprawy, a niestety ta cecha mojego charakteru zaczynała się wyostrzać.
Właściwie wcale nie byłam zaskoczona widokiem całej ściany oblepionej swoimi rysunkami i zdjęciami. Choć w pokoju znajdowały się dwa łóżka, bezbłędnie mogłam od zgadnąć, które należało do mojego… prześladowcy.
Przypatrywałam się białym kartką, na których Ryan z niezwykłą precyzją i dokładnością ukazał moją twarz w różnych momentach. Zastanawiałam się, czego używa do szkicowania, więc natychmiast spojrzałam na biurko wykonana zapewne z sosny.
Pokój był utrzymany w złoto-żółtych barwach, więc zwykli śmiertelnicy pewnie by oślepli, wrzeszczeli i w akcie paniki uderzyli się głową w ścianę podczas ucieczki, i tym samym stracili przytomność, bo choć sama miałam ochotę wykonać te wszystkie czynności, to moja ciekawość (zabójcza ciekawość) była zbyt wielka, aby nie zacząć grzebać w biurku Rudzielca.
Gdy znalazłam zestaw profesjonalnych ołówkom do szkicowania i węgiel, szybko je odstawiłam na miejsce i z jękiem usiadłam na krześle wzdychając ciężko. Nigdy do tej pory nie czułam się tak bardzo zmieszana, tak bardzo niepewna.
Zaczęłam w końcu przeklinać swoje hormony i fakt, że dorastałam.
W takim ponurym nastroju znalazł mnie współlokator Ryana, a który okazał się być Will.
Obydwoje spojrzeliśmy na siebie i podczas gdy ja zrobiłam naburmuszoną minę, chłopak uśmiechnął się radośnie, a następnie wypadł z pokoju, a ja tuż za nim.
Powód był prosty.
On chciał poinformować o tym Rudzielca.
Natomiast ja, chciałam wcześniej wyciąć mu język, połamać palce i przede wszystkim zabić, a później osobiście zaprowadzić jego ducha do Hadesu, a żeby mieć pewność, że nie poinformuje o tym Ryana.

*          *          *

Stojąc przed drzwiami o znaczku „Aquilo” zastanawiałam się, co też może pojawić się za drzwiami „Południe”, bo kiedy przekroczyłam próg drzwi „Auster” (czyli z łac. „Północ”) miałam bliskie spotkanie z Henrykiem, a który popatrzył na drzwi z nieprzychylnym okiem. Jakoś nie miałam ochoty otwierać ich i natknąć się na głodnego tygrysa. Ta perspektywa była dla mnie raczej oczywista, bo gdy Leo Valdez wyjaśnił mi, że mój ojciec jest szalony, nie dziwiło mnie, więc, że dostałam Pingwina, jako domowe zwierzątko.
Otwierasz, czy nie? spytał Leo.
Sama nie wiem, czemu ten czarnowłosy syn Hefajstosa się tutaj znalazł, ale jakoś świetnie się dogadywaliśmy. Może zabrzmi to sentymentalnie, ale z jakiegoś powodu przypominał mi o moim jedynym przyjacielu, ponieważ ostatni czasy, był traktowany, jakby oszalał. Nie do końca pojmowałam, czemu tak jest.
Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja zauważyłam kpiąco.
Spojrzał na mnie, a na jego chochlikowej twarzy pojawił się zawadzki uśmiech.
Ciekawi mnie, co też wymyślił ten twój zwariowany tatusiek mówiąc to, w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. No i obiecałaś mi lwa – oznajmił.
Z niedowierzania otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam, przymykając na chwilę oczy i błagając bogów o cierpliwość, bo w przeciwnym razie z pewnością śmiałabym się do łez. Pokręciłam głową i panując, jako tako nad sobą uchyliłam drzwi.
Były wykonane z jasnego drewniane i pomalowane na czarno zaskrzypiały, gdy je otworzyłam, a ciepły front powietrzy owiał moją twarz i ramiona. Nie zerkając na swojego towarzysza, przyglądałam się widokowi za drzwiami.
Nie było to dla mnie zaskoczeniem, gdy nagle znalazłam się w środku Brazylijskiej dżungli.
Bezbłędnie orientowałam się w terenie, bo gdy tylko zawieje lekki wiatr w moim mózgu tworzy się kompas i mapa, a następnie z niezwykłą dokładnością mogę ustalić gdzie się znajduje.
No i po moim lwie zauważył niby z oburzeniem Leo, choć jego oczy śmiały się, a jego usta ułożyły się w szeroki uśmiech. Pamiętaj, że żądam takiego na urodziny oznajmiając to zaczął grozić mi palcem.
Z całą pewnością obydwoje przebywalibyśmy tutaj znacznie dłużej i podziwiali piękne, bujne, zielone korony liści, śpiew ptaków i ich loty na bezchmurnym niebie, gdyby nie to, że nagle ktoś załomotał do drzwi, a przerażony Henryk zaczął biegać bez sensu w kółko wokół mnie i podszczypując mnie swoim małym dziobem, zapewne żądał jedzenia.
Żarłok warknęłam na małego pingwina.
Zamknęłam drzwi, a Leo puszczając mi oczku ruszył w stronę tylnego wejścia. Nie pojmowałam, czemu się tak dziwnie zachowuje, ale z jakiegoś powodu rozumiałam, że miałby z całą pewnością później konflikt z Rudzielcem, a który (jak się okazało) jest świetnym szermierzem, uwierzyłby, kto?
Z ponurą miną ruszyłam w stronę głównego i wąskiego holu w swoim domku, na ścianach wisiały podobizny greckich bogów wiatrów, a złote litery pod obrazkami były napisane ich imionami. Bo choć nigdy nie uczyłam się greki z łatwością ją rozumiałam.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na całą szerokość, byłam pewna, że moja twarz wygląda, jak chmura gradowa, ale właśnie moi goście popsuli mi myszkowanie po moich magicznych drzwiach. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Maggie ma przerażoną minę i przyciska do siebie fioletową torbę, a następnie wepchnęła się do środka, podczas, gdy Ryan z luzem i szerokim uśmiechem wszedł do środka niczym król na włościach.
Naprawdę był on irytujący!
Zbieraj się Jill, ruszamy na misję! krzyknął mi do ucha Rudzielec, a ja podskoczyłam.
Przeklinając siebie i jego, przeniosłam ponure spojrzenie na Maggie.
Ryan! Zbeształa go. Nie krzycz tak, w końcu to nieoficjalna misja poprawiła go.
Spojrzałam na swoich przyjaciół z niedowierzaniem, a następnie uśmiechnęłam się szeroko.
Och! Miałam na nich naprawdę zły, niszczycielski i cudowny dla mnie wpływ!
Już nie mogłam doczekać się momentu, w którym złamiemy kilka paragrafów z regulaminu obozu.

*          ~          *          ~          *

Potrząsając swoją blond czupryną, Will westchnął głęboko i przyjrzał się śpiącemu, synowi Hadesa. Jego twarz w śnie się rozluźniała i wyglądał niezwykle słodko. Syn Apolla miał wielką ochotę dotknąć tej delikatnej, bladej skóry na policzkach śpiącego chłopaka.
Zarumienił się odrobinę z powodu swoich myśli, a jednocześnie ucieszył się, że widząc Nica zmierzającego do lasu, postanowił w tej chwili szczerze z nim porozmawiać. Nie chciał nawet myśleć, co by się wydarzyło, gdyby nie był kilka kroków od Nico i w porę nie zaczął go leczyć.
Dreszcz przebiegł po plecach chłopaka, a on ze skrywaną miłością spojrzał na śpiącego herosa.
Odprężył się lekko na swoim zielonym fotelu w pomarańczowe łaty. Mógł w końcu czuwać nad śpiącym Nico całą noc. Był wdzięczny Chejronowi, że pozwolił mu, choć nie wątpił, że duży wpływ na tę decyzję miały jego uzdrawiające moce, które odziedziczył po ojcu.
Nie zamierzałem, jej wydawać oznajmił Will, przerywając ciszę w niewielkim pokoju.
Lampka stojąca koło łóżka Nico, niedaleko niego samego, oświetlała lekko przestrzeń pokoju. Chociaż pokój był utrzymany w białych barwach, w tej chwili wydawał się niezwykle ponury, a co spowodowało wisielczy nastrój Willa, bo uśmiechnął się na myśl, że ten pokój nareszcie zaczął pasować do stylu Nico.
Chociaż… Will zawahał się wspominając swojego brata i goniącą go Jill. Przeszłość Jill jest raczej oczywista, a przynajmniej można się jej domyśleć, ale… przeszłość Ryana mnie zastanawia wyznał.
Szczerze zaabsorbowany tymi przemyśleniami, nie zauważył, że jego śpiący do tej pory towarzysz otworzył oczy i skrzywił się lekko, czując zapewne ból. Czarne jak węgiel oczy spoglądały z zaciekawieniem na zamyślonego Willa, a w ich wnętrzu coś niezidentyfikowanego się tliło. Jakby rozczarowanie, a może nawet i żal.
Mój brat jest… zaczął, spoglądając niewidzącym wzrokiem w przestrzeń przed sobą. Dziele z nim pokój i wiem, że on, tak naprawdę…
Dlaczego mnie uratowałeś? spytał z lekką pretensją w głosie Nico.
Zaskoczony słowami Nica Will spoglądał na niego bez słowa. Bo cóż miał w tej chwili powiedzieć?
Przemowę, którą ułożył sobie na taką chwilę, od razu wyleciała mu z głowy, choć uśmiechnął się uroczo i niepewnie nachylając ku leżącemu herosowi, a który spoglądał na niego z wyrzutem, tak widocznym w czarnych, cierpiących oczach.
Przez moment Will poczuł niepokój, bo tęczówki syna Hadesa zamiast brązowe (a on uwielbiam w nie patrzeć) były całkowicie czarne. Jednak, miał nadzieje, że to tylko gra świateł i tak naprawdę z herosem jest wszystko w jak najlepszym porządku.
Taką mam pracę odpowiedział ze spokojem, którego jednak nie czuł.
Syn Hadesa skrzywił się i westchnął cicho.
Nie chciałem, aby ktoś mnie ratował burknął cicho chłopak.
Ktoś musi zająć się Hazel zauważył Will.
Hazel ma Franka mruknął w odpowiedzi Nico.
Sfrustrowany Will zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela i nachylając się jeszcze bardziej w stronę syna Hadesa, wyznał z niezwykłą złością:
Ja cię potrzebuje Nico!
Przez moment czarne oczy chłopaka zmieniły barwę na brązową, a co odnotował Will z ulgą, jak i zaniepokojeniem. Wyglądało na to, że syn Hadesa był znacznie bliżej śmierci niż mu się wydawało.
Masz swoich braci burknął nagle za złością.
Mimo wszystko Will zachichotał, a Nico odwrócił zawstydzony głowę, wbijając wzrok w drzwi od małego pokoju, w którym się znajdował. Nie pamiętał, jak tu trafił, ale z powodu swojego zmęczenia, szybko przymknął oczy. Syn Apolla przyglądał się jak napięte rysy twarzy chłopaka znów się wygładzają, a jego oddech staje się wyrównany.
Zapadł w sen, a co skwitował Will z szerokim uśmiechem i czułym spojrzeniem, jakim obrzucił śpiącego chłopaka.
___________________________________________________________________________
Wiem, że rozdział z wielkim opóźnieniem. Mam nadzieje, że mi wybaczycie :)
Pewnie i tym razem znów znajdą się, jakieś błędy... hmm... prawdę mówiąc sprawdzałam tekst kilkakrotnie, ale człowiek na robot, błędy robi (czy jakoś tak -_-).
Co do przepowiedni, jestem ciekawa, co o niej myślicie. Przede wszystkim, jednak ja wiem, kogo "zabije" (mniej więcej), ale zastanawiam się, kim będzie ta tajemnicza osoba waszym zdaniem?
Ach! No i takie pytanie do was, kogo waszym zdaniem wytypuje Chejron do misji? 
Zasada greków jest taka, że mogą to być tylko trzy osoby. Według nich "trzy" to święta liczba...
Jeszcze raz przepraszam za swoją dłuższą nieobecność! Mam również nadzieje, że rozdział się podobał :3
Bussis! ^^