KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strzelnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strzelnica. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział XI



"(...)To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…(...)"

Tydzień później…

Byłam wściekła.
Nie… to zdecydowanie zbyt słabe słowo, aby opisać moją chęć mordowania.
Herosi jakby czując nadchodzącą apokalipsę odsuwali się ode mnie jakbym zaraz miała wybuchnąć (a co było z całą pewnością jak najbardziej prawdopodobne). Idąca za mną Maggie, co chwila coś krzyczała, a przy okazji potykała się i wpadła na ludzi, choć oni sami od niej uciekali, więc nie wiem, jak to możliwie.
W umiejętności Maggie już nie wątpiłam, ale w tej chwili skupiłam się na piaszczystej ścieżce prowadzące do domku Apolla. Ignorowałam przy tym całkowicie ciekawskie szepty i komentarzy o tym, że znów kogoś zleje. Ktoś chyba nawet wspomniał o mojej nowej przyjaźni z córka Aresa, ale byłam zbyt skoncentrowana na wymyślaniu wszelkich tortur na pewnym herosie, aby się tym przejąć.
Gdy dodarłam do swojego celu, wpadłam jak burza do środka, powodując kilka pisków strachu, a ktoś nawet wyciągnął łuk ze strzałami. W takim przypadku po prostu to ignorowałam i skierowałam się w stronę kuchni (która pojawiła się w tym domku dość niedawno). Mijając niewielki salon, Will pomachał do mnie z uśmiechem, był już przyzwyczajony do moich ataków złości i kilkakrotnych próbach podpalenia obozu, ale jak wspominałam to akurat był wypadek.
Wtargnęłam do kuchni pchając ze złością drewniane drzwi, a które z hukiem walnęły o powierzchnie białej ściany. Złote szafki lekko błyszczały, gdyż przez otwarte okno do środka wpadały promienie słoneczne, a uśmiechnięty rudowłosy chłopak, wymachując tyłkiem z iskrami rozbawienia w oczach robił coś na kształt tańca przy muzyce z radia, choć nie przejął się chyba nawet tym, że właśnie raportowali w nim o trudnościach na jakiejś autostradzie.
Bez słowa usiadłam na metalowym hoker ze złotym materiałem na siedzeniu i kładąc dłonie na biały blat wyspy, wbiłam w Ryana ponury wzrok, czekając aż skończy swoje dziwactwa. Mniej więcej w tej właśnie chwili do pokoju wpadła Maggie, a co równało się z tym, że wywaliła się na progu drzwi, a one same walnęły ją w twarz. Następnie dość niezgrabnie wstała na dwie równe nogi, usiadła koło mnie. Na twarzy jak zwykle miała uśmiech, dość ciężko oddychała, a w jej włosach znajdowało się parę liści, a nawet gałęzi.
— Co tym razem zrobiłem? — Spytał wyjątkowo spokojnie Ryan.
— Ty już dobrze wiesz, co — warknęłam.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i spojrzałam na niego srogo, a przynajmniej próbowałam przybrać podobny wyraz twarzy do wściekłego boga – tu mam na myśli Pana D., a którego niejednokrotnie wyprowadzałam z równowagi. Mam nawet zakaz zbliżania się do Dionizosa.
Nagle Ryan odwrócił się do mnie, oparł biodrem o blat kuchenny i uważnie mi się przyglądając wyznał:
— Przyznaje się, powiedziałem wszystkim, że jesteś moją dziewczyną.
— To już wiem, mam to gdzieś, chodzi o tę drugą sprawę — niemal krzyknęłam z niecierpliwienia.
Poprawiłam się na siedzeniu i znów wbiłam w niego wzrok, a Maggie była jak zwykle cicho i spoglądając ze współczuciem na Ryana, czekała na mój wybuch.
— Dobra — westchnął rudzielec robiąc skruszoną minę. — Powiedziałem, że w blasku księżyca spotykamy się w miłosnym gniazdku i tam oddajemy rozkoszom naszych ciał.
Maggie sapnęła, a następnie jęknęła.
— To też wiem — oznajmiłam tracąc już niemal całą cierpliwość. — Mam gdzieś te twoje plotki o naszym wyimaginowanym związku! Chodzi o coś ważniejszego!
Ryan wpatrywał się we mnie z nieodszyfrowanym wyrazem twarzy, a następnie wybuchł radosnym śmiechem opierając się dla równowagi o blat kuchenny jedną dłonią, a drugą łapiąc się za brzuch. Jego oczy lekko się zaszkliły i potrząsnął z niedowierzaniem głową.
— Chodzi ci o tą historię z twoim byłym, martwym adoratorem, którego ja…
— Nie wiem, o czym znów bredzisz z tymi plotkami, ale mówiłam, że nie o to chodzi! — Krzyknęłam tracąc już całą cierpliwość. — Powiedziałeś całemu obozowi, że nie umiem strzelać z łuku!
Maggie spadła z hokera z łomotem, a gdy na nią spojrzeliśmy na jej twarzy malowało się prawdziwe niedowierzanie. Potrząsała głową i mamrotała coś cicho pod nosem, miałam tylko nadzieje, że nie jest to z kolejnych zaklęć, bo dość miałam już latających garnków, strzał i pływających świni w jeziorze.
— Przecież ty nie umiesz strzelać z łuku — zauważył Ryan.
— Nie musiałeś tego mówić wszystkim!
Rudzielec również potrząsnął głową i westchnął, ukłonił się mi niczym średniowieczny rycerz i z powagą powiedział:
— Wybacz mi zacna dziewojo, za mą miłość, lecz tyś lśnisz pięknością swą niczym najcudowniejsze ze słońc, a ja niegodny doglądać twą wspaniałość, schylam ku tobie czoło z gorliwością i błagając o wybaczenie mówię: Kocham cię!
— Idiota! — Warknęłam.
Podniosłam się gwałtownie z hokera i ruszyłam bez słowa w stronę drzwi, kątem oka widziałam szeroki uśmiech na twarzy Ryana i usłyszałam cichy chichot Maggie. Gdy drzwi od kuchni się zamknęły za mną, rozejrzałam się po salonie, widziałam jak około tuzina twarz spogląda na mnie z niepokojem, jakby chcąc się upewnić, że zły lew został ugłaskany.
Ze wściekłości kopnęłam skrawek dywanu, a najmłodsi z dzieci Apolla z piskiem uciekły z pokoju.
No naprawdę, nieco przesadzają!
— Oni lubią dramatyzować — powiedział Will podchodząc do mnie. — To, co uciszymy te plotki o twoim braku umiejętności łucznika?
— Może innym razem Will, jestem umówiona na sparing z Clarisse — powiedziałam z westchnieniem.
Syn Apolla, którego spotkałam pierwszego dnia mojego pobytu w obozie, gdy mnie uleczył, stał się niemal moim przyjacielem. Szczerze mówiąc ostatnio trzyma się mnie, blisko, bo ilekroć gdzieś idę, zrządzeniem losu wpadam na Nico, a wtedy obydwoje wpatrujemy się w siebie z żądzy mordu, a Will, jako łącznik między nami nas uspakaja.
— Dobra — mruknął z lekkim uśmiechem Will.
W tej samej chwili z kuchni wypadła Maggie, co spowodowało, że reszta herosów zmyła się z pokoju.
Nie ma to jak sympatyczne dzieci Apolla.

*          *          *

Brałam udział w niejednej bijatyce i wychodziłam z nich w miarę dobrym stanie, to jednak sparingi z Clarisse okazały się zdecydowanie trudniejszym orzechem do zgryzienia. Wcześniej sądziłam, że walka z nią nie będzie trudna, a może nawet trochę zabawna, ale już od kilku dni to ja za każdym razem leżałam na plecach, a ostrze jej miecza dotyka mojego gardła, wówczas jej orzechowe oczy lśnią triumfem, a ja miałam ochotę użyć mocy swojego ojca, aby ten wyraz samozadowolenia z jej twarzy zmyć.
Dzisiejszy walka miała być inna, a przynajmniej ja miałam takową nadzieje, że w końcu uda mi się rozłożyć córkę Aresa na łopatki. Musiałam przyznać, że jako córka boga wojny Clarisse była naprawdę poważnym przeciwnikiem. Zastanawiałam się nawet, czy kiedyś nie spotkałam jej ojca, bo moje towarzystwo odkąd straciłam matkę i babkę, było… powiedzmy sobie szczerze ja nie miałam znajomych, bo ze wszystkimi się biłam.
Samowolnie moje dłonie zacisnęły się na trzonie mojego miecza, który był źle dla mnie wyważony, gdyż jego ciężar przechylał się dość mocno do przodu, a to niestety było dość mocnym utrudnieniem w przypadku, gdy blokowałam ciosy Clarisse, bo moje ramiona wręcz błagały o pomstę do niebie, a na dodatek kilkakrotnie niemal straciłam równowagę.
Tego dnia po rozmowie z Ryanem miałam więcej energii na walkę, ale nie tylko ja i córka Aresa wybrałyśmy się na arenę trochę powalczyć. Wokoło nas rozbrzmiewały echem krótkie okrzyki bojowe, jęki, przekleństwa, ale przede wszystkim dźwięk zderzającej się ze sobą stali.
Chłodne powietrze przyjemnie owiewało moją spoconą skórę, a ja starałam się wyregulować swój oddech, choćby najmniejszym stopniu tak precyzyjnie, jak robiła to moja przeciwniczka, a choć kilka dłuższych kosmyków spadło mi na twarz, nie zamierzałam w tej chwili ich poprawiać, a nawet zaczęłam się zastanawiać nad zapuszczeniem ich i to tylko po to, aby podobnie jak Clarisse związać je w ciasną kitkę.
Wysunęła lewą stopę do przodu, a ja od razu ustawiłam się w lekkim rozkroku, czekając na atak z jej strony. Nagle zaatakowała mnie z prawej strony i z ledwością udało mi się odparować jej cios, aby po chwili zaatakowała mnie od dołu. Nacierała na mnie z niesamowitą płynnością i siłą, czego mogłam jej jedynie pozazdrościć, powoli się cofałam, tylko po to, aby zwiększyć odległość między nami i w którymś momencie, nie udało mi się odbić jej uderzenia, więc szybko odskoczyłam.
Nie zrobiłam tego jednak dość szybko i na mojej szarej bluzce z niebieskim psem powstała niewielka dziura, a dokładniej na prawym boku. Szybko rzuciłam na nią okiem, krzywiąc się, gdy powoli materiał zaczął przesiąkać krwią. Poczułam przy tym lekki metaliczny zapach, który mieszał się z zapachem mojego potu.
— Pierwsza kropla — zawołała Clarisse.
Skrzywiłam się w odpowiedzi na jej słowa i natychmiast zbliżyłam się do niej, ciemne oczy mojej przeciwniczki zmrużyły się, choć na jej twarzy nadal był ślad samozadowolenia. Stanęłam w pewnej odległości od niej i obydwoje przyglądaliśmy się sobie badawczo, a po chwili wysunęłam nogę i zaatakowałam. Byłam naprawdę szybka w działaniu i choć Clarisse miała spory staż w tej branży, to jednak i ona miała problem z nadążaniem za mną.
Nagle ona syknęła, a jej źrenice zwęziły się w małe szparki. Zerknęłam na jej ramię, gdzie czerwona linia natychmiast zaczęła dość obficie krwawić. Mimowolnie wygięłam usta w uśmiech, ale ten mały moment mojej nieuwagi został wykorzystany przez Clarisse, która nagle przykucnęła i podcięła mi nogi. Byłam tak zaskoczona, że wywaliłam się na ziemię, ale zanim córka Aresa zdążyła do mnie podskoczyć z mieczem, ja położyłam dłonie po bokach mojej głowy, a nogi przyciągnęłam do piersi, by następnie odbić się od podłoża, walnąć zbliżającą się Clarisse i stanąć na równe nogi.
Obydwie równocześnie się skrzywiłyśmy.
— Nieźle — skomentowała.
— Zabawnie — dodałam.
Następnie obydwie zaszarżowałyśmy na siebie z cichym okrzykiem bojowym. Nasze miecze uderzyły o siebie z niesamowitym hukiem, przy czym mój z powodu złego wyważenia wypadł mi z dłoni i poleciał do tyłu odbijając się od twardej ziemi z cichym brzękiem.
Clarisse skorzystała z tej okazji i przystawiła mi natychmiast ostrze swojego miecza do gardła.
— Wygrałam — stwierdziła z samozadowoleniem. — To już sześć do zera — dodała
Ponownie tego dnia się skrzywiłam, a gdy opuściła miecz, przedarłam wierzchem dłonie swoje spocone czoło i odgarnęłam kosmyki swoich ciemno czekoladowych włosów do tyłu, wzdychając przy tym z niezadowoleniem.
— Tylko, dlatego, że miałaś lepiej wyważony miecz — stwierdziłam zgodnie z prawdą. — Gdy w końcu uda mi się znaleźć odpowiedni dla mnie, pokonam Cię z jedną ręką za plecami — dodałam.
Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie i pokręciłam głową z politowaniem.
— Śnisz Taylor — oznajmiła.
Wyszczerzyłam swoje ząbki w szeroki uśmiech, podobnie jak to zrobiła Clarisse i kiwając sobie w cichym porozumieniu głową, odwróciliśmy się i rozeszłyśmy się każda w swoja stronę. Kątem oka widziałam jeszcze, jak córka Aresa podnosi wysoko miecz nad głową, a to spowodowało wybuch radości jej rodzeństwa, które jak zwykle przyszło nas obserwować.
Podniosłam swój miecz z ziemi i ruszyłam w stronę zbrojowni, która na szczęście została już naprawiona po moim niecodziennym „uznaniu”. Jednak przechodząc koło walczących, zauważyłam blondwłosą dziewczynę, która przyglądała mi się z niezwykłą uwagą, a gdy nasze oczy się spotkały, zobaczyłam jej czarne puste oczodoły, które spowodowały gęsią skórkę na mojej skórze.
Zatrzymałam się i wgapiałam się w nią szeroko otwartymi oczami, a ona podobnie jak ja wyglądała jakby ktoś właśnie uderzył ją garnkiem w głowę. Przełknęłam ślinę, czując nagłą chęć ucieczki przed tą dziewczyną, co nie zdarzało się mi zbyt często, szczerze mówiąc podobną reakcję miałam, gdy mój ojciec przychodził mnie odwiedzać, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, ale miłość wygrała z wrodzonym strachem do niego.
Podejrzewałam, więc że dziewczyna wcale nie jest herosem, ale kim w takim razie jest?
— Annabeth! — Krzyknął ktoś.
Blondynka natychmiast odwróciła ode mnie spojrzenie i spojrzała na blondyna biegnącego w jej stronę, a ja wykorzystałam tą chwile jej nieuwagi, aby się uciec z pola jej widzenia. W głowie za to miałam istny chaos, bo czyżby w obozie działo się coś niedobrego?
Moja natura harpii wrzeszczała z czystej ciekawości i pewności, co do tego, że dzieje się coś naprawdę niedobrego, a ja wręcz musiałam wetknąć w to swój ciekawski nos.

*          ~          *          ~          *

Usta Thalii wygięły się w podkówkę, gdy Artemida odwróciła się do niej tyłem. Bogini oczywiście nie widziała ponurego i pełnego pogardy spojrzenia, jakie dziewczyna jej wysłała, a jedynie była zadowolona z tego, co udało jej się usłyszeć i nawet nie podejrzewała, że jej Łowczyni została opętana przez jednego z bogów wypuszczonych z Puszki Pandory, nie podejrzewała, że właśnie zdradziła plan swojemu wrogowi, a choć o tym nie wiedziała, to dla Thalii-Morosa była to jedyna wskazówka, ze Apate ich jeszcze nie zdradziła.
— Jak sobie życzysz, pani — stwierdziła cicho Thalia.
Artemida w ciele ośmioletniej, rudowłosej dziewczynki z masom biegów i o niesamowitych zielonych oczach, którego kolor przypominały letnią trawę, uśmiechnęła się do niej szeroko odwracając znów w jej stronę. Kiwnęła z zadowoleniem głową, gdy dziewczyna odwróciła się i leśną drogą wracała w stronę swojego obozowiska, gdzie wraz z resztą jej łowczyń miały nazajutrz wyruszyć do obozu herosów po przepowiednie.
Bogini łowów westchnęła cicho wypuszczając parę ciepłego powietrza z usta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy usłyszała śpiew ptaków z pobliskich drzew. Bo choć robiło się naprawdę chłodno (jak przystało na początek grudnia) to nie miała, co marzyć o zobaczeniu śniegu w tej części świata, a znajdowała się właśnie w Indiach.

*          *          *

Nagły wybuch śmiechu Apate zwrócił uwagę Pseudologosa, który skrzywił się z obrzydzeniem w stronę radosnej bogini nieszczęścia i zdrady, która w tej chwili nie wyglądała ani na zaniepokojoną (w przeciwieństwie do niego), ani na nieszczęśliwą (również w przeciwieństwie do niego).
Skrzyżował ramiona na piersi i wbił w nią wzrok opierając się o domek Ateny, który dość niedawno został przykryty nową warstwą białej farby. Dyskretnie jednak zerknął na boki, czy nikt z herosów ich nie słyszy i ponownie skupił całą swoją uwagę na podstępnej bogini.
— To nie jest śmieszne, ja boje się harpii — wytknął jej. — Każdy czegoś się boi — dodał.
Apate roześmiała się jeszcze głośniej, a w jej czarnych oczach pojawiły się łzy, łapiąc się za brzuch próbowała wyregulować oddech i poskromić swój wybuch wesołości. Pseudologos dalej wpatrywał się w nią, ale tym razem z rosnącą złością.
— Co tutaj robi harpia? — Spytała Apate, gdy udało jej się nareszcie uspokoić.
— Nie wiem — mruknął z niezadowoleniem Pseudologos. — Wygląda na to, że córka Eola i Melindy jednak jest nieco starsza niż głosiły pogłoski — dodał z niezadowoleniem.
Apate nagle spoważniała i skrzywiła się lekko.
- To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…
— Syn Aine również — stwierdził ponuro Pseudologos. — Widziałem jak za nią lata — dodał.
To były nieprzewidziane komplikację, bo syn Aine – Ryan – znany, jako syn Apolla, mógł im naprawdę zaszkodzić, jeżeli choćby młoda harpia zwróci na nich najmniejszą uwagę, a ponieważ Aine była naprawdę potężną heroską, jak również byłą ulubienicą swojej matki…
— Cholera — przeklęła Apate.
— Wyjęłaś mi to z ust — oznajmił ponuro Pseudologos będący dalej w ciele Annabeth. — Powinnaś pogadać ze swoim bratankiem — zakpił.
Apate ten pomysł ani trochę się nie podobał, a tym bardziej, że ich sytuacja zaczynała się coraz bardziej komplikować, a na dodatek mieli coraz mniej czasu do zimowego przesilenia wtedy, gdy wszyscy bogowie Olimpijscy spotykają się w jednym miejscu – najlepsza szansa na uwięzienie ich.
— Cholera — podsumowała wszystko Apate.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Uśmiechnęłam się niepewnie w stronę Samaela, ale wątpię, aby mnie tutaj zobaczył, gdyż właśnie chowałam się za drewnianą ścianą z powieszonymi na niej łukami i strzałami. Zerknęłam jeszcze raz, ostrożnie na profil białowłosego chłopaka, a łzy same naleciały mi do kącików oczów, gdy odwrócił się w moją stronę, szybko się jednak schowałam, ale niestety potknęłam się o wystający konar i kilka iskier nagle ze mnie uleciało.
Po chwili już drewniana ściana stanęła w ogniu.
— Maggie, ile razy mam Ci powtarzać, żebyś się nie chowała? — Spytał Chejron podchodząc do mnie ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. — Dziecko drogie, gdzie jest Jill?
Moja warga zadrżała, a w momencie, gdy herosi gasili pozostałości po mojej kryjówce, ja rozpłakałam się na dobre, wtulając swoją głowę w klatkę piersiową centaura. Objął on i poklepał ze spokojem po plecach, niejednokrotnie już płakałam bez żadnego powodu, ale tym razem moja przyjaźń, która trwała od dzieciństwa z Sammy’m miała się rozpaść na kawałeczki, a to był powód do płaczu.
— Zajmę się Czarodziejką Chejronie — zawołał znajomy mi głos, a następnie silne dłonie objęły mnie pod pachy, aby moja głowa chwilę później wtulała się w czarny materiał. — Coś się stało maleńka?
Na dźwięk jego miękkiego głosu rozpłakałam się jeszcze bardziej i niestety znów usmarkałam mu jego ulubiony T-shirt z jakąś rockową kapelą. Chłopak przycisnął mnie mocniej do siebie, gdy starałam się uwolnić, a następnie jego ciepła duża dłoń spoczęła na tyle mojej głowy, przyciskając ją mocniej do jego lewej piersi.
To sprawiło, że wybuch mojego płaczu trochę minął, dźwięk bijącego serca chłopaka był dla mnie dziwnie uspakajający, choć poczułam jak moje policzki bez żadnego racjonalnego powodu robią się ciepłe. Mój oddech nieco się wyrównał i poruszyłam się niespokojnie dając do zrozumienia mojemu przyjacielowi, że już się uspokoiłam.
Ku mojemu zaskoczeniu jego ramiona zacisnęły się jeszcze mocniej, a ja, choć bardzo chciałam podnieś głowę do góry i spojrzeć w jego miodowe oczy, z powodu jego ręki na mojej głowie nie mogłam tego zrobić i naprawdę chciałam poznać jego myśli, które kotłują się w jego białej główce.
— Sammy…
— Poczekaj — poprosił ściskając mnie na chwilę mocniej, co spowodowało, że powietrze z moich płuc uleciało, a następnie nieco rozluźnił uścisk, nadal mnie jednak nie wypuszczając. — Daj mi się nacieszyć.
Nie rozumiałam, o co mu chodzi i gdy miałam właśnie się spytać, on wypuścił mnie z ramion, a ja poczułam się dziwnie opuszczona bez jego szerokich ramion, które obejmowały mnie jak bezpieczny i ciepły kokon, chroniąc od całego zła świata.
Potrząsnęłam głową chcąc wyzbyć się moich dziwnych myśli.
— Unikasz mnie — wyznałam nagle w przypływie pewności siebie.
Pociągnęłam lekko nosem, a na ten gest Sammy wyjął z tylnej kieszeni paczkę chusteczek higienicznych w niebieskim opakowaniu i podał mi je. Kiwnęłam głową, dziękując mu i wyciągnęłam jedną sztukę wycierając pośpiesznie oczy i wysmarkując nos.
— Nie unikam — stwierdził i skrzywił się lekko, chowając resztę chusteczek do kieszeni. — Po prostu, jako grupowy swojego domku mam masę roboty i… no cóż również unikam Luny — wyznał.
Poczułam nagłą chęć złapania tej Brytyjki za jej szczupłą szyjkę i pozwolić swojej magii zająć się nią, nie wiedziałam skąd nagle miałam takie dziwne emocję, czyżbym dorastała?
Sammy spoglądał na mnie z zaniepokojeniem.
— Maggie… — zawahał się przez chwilę. — Ja… ty… nigdy… — lekko się zaczerwienił i odchrząknął. — Będę przy tobie trwać — wymamrotał cicho.
Zamrugałam oczami i uśmiechnęłam się szeroko.
— Będziesz moim wiernym przyjacielem! — Zawołałam. — Jak pies!
Syn Tanatosa skrzywił się na to porównanie i na moje słowa, ale jedynie kiwnął głową z dziwnie posępną miną, jakby zgadzając się na choćby takie rozwiązanie. Wyznam szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałam jego emocji, choć byłam naprawdę szczęśliwa, gdy nasza przyjaźń się zaczęła i nigdy bym jej nie przerwała, choćby nie wiem, co się działo, bo nie chciałam stracić Sammy’ego.
— Wiesz, że Ryan rozpowiada plotki? — Zawołałam z nagłym przypływie entuzjazmu. — Jill się wkurzyła, więc za nią pobiegłam! — Podeszłam bliżej do Sammy’ego i złapałam go za ramię, gdy próbował delikatnie wycofać się z pola mojego widzenia. — Też bym chciała, żeby chłopak był taki romantyczny! Odkąd ma kuchnie, to robi jej te ciastka… - paplałam tak jeszcze jakąś godzinę.

*          *          *
*Perspektywa Ryana*

Wgapiałem się jak głupi w chłopaka przede mną, oparłem się biodrem o szafkę i skrzyżowałem ramiona na piersi, spoglądając na ponurego syna Tanatosa, którego białe kosmyki były w całkowitym nieładzie, podobnie jak moja rudawa czupryna, przy czym ja zazwyczaj nosiłem na głowie czarną czapkę, a moje włosy sięgały mi już prawie do obojczyka, odgarnąłem z czoła swoją długą grzywę i uśmiechnąłem się w końcu do chłopaka.
— Czyli kochasz Maggie i nie wiesz, jak jej to powiedzieć?
Nie oczekiwałem od niego odpowiedzi, gdyż bardziej stwierdziłem niż spytałem, ale chłopak skrzywił się w naprawdę żałosny sposób i kiwnął mi potakująco głową. Byłem szczerze ubawiony jego postawą, ale w końcu musiałem się z nim zaprzyjaźnić, bo moja przyszła żona z pewnością będzie przyjaźnić się z Maggie, a co niesie za sobą spotkania z jej przyszłym mężem – Samaelem.
— Wspomniałeś jej o swoich uczuciach? — Spytałem nagle.
— Wspomniałem, że będę przy niej trwać — oznajmił napiętym głosem.
Podniosłem jedną brew i zaśmiałem się głośno.
— Jak pies? – Spytałem kręcąc głową z niedowierzaniem. — Bo to tak brzmi, koleś - znów pokręciłem głową. — Chęć stworzenia poważnego związku wiąże się z indywidualnym podejściem do każdej kobiety, więc podryw…
Przerwałem nagle, bo mój wzrok został zasłoniętym przez czarną mgłę, wir powili wciągał mnie, a ja czułem jak moje ciało staje się ciężkie jakby było wykonanie z ołowiu, a do tego nagły atak migreny, był jak zwykle oznaką zbliżającej się wizji, już po chwili barwy różnych kolorów zaatakowały mnie, na chwilę oślepiając, a po chwili widziałem już jak…

Thalia uśmiechnęła się do mnie smętnie, właściwie sam nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale jej czarne włosy i niebieskie oczy były dla mnie podpowiedzią, bo już raz je widziałem, w pewnej wizji wraz z Jillian, kiedy to ona minęła ją na ulicy koło swojego domu.
— Jest już za późno — stwierdziła nagle męskim głosem, a jej oczy stały się czarne.
Nagle spostrzegłem w jej dłoniach złotą szkatułkę ozdobioną przez przeróżne kamienie szlachetne, a ja poczułem w swojej dłoni coś ciepłego. Otworzyłem ją i spostrzegłem w niej złoty kluczyk z czarnym rzemykiem. Znów zerknąłem w stronę uśmiechniętej dziewczyny.
- To było tak samo łatwe jak zabranie dziecku lizaka – stwierdziła z samozadowoleniem.
— Zaraz skopie Ci tyłek! — Warknęła koło mnie Jillian, a uśmiech Thalia zniknął.
— Nie możesz nic zrobić, dopóki mam… — nagle zamilkła.
Sięgnęła dłonią do kieszeni, ale nie znalazłam tam tego, czego szukała, a jej nienawistne czarne oczy spoczęły na mnie z chęcią mordu. Doskonale zdałem sobie sprawę, że mam coś, co do niej należy i w tej chwili naprawdę się cieszyłem, że kiedyś bawiłem się w kieszonkowego złodziejaszka.
— Zabije was! Zabije was wszystkich! — Wydarła się z wściekłością Thalia.
Następnie jej ciało opadło na ziemię, a przed nami z szarego dymu zaczął kształtować się ludzki kształt, a raczej boski, bo czarne puste oczodoły wpatrywały się w nas z czystą nienawiścią…

Nagła jasność mnie oślepiła i gdy zacząłem mrugać powiekami, zdałem sobie sprawę, że znajduje się na powrót w swojej kuchni, a nie w najbliższej przyszłości. Spostrzegłem, że mój towarzysz nie poruszył się z miejsca, tylko przyglądał mi się z niesamowitym spokojem jak na niego przystało. Wyszczerzyłem się do niego radośnie.
— Wygląda na to, że w muszę chronić moją narwaną przyszłą żonę — stwierdziłem zagadkowo.
Nie miałem ani grama podejrzenia, co do tego, przez kogo wpakowaliśmy się w mojej wizji w takie kłopoty, dlatego również wyjąłem z kieszeni złoty kluczyk, który dzisiaj znalazłem w jednej z szuflad w swojej kuchni. Do tej pory sądziłem, że jest do klucz do jakiejś spiżarni, czy czegoś, ale teraz…
Teraz wiem, że czeka nas mała wojna.

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział VIII

Zacznę od informacji, że tym razem moje opowiadanie nie jest sprawdzone przez betę, a która na jakiś czas mnie opuściła T-T Dlatego też, przepraszam za nieuniknione błędy w opowiadaniu. Starałam się je jakoś wyłapać, ale wiecie jak jest...
Dzisiaj będzie rozdział, a jutro wstawię świąteczny dodatek >.< Przepraszam was, że tak długo na niego czekaliście, ale z powodu pewnej strony, którą znalazłam (z mangami) miałam nie lada problem się od niej oderwać. Na szczęście udało mi się i wyszłam z tego niemal bez większego uszczerbku na zdrowiu :3
Zanim przejdziemy do rozdziału, chce dodać taki Mikołajkowy dodatek (spóźniony, ale cóż), więc zaczniemy od krótkiej historii:





*Ryan – „jak umarł mój chomik*


To była zabawna historia, naprawdę!
O ile dobrze pamiętam miałem wtedy siedem lat i byłem światkiem wielu dziwnych rzeczy, bo ilekroć spotykałem jednego z bogów był on wkurzony, gdy dla zabawy nazywałem ich greckimi imionami, bo wtedy musieli się zmienić, gdyż ja, jako jedyny w obozie Jupiter byłem synem greckiego boga.
Nie mniej o ile dobrze pamiętam tamtego dnia miałem dwie wizję: Pierwsza – była oczywiście o mojej Jillian… (teraz coś zupełnie nie na temat, bo razem ze mną wyobraźcie sobie śliczny biały domek z białym płotkiem… chociaż to ja jestem bardziej romantyczny z naszej pary, to nawet ja nie mam na tyle rozwiniętej wyobraźni, aby widzieć moją kochaną Jillian w czymś takim nawet za cenę swojego życia), gdzie widziałem wtedy moment zabicia jej babki.
Ja wiem, kto ją zabił, bo zapewne jak dobrze wiedzie mitologiczne potwory (i inne takie) nigdy nie umierają a jedynie trafiają do Hadesu (czy gdzieś tam) potrzebują wtedy kilku lat (zależnie od swojej siły), aby na nowo wrócić do świata śmiertelników, ważne jest również, że zabity potwór może zmienić się w mgłę, czy w popiół albo w dziwną zieloną maź… serio, kiedyś przytrafiło mi się coś takiego! Jednak możliwe, że jako czternastolatek byłem na tyle pijany, że pomyliłem potwora z kiblem swojego kolegi, co prawda bycie oblepionym zielonymi rzygami i „stolcem” nie należy do przyjemnych…
Drugą wizją było: mój chomik umierający na zawał serce.
Oczywiście natychmiast polazłem przy nim czuwałem starając się używać jednej ze sowich mocy odziedziczonych po ojcu. Byłem na tyle naiwny, że sądziłem, iż mogę zapowiedzieć jego śmierci. Przez następny tydzień musiałem chronić go przed wieloma próbami zabicia.
Zawiodłem niestety, gdy spotkałem Wenus.
Naturalnie najpierw zobaczyłem kasztanowłosą dziewczynę o szarych oczach w dziwnej sukni, a chwilę później była w trakcie transformacji (ważna uwaga! Ponieważ bogini miłości zmienia się w ukochaną osobę – taką, która według ciebie jest piękna i za nic jej nie oszukasz! Jej transformację z rzymskiej w grecką można rozpoznać z powodu nagłej zmiany ubioru!), a ponieważ widząc ją miałem szczerą nadzieje, że tak właśnie moja Jillian będzie wyglądać, gdy dorośnie nie zauważyłem jak mój zawsze dzielny i skłonny do ryzykowania życia chomik wymknął mi się z dłoni.
Chwilę później ja i pół-Wenus pół-Afrodyta spoglądaliśmy na chomika, którego nadepnęła swoją szpilką od kozaków. Od razu wrzasnąłem i nie mniej cudacznie zachowała się bogini (jak się okazało panicznie bała się chomików, wiedzieliście?), zaczęła machać nogą, aby pozbyć się „gryzonia”, a ja naturalnie starałem sią ją powstrzymać, bo tylko pogarszała stan zdrowia mojego ukochanego zwierzątka.
Niestety w końcu udało jej się wyrzucić go w powietrze przybierając postać greckiej bogini i wyglądając na zaskoczoną, wyznała mi wtedy, że najwidoczniej w swojej pół-formie boi się chomików, bo tak zazwyczaj wcale tak nie jest.
Oczywiście jej nie wierzyłem i zbyłem to milczeniem, biegnąc, co sił w nogach w stronę mojego chomika (bogini Miłości powinna spróbować grania w piłkę nożną, bo na niezły wykop!). Na moje nieszczęście tego dnia niektórzy herosi strzelali z łuków i płonąca strzała trafiła w moje zwierzątko domowe.
Oczywiście mój chomik się podpalił – nadal wtedy żył – toteż jakimś cudem wpadł przez uchylone okno do damskiej toalety prosto do muszli toaletowej, gdzie jakaś dziewczyna miała poważne rozwolnienie. Oczywiście zdążyła spuścić wodę, ale gdy wpadłem do środka nie zwróciłem uwagi na jej opuszczone spodnie, ale zanim mogłem złapać strzałę, okazało się, że…
To, co wyszło z pewnej dziewczyny zatkało kibel i zaczęło zalewać łazienkę kanalizacją. Oczywiście mimo opuszczonych spodni dziewczyna zaczęła zwiewać. Wtedy udało mi się wyciągnąć – niestety już zdechłego – chomika. Na szczęście moja matka zajęła się jego wyglądem i jako tako wyglądał w miarę normalnie. Nazajutrz odbył się pogrzeb, a ja wyniosłem z tego wielką lekcję.
Oto cała zawiła historia związana ze śmiercią mojego chomika, a teraz zapraszam was na:




Rozdział VIII 
"(...)Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę?(...)"
 
*Perspektywa Maggie*

Musiałam przyznać, że nieco zazdrościłam mojej nowej przyjaciółce takiego chłopaka jak Ryan, który jest spełnieniem marzeń, oczywiście gdyby nie ten drobny fakt, że rudowłosy postanowił stworzyć album ze wspólnymi zdjęciami z nieprzytomną w tej chwili dziewczyną, byłby niemal idealny. Gdyby nie moja ingerencja pewnie Jillian zostałaby nieźle wykorzystana przez aparat Ryana, a trzeba przyznać, że miał on wiele cudacznych pomysłów.
Znów znaleźliśmy się w Wielkim Domu, ponieważ mieliśmy do niego bliżej niż do punktu medycznego, a który był niedaleko areny (gdyż dzięki temu jest znacznie niższy spadek poważnych urazów, jakie dodatkowo odnosili herosi, aby pokonać spory dystans do pomocy medycznej).
Byłam więcej niż zaskoczona, kiedy nagle Ryan pochwalił się swoim aparatem, który kilka minut wcześniej odkupił od (podobno) satyra. Pomijając to, że nie wiem skąd „jakiś” satyr wytrzasnął aparat cyfrowy i to, że Ryan nagle zdobył drachmy, to jest jeszcze kwestia „kiedy to zrobił”, gdyż cały czas miałam go na oku ze względu na to, że to on wniósł w ramionach Jillian, a już chwilę później chwalił się swoim aparatem.
— Teraz naprawdę mi jej szkoda — oświadczył Nico spoglądając wymownie na Ryana.
— To nie ja walnąłem ją w głowę kamieniem — oznajmił niezrażony rudzielec.
Ta krótka odpowiedź wystarczyła, aby syn Hadesa nachmurzył się jeszcze bardziej. Niestety znałam Jillian na tyle dobrze, że nie dziwiłam się, że tak zadziałała Nico na nerwy, co oczywiście było widoczne, gdy jego moce wymknęły się mu „lekko” spod kontroli i kawałki skał zaczęły lewitować nieco nad ziemią, a co dziwniejsze kilka z nich dziewczyna wyminęła z niezwykłą gracją, albo odbijały się od niewidzialnej tarczy – tak jakby coś ją chroniło.
Podejrzewałam, że jest ona córką Aresa bądź Ateny. Możliwe też, że jej rodzice byli ich dziećmi a ona jest mieszaniną genów dwójki bogów. Może jej matka była córka Ateny i spiknęła się z Aresem? Było to poniekąd dziwne, ale nie niemożliwe, prawda?
Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi, więc odwróciłam się podobnie jak dwójka herosów, aby zobaczyć znajomego blondwłosego chłopaka. Mimowolnie rozchyliłam wargi i wciągnęłam ze świstem powietrze, nawet nie przejęłam się już tym, że moje policzki są czerwone jak dojrzałe pomidory. Po prostu wgapiałam się w syna Apolla jak urzeczona.
— Cześć, Nico — powiedział, kiwając głową czarnowłosemu w geście pozdrowienia.
Syn Hadesa burknął coś pod nosem niezrozumiałego i wbił spojrzenie w swoje buty ignorując nowo przybyłego, a który podobnie zignorował mnie i przywitał się z Ryanem. Nie było to niemiłe z jego strony, bo w końcu kiedyś chciał mi pomoc w nauce łucznictwa, niestety wtedy trochę wybuchłam (dosłownie), a chłopak najwidoczniej nie chciał ponownie tracić włosów i brwi.
Gdy tak przyglądałam się jak witał się z rudowłosym, nagle dostałam olśnienia.
Szeroko otwartymi oczami zobaczyłam jak aury chłopców się lekko dotykają w rozpoznaniu, a to znaczyło, że mieli coś ze sobą wspólnego... Zazwyczaj dzieje się tak w przypadku,  gdy spotyka się rodzeństwo… Wychodziło, więc na to, że Ryan był synem Apolla.
Nie byłam tym zaskoczona. Nie powiedziałam tego głośno, bo niema prośba w oczach rudowłosego, która się pojawiła, gdy jego przyrodni brat otwierał usta, aby właśnie to oznajmić… Will zrozumiał go bez słów i jedynie kiwnął, w niemej zgodzie głową. To wystarczyło, aby potwierdzić moje przypuszczenie, jak również oznaczało to, że został już uznany.
Jak zwykle uśmiechnął się szeroko i dalej zaczął z uwielbieniem robić zdjęcia Jillian, a ja nie miałam już odwagi go powstrzymywać. Zastanawiało mnie, czemu wybrał właśnie ją. Kim tak właściwie on jest? Bo tak nagle pojawił się znikąd i z miejsca oznajmił, jakie ma intencję względem Jillian. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy nie jest jakimś psychicznym prześladowcą?
— Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę? — mruknął nagle syn Apolla. — Nic poważnego jej się nie stało i każdy z was może to uznać… — zamilkł nagle i zrobił wielkie oczy wlepiając wzrok w Nico. — Podejrzewam, że to nie ty ją tak stłukłeś?
— Wyrżnęła w pomnik Atlasa — oznajmił Ryan.
Nie miałam pojęcia, o co chodziło Willowi, dopóki nie odezwał się rudowłosy, ale ten to niby skąd wiedział? Syn Apolla zaczął ją uzdrawiać, a Ryan w ciszy go obserwował. Zauważyłam jak pociera on swoją lewą dłonią o prawe przedramię, jakby coś tak naprawdę go swędziło. Chciałam tam podejść i spytać się go o to, ale jedynie odwróciłam spojrzenie.
Wszyscy w pokoju mnie ignorowali i wcale nie było to dla mnie dziwne.
— Och, właśnie Magic — odezwał się syn Apollo zwracając na siebie moją uwagę. — Samael o ciebie pytał — dodał.
Szczerze zaskoczyły mnie jego słowa, bo jak dobrze pamiętałam to zazwyczaj ja szukałam syna Tanatosa, a on wydawał się wkurzony moją obecnością. Właściwie był on taki cichy i chłodny, że wielu herosów trzymało się od niego na dystans i to nie tylko z powodu jego pochodzenia, ale właściwie ze względu na jego zachowanie.
— Ryan? — Spytał syn Apolla.
Natychmiast skupiłam swoją uwagę na moim nowym przyjacielu, a który bezmyślnie zaczął wgapiać się w jakiś punkt. Może mi się wydawało, ale mogłabym przysiąc, że jego tęczówki przysłonięte zostały przez mgłę, po chwili jednak uśmiechnął się szeroko.
- Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na ślub Maggie. – Mrugnął do mnie okiem. – Wtedy przyjdę z moją żoną – oznajmił patrząc wymownie na nieprzytomną Jillian.
Po minie Nico wiedziałam, że uważa rudowłosego za wariata. Szczerze mówiąc pewnie znalazłby on wspólny język z Jillian. Natomiast sam syn Apolla wpatrywał się w Ryana jak w ósmy cud świata.
— Ty możesz…
— Tak — przerwał mu Ryan. — Jesteś Will Solace, prawda?
Syn Apolla przytaknął.
— Jesteś pewny tego, co czujesz?
Ryan zaczął autentycznie bawić się w jakieś dziwne gadki niczym bogowie, więc postanowiłam się ewakuować i mamrocąc coś niezrozumiale, szybko i w nagłej panice wypadłam z pomieszczenia, gdzie w ciągu dalszym dwóch herosów wgapiało się w Ryana z różnymi reakcjami.

*          *          *

Przygryzając dolną wargę ze zdenerwowania stałam przed domkiem Hekate. Uwielbiałam swój domek, ale mimo moich wszelkich starań nigdy nie udaje mi się być asertywną osobą.  Przyglądałam się delikatnie migoczącym cegłom i mimowolne uśmiechnęłam się na myśl, że są one zaczarowane i tylko my, dzieci Hekate, znamy większość z ich działań.
— Magic wróciłaś? — Spytał znajomy głos.
Odwróciłam się do tyłu, aby spojrzeć na znudzoną dziewczynę o dziwnej barwie włosów nazywany „truskawkowym blondem”, a co ciekawe zarzeka się ona, że to jej naturalny kolor. Jej tęczówki za to są w jasno-beżowym barwie i można było w nich zobaczyć kilka złotych i białych plamek. Jednak to, co ją wyróżniało wśród herosów to fakt, ze, jako dwunastolatka miała karnację w kolorze latte z mleczkiem.
— Cześć Amira, właśnie niedawno wróciłam — odpowiedziałam. — Jak twoje skrzela?
Dziewczyna westchnęła ze smutkiem, albo przynajmniej tak mi się zdawało.
— Nie udało się, po piętnastu minutach zawsze znikają — oznajmiła znudzonym głosem. — Słyszałam, że szwendałaś się z jakąś dziesięciolatką i „ciachem” jak nazwały tego rudego córki Afrodyty — dodała.
Zmieszałam się na te słowa i to ze względu, że Jillian naprawdę wygląda jak uczennica podstawówki. Nie miałam wątpliwości, że taka ocenia Złośnicy (jak nazywa ją Ryan) może naprawdę wyprowadzić ją z równowagi.
Z niepewności przygryzłam dolną wargę i poczułam, jak ciepło znów skrada mi się na policzki, a czego naprawdę nienawidziłam, a później słowa samoistnie zaczęły wypadać z moich ust, tworząc całkowity chaos.
— Satyrowie mieli rację odnośnie tego herosa, znaczy w końcu Jill okazała się dziewczyną, a co dziwniejsze antyspołeczną, bo ile znasz osób, które wyprowadzają z równowagi swoich dyrektorów? Osobiście spotkałam tą grubą panią i jak teraz o tym myślę, muszę znaleźć jakieś rozwiązanie, bo niemożliwe jest, aby ulubiony nauczyciel Jillian, co mi oczywiście wytknęła, bo ona zawsze mówi prosto z mostu, nawet, gdy Ryan to ten rudowłosy chłopak, a który nagle pojawił się u boku Jillian, prawdę mówiąc nie mam pojęcia jak przeżył tak długo poza obozem, wie o mitologii całkiem sporo i nawet wiedział, że jest dzieckiem boga! Na dodatek on jest całkowicie zakochany w Jill, co oczywiście jej…
— Dobra! — Przerwała mi Amira podnosząc dłoń do góry, choć jej mina nadal nic nie wyrażała. — Spytam kogoś innego.
Następnie odeszła nie oglądając się nawet za siebie, a ja znów poczułam zdradzieckie ciepły napływające mi do policzków. Spojrzałam na swój domek z dziwnymi mieszanymi uczuciami, bo po raz kolejny od momentu, gdy przywiązałam się do Ryana i Jillian poczułam lęk, że oni podobnie jak reszta herosów zaczną mnie ignorować.
Czasami chciałabym być kimś innym.
Spuściłam głowę pozwalając, aby moje czarne delikatne loki przysłoniły całą moją twarz, a beznadziejne uczucie całkowitej bezsilności szybko mną zawładnęło. Niestety, mimo że wydawało mi się, że w obozie odnajdę dom, że w końcu zostanę zaakceptowana przez rówieśników to jednak moja silna magia, jaką odziedziczyłam po matce jest nie tylko nieprawdopodobna, ale również przerażająca. W ten sposób większość dorosłych traktuje mnie jak tykającą bombę, czekając, kiedy wybuchnę.
Podniosłam głowę biorąc głębszy wdech. Nie mogłam uciekać (bo nawet gdybym chciała, nie miałam gdzie), więc starając się być dzielna, ruszyłam w stronę swojego domu, a gdy tylko uchyliłam drzwi zostałam odrzucona do tyłu w sam środek grających w piłkę nożną herosów, a właściwie wleciałam do jednej z bramek, a kilka osób wrzasnęło „Gol!”, bo właściwie wybryki dzieci Hekate były tutaj traktowane jak norma życia codziennego.
— To wina Lou!
 Ten głos należał oczywiście do kogoś z mojego rodzeństwa, ale w tej chwili miałam ochotę zapaść się pod ziemię, co z powodu mojego pochodzenia było naprawdę całkiem możliwe.

*          *          *

Naturalnie nie zagrzałam dłużej miejsca w swoim czterech ścianach, gdyż już po chwili, niemal przeszukałam cały obóz aby odnaleźć Chejrona, czy zawsze tak jest, że gdy kogoś się szuka, nigdy nie można go znaleźć? Na szczęście odnalazłam owego centaura na strzelnicy, gdzie właśnie tłumaczył kilku herosom, cytuje: „Nie możecie być najlepsi we wszystkim” – te słowa najbardziej kierował do dzieci Aresa.
Mój wzrok natrafił jednak na znanego mi chłopaka, był on oparty o jedną z drewnianych ścian, gdzie zazwyczaj wisiały łuki i strzały. Jego białe włosy miały już czarne odrosty. Wiele osób uważa, że zrobił z siebie tlenionego blondyna, choć zarzekał się, że to jego naturalny kolor.
Prawdą odnośnie jego włosów było, że w dzień są one białe jak u ducha, w nocy zaś czarne jak u śmierci - miało to związek z jego pochodzeniem. Niektórzy nawet mieli dziwne pomysły odnośnie jego włosów, co było naprawdę zabawne i może dlatego nie wyprowadzał ich z błędu. Najbardziej uwielbiałam jego tęczówki w przepięknym miodowym odcieniu, wiele osób nawet nazywało go „Wampirem ze Zmierzchu”, a za co naprawdę się wkurzał.
On chyba, jako jeden z niewielu herosów nie jest podobny z charakteru do swojego ojca, uśmiechnęła się na te myśl, bo w końcu każdy w obozie go unikał, a większość czasu spędzał na arenach i strzelnicach, zawsze można było go spotkać walczącego z zimną determinacją w oczach.
Ja jednak jak zwykle uśmiechnęłam się do niego, zapominając, jaki był mój cel i natychmiast do niego podbiegłam, co miałam w zwyczaju, a następnie mocno się do niego przytuliłam, choć miał on chłodną miną, odwzajemnił napływ mojej czułości. Był właściwie jednym z nielicznych herosów płci męskiej, których się nie bałam i z pewnością miało to wiele wspólnego z moją przeszłością.
— Cześć Sammy, szukałeś mnie? — Spytałam podekscytowana. — Mówiłam Ci przecież, że mam misję, którą z powodzeniem wykonałam — oznajmiłam z szerokim uśmiechem.
Od pewnego czasu już nie warczał na mnie, gdy nazywałam go tym zdrobnieniem, a z pewnością po tym, jak przez niego beczałam stara się być mniej opryskliwy w stosunku do mnie. Niestety byłam strasznym mięczakiem i nic nie mogłam z tym zrobić. Dlatego też zaczęłam z radością opowiadać mu to samo, co Amirze, zanudzając go historią, która nie miała składu i ładu.
— Poczekaj — przerwał mi zatykając swoją wielką i szorstką dłonią moje usta, bruzda, jaka pojawiła się między jego brwiami była naprawdę zabawna. — Kim jest Ryan?
Zamrugałam, zdezorientowana jego pytaniem, bo przecież mu to wyjaśniłam, a gdy jego dłoń zniknęła z mojej twarzy uśmiechnęłam się szeroko i wyjaśniłam:
— To mój przyjaciel!
Mój entuzjazm niestety mu się nie udzielił, bo nagle jego szczęka się zacisnęła, a on spiorunował mnie wzrokiem jakbym właśnie powiedziała, że jego ukochana Ledy Bestia (mam na myśli Dodge Tomahawk – czarny i paskudny motor! Bo może i jest najszybszy, ale brzydki, a Sammy ma na jego punkcie jakąś obsesję!) jest tak samo szybki jak trzyletnie dziecko na rowerku.
— Przyjaciel? — Mruknął cicho i w ponurym tonie.
Postanowiłam nie zrażać się jego humorem, choć zrobiło mi się nieco przykro z tego powodu, a nawet poczułam się niezręcznie. Rozejrzałam się po strzelnicy, zastanawiając się, czy nie przydałoby się mi poprawić swoich rzutów sztyletami, bo dawno tego nie robiłam, a to była jedyna rzecz, w której byłam w miarę całkiem dobra.
— Jest jeszcze Jillian — dodałam.
Ta dziwna, napięta atmosfera pomiędzy nami zaczęła mi się udzielać. Spuściłam głowę, czując strach przed tym, że w jakiś sposób zraniłam swojego przyjaciela. Czy powiedziałam coś nie tak?
Serce biło mi szybciej z powodu strachu i niepewności, a oczy zaczęły szczypać nową porcją łez.
— A gdzie teraz ten twój przyjaciel?
W jego głosie dało wyczuć się wrogość, nie rozumiałam tego, a gdy podniosłam wzrok dostrzegłam prawdziwą złość malującą się na jego twarzy i bez powodu łzy zaczęły lecieć mi po policzki. Lekko się zmieszał tym widokiem, a w moim gardło powstała gula. Bałam się tego, że nasza przyjaźń może się skończyć, a on był jedynym tak bliskim mojego serca przyjacielem, wiedziałam, że gdybym go straciła jakaś część mnie na zawsze by umarła.
Właśnie z powodu tych ponurych myśli rozbeczałam się na dobre i Sammy chcąc nie chcąc zgarnął mnie w ramiona mamrocząc jakieś słowa pocieszenia i przepraszając mnie za swoje zachowanie, obiecując przy tym, że nigdy mnie nie opuści, ale abym już tylko nie niszczyła mu jego ulubionej bluzki. Jego słowa mnie naprawdę pocieszyły, a gdy się od niego odsunęłam spostrzegłam zaciekawione spojrzenia kilku nowych herosów.
— Czy chodzi o Ryan?  — Spytałam zmartwiona i pociągając lekko nosem. — Niestety on teraz jest przy Jillian, naprawdę oszalał na jej punkcie — dodałam.
Sammy wbił we mnie niedowierzające spojrzenie i roześmiał się w głos, byłam zaskoczona huśtawką jego emocji, ale bezmyślnie przytuliłam się do niego ponownie.
— W końcu Słodka Czarodziejka nie przyjaźniłaby się z chłopakiem ze statusem singla — zakpił.
Zaśmiałam się lekko z jego słów, a moje oczy mimowolnie znów zaczęły szczypać, wtedy również przypomniałam sobie, że przyszłam tutaj w poszukiwaniu Chejrona, bo jako grupowa swojego domku musiałam mu powiedzieć, czemu potrzebujemy nowej szafy i drzwi wejściowych do domku.
— Szukasz Chejrona? — Spytał odgadując moje myśli.
Kiwnęłam głowę bez słowa. Mój przyjaciel uśmiechnął się lekko, a ja rozpłynęłam się z radości, bo naprawdę rzadko można coś takiego zobaczyć u „Żniwiarza” jak zazwyczaj jest nazywany, jakby nie patrzeć jest jedynym tak ponurym synem Tanatosa, przy czym jest najstarszym i właśnie przez to stał się grupowym – ten tytuł w końcu niesie ze sobą sporo odpowiedzialności.
— Cieszę się, ze misja się udała i jesteś cała i zdrowa Czarodziejko — wyznał z uśmiechem.
Roześmiałam się głośno, gdy poczochrał moje włosy. Po chwili śmiech przeszedł w cichy chichot. Byłam naprawdę szczęśliwa, że potrafię tak rozluźnić tego sztywniaka. Był słodki, co prawda jedynie dla mnie, a co wydawało się niektórym herosom dziwne i podejrzane, ale my od dość dawna byliśmy tak zżyci, w końcu razem trafiliśmy do obozu.
— Trenujesz? — Spytałam zmieniając temat.
Wskazałam głową na strzelnice, ale on jedynie kiwnął głową przyswajając znów maskę obojętności. Szybko zdjął ze ściany jeden z łuków i zabrał skórzany kołczan wypełniony strzałami. Od razu przewiesił sobie go przez pierś i kiwnął mi na pożegnanie.
To był jeden z niebezpiecznych tematów, bo jako syn Tanatosa nie mógł używać swoich naturalnych mocy, poniekąd słyszałam pogłoskę, że jako jego syn mógł zmusić dusze do pozostania w ciele, jak również plotkę, że nie ważne jak bardzo jest ranny nie umrze dopóki sam tego nie zechce, a co jest naprawdę przerażające, bo na dodatek właśnie przez to sam jego dotyk może zabić.
Podobno dłoń śmierci jest zimna.
Natomiast Sammy – Samael Dethbone – ma zimne dłonie z natury.
Tak byłam zamyślona o swoim przyjacielu, że nawet nie przemyślałam pomysłu z użyciem magii, aby pomóc mu z treningiem. Niestety przez moja magię, strzały nagle dostały własnego rozumu jak również skrzydeł i zaczęły atakować herosów.
Sammy obejrzał się na mnie i westchnął, jakby to, co się wydarzyło było czymś oczywistym skoro jestem w zasięgu jego wzroku. Właściwie to, mimo że mamrotałam przeprosiny, byłam pod nie lada wrażeniem, gdy mój przyjaciel używając innych strzał (tych, które złapał i swoją mocą je uśmiercił – co było trochę okrutne) a następnie zaczął strzelać do tych, które atakowały herosów, a ku mojemu zdumieniu trafiał w nie bezbłędnie łamiąc je na pół.
— Czarodziejko, lepiej idź do Chejrona — oznajmił, gdy skończył.
Wszyscy nowi herosi wpatrywali się w niego jak w prawdziwego boga, a we mnie jak w diabła wcielonego. Zarumieniłam się zawstydzona, bo chciałam tylko mu pomóc, a wszystko jak zwykle poszło na opak, czy ja do końca życia będę taką pechową dziewczyną?

*          *          *

Bogini Fatum mnie nie lubi.
To jedyne wyjaśnienie tego, czemu nagle arena straciła grawitację, a Chejron po prostu wpatruje się we mnie zawiedzionym wzrokiem. Szczerze mówiąc, to wszyscy powinni się cieszyć! Dzięki mnie mogą nauczyć się tego jak walczyć w powietrzu, ale chyba nikt nie był jakoś uszczęśliwiony tym, że musi być łapany na lasso i ciągnięty na dół, by nie trafić do kosmosu.
— Maggie… czemu odeszłaś od swoich nowych przyjaciół? — Spytał mnie Centaur.
Najpewniej dostrzegł, ze przy tamtej dwójce jestem nieco spokojniejsza. Nawet nie wiedział, jak bardzo się myli. Jednak nie mogłam jakoś niszczyć tej nadziei w jego oczach na myśl, że w końcu ja i moje rodzeństwo przestaniemy niszczyć ten obóz.
— Will powiedział, że Sammy mnie szuka, ale uznałam, że wpadnę do swojego domku, tęskniłam za swoim rodzeństwem, wtedy Lou znów użył jakiegoś dziwnego zaklęcia, które znalazł w Internecie, więc chciałam skonfiskować mu jego „księgę czarów”, która zaczął podobno pisać, ale z jakiegoś powodu ma ją teraz córka Afrodyty i odmówiła oddania, bo ona się kocha w Lou, co jest naprawdę dziwne, a gdy chciałam prosić cię Chejronie o pomoc wpadłam na Sammy’ego i tak jakoś wyszło, że… 
Mój monolog trwał jeszcze chwilę, a ja i centaur rozmawialiśmy ignorując (z powodu wielu podobnych sytuacji) chaos, jaki dzieje się koło nas i ma związany ze mną. Naturalnie kilka herosów rzuciło jakieś złośliwe uwagi w moją i mojego rodzeństwa stronę, a z tego powodu nieco zakuło mnie serce, bo naprawdę chciałam się wśród nich wpasować. Tylko że mało kto chce się zadawać z córką Hekate, która odziedziczyła po swojej matce naprawdę sporą moc i niekiedy jej nie kontroluje.
Szczerze mówiąc, to magia rzadko kiedy mnie słuchała.
— Porozmawiam z Panem D., a ty idź po kogoś ze swojego rodzeństwa, bo ktoś musi odczarować arenę — zarządził Chejron, po wysłuchaniu mnie.
Kiwnęłam głową i popędziłam w stronę domu Hekate, gdy zastanawiało mnie jak radzi sobie Jill i Ryan, więc postanowiłam wejść (nie) po drodze i zerknąć, co się dzieje. Gdy tylko znalazłam się dość blisko od razu usłyszałam głos swoich przyjaciół:
— …Odkupiłem za pięćdziesiąt drachen od pewnego satyra — wyjaśnił na jakieś pytanie Ryan. Stwierdziłem, że najlepiej od razu zacząć prowadzić album ze zdjęciami, które uwiecznią każdą chwilę, jaką spędziłem z moją dziewczyną!
Od razu przypomniał mi się aparat, jakim obsługiwał się rudowłosy, robiąc zdjęcia Jill, usłyszałam chichot Willa, gdy nagle odezwała się warcząc jak wściekła Jill:
— Mówiłam ci, ze nie jestem twoją dziewczyną!
— Moją przyszłą dziewczyną poprawił się niezrażony Ryan.
— Chyba w twoich snach!
— A żebyś wiedziała, ze tam dzieje się, a dzieje…
— To wariaci usłyszałam ciche stwierdzenie Nico.
— Z jakiej ty planety żeś się urwał! Znów Jill.
— Tej, która krąży wokół ciebie — odparował Ryan.
Pokręciłam głową szczerze rozbawiona tą awanturą.
— Zamknij się Rudzielcu!
— Kocham cię Złośnico!
— Nie nazywaj mnie tak!
— Nie zmieni to uczucia, jakim cię darzę…
Ich sprzeczka trwała jeszcze chwilę, ale ja miałam już dosyć i byłam święcie przekonana, że jakoś sobie poradzą. Dlatego czym prędzej ruszyłam w stronę swojego domku, trzeba jak najszybciej ratować herosów, którzy mogą zostać wysłani w kosmos.