KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy Jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy Jackson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2015

Rozdział XIII

(...)Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja(...)



Ognisko, przy którym teraz siadali herosi, było już daleko za nim, a dym wnoszący się ku niebu wskazywał, jak daleko od niego jest. Jednakże jego całkowitą uwagę przykuła dawna „znajoma”. Czarnowłosa kobieta o jasnych krwisto-czerwonych pasemkach nie wydała się nawet go zauważać, ale wiedział doskonale, że to są tylko pozoru. Miała na sobie czarny płaszcz, choć nie zarzuciła na głowę kaptura, pozwalając, aby jej czarne kosmyki, co jakiś czas unosiły się na nikłym wietrze. Wydała się całkowicie skupiona na swoim zdaniu, a jej wargi ułożyły się w nieprzyjazny grymas niezadowolenia.
Zadanie, które wykonywała naprawdę się jej nie podobało, co on z łatwością mógł wywnioskować, po jej nerwowych ruchach, czy cichych przekleństwach, którymi obrzucała całą przyrodę, braci i zmuszenie do bycia dyskretnym, a co jak łatwo było zaobserwować niezbyt dobrze jej wychodziło.
Przecierając się przez gęsty las, czekał aż znajdą się na tyle daleko, aby żaden z obozowiczów nie zauważył, co się dzieje. Nie mógł ryzykować, iż któryś z nich wtrąci się do ich rozmowy, a ona jakby nie patrzeć miała nad nim niewielką przewagę w postaci żywej tarczy.
Rudowłosa dziewczyna zwisała bezwładnie z jej ramienia, wydało się nawet, że już zrezygnowała z jakiejkolwiek szansy na ratunek. Dostrzegał w świetle księżyca niewielki blask na jej policzkach, a z resztą, kto w takiej sytuacji nie byłby przerażony?
Szedł spokojnie między gałęziami, a korzeniami drzew. W taki sposób, aby wydać, jak najmniej dźwięku. Starał się również nie iść pod wiatr, choć z jakiegoś powodu miał całkowitą pewność, że kobieta idąca swawolnym krokiem, kilka metrów przed nim, jest całkowicie świadoma jego obecności.
W końcu się zatrzymała, co wprawiło go w niepokój, gdyż doskonale wiedział, że nie są jeszcze nawet przy granicy obozu, a aby zniknąć stąd niedostrzeżenie tak, aby pan D. się nie zorientował, że ma w obozie szpiegów, tak powinna postąpić. Sam z resztą podejrzewał, że Dionizos doskonale zdaje sobie sprawę, że ma nieproszonych gości. Bo przypuszczał, że stosuje się on do znanego cytatu z pewnego filmu, a mianowicie:
„Trzymaj swoich przyjaciół, blisko, ale swoich wrogów jeszcze bliżej”
— Długo będziesz się bawił ze mną w tą grę, synu Hadesa?
Miał wielką ochotę się warknąć ze złości, a najbardziej uciec, bo nuta uwodzicielska w głosie tej bogini wydała mu się całkowicie nie na miejscu. Nie wiedział, skąd dokładnie wziął się jego nagły lęk, był on raczej absurdalny, ale nie zamierzał okazać strachu.
Powoli wyszedł zza drzewa, nie przejmując się tym razem, że nadepnie na jakąś gałąź, starą szyszkę, czy inną leśną roślinkę, która zdradzi jego pozycję. Powoli sunął się do przodu, pozwalając, aby blask księżyca oświetlił całą jego postać, a jednocześnie będąc blisko cienia, który w razie potrzeby może zamaskować jego poczynania.
Swoją dłoń jeszcze bardziej zacisnął na rękojeści swojego miecza. Dziękował sobie w duchu, że nigdy się z nim nie rozstaje. Z resztą, jak większość herosów i on zawsze był przygotowany na walkę z potworami, które wyskoczą w najmniej odpowiednim momencie.
— Apate, oddaj Wyrocznie — rozkazał cicho.
Nic nie zdradzało jego wewnętrznego niepokoju, gdyż do tej pory nie wiedział, czego ci bogowie szukają, a starał się dowiedzieć wielokrotnie. Bo chociaż miał już kilka domysłów i szlaków, wszystkie okazały się błędne. Wiedział natomiast, że Apate go oszukiwała i zwodziła, niby była po jego stronie, ale tak naprawdę nadal pomagała swoim kompanom.
— A co mi zrobisz, jeżeli tego, nie zrobię? – spytała i prowokacyjnie odpięła kilka guzików swoje płaszczu. — Mam się bać, Nico?
Nico zmrużył swoje ciemne oczy, a następnie podniósł do góry swój miecz, który do tej pory bezwiednie ściskał w dłoni, jak ostatnią deskę ratunku. Stygijskie żelazo zalśniło lekko w blasku księżyca, a po chwili koło chłopaka z ziemi wyszło dwóch kościotrupich wojowników.
Bogini, Rachel i on w milczeniu przyglądali się wydobywającym się kością z ziemi, które uformowały się w postać dwóch zmarłych wojowników. Byli wyjątkowo młodzi, gdyż jeden z nich miał w czaszce jeszcze oko, zaś drugi (co było widoczne) miał poszarpane jeansy, a które zapewne zaczęły się już powoli rozkładać. Ich klatki piersiowe zaś były otoczone skórą, choć wojownik w jeansach miał po lewej stronie wielką dziurę. Wyglądało na to, że ktoś wypruł mu serce z piersi. Obydwoje jednak mieli ostre miecze i tarcze, a pierwszy z nich nawet miał kompletną zbroje, zaś o drugim nie można było tego samego powiedzieć.
Gdy pierwszy był łysy i miał mnóstwo robaków, które go obłaziły, drugi zaś miał kilka białych kosmyków włosów, a reszta jego głowy była całkowicie łysa. Jego zielonkawa skóra lśniła w świetle księżyca, a ich wygląd wydawał się jeszcze bardziej złowieszczy. Nico przez moment przypomniał sobie chwilę, gdy pierwszy raz wezwał wojowników, a dokładniej w chwili swojego gniewie i żalu do Percy’ego, gdy ten powiedział mu o śmierci jego siostry.
Ich kościste dłonie, zacisnęły się na rękojeści miecza, a długie, kościste palce trzymały je wyjątkowo stabilnie. Mimo lichego stanu, jakim znajdowali się ci wojownicy, trzeba było przyznać, że byli zdumiewająco silni i wytrzymali, a o czym już wcześniej przekonał się Nico.
Apate cmoknęła językiem z dezaprobatą, a następnie puściła Rachel, która z jękiem upadła na ziemię. Powstrzymał cisnący się na jego usta pół uśmiech, bo właśnie na tę okazję czekał. On zajmie się boginią, a pani O'Leary, przetransportuje Rachel do Percy’ego.
Miał zaufanie do Percy’ego i to nie tylko, dlatego, że był jego pierwszą miłością. Wiedział po prostu, że synowi Posejdona można powierzyć ważne sprawy.
W tym czasie bogini zdrady ruszyła w jego stronę, a w jej dłoni pojawił się miecz. Nie był on jednak z niebiańskiego spiżu, czy stygijskiego żelaza, a jedynie ze zwykłego ludzkiego żelaza. Mimo, że nie był dzieckiem Hefajstosa mógł dostrzec tę niewielką różnicę.
— Zginiesz — zawyrokowała bogini.
Gdy tylko bogini ruszyła na jego wojowników, z cienia za jej plecami uformowała się postać ogara piekielnego, a jego głośny szczek sparaliżował na chwilę boginię. Obydwoje spojrzeli, jak wytrenowany ogar macha radośnie ogonem i swoim jęzorem liże twarzy Rachel, kilka kropel jego śliny skapnęło na rudowłosa dziewczynę, a która pisnęła w cichym proteście. Uszy psa od razu się podniosły i przyjrzał się dziewczynie z zaciekawieniem.
— Do Percy’ego! — rozkazał Nico.
Apate drgnęła i właśnie odwróciła się plecami do niego, aby zaatakować ogara, ale ten już złapał w swoją wielką szczękę bluzkę Rachel i pognał w stronę cienia. Podróżowanie cieniem nie dla każdego było przyjemne. Nico wiedział, że syn Posejdona będzie miał bliższe spotkanie z obiadem Rachel, ale tym razem, jakoś nie poprawiło mu to humoru, bo wściekły wrzask bogini z całą pewnością było słychać w całym obozie.
Ku jego zdumieniu, jego wojownikom nagle znieruchomieli i odwrócili się w jego stronę, a ich puste oczodoły zaczęły ziać dziwną czernią. Zaś oko drugiego z nich stało się całkowicie czarne. Natychmiast skierowali się w jego stronę, podnosząc miecz i chcąc zakończyć jego życie. Zaskoczony, zaczął blokować ataki i właśnie przez ten swój niewybaczalny błąd, pozwolenie sobie na odwrócenie uwagi, musiał przypłacić mieczem Apate, który przebił jego brzuch.
— Giń — syknęła bogini i rozmyła się w powietrzu, znikając.
Wraz z nią jej miecz, a wojownicy rozpadli się na kawałki, pozwalając, aby ziemia na powrót ich zagrzebała w ich grobach.
Chłopak jęknął cicho i upadł na kolana, trawa od razu zaczęła barwić jego spodnie na zielona, a co z całą pewnością się nie domyje. Jednak on nigdy nie zwracał na to szczególnej uwagi, a teraz objął dłońmi swój brzuch, czując tam paraliżujące zimno. Właściwie nie czuł bólu, co go naprawdę zaniepokoiło, a jego czarna bluzka świetnie ukrywała krwawienie i gdyby nie dłonie, które na niej położył, mógłby nawet pomyśleć, że rana to wymysł jego wyobraźni.
— Nico? — Usłyszał czyjś głos.
Jednak świat wokół chłopaka zaczął wirować, co zapewne było spowodowane szybka utratą, licznej krwi, a następnie odsunął się na ziemię tracąc całkowity kontakt ze światem. Być może były to psoty jego wyobraźni, ale przez moment wydawało mu się, że widzi swoją siostrę.
Biankę.
Już niedługo znów będą razem.

*          ~          *          ~          *
"Własną drogę wybierz,
by przeznaczenie swe ziścić.
Klucz do zagadki masz,
a ją poznasz na zachodzie,
tam gdzie słońce żegna się z dniem.
Zagłada bogów będzie wnet.
Tylko pamiętaj,
Ciemność w świetle jest kluczem,
Zło w dobroci jest mapą,
Zaś pochodnia twą pomocą.
Lecz uważaj dzielny wojowniku,
Za cenę miłości,
Śmiercią przyjdzie zapłacić.”
Chejron zamyślony spoglądał na migoczący w tęczy obraz, jednego ze swoich ulubionych herosów, którego morskie oczy pociemniały o kilka oktaw, wyglądając niczym zburzone morze podczas sztormu. Jego czarne roztrzepane włosy wpadały mu na oczy, ale chłopak nie wydawał się tym przejmować.
Zaś sam Centaur westchnął z zamyśleniem, i znów się zadumał.
Tępym wzrokiem wpatrywał się on w migoczącą tęcze, w której widniał równie zamyślony syn Posejdona. Mimo, że miał on ochotę przejrzeć się Perseuszowi Jacksonowi, który staje się coraz szybciej dorosłym mężczyzną, to jednak w tej chwili nie miał na to czasu, były ważniejsze, nieznoszące zwłoki sprawy.
Obraz w Iryfonie – bo tak nazywał się „telefon” (jak czasem porównywali go młodzi herosi) stworzony dzięki Irys, która udostępniła swoją tęcze (za niewielką opłatą) do komunikowania się z innymi – zamigotał i po chwili pojawiło się ostrzeżenie, że rozmowa zostanie przerwana.
Chejron wyjął ze swojej skórzanej kamizelki niewielką srebrną monetę – hemidrachma – która była wyjątkowo ciepła, a następnie podrzucając ją do góry za pomocą kciuka, wpadła ona w tęcze, a po chwili rozpłynęła się w niej, podobnie jak łacińskie napisy z ostrzeżeniem.
— Wyrocznie mówiła coś jeszcze? Żądała, czyjejś obcości? — spytał Chejron.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jillian*

Być może zachowywałam się głupio.
W tej chwili byłam więcej niż pewna, że postradałam zmysły. Jaka normalna dziewczyna wchodzi do pokoju swojego prześladowcy? Gdybym miała być szczera sama przed sobą (mimo wielu swoich wad, staram się taka być), to musiałabym przyznać, że mój prześladowca coraz poważniej mnie intryguje. Z niechęci przeszłam do przyjaźni i szczeremu zaintrygowaniu.
Zwalałam całą tą sprawę na moją matkę, gdyż to przez nią jestem w połowie harpią (może jedynie w jednej trzeciej?), a to natomiast sprawiało, że moja ciekawość może okazać się zabójcza. Mimo takich argumentów nic nie było w stanie powstrzymać mnie od wetknięcia nosa w nie swoje sprawy, a niestety ta cecha mojego charakteru zaczynała się wyostrzać.
Właściwie wcale nie byłam zaskoczona widokiem całej ściany oblepionej swoimi rysunkami i zdjęciami. Choć w pokoju znajdowały się dwa łóżka, bezbłędnie mogłam od zgadnąć, które należało do mojego… prześladowcy.
Przypatrywałam się białym kartką, na których Ryan z niezwykłą precyzją i dokładnością ukazał moją twarz w różnych momentach. Zastanawiałam się, czego używa do szkicowania, więc natychmiast spojrzałam na biurko wykonana zapewne z sosny.
Pokój był utrzymany w złoto-żółtych barwach, więc zwykli śmiertelnicy pewnie by oślepli, wrzeszczeli i w akcie paniki uderzyli się głową w ścianę podczas ucieczki, i tym samym stracili przytomność, bo choć sama miałam ochotę wykonać te wszystkie czynności, to moja ciekawość (zabójcza ciekawość) była zbyt wielka, aby nie zacząć grzebać w biurku Rudzielca.
Gdy znalazłam zestaw profesjonalnych ołówkom do szkicowania i węgiel, szybko je odstawiłam na miejsce i z jękiem usiadłam na krześle wzdychając ciężko. Nigdy do tej pory nie czułam się tak bardzo zmieszana, tak bardzo niepewna.
Zaczęłam w końcu przeklinać swoje hormony i fakt, że dorastałam.
W takim ponurym nastroju znalazł mnie współlokator Ryana, a który okazał się być Will.
Obydwoje spojrzeliśmy na siebie i podczas gdy ja zrobiłam naburmuszoną minę, chłopak uśmiechnął się radośnie, a następnie wypadł z pokoju, a ja tuż za nim.
Powód był prosty.
On chciał poinformować o tym Rudzielca.
Natomiast ja, chciałam wcześniej wyciąć mu język, połamać palce i przede wszystkim zabić, a później osobiście zaprowadzić jego ducha do Hadesu, a żeby mieć pewność, że nie poinformuje o tym Ryana.

*          *          *

Stojąc przed drzwiami o znaczku „Aquilo” zastanawiałam się, co też może pojawić się za drzwiami „Południe”, bo kiedy przekroczyłam próg drzwi „Auster” (czyli z łac. „Północ”) miałam bliskie spotkanie z Henrykiem, a który popatrzył na drzwi z nieprzychylnym okiem. Jakoś nie miałam ochoty otwierać ich i natknąć się na głodnego tygrysa. Ta perspektywa była dla mnie raczej oczywista, bo gdy Leo Valdez wyjaśnił mi, że mój ojciec jest szalony, nie dziwiło mnie, więc, że dostałam Pingwina, jako domowe zwierzątko.
— Otwierasz, czy nie? — spytał Leo.
Sama nie wiem, czemu ten czarnowłosy syn Hefajstosa się tutaj znalazł, ale jakoś świetnie się dogadywaliśmy. Może zabrzmi to sentymentalnie, ale z jakiegoś powodu przypominał mi o moim jedynym przyjacielu, ponieważ ostatni czasy, był traktowany, jakby oszalał. Nie do końca pojmowałam, czemu tak jest.
— Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja — zauważyłam kpiąco.
Spojrzał na mnie, a na jego chochlikowej twarzy pojawił się zawadzki uśmiech.
— Ciekawi mnie, co też wymyślił ten twój zwariowany tatusiek — mówiąc to, w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. — No i obiecałaś mi lwa – oznajmił.
Z niedowierzania otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam, przymykając na chwilę oczy i błagając bogów o cierpliwość, bo w przeciwnym razie z pewnością śmiałabym się do łez. Pokręciłam głową i panując, jako tako nad sobą uchyliłam drzwi.
Były wykonane z jasnego drewniane i pomalowane na czarno zaskrzypiały, gdy je otworzyłam, a ciepły front powietrzy owiał moją twarz i ramiona. Nie zerkając na swojego towarzysza, przyglądałam się widokowi za drzwiami.
Nie było to dla mnie zaskoczeniem, gdy nagle znalazłam się w środku Brazylijskiej dżungli.
Bezbłędnie orientowałam się w terenie, bo gdy tylko zawieje lekki wiatr w moim mózgu tworzy się kompas i mapa, a następnie z niezwykłą dokładnością mogę ustalić gdzie się znajduje.
— No i po moim lwie — zauważył niby z oburzeniem Leo, choć jego oczy śmiały się, a jego usta ułożyły się w szeroki uśmiech. — Pamiętaj, że żądam takiego na urodziny — oznajmiając to zaczął grozić mi palcem.
Z całą pewnością obydwoje przebywalibyśmy tutaj znacznie dłużej i podziwiali piękne, bujne, zielone korony liści, śpiew ptaków i ich loty na bezchmurnym niebie, gdyby nie to, że nagle ktoś załomotał do drzwi, a przerażony Henryk zaczął biegać bez sensu w kółko wokół mnie i podszczypując mnie swoim małym dziobem, zapewne żądał jedzenia.
— Żarłok — warknęłam na małego pingwina.
Zamknęłam drzwi, a Leo puszczając mi oczku ruszył w stronę tylnego wejścia. Nie pojmowałam, czemu się tak dziwnie zachowuje, ale z jakiegoś powodu rozumiałam, że miałby z całą pewnością później konflikt z Rudzielcem, a który (jak się okazało) jest świetnym szermierzem, uwierzyłby, kto?
Z ponurą miną ruszyłam w stronę głównego i wąskiego holu w swoim domku, na ścianach wisiały podobizny greckich bogów wiatrów, a złote litery pod obrazkami były napisane ich imionami. Bo choć nigdy nie uczyłam się greki z łatwością ją rozumiałam.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na całą szerokość, byłam pewna, że moja twarz wygląda, jak chmura gradowa, ale właśnie moi goście popsuli mi myszkowanie po moich magicznych drzwiach. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Maggie ma przerażoną minę i przyciska do siebie fioletową torbę, a następnie wepchnęła się do środka, podczas, gdy Ryan z luzem i szerokim uśmiechem wszedł do środka niczym król na włościach.
Naprawdę był on irytujący!
— Zbieraj się Jill, ruszamy na misję! — krzyknął mi do ucha Rudzielec, a ja podskoczyłam.
Przeklinając siebie i jego, przeniosłam ponure spojrzenie na Maggie.
— Ryan! — Zbeształa go. — Nie krzycz tak, w końcu to nieoficjalna misja — poprawiła go.
Spojrzałam na swoich przyjaciół z niedowierzaniem, a następnie uśmiechnęłam się szeroko.
Och! Miałam na nich naprawdę zły, niszczycielski i cudowny dla mnie wpływ!
Już nie mogłam doczekać się momentu, w którym złamiemy kilka paragrafów z regulaminu obozu.

*          ~          *          ~          *

Potrząsając swoją blond czupryną, Will westchnął głęboko i przyjrzał się śpiącemu, synowi Hadesa. Jego twarz w śnie się rozluźniała i wyglądał niezwykle słodko. Syn Apolla miał wielką ochotę dotknąć tej delikatnej, bladej skóry na policzkach śpiącego chłopaka.
Zarumienił się odrobinę z powodu swoich myśli, a jednocześnie ucieszył się, że widząc Nica zmierzającego do lasu, postanowił w tej chwili szczerze z nim porozmawiać. Nie chciał nawet myśleć, co by się wydarzyło, gdyby nie był kilka kroków od Nico i w porę nie zaczął go leczyć.
Dreszcz przebiegł po plecach chłopaka, a on ze skrywaną miłością spojrzał na śpiącego herosa.
Odprężył się lekko na swoim zielonym fotelu w pomarańczowe łaty. Mógł w końcu czuwać nad śpiącym Nico całą noc. Był wdzięczny Chejronowi, że pozwolił mu, choć nie wątpił, że duży wpływ na tę decyzję miały jego uzdrawiające moce, które odziedziczył po ojcu.
— Nie zamierzałem, jej wydawać — oznajmił Will, przerywając ciszę w niewielkim pokoju.
Lampka stojąca koło łóżka Nico, niedaleko niego samego, oświetlała lekko przestrzeń pokoju. Chociaż pokój był utrzymany w białych barwach, w tej chwili wydawał się niezwykle ponury, a co spowodowało wisielczy nastrój Willa, bo uśmiechnął się na myśl, że ten pokój nareszcie zaczął pasować do stylu Nico.
— Chociaż… — Will zawahał się wspominając swojego brata i goniącą go Jill. — Przeszłość Jill jest raczej oczywista, a przynajmniej można się jej domyśleć, ale… przeszłość Ryana mnie zastanawia — wyznał.
Szczerze zaabsorbowany tymi przemyśleniami, nie zauważył, że jego śpiący do tej pory towarzysz otworzył oczy i skrzywił się lekko, czując zapewne ból. Czarne jak węgiel oczy spoglądały z zaciekawieniem na zamyślonego Willa, a w ich wnętrzu coś niezidentyfikowanego się tliło. Jakby rozczarowanie, a może nawet i żal.
— Mój brat jest… — zaczął, spoglądając niewidzącym wzrokiem w przestrzeń przed sobą. —Dziele z nim pokój i wiem, że on, tak naprawdę…
— Dlaczego mnie uratowałeś? — spytał z lekką pretensją w głosie Nico.
Zaskoczony słowami Nica Will spoglądał na niego bez słowa. Bo cóż miał w tej chwili powiedzieć?
Przemowę, którą ułożył sobie na taką chwilę, od razu wyleciała mu z głowy, choć uśmiechnął się uroczo i niepewnie nachylając ku leżącemu herosowi, a który spoglądał na niego z wyrzutem, tak widocznym w czarnych, cierpiących oczach.
Przez moment Will poczuł niepokój, bo tęczówki syna Hadesa zamiast brązowe (a on uwielbiam w nie patrzeć) były całkowicie czarne. Jednak, miał nadzieje, że to tylko gra świateł i tak naprawdę z herosem jest wszystko w jak najlepszym porządku.
— Taką mam pracę — odpowiedział ze spokojem, którego jednak nie czuł.
Syn Hadesa skrzywił się i westchnął cicho.
— Nie chciałem, aby ktoś mnie ratował — burknął cicho chłopak.
— Ktoś musi zająć się Hazel — zauważył Will.
— Hazel ma Franka — mruknął w odpowiedzi Nico.
Sfrustrowany Will zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela i nachylając się jeszcze bardziej w stronę syna Hadesa, wyznał z niezwykłą złością:
— Ja cię potrzebuje Nico!
Przez moment czarne oczy chłopaka zmieniły barwę na brązową, a co odnotował Will z ulgą, jak i zaniepokojeniem. Wyglądało na to, że syn Hadesa był znacznie bliżej śmierci niż mu się wydawało.
— Masz swoich braci — burknął nagle za złością.
Mimo wszystko Will zachichotał, a Nico odwrócił zawstydzony głowę, wbijając wzrok w drzwi od małego pokoju, w którym się znajdował. Nie pamiętał, jak tu trafił, ale z powodu swojego zmęczenia, szybko przymknął oczy. Syn Apolla przyglądał się jak napięte rysy twarzy chłopaka znów się wygładzają, a jego oddech staje się wyrównany.
Zapadł w sen, a co skwitował Will z szerokim uśmiechem i czułym spojrzeniem, jakim obrzucił śpiącego chłopaka.
___________________________________________________________________________
Wiem, że rozdział z wielkim opóźnieniem. Mam nadzieje, że mi wybaczycie :)
Pewnie i tym razem znów znajdą się, jakieś błędy... hmm... prawdę mówiąc sprawdzałam tekst kilkakrotnie, ale człowiek na robot, błędy robi (czy jakoś tak -_-).
Co do przepowiedni, jestem ciekawa, co o niej myślicie. Przede wszystkim, jednak ja wiem, kogo "zabije" (mniej więcej), ale zastanawiam się, kim będzie ta tajemnicza osoba waszym zdaniem?
Ach! No i takie pytanie do was, kogo waszym zdaniem wytypuje Chejron do misji? 
Zasada greków jest taka, że mogą to być tylko trzy osoby. Według nich "trzy" to święta liczba...
Jeszcze raz przepraszam za swoją dłuższą nieobecność! Mam również nadzieje, że rozdział się podobał :3
Bussis! ^^