KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domki obozowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domki obozowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Rozdział XVI

"(...)Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!(...)"

*Perspektywa Ryana*
Dyskretnie rozejrzałem się po domku Seleny, a w szczególności temu szczególnemu pokojowi. Był on dość mały, a mieściła się w nim niewielka toaletka przerobiona na prozaiczny konsolet fryzjerski. Był on z dębowego drewna, a żarówki przyczepione do obramowania lustra, świeciły teraz lekko przytłumionym światłem. Poczułem się, jak prawdziwa gwiazda teatru.
W tafli lustra mogłem dokładnie przyjrzeć się niezadowolonej smukłej dziewczynie o mlecznej skórze. Jej czarne włosy, jak co dziennie od dnia, kiedy zauważyłem ją, gdy oprowadzała Jill po obozie, były zaplecione w warkocz. To mi przypomniało, że muszę uzupełnić swój album „Pierwsze chwilę z Jill”. 
Córka Seleny spojrzała na mnie z niegasnącą nadzieją, ale nie zamierzałem zmieniać raz podjętej decyzji. Czas w końcu olśnić przyszłą matkę moich dzieci swoim buntowniczym ja, bo jak widać moja romantyczna natura jakoś jej nie wystarcza.
Te myśli sprowadziły mnie znów na Jill, na jej szare oczy, które objęte były mgiełką tajemnicy, wąskie usta obrzmiałe i w kolorze dojrzałej truskawki przez moje pocałunku. Znów poczułam napływ podniecenia. W tamtej chwili niewiele brakowało, a zignorowałbym to, że jesteśmy tak młodzi i ona jeszcze nie wyznała prawdy, a którą zna w głębi swojego serca.
Już nie mogłem się tego doczekać, a to sprawiało, że stawałem się niecierpliwy.
Ciche westchnienie wyrwało mnie z mojej zadumy.
— Naprawdę muszę? — Jęknęła cicho Luna. 
— Słyszałem, że jesteś w tym najlepsza — wyznałem zgodnie z prawdę, patrząc w lustro, aby złapać jej smutę spojrzenie, srebrne oczy córki Seleny, przypominały mi moją Złośnicę. — Zawsze mogę zrobić to sam, w końcu one odrosną — wzruszyłem ramionami.
Wprawiłem w ten sposób, w niewielki ruch, granatowy ręcznik, który dziewczyna położyła mi na ramiona. Wydała cichy jęk rezygnacji, i dotknęła moich, zdecydowanie już za długich, rudych włosów.
Jej palce dotknęły skóry mojej głowy, sprawiając, że czułem się, jak podczas masażu. Westchnąłem błogo i lekko się odprężyłem, a wtedy ona zabrała swoje zgrabne paluszki i sięgnęła po spryskiwacz wypełniony wodą, a następnie zaczęła nawilżać nią moje włosy.
— Zastanawiam się, co też twoje zgrabne dłonie mogą robić z inną częścią ludzkiego…
— Przymnij się — oznajmiła zawstydzona dziewczyna. — Obydwoje wiemy, że chodzisz z Jillian, a ja nie chciałabym być… — zadrżała lekko. — … na jej liście. Widziałam, jak również większość obozowiczów, co Jill zrobiła temu biednemu chłopakowi… 
Parsknąłem śmiechem na to wspomnienie, bo Jill zanim wczoraj wpadała do mojego domu, ratując mnie przed wyrzutami sumienia, a Willa przed trwałym uszkodzeniem na jego zdrowiu, to dziewczyna mając kiepski dzień, podobno prawie wykastrowała jakiegoś syna Aresa.
— Na pewno ten biedny chłopak, jak go nazywasz, nie jest bez winy — zauważyłem.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, a następnie sięgnęła po grzebień, czesząc moje rude włosy. Ich długość mnie już irytowała, podobnie jak teraz córkę Seleny, która miała problem z rozczesaniem moich kołtunów.
Rozsiadłem się wygodniej na czarnym hokerze bez oparcia i w skupieniu obserwowałem obozową fryzjerkę.
* * *

Gdy zapadł zmierzch, ruszyłem do domku Eola w towarzystwie rozgadanej Maggie, która komplementowała moją nową fryzurę. Chwilę później zaczęła wyjaśniać mi działanie włosów jej chłopaka, Samaela, aby po chwili zaczęła go wychwalać, jaki to on jest romantyczny i ni z tego ni z tamtego oznajmić mi, że przyłapała, jak syn Hadesa przeglądał magazyn ze strojami kąpielowymi mężczyzn, w łazience i z opuszczonymi spodniami...
Naprawdę… nie chciałem wiedzieć, na czym jeszcze go przyłapała.
Dochodząc do domku numer dwadzieścia cztery, szczerze odetchnąłem z ulgą i wpakowałem się do środka bez pukania. Na mój widok pingwin wydał z siebie dziwny dźwięk i popędził niemal biegiem przed siebie. Wyglądało to dosyć zabawnie, a dodatkowo Jill wyrzucała z ust wyrażenia, których nie powinna znać w swoim wieku, a w różowe włosy miała… 
— Jill, czemu gonisz pingwina? — spytała zaniepokojona Maggie.
— Czemu masz różowe włosy? — spytałem w tym samym czasie.
W odpowiedzi prychnęła i zdjęła z głowy perukę, rzucając nią w naszą stronę. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to świat zmierza ku końcowi, czy ja po prostu przestaje rozumieć rodzaj ludzki?
Prychnąłem i roześmiałem się głośno, zdejmując swoją czarną czapkę i zakładając na głowę perukę, z uśmiechem skierowałem wzrok na dziewczyny. One niestety kompletnie zignorowały moją zaczepkę, jedynie Jill posłała mi spojrzenie mówiące „Serio?”. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami i zacmokałem do niej.
Zarumieniła się lekko i odwróciła wzrok, a mnie szczerze rozbawiło jej zmieszanie.
— Ja i Jill się całowaliśmy — oznajmiłem.
Złośnica zamknęła oczy i opuściła ramiona w geście bezradności. Maggie w tym czasie otworzyła usta i wyglądała, jak ryba wyrzucona na brzeg. Nie mogła wykrztusić ani słowa, a ja pożałowałem, że nie zaszczyciłem jej tą rewelacją dużo wcześniej zanim mogła mi mówić o upodobaniach syna Hadesa.
— To nie jest istotne… — zaczęła Jill, ale jej przerwałem.
— Możesz powiedzieć Samaelowi, że chętnie zgodzimy się na podwójną randkę! Jill i ja jesteśmy parą — dodałem.
— Nie jesteśmy — zaprzeczyła Złośnica.
Ja i Maggie ją zignorowaliśmy, na co ona jedynie wniosła oczy ku niebu. Następnie z premedytacją podeszła do nas i walnęła mnie w ramie, piorunując ze złości, swoim złowrogim spojrzeniem. W tej chwili, naprawdę, zgadzałem się z teorią Maggie, że Jill najlepiej pasowałaby, jako córka Nemezis.
* ~ * ~ *
*Perspektywa Jill*
Wszyscy troje złapaliśmy swoje plecaki, a gdy mieliśmy właśnie opuścić mój dom, spostrzegłam, mojego pingwina Henryka. Wpatrywał on się w nas żałosnym smutnym spojrzeniem zbitego psa. Pokazałam mu środkowy palec, a na co Nielot zareagował napuszeniem swoich nielotnych piórek i wypuszczając spod skrzydełka puszkę z sardynkami, ruszył piegiem i z piskiem w stronę drzwi. 
Wiedząc, co kombinuje, wrzasnęłam na niego, grożąc mu wykastrowaniem i rzuciłam się w pogoń na pingwinem. Dwójka moich towarzyszy, nie wiedząc, co się dzieje przyglądała się nam. Henryk podszedł do drzwi, które jak na zawołanie się otworzyły, a później wysyłając nam zadowolone spojrzenie kota, który zjadł kanarka i popił go śmietanką, wpadł w czarną przestrzeń za nimi.
Przeklęłam kilkoma niezbyt przyjaznymi epitetami swoje zwierzę i spojrzałam na moich przyjaciół, a przy tym zgrzytając ze złości zębami oraz zaciskając dłonie w pięści.
— Co to za pokój? — Zdziwiła się Maggie.
Spoglądaliśmy na ciemność ziejącą z otwartych drzwi. Było to z moich magicznych „przejść” za pomocą poszczególnych wiatrów. Przełknęłam ślinę zdając sobie sprawę, że mimo wszystko nie mogłam pozostawić swojego bezmyślnego pingwina samego sobie.
— Favonius — przeczytałam, napis obok nich.
— Na zachód — przetłumaczył Ryan. — Chyba mamy szczęście — zauważył.
* * *
Jęknęłam z bólu, a następnie kichnęłam, gdy tylko kurz unoszący się w powietrzu zaczął drażnić moje śluzówki nosowe. Podniosłam powieki i przez chwilę zdezorientowana spoglądałam na migocący kurz. Wirował on w nikłym świetle słońca, które wpadało przez niewielką dziurę w ścianie koło mnie.
Mój wzrok skupił się na pomieszczeniu, zaczęłam składać wszystko, co widzę w spójną całość, abym mogła w końcu dowiedzieć się, gdzie dokładnie wylądowałam. Dach był pochyły, a drewniana konstrukcja była zachowana w surowym stanie, a przynajmniej od wewnątrz. 
Rzut okiem na niewielką dziurę i podłogę, uświadomił mi, że ktoś tu położył stare wiadro. Najwidoczniej właścicielowi domu, nie chciało się naprawiać dachówki. Uśmiechnęłam się kpiąco, a następnie starałam się wygrzebać z zawalonych na mnie kartonów, starych ubrań i kilka rzeczy, których wolałam nie identyfikować. 
— Jill?
Zrzucając z siebie naprawdę ciężki karton, a jednocześnie ciesząc się, że nie uszkodził on mojej nogi, podniosłam się i pomachałam, do moich przyjaciół. Mogąc w ten sposób spostrzec, że cały strych był zawalony przeróżnymi rzeczami, a ja zaczęłam obawiać się karaluchów i innych robactw.
— Gdzie jesteśmy? — spytałam mając nadzieje, że któryś z moich towarzyszy zna odpowiedź.
Ryan otrzepywał właśnie swoją brązową skórzaną kurtkę, a następnie uśmiechnął się do mnie szeroko, olśniewając swoimi białymi ząbkami. Wówczas dostrzegłam w jego lewym uchu niewielki kolczyk, który do tej pory skutecznie ukrywał przez swoje zbyt długie włosy. Obecnie nieco je przyciął, choć jego krzywka wciąż wpadała mu na oczy, to teraz ukrył ją pod czarną czapą z logo jakiejś gruby muzycznej.
— Jesteśmy… — zaczęła zawstydzona Wiedźma, ale dźwięk pukania jej przerwał.
Zaskoczona spojrzałam w dół, bo ten dźwięk wydobywał się spod moich nóg. Pukanie stało się głośniejsze, a następnie usłyszeliśmy lekko zachrypnięty i dudniący męski głos:
— Duchy! Wynoście się z mojego strychu!
Ryan bezgłośnie powiedział: „Wariat”, a ja mu przytaknęłam zgadzając się całkowicie z nim, ale to jęk Maggie zwrócił moją uwagę, bo ze łzami w oczach krzyknęła:
— Tatusiu! To ja!
Jak zwykle szykowałam się do jakiejś złośliwej uwagi, ale nagły ruch między pudłami zwrócił moją uwagę. Moja wścibska natura wygrała, więc schyliłam się, aby móc przyjrzeć się temu zjawisku bliżej. Wtedy też Henryk, mój nielotny ptak ruszył przed niebie wskakując w ramiona zaskoczonej Maggie. W tym samym momencie wydarzyły się dwie rzeczy. Pierwsza: spomiędzy pudeł wychyliła się czarna mordka jakiegoś stworzenia, i druga: ojciec Wiedźmy krzyknął:
— Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!
Nadzieje w głosie mężczyzny spowodowała, że zerknęłam na pełną rezygnacji twarzy córki Hekate. Przytulała ona do siebie pingwina, chcąc w ten sposób pozbyć się trochę swojego wewnętrznego bólu. To był mój wielki błąd, gdyż słysząc jakiś skrzek, spojrzałam znów w stronę, z której wybiegł Henryk. Po chwili na moją twarz skoczył prawdziwy szop pracz.
Wyjąc z bólu, gdy ostre pazury zwierzęcia wbiły się w moją skórę, zaczęłam machać ramionami, jak jakaś wariatka i w ten sposób, cofając się, potknęłam się i padłam do tyłu, jak długa, próbując pozbyć się szopa, podczas, gdy Ryan naśmiewał się do rozpuku, a Maggie próbowała wyjaśnić swojemu ojcu, że wcale nie umarła.
* * *
Ryan został moim osobistym pielęgniarzem – jak się sam nazwał, gdy tylko pan Martins (ojciec Maggie) zaproponował, że oczyści moje rany. Siedząc na czarnej skórzanej kanapie, w którą się zapadałam, zaś naga skóra moich nóg (miałam na sobie krótkie spodenki) przyklejała się do niej nieprzyjemnie. Starałam się ignorować szczypanie, gdy wacik nasiąknięty wodą utlenioną był lekko przyciskany do moich ran. Nie mogłam powstrzymać jednak syku bólu, które mi się wymykały. Choć złowrogie spojrzenia, które były skierowane na Ryana, były już zamierzone. 
Złapałam go za nadgarstek, powstrzymując przed kolejnym z rzędu razie, gdy chciał ponownie odkazić wszystkie moje zadrapania na mojej twarzy. 
Rudzielec westchnął i odłożył wacik wraz z wodą utlenią na pobliski wysoki stoliczek. Stały tam jeszcze cztery duże czarne świeczki wraz z fioletowymi i czerwonymi, które były w różnych rozmiarów. 
Wgapiając się w zgaszone świeczki, których knoty były czarne, a woski był rozlany po całym blacie stoliczka, zaczęłam uświadamiać sobie, że ojciec Maggie naprawdę jest wariatem. Wcześniej z powodu bólu, nie zwróciłam uwagi na wygląd salonu, ale teraz będąc tutaj dokonałam szybkiej oceny. 
Można by powiedzieć, że pan Martins tak bardzo kochał dzień Straszenie nieletnich… znaczy Halloween, że postanowił świętować je przez cały rok. Mi to bardzo odpowiadało, bo sama uwielbiałam straszyć innych i bynajmniej powodem miałyby być cukierki. Piski i płacz strachu innych… to były niezapomniane przeżycia!
Odłożyłam na dalszy plan swoje rozmyślenia na temat. Zdałam sobie jednak pytanie, czemu ojciec nastolatki ma dom w stylu gotyckim? Czarne ściany w salonie, były zdecydowanie nie w moim stylu, ciemne ciężkie zasłony, którymi zasłonięte były okna i nie przepuszczały żadnego promienia słonecznego, były jeszcze gorsze. Światło, które oświetlało salon wydobywało się spod czarnego żyrandola udekorowanego żarówkami na kształt czerwonych świec.
— Rachunek na prąd musi pan płacić duży — zauważył Ryan.
Rudzielec rozłożył się na niewygodnej kanapie w taki sposób, że zachwiałam się na swoim miejscu i poleciałam na niego. Korzystając z tejże okazji mojego braku równowagi na wyboistym terenie (jaką była w istocie ta skórzana diablica) objął moją talię ramieniem, a ja próbowałam dość nieudolnie się od niego uwolnić.
Musiałam przyznać, że było mi naprawdę przyjemnie zwłaszcza, gdy poczułam cudowny zapach Rudzielca. W brzuchu poczułam dziwne zawirowanie, ale nie było to nieprzyjemne, a wręcz zabierające w dech piersi uczucie.
Zapach syna Apolla był doprawdy niezwykłą mieszanką, kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla. Miałam ochotę zaciągnąć się nim w nieskończoność.
Nagle odezwał się pan Martins przerywając moje wgapianie się w Rudzielca ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami. Ponieważ starałam się ignorować chęć pocałowania go, a wzbudzić w sobie chęć wykastrowania przyczynę mojego dziwnego stanu emocjonalnego.
— Bardzo mi przykro z powodu Śnieżka — wyznał. — Ale on broni mnie od zombie — wyjaśnił, gdy zerknęłam na niego mrużąc ze złości oczy.
Tym zdaniem skupił całą moją uwagę na swojej osobie, a syna Apolla, który nagle zaczął mieć dziwny fetysz i zaciągał się zapachem moich włosów, wtykając nos obok mojego policzka i powodując, jeszcze mocniejszy sztorm w moim podbrzuszu, zaczął bawić się wolną ręką moją bransoletką.
„Zignoruj! Zignoruj!” – Wrzeszczałam na siebie w myślach 
Skupiałam swoją uwagę na ojcu Maggie (choć byłam całkowicie świadoma każdego ruchu Rudzielca). Był on dość wysoki, nieco wyższy od Ryan. Zaś jego włosy miały ten sam niezwykły czarny (niemal granatowy) odcień włosów, co Maggie. Były one obcięte dość krótko, oczy zaś miał w kolorze whisky i śniadą skórkę, a te ostatnie dwie cechy Maggie musiała odziedziczyć od swojej matki – Hekate.
— Wujek Desiderio nadal udaje nekromanta?
Pytanie Wiedźmy sprawiło, że zaczęłam mieć wielkie przekonanie, że cała ich rodzina to jakieś świry. Popchnęłam głowę Ryana, gdy zaczął dmuchać mi w ucho, chcąc uwolnić się od jego przyjemnego zapachu. Zachichotał cicho, a ja przekonałam się, że on jest jak rzepa, przyczepił się i koniec.
— Ostatnio nawet ożywił ciotkę Marianele… wy dwoje, kiedy planujecie ślub?
To pytanie zwróciło uwagę Rudzielca, a mi dało szansę się uwolnić, a przynajmniej na tyle, że ręka Ryana obejmowała mnie teraz jedynie za ramiona. Nie był z tego zadowolony, co wyraźnie widziałam w jego nagle chmurnym spojrzeniu o dwukolorowych tęczówkach. Poprawiłam się na kanapie i skrzywiłam, gdy poczułam, jak jej skóra przykleiła się do nagiej skóry moich nóg.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie usiąść na Rudzielcu… zdecydowanie wtedy miałabym wygodniej. Potrząsnęłam głową wstrząśnięta swoimi myślami.
— Gdy tylko Jill powie, że mnie kocha.
Pan Martins zmarszczył brwi i westchnął mówiąc: „Ach tak…”
Ojciec Maggie był naprawdę irytujący.
— Jak ma się Samael?
Mówiąc to, Meksykanin spoważniał, a chłód w jego oczach narodził we mnie kilka pytań, zaś Maggie, jakby nie widząc ile kosztowało jej ojca tak grzeczne pytanie, zaczęła opowiadać mu, jak to się zeszli, jakiż on cudowny, a skończyła opowiadając o tym, że przyłapała Nico w łazience…
— Puść mnie! — Syknęłam, gdy Ryan podniósł mnie, trzymając ramię wokół mojej tali i posadził na swoje kolana. — Wykastruje Cię!
— Obydwoje wiemy, że rozpalam w Tobie płomień pożądania, więc nie mogłabyś pozbyć się jedynej rzeczy, która go uga…
Zakryłam jego usta dłonią, pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć.
Dlatego zamilkłam i zawstydzona z rozpalonymi z zażenowania policzkami siedziałam, jak grzeczna dziewczynka na jego kolanach. Zastanawiając się przy okazji, jaką zemstę najlepiej na nim zastosować.
Teraz postanowiłam skupić się tylko na rozmowie prowadzonej przez ojca Maggie.
— Jillian Vivienne Taylor… — Tymi słowami zwrócił na siebie moją całkowitą uwagę —  …powinnaś uważać na siebie bardziej niż kiedykolwiek, duchy twoich przodków nawołują mnie z Tartaru, mówiąc, że twoje ciotki pragną zemsty na córce ich brata, jak również i na jego wnuczce — oznajmił patrząc mi prosto w oczy. — To, kto chce zagrać w chińczyka? 
* * *
Pan Martins uświadomił nam, że nawet w Meksyku spada temperatura i teraz jest z jakieś pięć stopniu Celsjusza. To spowodowało, że zmuszona byłam się przebrać w cieplejsze ciuchy. Ryan nawet zaproponował mi pomoc w rozbieraniu, ale jedno moje spojrzenie wystarczyło, aby się przekonał, że dzisiaj naprawdę już przeholował.
Wychodząc z pokoju gościnnego, miałam na sobie długie czarne rurki i szarą bluzę z niebieską twarzą słonia na przodzie, którego trompa unosiła się do góry z radości. Na nogach miałam swoje wygodne trampki.
Gdy tylko wyszłam od razu natknęłam się na swojego prześladowcę. Ryan nie musiał się przebierać, poza nałożeniem jakiejś ciepłej bluzy pod swoją kurtkę. Był z naszej trójki widocznie najlepiej przygotowany. Jego skórzana kurtka, jak zwykle była rozpięta. Tym razem jednak nie zamierzałam nawet komentować faktu, że założył tego samego koloru bluzę, co moja. Postanowiłam traktować to, jak przypadek.
Ojciec Maggie podał mi jakąś granatową kurtkę, a do tego białą czapkę z wymalowaną buzią oraz przyszytymi na czubku uszami pandy. Spoglądałam na to z konsternacją, a widząc moją minę wyjaśnił:
— To należało do Maggie, gdy miała jedenaście lat… myślę, że będzie na Ciebie idealnie pasować dziecko.
Poklepał mnie po główce, jakbym była dwulatką i posyłając mi szeroki uśmiech, obejrzał się na ramię na Maggie. Skrzywiłam się, myśląc, że jeszcze nie tak dawno, ten facet pytał, kiedy ja i Ryan mamy zamiar się pobrać. Bo albo facet cierpi na rozdwojenie jaźni albo to prawdziwy świr.
Widząc Maggie ubraną w jaskrawą zieloną kurtkę i różową czapkę, jęknęłam, bo w tym stroju jak nic będzie rzucać się w oczy. Zaś ojciec Maggie zaczął posypywać ją… brokatem. 
Nawet tego nie skomentuje…
Moje rozmyślenia zostały przerwane przez potężny ryk, który zmieszał się wraz z głośnym hukiem, jakby ktoś rozbił okno. Dźwięk ten dochodził z kuchni. Automatycznie zerwałam swoją bransoletkę, aby po chwili dzierżyć w dłoni bicz. Maggie sięgnęła po swój medalion i już miała w dłoni bliźniacze sztylety. Nawet Ryan dobył rapier celując jego ostrym czubkiem w stronę źródła hałasu.
Po chwili, coś z całej siły walnęło w drzwi (prawdopodobnie) prowadzące do kuchni, a siła, jakie coś bądź ktoś w nie walnął, sprawiło, że wyleciały one z zawiasów. Już po chwili wszyscy mogliśmy spoglądać na gimnastycznego lewa, który ledwo, co mieścił się w framudze. Lepiej byłoby powiedzieć, że jedynie jego wielka głowa się w nich mieściła.
Spojrzał na nas swoimi czarnymi oczami i zaryczał, próbując się do nas dobrać. Jego złota sierść na pysku lśniła ślicznym złotym kolorze. Byłam tak zafascynowana jego piękną sierścią i grą mięśni pod skórą, że następnie, gdy wyważył framugę i kawałek sporej ściany, to mogłam jedynie jak urzeczona wpatrywać się w niego. Był naprawdę pięknym stworzeniem i dopiero teraz rozumiałam, czemu lewy są nazywane królami.
— Chce takiego — mruknęłam, jak obrażona ośmiolatka.
— Ta się zrobić — powiedział Ryan i mrugnął do mnie.
Nie wiedziałam, czy mówi na serio, czy tylko się ze mną droczy. Nie miałam teraz czasu na rozważanie tego, tylko musiałam odskoczyć, gdy wielka łapa lwa zamachnęła się w moją stronę. Jego ostre pazury rozerwały przód granatowej kurtki, która dostałam od ojca Maggie, jak również moją bluzę i przy tym zadrapując lekko moją skórę na brzuchu.
Miał niezłe pazurki.
— To lew nemejski  —oznajmiła Maggie, jakby ta informacja była nam potrzebna. 
Dla mnie dużej różnicy w tym nie było, bo nieważne czy byłby to lew z parku zoologicznego, czy jakiś potwór mitologiczny i tak musiałabym z tym walczyć. Bo w obydwóch przypadkach nie chciałabym być przekąską dla takiego drapieżnika.
— Lecę po kamerę! — krzyknął pan Martins.
Wszyscy go zignorowaliśmy, Maggie skrzyżowała sztylety, gdy łapa lwa zamachnęła się na nią, posłało to ją na posadzkę i teraz jego łapa ją przygniatała, podczas, gdy Ryan próbował odgonić lwa od Maggie. Od razu zamachnęłam się biczem, który bezbłędnie trafił w jego sad. 
Potwór nie mógł tego puścić mi płazem, bo zaryczał z wściekłości i bólu, a następnie odwrócił się w moją stronę, ignorując Ryana i Maggie. Jego oczy zwęszyły się w małe szparka, a on uginając tylne łapy szykował się do skoku na mnie. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, na co tylko przez moment w jego oczach zamigotało zaskoczenie, a następnie skoczył.
Pył wylądował na mnie, powodując u mnie atak kaszlu, a ja spojrzałam z wyrzutem na Rudzielca. Który podrzucił w dłoni swój raper i posłał mi szeroki uśmiech zwycięscy.
— Popsułeś mi zabawę — oskarżyłam go.
— Prowadzę jeden do zera — oznajmił.
W odpowiedzi pokazałam mu środkowy palec.

_________________________________________________________________________________
Przepraszam za opóźnienie z nowym rozdziałem, ale miałam znów kłopoty z Internetem.
Życzę miłego czytania :)
Bussis!

sobota, 2 maja 2015

Rozdział XV

"(...)już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz(...)"

Dwóch synów Apolla ruszyło w stronę jeziora, szli w ramię w ramię, a dla postronnego obserwatora, było czymś oczywistym, że panuje między nimi, jakieś napięcie. W tej chwili, to jedynie Ryan, zdawał sobie sprawę, że wścibska córka Eola, gdy tylko zobaczyła, jak wymykają się z ogniska, ruszyła w ich stronę. Mając za nic ich prywatność i wciskając Nico pod opiekę Maggie i Samaela (co musiało skończyć się jakąś tragedią) ruszyła w ich stronę.
Will, zaś zamyślał się nie tylko o wydarzeniach w domku Apolla, ale również o fakcie, że Jill i Ryan w czasie ogniska trzymali się za ręce i choć Rudzielec wyglądał na dziwnie wniebowziętego, to jego „dziewczyna” najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, co ten mały gest oznaczał dla plotkarzy (córek Afrodyty).
Wielu herosów ruszyło do swoich domków, toteż we trójkę (Will nie skomentował momentu, w którym Jill nagle pojawiła się koło nich) żegnali się ze znajomymi, jednocześnie, każde z nich było pogrążone we własnych myśli.
Gdy tylko doszli do wschodniego brzegu jeziora, cisza między nimi stała się niezręczna, a atmosferę napięcia można byłoby kroić siekierą. Jill wbiła swoje spojrzenie w drewniane pomost, który miał kilka metrów długości, był wsparty na drewnianych balach i przycumowane do niego były kajaki, a w jeden z nich, jak zahipnotyzowana spoglądała Jill, widząc jak delikatne fale na spokojnym jeziorze wprawiają go w delikatny ruch.
Will zaś spoglądał z uwagą na kręcącego się wokół nóg pingwina, a którego córka Eola skutecznie ignorowała. Solance zmarszczył, starając się sobie przypomnieć, jak brzmiało imię tego czarno-białego ptaka.
„Henryk – przypomniał sobie z zaskoczeniem. – Pingwin nazywa się Henryk”
Ryan odchrząknął zwracając tym na siebie uwagę wszystkich swoich towarzyszy, również i Henryka, a następnie starając się zamaskować malujące się zmartwienie w swoich dwukolorowych tęczówkach, posłał im szeroki uśmiech.
— Moja matka była rzymską heroską — oznajmił.
Te słowa zszokowały jedynie Willa, ale Jill wcale nie wyglądała na tak bardzo przejęta jego słowami, wręcz według Solace, panna Taylor wydawała się obojętna na tę rewelację, jakby nic ona według niej nie zmieniała. To jeszcze bardziej zszokowało Willa, choć on sam nie mógł nawet się domyślić, jaki chaos wybuchnął w umyśle córki Eola.
— Czyją była córką? — spytał Will, choć już domyślił się prawdy.
Uśmiech Ryana trochę zmalał, a on sam pustym wzrokiem spojrzał się w stronę jeziora, jakby chcąc w ten sposób uzyskać stracony spokój. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, a on sam starał się nie wybuchnąć gniewem, na myśl, w jaki sposób stracił swoją matkę, a tym bardziej, jak bardzo za nią tęsknił.
— Była córką Nox — odpowiedział, a po chwili dodał: — Jest to rzymski odpowiednik, greckiej bogini Nyks.
— Jesteś jej wnukiem, wnukiem bogini Nyks — szepnęła zaskoczona Jill, tym samym odezwała się pierwszy raz w ich towarzystwie. — Masz z nią dobry kontakt?
Pytanie Jill było tak absurdalne i niepodobne do niej, że Will już otwierał usta, aby wyjaśnić jej, że boginie NIE spotykają się ze swoimi dziećmi, a co dopiero z wnukami. Zanim zdążył uformować, choć jedno słowo, odezwał się Ryan:
— Tak, w sumie nie było najgorzej… znaczy, potępiała to, że jej córka zadała się z greckim odpowiednikiem Apollina... w końcu mieszana krew, nie jest dość dobrze widziana, a zwłaszcza wśród rzymian — wyznał wyruszając przy tym ramionami. — Więcej gadała, niż robiła – dodał z lekkim rozbawieniem. — Poza tym, nigdy jakoś szczególnie nie trzymała się zasad Jupiter… znaczy Zeusa.
Will pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, a Jill skrzywiła się, gdyż nadal nie pojmowała, jak Zeus mógł zakazać bogom zajmowania się swoimi dziećmi półkrwi. Mimo tej wiadomości, jakoś jeszcze nie wybaczyła swojemu zwariowanemu tatuśkowi i nadal toczyła z nim małą „wojnę rodziną”.
— A czemu… — Will spojrzał na Jill, ale postanowił kontynuować. —... czemu tak się… zmieniłeś? — spytał.
Jill podniosła Rudzielcowi wściekłe spojrzenie, co miało znaczyć, że nadal nie znosi, jak ktoś coś przed nią ukrywa. Ryan, jednak zignorował pytanie swojego brata przyrodniego, aby ze szczegółami wprowadzić Jill, w sytuację, jaka wydarzyła się w domku Apolla. Wspominając tym samym o swojej utracie kontroli i przejęcia jego umysłu, przez mroczną moc jego babci, a swoją opowieść zakończył ze słowami:
—… twój głos jest tak piękny, że wydostanie mnie zawsze z najciemniejsze, najmroczniejszej i najniebezpieczniejszej sytuacji! Jesteś moim zbawieniem Jillian Vivienne Taylor!
Will drgnął na dźwięk jej drugiego imienia… coś mu się przypomniało… czy nie tak nazywała się harpia… potrząsnął głową wyzbywając się takich myśli. Uśmiechnął się lekko, gdy Jillian kopnęła niespodziewanie Rudzielca w krocze, a następnie z jękiem upadła na tyłek masując obolałą stopę i piorunując wzrokiem wesoło uśmiechniętego Rudzielca, choć nie powstrzymała się od łamania języka łacińskimi obelgami.
— Ryan, czemu wtedy… byłeś taki? — spytał ponownie Will, nadal nie mogąc pojąć tego w całości. — Ryan?
Rudzielec westchnął, zasmucony końcem zabawy ze swoją ukochaną, gdyż uwielbiał, gdy słodka twarz Jill robiła się czerwona ze złości, była wtedy taka śliczna! Spojrzał prosto w oczy swojego rozmówcy i tajemniczo oznajmił:
— Wszystko we wszechświecie ma swoją równowagę, nic nie może być za jasne, a nic za ciemne, za dobro często płaci się złem.
— Co? — Spytali jednocześnie Will i Jill.
Ryan parsknął śmiechem widząc ich nic niezrozumiałe miny.
— Ciężko to wyjaśnić… — wyznał. — Nie używam mocy swojej babci, bo nie umiem jej kontrolować, ale ona stale rośnie we mnie, buzuje i mam takie… jakby napady, a moje ciało i umysł stara się wydostać nadmiar mocy, wtedy… cóż… po prostu się nie kontroluje, a staje się dość rasistowskim rzymianinem… ale gdybym nim był na pełny etap, to jestem pewien, że w tamtych czasach zrobiłbym z Ciebie Jill swoją niewolnicą, a wtedy musiałabyś mnie poślubić — oznajmił uśmiechając się szeroko. — Do zobaczenia później!
Dwójka Herosów została sama nad jeziorem, a słowa Rudzielca dochodziły do Jill w zwolnionym tempie. Nie mogła ona uwierzyć, w to, co przed chwilą usłyszała. Sycząc cicho, natychmiast podniosła się na równe nogi, ignorując promieniujący ból z prawej stopy, a następnie z wrzaskiem „Ryan! Ty dupku! Szykuj się na kastrację!”, ruszyła za nim.
* ~ * ~ *
Moja żądza krwawej zemsty skończyła się niestety tylko na marzeniach, bo Rudzielec rozmył się w powietrzu. Nie mając innego wyjścia, po prostu ruszyłam w stronę swojego domku, a przy okazji ucieszyłam się w duchu, że mój pingwin, gdzieś się zapodział, choć poczucie winy, że biedny Henryk Nielot (jak go zaczęłam nazywać) się, gdzieś zgubi, a jakiś potwór mógłby go pożreć na deser… cóż, po raz pierwszy dowiedziałam się, że mojej sumienie jest bardzo głośnie i nie daje mi spokoju.
Ruszyłam w stronę obozu, przystając chwilę, gdy dostrzegłam ruch między gałęziami drzewa. Niespodziewanie zobaczyłam wychodzącą dziewczynę, zmarszczyłam brwi, gdyż wydawało mi się, że Łowczynie Artemidy (tak nazywały się jedynie dziewczyny, które poprzysięgły służbę u bogu bogini Łowów) opuściły już obóz. Podobno miały szukać śladów bogów z Puszki Pandory, a dokładniej zapolować na nich.
Dlatego widok, dziewczyny o krótkich czarnych włosach, przewieszonym przez ramię łuku wydał mi się dziwny, a jednocześnie wydawało mi się, jakbym miała jakieś deja vu. Może i bym, to zignorowała, gdyby Łowczyni mnie nie dostrzegła i nie ruszyła w moją stronę, pewnym i szybkim krokiem.
Gdy dostrzegłam jej twarz w słabym świetle księżyca, zrozumiałam, że była to ta tajemnicza Łowczyni, która podobno zaatakował bóg Moros, a dla jej dobra miała pozostać jeden dzień dłużej w obozie, aby sprawdzić, czy aby na pewno opuścił on jej ciało.
Stając przede mną, mogłam wyczytać z jej postawy, że jest tak samo pewna siebie, jak ja. Przypominała mi trochę Clarisse, z którą ostatnio się zaprzyjaźniłam, ale podskórnie wyczuwałam, że jej nie polubię. Nie miałam do niej właściwie nic, ale… taka dziwna złość zaczęła się we mnie rozpalać, gdy patrzyłam w jej oczy.
— Chyba cię już gdzieś widziałam — wyznała.
To było, jak grom z jasnego nieba.
"— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia… "
Sapnęłam i napięłam wszystkie mięśnie, a moja wściekłość urosła do granic możliwości. Zmrużyłam oczy i spojrzałam na zabójcę swojej babci. Miałam wielką chęć walnąć ją w ten jej zadarty nosek.
— Jesteś bardzo dobrą wojowniczką, z tego, co mówił Chejron szybko się uczysz, zastanawiam się, czy nie chciałabyś dołączyć do łow...
Jęk bólu przerwał dziewczynie, gdy moja pięść spotkała się z jej nosem.
— Pieprz się! — Syknęłam.
* * *
Mając takiego wspaniałego przyjaciela, jakim jest Matt, wiedziałam, że przetrwałam jakoś, po rewelacji o tym, że moja mama już nie nigdy po mnie nie wróci. Wyczuwałam to między wierszami tego, o czym mówi do mnie moja ukochana babcia. Bo w chwili, gdy babunia wyznała mi prawdę…
Moja matka dla mnie umarła.
Jak ktokolwiek może porzucać swoje dziecko? Może i moja babka nie mówiła dobrze po angielsku, a ja z łaciną niezbyt dobrze sobie radziłam, ale… chciałam po prostu, aby moja mamusia była koło mnie, aby bawiła się ze mną, czytała mi bajki na dobranoc, chodziła na spacery i całowała moje rany… po prostu chciałam, aby była, jak inne.
Miałam swoją ukochaną babunie, ona mnie nie opuści!
Jakby na potwierdzenie moich domyślań, usłyszałam echem jej głos, pełen ciepła i zatroskania, gdy przytula mnie sowimi zgarbionymi i dziwnie zniekształconymi skrzydłami i mówi: „Vivienne kochać cię, Vivienne nie opuścić swojej Jillian”.
Szybko jednak porzuciłam te ponure rozmyślania, zbyt szczęśliwa, aby pozwolić swojej matce znów popsuć mi tak wspaniały dzień! Dzisiaj byłam prze-szczęśliwa, bo mój najlepszy przyjaciel Matt zaprosił mnie na swoje urodziny! Nawet nie wiedziałam, że w dzień swojego przyjścia na świat urządza się imprezy, piecze ciasto, zaprasza zna…
Zatrzymałam się i z uwagą przyglądałam się dwójce nastolatek, które (jak mi się wydawało) wychodzili z potworka od mojego domu. Uważnie przyjrzałam się ich wyglądowi. Czarnowłosa dziewczyna spoglądała z niepewnością na swojego lekko bladego przyjaciela. Wydawało mi się, że starała się być silna za nich dwoje.
Ruszyłam w stronę domu, gdzie zapewne moja ukochana babunia piekła swoje paskudne ciastka (serio! Gdy będę dorosła kupie sobie męża, który umie piec!), minęłam dwójkę nastolatków, a fragment ich rozmowy do mnie dodarł, a raczej jej początek.
— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia…
Jej słowa spowodowało, że moje serce zabiło ze strachu, w ustach mi zaschło, a na skórze pojawił się zimny pot. Nie słuchałam, już ani słowa więcej. Ruszyłam szybszym krokiem w stronę lekko uchylonych drzwi wejściowych, ignorując dwójkę nastolatków, która z zaciekawieniem mnie obserwowała, a biegnąc po dwa stopnie na raz znalazłam się na starej, skrzypiącej werandzie z ciemnych desek w mgnieniu oka, a następnie wpadłam do środka.
To, co tam zastałam wywołało, wrzask przerażeni, który wyrwał się z moich zaciśniętych i z lekka zsiniałych z przerażenia warg.
Moja babka została zabita.
Jedyny ślad, jaki po niej pozostał, to kupka popiołu.
* * *
Stojąc przed osobą, która przyczyniła się do śmierci mojej babci, miałam ochotę ją zatłuc, ale gdy szykowałam się do kolejnego uderzenia, czyjaś dłoń złapała mnie za nadgarstek, a ja spojrzałam się ze złością na Rudzielca, który z poważną miną przyglądał się najpierw mojej twarzy, a później Thalie. Widziałam, jak jego źrenice się zwężają, w tej chwili nie obchodziło mnie, skąd Ryan zna jeden z moich sekretów i jakie jeszcze może znać.
— Odbiło ci? — Syknęła rozzłoszczona córka Zeusa, a zarazem Łowczyni Artemidy.
Wyrwałam dłoń z uchwytu Rudzielca, nie spuszczając tym samym wzroku z oburzonej czarnowłosej dziewczyny. Cofnęłam się o krok, co spowodowało, że i Ryan się cofnął, zachowywał się, jak mój cień, pilnując, abym nie wybuchła. Pewnie rzuciłabym w jego stronę, jakąś uwagę, może się zdenerwowała, ale moją uwagę przykuwała Łowczyni, która zaś z kolei sprawdzała stan swojego nosa, piorunując mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi w dość ironiczny sposób.
— Prędzej zdechnę w Tartarze niż przyłącze się do kogoś takiego, jak ty — oznajmiłam chłodno. — Idziemy Ryan.
Odwracając się tyłem do Thalie i tym samym pokazując jej, że nie czuje wobec niej strachu, a tym bardziej nie mam respektu, dla osoby, która podobno ocaliła świat. Ryan uważnie mi się przyglądał, tym bardziej, że gdy zachowywałam się dość dziwnie. Pewnie podejrzewał, że w każdej chwili odwrócę się i rzucę z zamiarem zamordowania córki Zeusa, co nie byłoby aż takim złym pomysłem…
— Nawet nie myśl o tym — oznajmił cicho Ryan, a ja spojrzałam na niego z lekkim zaskoczeniem. — Twoje czoło się marszy, a oczy błyszczą tą iskierką morderczych zapędów — wyjaśnił na moje niezadane pytania. — Policzki ci się również ślicznie czerwienieją ze złości… jesteś taka…
— Zamilcz — syknęłam.
Mimo wszystko, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, bo Rudzielec rozładował całe napięcie, jakie czułam. W duchu musiałam przyznać, że ona ma duży wpływ na mnie i choć sama temu zaprzeczałam, to nie teraz zdałam sobie sprawę, że nie potrafiłabym dalej żyć sama na świecie, potrzebowałam w szczególności… jego.
* * *

Gdy doszliśmy do mojego domku, Ryan się zawahał przed kolejnym ruchem. Czułam się trochę, jakbyśmy grali w szachy, choć z góry przesądzone jest, że ja i tak przegram w tej batalii. Nie zamierzałam jednak od razu kapitulować, jak mogłabym spojrzeć w lustro, gdybym nawet nie próbowała wygrać?
Zwróciłam swoją uwagę na Rudzielca, gdy tylko otworzył usta, jakbym chciała zapamiętać, każde jego słowo, które kiedykolwiek do mnie powiedział. Przyglądałam się, jego rysą twarzy, chcąc zapamiętać ją na zawsze. Nie miałam pojęcia, czemu tak się dzieje? Czemu moje myśli grążą tylko wokół jego osoby?
— Kocham cię Jill — wyznał. — Moje serce należy do ciebie, oddałem je tobie, gdy pierwszy raz zobaczyłem cię w wizji, już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz pocałować.
Szczerość Rudzielca w tej chwili mnie zaskoczyła, czasami zastanawiałam się, czy on po prostu nie udaje, że mnie kocha, czy nie jestem tylko wyzwaniem. Bo jeżeli dziewczyną tak bardzo podobają się "bad boys" to chłopcom też mogą podobać się "bad girls", a ja byłam prawdziwą, złą dziewczynką.
Słowo "ożenić" podziałało na mnie, jak promyk nadziej w ciemnym i mrocznym lesie, moje głupie serce zaczęło galopować z radości i choć starałam się je poskromić, upominając, co działo się z ludźmi, których kochałam... moje ciało nie współgrało z rozsądkiem. Z resztą, wielokrotnie już czytałam słowa: "Serce nie kieruje się rozsądkiem" i w tej chwili w to uwierzyłam.
Ryan objął mnie jedną dłonią w tali, a drugą położył na moim karku, przy okazji dotykając smukłymi palcami mój polik i powodując dziwne ciepło, które zaczęło emanować się w całym moim ciele i koncentrować w podbrzuszu.
Mimo, że w myślach się przeklinałam, moje ciało mnie nie słuchało i zarzuciło ramiona na szyję chłopaka. Chciałam, aby się schylić, by nasze usta się spotkały, ale on uśmiechnął się kącikiem ust, nie pozwalając mi przejąć władzy, nad tą chwilą, a jego oczy pozostały niezwykle poważne, choć jednocześnie błyszczały czymś, co trudno było mi nazwać... chyba miłością i... czymś jeszcze.
Jego ciepłe dłonie spoczęły na moich biodrach, a po chwili poczułam, jak tracę grunt pod nogami. Moje serce zabiło szybciej, gdy poczułam zapach jego wody kolońskiej. Właściwie, czemu jej używa? 
W innym momencie może i bym się przeraziła faktu, że Ryan potrafi podnieś mnie bez najmniejszych trudności, nawet się przy tym nie męcząc. Być może gdybym była zdolna do logicznego myślenia, zastanowiłoby mnie, co jeszcze on potrafi?
Szkoda, że moje logiczne myślenie poszło spać…
Przestałam już myśleć, nad tym, co się dzieje. Przyciągnęłam go bliżej siebie, a szeroki uśmiech, jaki pojawił się na twarzy Rudzielca, spowodował jeszcze szybsze bicie mojego serca, przez moment się nawet zlękłam, że coś jest z nim nie tak i zaraz wyskoczy mi z piersi, ale wszelkie myśli, jakie jeszcze miałam, zostały skutecznie stłumione i schowane w zakamarkach moich myśli, gdy poczułam ciepłe usta Ryana na swoich.
Z początku było to jak dotknięcie motyla, delikatne, niepewne i naprawdę gorące. Jeżeli wcześniej czułam ciepło, to teraz wręcz płonęłam z czegoś, czego nie rozumiałam, ale nawet, gdyby w tej chwili wokół nas wybuchał bomba, ja nie mogłabym oderwać się od Rudzielca.
Jego usta poruszyły się, prowokując mnie, kusząc i wymagając ode mnie oddania pocałunku. Bezwiednie zaplotłam nogi wokół jego bioder, jakby w obawie, że mnie puści, że jednak jakimś cudem się opamięta i postanowi zachować honorowa. Miałam gdzieś wszystko i wszystkich, bo w tej chwili liczył się tylko on.
— To miłość — szepnął.
Jego język dotknął mojej wargi, a ja czułam się całkowicie bezbronna, odsłonięta, a jednak rozwarłam wargi zapraszając go do środka. Z przyjemnością skorzystał z okazji, a nasze języki połączyły się w szalonym tangu.
— Nie... — zaprzeczyłam oddając pocałunek, byliśmy zbyt poruszeni, aby moje słowa miały być dla nas, jak wiadro zimnej wody. 
Ryan jęknął z rezygnacją i oderwał się od moich ust, w poszukiwaniu moich oczów, a następnie powtórzył pewnym siebie głosem:
— To, co dzieje się między nami, to miłość, jak inaczej to nazwiesz?
— Może to… namiętność? — zasugerowałam lekko wkurzona, że przerwał pocałunek.
Ryan puścił mnie, a gdy moje nogo dotknęły ziemi, odsunął się ode mnie o krok, piorunując wściekle sowimi dwukolorowymi tęczówkami. 
— Nie Jill, to miłość do cholery!
Oburzona jego i swoim zachowaniem, naskoczyłam na niego mówiąc dość głośni:
— Pieprz się!
— Właśnie byśmy to zrobili! — zripostował. — Jednak nie zamierzam zostać wykorzystany przez ciebie! Gdy nareszcie zrozumiesz, że mnie kochasz, wtedy pogadamy!
Następnie ruszył przez siebie kompletnie mnie ignorując.
Przeklęłam i kopnęłam jakiś kamyk niedaleko siebie, a mój gniew nagle opadł.
— Czy ty nie rozumiesz, że jeżeli cię pokocham to moja miłość sprowadzi na ciebie nieszczęście? — Spytałam cicho do samej siebie. — Nie przeżyłabym wówczas, gdyby kolejna osoba... tak ważna dla mnie zginęła...
Poczułam, jak coś dławi mnie w gardle, ale szybko się opamiętałam. Ta chwila słabości szybko minęła, a ja znów byłam sobą. Nie mogłam marzyć o szczęśliwym zakończeniu, bo w moim życiu było zbyt dużo niewiadomych i jeszcze więcej niebezpieczeństwa, a nie zamierzałam nikogo na nie narażać.
Westchnęłam i ruszyłam do swojego domku, gdzie na werandzie czatował Henryk.
Tego mi jeszcze brakowało!

_______________________________________________________________________
Ta dam!
Dodałam piosenkę, bo zawsze, gdy jej słucham, to myślę o Rudzielcu xD
Jak Wam się podoba wielki przełom Jill i Ryana? :D
Tylko na to czekaliście, co? :3

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział XII



"(...)Nie płacz, bo ci serduszko pęknie…(...)"

Moje życie od zawsze było nieco zbyt szalone, zbyt niebezpieczne i niezbyt normalne. Jednak w najśmielszych koszmarach nie przewidziałabym takiej sytuacji, w jakiej teraz się znalazłam. Rudzielec koło mnie wyglądał na niezwykle opanowanego i tylko osoba, która znała go na tyle dobrze jak ja mogła z całą pewnością rzec, że ten poważny wyraz twarzy oznacza tylko to, że jej właściwie chce ukryć wszem i obecnym swoje rozbawienie.
Skrzyżowałam ramiona na piersi, gdy chłodny podmuch powietrza owiał moją skórę, a wtedy mały czarno-biały nielot podreptał w naszą stronę, trzymając w dziobie nadal żywą rybę. Byłam pod nie lada wrażeniem, że nie wywalił się on lodzie, którym pokryta była podłoga, a wręcz utrzymuje równowagę, gdy zatrzymał się koło nas, jego czarne oczka jak paciorki przyjrzały się mojej twarzy, a później demonstracyjnie połkną rybę w całości.
— Masz słodkie zwierzątko — zauważył Ryan.
— Nie prosiłam o nie — warknęłam podnosząc buntowniczo podbródek do góry. — To samo zahodowało się  w tym pokoju — dodałam.
Ryan nie mógł już powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu i zaśmiał się cicho, a ja miałam wielką ochotę kopnąć go, aby tylko przestał zachowywać się jak głąb i pomógł mi pozbyć się tego denerwującego nielotnego ptaka z orszaku świętego Mikołaja.
— Z pewnością — powiedział z błyskiem w oku Rudzielec. — Twój ojciec miał z pewnością wspaniały pomysł, bo zamiast szczeniaczka, czy kociaka kupił ci…
— Ptaka z orszaku sań świętego Mikołaja — powiedziałam ze złością.
Ryan natychmiast przestał się uśmiechać i złapał mnie za ramiona kierując w swoją stronę tak, aby nasze twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Poczułam się dość niezręcznie, gdy jego dwukolorowe tęczówki przyglądały mi się z niezwykłą jak na niego powagą na twarzy. Mimowolnie zadrżałam, gdy poczułam w nozdrzach zapach jego skóry (był to dziwna mieszanka zapachu kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla – nigdy nie przypuszczałam, że jest taki zapach) i od razu zbeształam się za to w myślach.
— Pingwiny nie są kojarzone ze świętym Mikołajem — powiedział powoli Ryan. — Nie bądź większą ignorantką niż jesteś. — Nachmurzyłam się na te słowa. — Wystarczy już, że ignorujesz moje uczucia!
Po tych słowach niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i zacisnął swoje ramiona tak, że dłonie uwięzione miałam między naszymi ciałami, a on sam nie pozwalał mi się uwolnić z tego uścisku. Udało mi się jednak odchylić lekko głowę do tyłu, a gdy nasze oczy się ponownie spotykały tego dnia, a następnie kopnęłam nic niespodziewającego się Rudzielca w najczulszy męski punkt.
Ku mojemu zdumieniu on uśmiechnął się szeroko.
— Mam tam ochraniacz — wyjaśnił.
Mój poziom gniewu osiągnął wyższy stopień. Bo choć wydawało się, że wygrał tym razem, nie zamierzałam tak łatwo się poddać. Niestety niedane było mi spróbować jednego z wielu chwytów ulicy, których się nauczyłam, gdy niespodziewanie do mojego domku wszedł syn Tanatosa, z którym przyjaźniła się Maggie. Jego widok był tak niespodziewany, że wszelka chęć utarcia nosa Ryanowi wyleciała mi z głowy i tylko wielkimi jak drachmy oczami mogłam wgapiać się w Samaela.
— Długo ci to jeszcze zajmie? — Spytał z nutą zniecierpliwienia nowo przybyły. — Nie mam całego dnia na te twoje bzdury z córą Eola — dodał kiwając głową w moim kierunku.
To było jak policzek i już otwierałam usta, aby nawrzeszczeć na chłopaka przeklinając go kilkoma epitetami, którymi nie powstydziliby się ze znajomości marynarze, gdy nagle usta Ryana spoczęły na moich, skutecznie zamykając mi tym samym możliwości przedyskutowania złego zachowania Samaela.
Serce zabiło mi mocniej, oddech stał się nierówny, przez moje ciało przeszedł dreszcz przyjemności, a dłonie nagle zaczęły mi się pocić pomimo panującego w domu chłodu i mimowolnie zaplotłam je wokół szyi chłopaka. Nim jednak mogłam wczuć się całym sercem w ten niecodzienny pocałunek i przyznać, że naprawdę jego ciepłe a zarazem twarde usta są jeszcze lepsze niż ambrozja, chłopak oderwał swoje usta od moich i posłał mi szeroki uśmiech, cmokając mnie przy okazji lekko w mój nos, a następnie odwrócił się i wyszedł z domku.
Stałam jak sparaliżowana, a tuż obok mnie stał przyglądający mi się pingwin.
— Ryan! Ty idioto! — Wrzasnęłam na całe gardło i wypadłam z domku. — Zatłukę cię na kwaśne jabłko!
Kilku herosów przechodzących koło mnie, wysłało mi zaniepokojone spojrzenie i zaczęło umykać w przeciwnym kierunku, a ja nie dostrzegając nigdzie powodu swojej złości kopnęłam pierwszą rzecz, która była na mojej drodze, czyli jakiś durnowaty kamyk.
Przeklinając niczym marynarz wróciłam do swojego błękitnego domu trzaskając przy tym drzwiami wejściowymi z całej swojej siły i niemal powodując, że numerki na moich drzwiach z nich odleciały.

*          *          *
*Perspektywa Jill*

Bawiąc się czarna bransoletką, którą dostałam od rudzielca jeszcze raz od nowa analizowałam wszystkie jego ruchu, słowa i czyny. Miałam istny zamęt w swojej głowie, bo już sama nie wiedziałam, co mam myśleć o nim. Z jednej strony miałam ochotę walnąć go w głowę, wyzywając od największych idiotów, a z drugiej zarzucić mu ręce za szyję i nie puszczać już nigdy.
Poczułam dziwny ucisk w okolicy swojego serca i od razu przyłożyłam na nim dłoń, czując pod nią lekki rytm. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała, podnosiła i… tak w kółko, bo choć było to coś najnormalniejszego na świecie na mnie podziałało w uspakajający sposób. Zerknęłam z nagłym ożywieniem w stronę szafki z białymi półkami, zawaloną całkowicie przez książko, a która była dość wyraźna na granatowym tle ściany, zaczęłam zastanawiać się, co w takiej chwili robili ich bohaterowie w podobnych sytuacji.
Przymknęłam oczy, wiedząc, iż to uczucie jest niebezpieczne, niszczycielskie i choć daje dużo siły, odwagi i z uśmiechem pozwala iść przez świat to jej utrata rujnuje aż do samej duszy. Nigdy nie pozwalałam sobie na uczucie choćby w małym przybliżeniu do tego.
Jak najgorszego zła unikałam wszelkich ciepłych uczuć…
Miałam w głowie istny chaos!
Podniosłam się gwałtownie z łóżka, wpadając przy tym na siedzącego pingwina, który przyniósł ze sobą swoją miskę z napisem „Henryk” (jak mniemam mój kochany ojciec właśnie tak nazwał tego nielota – choć nie lot to złe określenie, bo ten pingwin używa wiatru mojego ojca i lata sobie na burzowej chmurze, który sypie śniegiem po całym domu) i przyglądał mi się swoimi czarnymi oczkami.
— Spadaj — warknęłam.
Ku mojemu szokowi, mały nielot rozpłakała się roniąc najprawdziwsze łzy, a ja poczułam się całkowicie zmieszana i jakbym właśnie pozbawiła małe dziecko wszelkich dziecięcych marzeń.
— Hej, nie płacz! — Zawołałam, powodując jeszcze większy płacz pingwina. — Przepraszam! Przepraszam! — Krzykiem próbowałam przebić jego głośnie wycie.
Jeżeli ktoś kiedykolwiek mówił mi, że pingwiny są spokojnymi nielotami…
Ten ktoś z całą pewnością kłamał!

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Siedząc na drewnianej huśtawce na niewielkim tarasie swojego domu, starałam się zastanowić, czemu Sammy ostatnio zachowywał się tak dziwacznie. Ziewnęłam szeroko, choć słońce było jeszcze wysoko na niebie, a następnie oparłam się plecami  o oparcie huśtawki, przy czym palcami lekko odepchnęłam się od powierzchni drewnianej podłogi tarasu, wprawiając ją w lekki ruch, a następnie położyłam je na niej, obejmując je ramionami i kładąc głowę na kolanach.
Wpatrując się w grających w piłkę nożną herosów (boisko do piłki nożne powstał przeze mnie i mojego brata, gdyż nieźle się wtedy pokłóciliśmy i w efekcie za naszym domem powstał ten oto plac), a lekkie błyski i niepokojące dźwięki dochodzące z domku ani trochę mnie nie dekoncentrowały.
Byłam smutna.
Czułam na swojej skórze nadchodzące zmiany i choć miałam wielką ochotę odwiedzić Rachel – naszą Wyrocznie Delficką, która zajmowała się przepowiadaniem przepowiedni (były one oczywiście w formie wiersza, który człowiek rozumie dopiero po wszystkim) i jako jedyna traktowała mnie w miarę normalnie, ale w końcu ta rudowłosa dziewczyna również była trochę dziwna.
— Magic! — Wydarł się znajomy głos.
Z niechęcią oderwałam wzrok od grupy dziesięciolatków grających w piłkę nożną i spojrzałam na swoją siostrę, która stała w progu drzwi ze skwaszoną miną, jakby ktoś właśnie pobrudził jej ukochany fotel (a co było niemożliwe przez zaklęcia, jakie na niego rzuciła). Przyglądałam się chwilę dziewczynie o naturalnych „truskawkowych” blond włosach, natomiast jej dziwne beżowe tęczówki wpatrywały się we mnie wrogo.
— Coś nie tak Amira? — Spytałam cicho.
— Dziwak do ciebie — oznajmiła nagle z obojętnością. — Prosiłabym jednak, aby nigdy, NIGDY więcej nie przynosił tych śmierdzących kwiatów!
Amira była dziwną osobą (jak wszystkie dzieci Hekate), ale niewiele osób może równać się z tym, że mają taką fanaberię jak ona. Bo kto normalny uważa róże za śmierdzące i brzydkie kwiaty? Właściwie ostatnio zauważyłam, że w swoim pokoju trzymała bukiet mleczy – podejrzewam również, że nie z powodu nagłego zamiłowania do roślin.
Podniosłam się raptownie, zapominając o tym, gdzie trzymałam nogi, a to spowodowało, ze z hukiem poleciałam do przodu, przy czym moje nogi nadal leżały na huśtawce, która wprawiłam w nagły ruch i zdecydowanie dorobiłam się nowych siniaków na nich.
Moja siostra słowem nie odezwała się na mój spektakularny spektakl, nawet wtedy, gdy próbując się podnieś oberwałam huśtawką w głowę i znów leżałam na brzuchu, jęcząc z bólu. W takiej właśnie pozycji znalazł mnie mój gość, przychodząc do mnie i zapewne tracąc cierpliwość.
W chwili, gdy ujrzałam poważną minę syna Tanatosa z bukietem kwiatów i bombonierką w kształcie serca, łzy pojawiły się w moich oczach i tym razem nie było to spowodowane moim wypadkiem, a tym, że mój przyjaciel właśnie się w kimś zakocha i zapewne poprosi mnie o pomoc w zdobyciu serca dziewczyny, której automatycznie zaczęłam darzyć niechęcią.
Strach i ból ścisnął mi serce.
Zdałam sobie wówczas sprawę, że go kocham.
— Nienawidzę cię! — Wydarłam się.
Niespodziewanie podniosłam się na równe nogi i nim zdegustowana Amira, czy zaskoczony Samael mogli cokolwiek zrobić, ja zręcznie przeskoczyłam przez barierkę tarasu (ku swojemu zdziwieniu nic sobie przy tym nie łamiąc) i ze łzami bólu pobiegłam w stronę domku Jillian.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Ryana*

Marszcząc brwi, czytałem przepis, który właśnie podarował mi Will, zastanawiając się przy okazji, czy smakowałby on mojej ukochanej Jill. Podniosłem wzrok znad zapisanej niebieskiej kartki w kratkę i dostrzegłem, że Will oparł łokieć o mój ukochany blat i pomijając to, że zajął miejsce mojej Jill, to na dodatek oparł podbródek o dłoń i wydawał się całkowicie nieobecny.
Już miałem zrobić mu jakiś kawał (a dokładniej mówiąc zastanawiałem się nad różnymi możliwościami), gdy nagle drzwi od mojej kuchni huknęły o ścianę, a ponieważ byłem pewien, że Jill po naszym ostatnim razie prędzej przyznałaby się, że nie potrafi strzelać z łuku, niż przyszła tutaj… więc widok syna Tanatosa nie był dla mnie większym zaskoczeniem.
— Wydaje mi się, że ta kuchnia kiedyś stanie się miejscem posiedzeń — orzekł Will, który nadal wyglądał na zamyślonego. — Czemu mnie to nie dziwi?
Zignorowałem jego pytanie i podniosłem jedną brew, gdy Samael przemierzył dzielącą nasz przestrzeń i wepchnął mi tuzin czerwonych róż i bombonierę powodując, że kilka łodyg się połamało, a ja nie mogłem opanować szoku, gdyż tego momentu naprawdę nie przewidziałem i było to naprawdę przerażające. Czyżby tak właśnie żyli zwykli ludzie, nie mając pojęcia, co za chwile się wydarzy?
Jakoś nie dziwiło mnie, że ten sposób życia podoba się Jill, ale ja… naprawdę cieszyłem się, że mam swoje wizję, bo bez nich wydaje mi się, że nie umiałbym funkcjonować.
— Ona uciekła! Uciekła! Powiedziała, że mnie nienawidzi! — warknął, czerwieniąc się ze złości Samael. — A ty — pchnął mnie w pierś swoim palcem wskazującym — masz to naprawić! — syknął
Otworzyłem usta, aby jakoś zmniejszyć złość Samaela, ale ten już wyparował z kuchni trzaskając ponownie drzwiami. Zamrugałaem oczami starając się pojąć, co przed chwilą się wydarzyło, aż usłyszałem śmiech Willa, blondwłosy chłopak wręcz leżał na moim blacie i o mało nie rozpłakał się z nagłego napadu śmiechu.
— Z czego się śmiejesz? — Spytałem lekko podirytowany.
— Bo Magic jest z pewnością u Jill — zawołał Will zmywając się równocześnie z kuchni.
O cholera…

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jill*

Nagłe przybycie rozpłakanej Maggie do mojego domku wprawił w ruch mój instynkt opiekuńczy, o którym istnieniu nie miałam pojęcia. Kogo widok rozpłakanej i zasmarkanej słodkiej czarnowłosej dziewczyny w (jak zwykle) niebieskiej garderobie (jeansach i T-shircie) nie wprawiłby w taki stan?
Naturalnie mój pingwin o imieniu Henryk siedział sobie na swojej białej chmurce latając nade mną jakbym została przeklęta przez wiedźmę i zmuszona była do wiecznej śnieżycy. Bynajmniej taki widok nie zszokował Maggie, która bez słowa rzuciła się w moje ramiona rycząc mi w moją czarną bluzę z ćwiekami, a która bez wątpienia po tym będzie nadawać się do wyrzucenia.
Skrzywiłam się z powodu swoich myśli, bo w tej chwili ważniejsze było samopoczucie Maggie, która wielokrotnie niemal nie niszczyła świata, ale jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak wielkim lamentem z jej strony, wręcz zanosiła się płaczem.
— Nie płacz, bo ci serduszko pęknie… — mruknęłam odruchowo ciepłym i cichym głosem.
Znieruchomiała i odsunęła się ode mnie.
Obydwie wpatrywałyśmy się z tak samo wymalowanym szokiem na twarzy, że takie słowa wypadły z moich ust, a przy okazji próbowałam przypomnieć sobie, gdzie ostatnim razem je usłyszałam i wtedy w moich wspomnieniach zamigotała postać kobiety o ciepłym lekko chropowatym głosem, którym oznaczały się osoby, które wypalały zdecydowanie za dużo papierosów, a miłość w jej głosie była wręcz wyczuwalna tak samo jak w jej bursztynowych tęczówkach.
— Jill… dobrze się czujesz?
Westchnęłam, bo przynajmniej udało mi się uspokoić Maggie.
— Sama nie wiem — wyznałam zgodnie z prawdą. — Chyba zaczynam popadać w depresję — mruknęłam.
Nagle twarz Maggie się rozpromieniła, a jej szeroki uśmiech był wręcz zaraźliwy, ale nie odwzajemniłam go tylko spojrzałam mniej wrogo na nią i czekałam na jej wyjaśnienia, czemu nagle wygląda tak jak Ryan, gdy…
Potrząsnęłam głową wściekła, że moje myśli w tej chwili biegną tylko w jedną stronę.
— Dzisiaj wieczorem do Obozu mają przybyć łowczynie Artemidy — wyjaśniła pełna entuzjazmu Maggie. — Jak zwykle odbędzie się walka o sztandar i..
Nagle Maggie przerwała, a na jej twarzy pojawiła się rozpacz i tyle było po jej wielkiej radości z powodu odwiedzin łowczyń. Na nowo w jej oczy się zaszkliły i stanęły w nich łzy, aby po chwili popłynąć nową porcja po jej zarumienionych od niedawnej ekscytacji policzkach.
Rzuciła się na mnie z godną wojownika szybkością i nie pozwalając mi się uwolnić ryczała w moją bluzę jak mała dziewczynka. Niestety objęła mnie za ramiona, więc nie mogłam jej również objąć, na ojej twarzy pojawiło się zrezygnowanie.

*          *          *

Jakiś czas później przyszedł Ryan.
Jego widok całkowicie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się, że rudzielec odważy się tutaj przyjść po tym jak mnie pocałował – z zaskoczenia!
Wstyd się przyznać, ale jakoś szczególnie nie byłam na niego wściekła, a jedynie lekko zaskoczona i znów poczułam to dziwne ciepło promieniujące od środka. Widok przygnębionego rudzielca był dziwnie bolesny, a swoje dłonie schował do kieszeni i stojąc przede mną z opuszczoną głową wymamrotał:
— Mogę pogadać z Maggie?
Zmrużyłam oczy i stanęłam rozkrokiem w progu drzwi, krzyżując przy okazji ramiona na piersi. Wpatrywałam się w niego, jakbym chciała wyczytać jego najskrytsze myśli, aż do czasu, gdy i on podniósł swoją głowę, a wtedy lekko zatonęłam w jego dwukolorowych tęczówkach.
Dech zaparło mi w piersi, w głowie się zakręci od natłoku odczuć.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Ryan tępo się we mnie wpatruje i chce spotkać się z inną dziewczyną, traktując mnie jak służącą. Złość zagotowała się we mnie jak nagły podmuch powietrza, który poruszył włosami rudzielca. Spojrzał niespokojnie za siebie, a później zerknął na moje zaciśnięte w pięści dłonie i podniósł jedną brew do góry.
— Jesteś zazdrosna? — Nutka samozadowolenia pojawiła się w jego głosie. — Nie masz, czego się obawiać, moje serce należy tylko do ciebie!
Prychnęłam, a moja irracjonalna złość lekko zmalała.
— Nic mnie to nie obchodzi!
— Me serce krwawi od twych kłamstw — stwierdził z szerokim uśmiechem. — Jak możesz krzywdzić kogoś tak przystojnego, niesamowitego i oddanego swej jedynej miłości?
W odpowiedzi skrzywiłam się i cofnęłam o krok, a rudzielec biorąc to za zaproszenie ruszył z szerokim uśmiechem do przodu i w tej samej chwili zderzył się z drzwiami. Jęknął cicho, a ja uśmiechnęłam się podnosząc jeden kącik swoich ust.
— Kocham cię Złośnico! — Wrzasnął Ryan zza zamkniętych drzwi.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Okazało się, że Jillian uwielbia pianki.
Niby nic nieznaczące odkrycie, gdyby nie to, że syn Hefajstosa – Leo – pilnował, aby każdy dostał po równo, a Jillian dość nieumiejętnie zaczęła być niezwykle uprzejma i niemal powiedziała „Proszę”, aby dostać nieco więcej owych łakoci.
Czasami zachowanie Jillian naprawdę wskazywało, ze dziewczyna ma tylko piętnaście lat. Bo jakby, choć w tej chwili, cała jej stanowczość i wrogość zniknęły, gdy niemal (bo jednak się nie śmiała, a jedynie lekko podnosiła kącik swoich ust) się uśmiechała, a nawet żartowała, choć jej drażnienie się z innymi można by wziąć, jako najprawdziwszą groźbę.
Nie znałam Jillian, a przynajmniej nie tak dobrze jakbym chciała, ale przez ten czas odkryłam, że wiele osób odtrąca od siebie. Wybudowała wokół mur, mający na celu chronić ją, ale niestety nie wiedziałam, przed czym, choć miałam cichą nadzieje, że kiedyś mi to zdradzi, w końcu każdy z nas miał mroczne sekrety, a ja wiedziałam doskonale, jakie to uczucie.
Mimowolnie przypomniało mi się moje dzieciństwo.
Zadrżałam z przerażenia, a następnie spojrzałam w niebo na migocące na granatowym tle gwiazdy. Dzisiaj widok był bezchmurny i jakoś dziwnie pogrążył mnie w transie, westchnęłam, gdy letni wiatr owiał moją skórę. Naprawdę cieszyłam się tym, że lata w obozie trwa przez cały rok, bo choć coś tam popsułam i teraz na zawsze jest tu ciepło to ten jeden wypadek jakoś mnie nie zdołował.
Niespodziewanie poczułam koło siebie ruch i gdy odwróciłam głowę w kierunku osoby, która postanowiła usiąść koło mnie na powalonej kłodzie, leżącej niedaleko ogniska, miałam nadzieje, że okaże się nią Jillian, która skończyła już sprzeczać się z Leonem o tym, dlaczego jej należy się więcej pianek niż innym obozowiczom (a naprawdę znalazła ku temu argumenty!).
Pierwsze, co podpowiadało mi, że to nie Jillian była mroczna aura otaczającego mojego towarzysza i zanim spojrzałam na niego, wyczułam lekki zapach róż, co mnie zmyliło, ale gdy spojrzałam na poważny wyraz twarzy syna Tanatosa, u którego oczach kryło się przerażenie poczułam dziwny ucisk w sercu, zwłaszcza, że lewą dłoń wyciągnął w moim kierunku podając mi w ten sposób śliczną czarną róże, a co było niesamowite, bo nigdy takiej nie spotkałam.
Ostrożnie wzięłam w dłoń oferowany mi kwiat i zachichotałam cicho, gdy poczułam jego ciężar. Nie maiłam pojęcia, jakim cudem Samael skonstruował róże z czarnego szkła, która pachniała jak cały tuzin róż, ale byłam szczerze oczarowana, choć z niepewnością spojrzałam w jego miodowe oczy.
Zlustrowałam go wzrokiem, od jego czarnych włosów, które jak zwykle zmieniły swoją barwę wraz ze zmiana pory dnia, na jego miodowe oczy, zaciśniętą szczękę, która była wyraźnie podkreślona przez jego ostre rysy, a nawet spojrzałam na jego czarny podkoszulek z naddrukiem czerwonego (wydał mi się w nieco krwawy) kolorze i z czarnymi dodatkami w środku, które tworzyły coś na kształt stojącego rycerza z mieczem. Srebrny napis wchodził na skrzydła smoka i głosiły napis: „Dragon Age: Inkwizycja”.
Wpatrywałam się w ten napis, jakby miał mi od odpowiedzieć na wszystkie dręczone mnie pytania, nie miałam odwagi znów spojrzeć w miodowe oczy Samaela i dowiedzieć się prawdy, ale jak sama Jill mi doradziła: „nie powinnaś uciekać, a wręcz stawić czoła problemom”. Czasami córka Eola mnie przerażała z tym, jak dobrze radzi sobie w życiu – w przeciwieństwie do mnie.
— Maggie… — wyszeptał moje imię i zamilkł. — To dla ciebie — wyjąkał cicho.
Zamrugałam, gdy oczy mi zwilgotniały i powoli podniosłam głowę do góry, ktoś właśnie rozpalił ognisko i płomień ogrzał mnie w lewy bok twarzy, ale ja byłam urzeczona tym, jak nowy kąt światła zmienił całe oblicze syna Tanatosa, a raczej jego słowa. Ta chwila wydała mi się niezwykle intymna i wydawała się burzyć moje wszystkie wątpliwości.
— Dla mnie? — Szepnęłam cicho i zacisnęłam mocniej dłoń na ciepłej od mojej dłoni łodydze róży. — Ja… — zawahałam się i biorąc głęboki oddech, przymknęłam oczy i wykrztusiłam: — Kocham cię.
Nastała dziwna cisza, bo choć wokół nas trwały w najlepsze kilkanaście rozmów, a z tego wszystkiego można było usłyszeć wrzaski Jillian, która znów wydzierała się na Ryana, jak również skarżyła się (chyba) Chejronowi, że Leo nie dał jej pianek. Czy choćby taki Leo, który właśnie tłukł swoim młotkiem, którym walił jakiś stolik i wkurzał tym samym Drew, a która żaliła się na to swojej nowej przyjaciółce Lunie, a ta z kolei mamrotała coś pod nosem po łacinie, a co jej przyjaciółka kompletnie ignorowała (a były to przekleństwa różnego rodzaju).
Dla mnie ten cały chaos nie istniał, a jedynie siedzący koło mnie mój najlepszy przyjaciel.
Wzdychając cicho otworzyłam oczy, aby zobaczyć rysującą się ulgę na twarzy Samaela.
— Też cię kocham Czarodziejko — szepnął.
Euforia nagle opanowała całe moje ciało, moja radość była przeogromna i po prostu rzuciłam się na szyję mojemu przyjacielowi z dzieciństwa, ale… skoro wyznaliśmy sobie miłość, kim teraz byliśmy? Parą? Nie chodziliśmy na randki…
Pozbyłam się swoich wątpliwości, gdy silne ramiona Samaela objęły mnie i przycisnęły do jego ciała jeszcze mocniej. Zarumieniłam się wściekle, gdy posadził mnie na swoich kolanach i na nic zdało się moje wiercenie i próby ucieczki z jego objęć.
- Gdy udało mi się ciebie złapać Czarodziejko, już cię nie wypuszczę – oznajmił chłodno, ale z błyskiem ciepła w swoich miodowych oczach, ale nagle zmarszczył brwi. – Nie rozumiem tylko, czemu uciekłaś, gdy chciałem dać ci róże i czekoladki – wyznał.
Zachichotałam i schowałam twarz w jego ramieniu.
Byłam zbyt szczęśliwa, aby wyznać, że wtedy myślałam, że zakochał się w dziewczynie, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła mu chaotyczny sposób wyjaśniać, że od dawna go kochałam, ale wtedy zdałam sobie z tego sprawę, jak również, że namówiłam Jillian, aby pobiła jego nową dziewczynę, a ta ostatnia kwestia niezbyt spodobała się synowi Tanatosa.

*          ~          *          ~          *

Annabeth opadła bezwładnie na ziemię, a nad nią pochylał się wysoki mężczyzna odziany w czarne szaty. Westchnął i narzucił na swoje złote włosy kaptur, skrywając w mroku rysy swojej twarzy. Następnie odwrócił się w stronę przerażonej Rachel, która z kneblem w buzi i związanymi kończynami próbowała uciec jakoś z domku Ateny, ale mężczyzna nie przejął się zbyt jej próbami, a jedynie podszedł i nachylił się nad nią.
— Spójrz na mnie — rozkazał i złapał w dłoń jej twarz, ściskając na tyle mocno, aby pozostawić na jej skórze czerwone ślady po jego palcach. — Wyrocznio Delficka, chce poznać przepowiednie — rozkazał.
Rachel, rudowłosa dziewczyna z masą piegów, spojrzała na niego iskrzącymi się szmaragdowymi oczami, w których kryła się pogarda dla jego osoby. Bez wątpienia była nie tylko przerażona sytuacją, zaniepokojona o Annabeth, ale również wściekła na bezimiennego mężczyznę.
— Pseudologos.
Usłyszawszy kobiecy głos, Rachel odetchnęła cicho z ulgą i przymknęła na chwile oczy, a następnie zamrugała zaskoczona na widok kobiety, która oparła się swobodnie o jedną ze ścian niewielkiego pokoiku należącym do nieprzytomnej blondynki.
— Czemu opuściłeś ciało Annabeth?
Mężczyzna zignorował kobietę za swoimi plecami i dalej wwiercał spojrzenie w Rachel.
— Chciałem sprawdzić, czy mogę ją zmusić do pomocy, ale jest chroniona — skrzywił się lekko na własne słowa. — Gdy jestem w swoim ciele mam więcej mocy — wyjaśnił.
Westchnął cicho, a następnie podniósł się na równe nogi i spojrzał na kobietę, którą skrywał cień kąta pokoju. Padające światło księżycowe niewiele pomogło w oświetleniu ciemnego pokoju, ale nikt w tej chwili z dwójki bogów się tym nie przejął.
— Będziesz musiała ją zabrać — stwierdził Pseudologos.
— Oczywiście — natychmiast przytaknęła kobieta. — Nie chcemy, aby wypaplała prawdę, bo w końcu ktoś tutaj była aż tak głupi, że…
— Wystarczy Apate! — Warknął mężczyzna.
Mamrocząc pod nosem podszedł do nieprzytomnej blondynki, która wydawała się pogrążona w głębokim śnie, a następnie zmieniając się w gęstą czarną mgiełkę wniknął w ciało nieprzytomnej dziewczyny. Dokładniej mówiąc wyglądało to jakby całej jej ciało zostało nagle otulone tą tajemniczą mgiełką, a następnie dziewczyna otworzyła oczy, które przerażały swoją bezdenną ciemnością i kilkakrotnie mrugnęła, aby zwyczajny szary kolor tęczówek znów się pojawił.
— Musiałeś robić takie przedstawienie? — Spytała podirytowana Apate.
Pseudologos w odpowiedzi uśmiechnął się tajemniczo.
Następnie obydwoje spojrzeli na przerażoną rudowłosą dziewczynę, a następnie Apate podeszła do niej żwawym krokiem i przerzucając sobie przez ramię wiercącą się dziewczynę ruszyła w stronę wyjścia z domku. W końcu nie mogła teleportować się z tego miejsca, bo wtedy Dionizos dowiedziałby się o jej obecności. To było naprawdę wielkie utrudzenie, gdy Moros i Pseudologos będą zmuszeni zniwelować swoją moc przed dyrektorem obozu, aby móc bezpiecznie się tutaj rozglądać w poszukiwaniu Puszki.
— Uważaj na nią Apate — rozkazał męski głos wydobywający się z ust Annabeth.
— Spokojnie — odparła dziewczyna. — Obydwie świetnie się będziemy bawić, prawda?
W odpowiedzi łzy stanęły w oczach porwanej dziewczyny, która już nie próbowała ich powstrzymywać.
______________________________________________________________________
Od razu zacznę od tego, że nie udało mi się sprawdzić porządnie teksu, bo jeszcze dzisiaj go skończyłam i od razu dodaje - jak obiecałam! Dlatego przepraszam za błędy, które mogą pojawić się w trakcie czytania :(
Podejrzewam, że od następnego rozdziału zacznie się akcja z poszukiwaniem Puszki Pandory - a co wiąże się z opuszczeniem obozu i podróż po świecie, walkę z potworami itp.
W tym rozdziale dochodzi do pewnych rewolucji :D 
No i w poprzednim rozdziale zapomniałam wspomnieć o pewnej czytelniczce, która była na tyle miła, że podesłała mi przepiękny rysunek Ryana, jestem jej za to wdzięczna i przepraszam, że poprzednio zapomniałam o tym wspomnieć. Dziękuje Oli Birut za ten rysunek:
Pozdrawiam i dziękuje wszystkim za tyle cudownych i wspaniałych komentarzy!