KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manhattan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manhattan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Rozdział XVI

"(...)Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!(...)"

*Perspektywa Ryana*
Dyskretnie rozejrzałem się po domku Seleny, a w szczególności temu szczególnemu pokojowi. Był on dość mały, a mieściła się w nim niewielka toaletka przerobiona na prozaiczny konsolet fryzjerski. Był on z dębowego drewna, a żarówki przyczepione do obramowania lustra, świeciły teraz lekko przytłumionym światłem. Poczułem się, jak prawdziwa gwiazda teatru.
W tafli lustra mogłem dokładnie przyjrzeć się niezadowolonej smukłej dziewczynie o mlecznej skórze. Jej czarne włosy, jak co dziennie od dnia, kiedy zauważyłem ją, gdy oprowadzała Jill po obozie, były zaplecione w warkocz. To mi przypomniało, że muszę uzupełnić swój album „Pierwsze chwilę z Jill”. 
Córka Seleny spojrzała na mnie z niegasnącą nadzieją, ale nie zamierzałem zmieniać raz podjętej decyzji. Czas w końcu olśnić przyszłą matkę moich dzieci swoim buntowniczym ja, bo jak widać moja romantyczna natura jakoś jej nie wystarcza.
Te myśli sprowadziły mnie znów na Jill, na jej szare oczy, które objęte były mgiełką tajemnicy, wąskie usta obrzmiałe i w kolorze dojrzałej truskawki przez moje pocałunku. Znów poczułam napływ podniecenia. W tamtej chwili niewiele brakowało, a zignorowałbym to, że jesteśmy tak młodzi i ona jeszcze nie wyznała prawdy, a którą zna w głębi swojego serca.
Już nie mogłem się tego doczekać, a to sprawiało, że stawałem się niecierpliwy.
Ciche westchnienie wyrwało mnie z mojej zadumy.
— Naprawdę muszę? — Jęknęła cicho Luna. 
— Słyszałem, że jesteś w tym najlepsza — wyznałem zgodnie z prawdę, patrząc w lustro, aby złapać jej smutę spojrzenie, srebrne oczy córki Seleny, przypominały mi moją Złośnicę. — Zawsze mogę zrobić to sam, w końcu one odrosną — wzruszyłem ramionami.
Wprawiłem w ten sposób, w niewielki ruch, granatowy ręcznik, który dziewczyna położyła mi na ramiona. Wydała cichy jęk rezygnacji, i dotknęła moich, zdecydowanie już za długich, rudych włosów.
Jej palce dotknęły skóry mojej głowy, sprawiając, że czułem się, jak podczas masażu. Westchnąłem błogo i lekko się odprężyłem, a wtedy ona zabrała swoje zgrabne paluszki i sięgnęła po spryskiwacz wypełniony wodą, a następnie zaczęła nawilżać nią moje włosy.
— Zastanawiam się, co też twoje zgrabne dłonie mogą robić z inną częścią ludzkiego…
— Przymnij się — oznajmiła zawstydzona dziewczyna. — Obydwoje wiemy, że chodzisz z Jillian, a ja nie chciałabym być… — zadrżała lekko. — … na jej liście. Widziałam, jak również większość obozowiczów, co Jill zrobiła temu biednemu chłopakowi… 
Parsknąłem śmiechem na to wspomnienie, bo Jill zanim wczoraj wpadała do mojego domu, ratując mnie przed wyrzutami sumienia, a Willa przed trwałym uszkodzeniem na jego zdrowiu, to dziewczyna mając kiepski dzień, podobno prawie wykastrowała jakiegoś syna Aresa.
— Na pewno ten biedny chłopak, jak go nazywasz, nie jest bez winy — zauważyłem.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, a następnie sięgnęła po grzebień, czesząc moje rude włosy. Ich długość mnie już irytowała, podobnie jak teraz córkę Seleny, która miała problem z rozczesaniem moich kołtunów.
Rozsiadłem się wygodniej na czarnym hokerze bez oparcia i w skupieniu obserwowałem obozową fryzjerkę.
* * *

Gdy zapadł zmierzch, ruszyłem do domku Eola w towarzystwie rozgadanej Maggie, która komplementowała moją nową fryzurę. Chwilę później zaczęła wyjaśniać mi działanie włosów jej chłopaka, Samaela, aby po chwili zaczęła go wychwalać, jaki to on jest romantyczny i ni z tego ni z tamtego oznajmić mi, że przyłapała, jak syn Hadesa przeglądał magazyn ze strojami kąpielowymi mężczyzn, w łazience i z opuszczonymi spodniami...
Naprawdę… nie chciałem wiedzieć, na czym jeszcze go przyłapała.
Dochodząc do domku numer dwadzieścia cztery, szczerze odetchnąłem z ulgą i wpakowałem się do środka bez pukania. Na mój widok pingwin wydał z siebie dziwny dźwięk i popędził niemal biegiem przed siebie. Wyglądało to dosyć zabawnie, a dodatkowo Jill wyrzucała z ust wyrażenia, których nie powinna znać w swoim wieku, a w różowe włosy miała… 
— Jill, czemu gonisz pingwina? — spytała zaniepokojona Maggie.
— Czemu masz różowe włosy? — spytałem w tym samym czasie.
W odpowiedzi prychnęła i zdjęła z głowy perukę, rzucając nią w naszą stronę. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to świat zmierza ku końcowi, czy ja po prostu przestaje rozumieć rodzaj ludzki?
Prychnąłem i roześmiałem się głośno, zdejmując swoją czarną czapkę i zakładając na głowę perukę, z uśmiechem skierowałem wzrok na dziewczyny. One niestety kompletnie zignorowały moją zaczepkę, jedynie Jill posłała mi spojrzenie mówiące „Serio?”. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami i zacmokałem do niej.
Zarumieniła się lekko i odwróciła wzrok, a mnie szczerze rozbawiło jej zmieszanie.
— Ja i Jill się całowaliśmy — oznajmiłem.
Złośnica zamknęła oczy i opuściła ramiona w geście bezradności. Maggie w tym czasie otworzyła usta i wyglądała, jak ryba wyrzucona na brzeg. Nie mogła wykrztusić ani słowa, a ja pożałowałem, że nie zaszczyciłem jej tą rewelacją dużo wcześniej zanim mogła mi mówić o upodobaniach syna Hadesa.
— To nie jest istotne… — zaczęła Jill, ale jej przerwałem.
— Możesz powiedzieć Samaelowi, że chętnie zgodzimy się na podwójną randkę! Jill i ja jesteśmy parą — dodałem.
— Nie jesteśmy — zaprzeczyła Złośnica.
Ja i Maggie ją zignorowaliśmy, na co ona jedynie wniosła oczy ku niebu. Następnie z premedytacją podeszła do nas i walnęła mnie w ramie, piorunując ze złości, swoim złowrogim spojrzeniem. W tej chwili, naprawdę, zgadzałem się z teorią Maggie, że Jill najlepiej pasowałaby, jako córka Nemezis.
* ~ * ~ *
*Perspektywa Jill*
Wszyscy troje złapaliśmy swoje plecaki, a gdy mieliśmy właśnie opuścić mój dom, spostrzegłam, mojego pingwina Henryka. Wpatrywał on się w nas żałosnym smutnym spojrzeniem zbitego psa. Pokazałam mu środkowy palec, a na co Nielot zareagował napuszeniem swoich nielotnych piórek i wypuszczając spod skrzydełka puszkę z sardynkami, ruszył piegiem i z piskiem w stronę drzwi. 
Wiedząc, co kombinuje, wrzasnęłam na niego, grożąc mu wykastrowaniem i rzuciłam się w pogoń na pingwinem. Dwójka moich towarzyszy, nie wiedząc, co się dzieje przyglądała się nam. Henryk podszedł do drzwi, które jak na zawołanie się otworzyły, a później wysyłając nam zadowolone spojrzenie kota, który zjadł kanarka i popił go śmietanką, wpadł w czarną przestrzeń za nimi.
Przeklęłam kilkoma niezbyt przyjaznymi epitetami swoje zwierzę i spojrzałam na moich przyjaciół, a przy tym zgrzytając ze złości zębami oraz zaciskając dłonie w pięści.
— Co to za pokój? — Zdziwiła się Maggie.
Spoglądaliśmy na ciemność ziejącą z otwartych drzwi. Było to z moich magicznych „przejść” za pomocą poszczególnych wiatrów. Przełknęłam ślinę zdając sobie sprawę, że mimo wszystko nie mogłam pozostawić swojego bezmyślnego pingwina samego sobie.
— Favonius — przeczytałam, napis obok nich.
— Na zachód — przetłumaczył Ryan. — Chyba mamy szczęście — zauważył.
* * *
Jęknęłam z bólu, a następnie kichnęłam, gdy tylko kurz unoszący się w powietrzu zaczął drażnić moje śluzówki nosowe. Podniosłam powieki i przez chwilę zdezorientowana spoglądałam na migocący kurz. Wirował on w nikłym świetle słońca, które wpadało przez niewielką dziurę w ścianie koło mnie.
Mój wzrok skupił się na pomieszczeniu, zaczęłam składać wszystko, co widzę w spójną całość, abym mogła w końcu dowiedzieć się, gdzie dokładnie wylądowałam. Dach był pochyły, a drewniana konstrukcja była zachowana w surowym stanie, a przynajmniej od wewnątrz. 
Rzut okiem na niewielką dziurę i podłogę, uświadomił mi, że ktoś tu położył stare wiadro. Najwidoczniej właścicielowi domu, nie chciało się naprawiać dachówki. Uśmiechnęłam się kpiąco, a następnie starałam się wygrzebać z zawalonych na mnie kartonów, starych ubrań i kilka rzeczy, których wolałam nie identyfikować. 
— Jill?
Zrzucając z siebie naprawdę ciężki karton, a jednocześnie ciesząc się, że nie uszkodził on mojej nogi, podniosłam się i pomachałam, do moich przyjaciół. Mogąc w ten sposób spostrzec, że cały strych był zawalony przeróżnymi rzeczami, a ja zaczęłam obawiać się karaluchów i innych robactw.
— Gdzie jesteśmy? — spytałam mając nadzieje, że któryś z moich towarzyszy zna odpowiedź.
Ryan otrzepywał właśnie swoją brązową skórzaną kurtkę, a następnie uśmiechnął się do mnie szeroko, olśniewając swoimi białymi ząbkami. Wówczas dostrzegłam w jego lewym uchu niewielki kolczyk, który do tej pory skutecznie ukrywał przez swoje zbyt długie włosy. Obecnie nieco je przyciął, choć jego krzywka wciąż wpadała mu na oczy, to teraz ukrył ją pod czarną czapą z logo jakiejś gruby muzycznej.
— Jesteśmy… — zaczęła zawstydzona Wiedźma, ale dźwięk pukania jej przerwał.
Zaskoczona spojrzałam w dół, bo ten dźwięk wydobywał się spod moich nóg. Pukanie stało się głośniejsze, a następnie usłyszeliśmy lekko zachrypnięty i dudniący męski głos:
— Duchy! Wynoście się z mojego strychu!
Ryan bezgłośnie powiedział: „Wariat”, a ja mu przytaknęłam zgadzając się całkowicie z nim, ale to jęk Maggie zwrócił moją uwagę, bo ze łzami w oczach krzyknęła:
— Tatusiu! To ja!
Jak zwykle szykowałam się do jakiejś złośliwej uwagi, ale nagły ruch między pudłami zwrócił moją uwagę. Moja wścibska natura wygrała, więc schyliłam się, aby móc przyjrzeć się temu zjawisku bliżej. Wtedy też Henryk, mój nielotny ptak ruszył przed niebie wskakując w ramiona zaskoczonej Maggie. W tym samym momencie wydarzyły się dwie rzeczy. Pierwsza: spomiędzy pudeł wychyliła się czarna mordka jakiegoś stworzenia, i druga: ojciec Wiedźmy krzyknął:
— Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!
Nadzieje w głosie mężczyzny spowodowała, że zerknęłam na pełną rezygnacji twarzy córki Hekate. Przytulała ona do siebie pingwina, chcąc w ten sposób pozbyć się trochę swojego wewnętrznego bólu. To był mój wielki błąd, gdyż słysząc jakiś skrzek, spojrzałam znów w stronę, z której wybiegł Henryk. Po chwili na moją twarz skoczył prawdziwy szop pracz.
Wyjąc z bólu, gdy ostre pazury zwierzęcia wbiły się w moją skórę, zaczęłam machać ramionami, jak jakaś wariatka i w ten sposób, cofając się, potknęłam się i padłam do tyłu, jak długa, próbując pozbyć się szopa, podczas, gdy Ryan naśmiewał się do rozpuku, a Maggie próbowała wyjaśnić swojemu ojcu, że wcale nie umarła.
* * *
Ryan został moim osobistym pielęgniarzem – jak się sam nazwał, gdy tylko pan Martins (ojciec Maggie) zaproponował, że oczyści moje rany. Siedząc na czarnej skórzanej kanapie, w którą się zapadałam, zaś naga skóra moich nóg (miałam na sobie krótkie spodenki) przyklejała się do niej nieprzyjemnie. Starałam się ignorować szczypanie, gdy wacik nasiąknięty wodą utlenioną był lekko przyciskany do moich ran. Nie mogłam powstrzymać jednak syku bólu, które mi się wymykały. Choć złowrogie spojrzenia, które były skierowane na Ryana, były już zamierzone. 
Złapałam go za nadgarstek, powstrzymując przed kolejnym z rzędu razie, gdy chciał ponownie odkazić wszystkie moje zadrapania na mojej twarzy. 
Rudzielec westchnął i odłożył wacik wraz z wodą utlenią na pobliski wysoki stoliczek. Stały tam jeszcze cztery duże czarne świeczki wraz z fioletowymi i czerwonymi, które były w różnych rozmiarów. 
Wgapiając się w zgaszone świeczki, których knoty były czarne, a woski był rozlany po całym blacie stoliczka, zaczęłam uświadamiać sobie, że ojciec Maggie naprawdę jest wariatem. Wcześniej z powodu bólu, nie zwróciłam uwagi na wygląd salonu, ale teraz będąc tutaj dokonałam szybkiej oceny. 
Można by powiedzieć, że pan Martins tak bardzo kochał dzień Straszenie nieletnich… znaczy Halloween, że postanowił świętować je przez cały rok. Mi to bardzo odpowiadało, bo sama uwielbiałam straszyć innych i bynajmniej powodem miałyby być cukierki. Piski i płacz strachu innych… to były niezapomniane przeżycia!
Odłożyłam na dalszy plan swoje rozmyślenia na temat. Zdałam sobie jednak pytanie, czemu ojciec nastolatki ma dom w stylu gotyckim? Czarne ściany w salonie, były zdecydowanie nie w moim stylu, ciemne ciężkie zasłony, którymi zasłonięte były okna i nie przepuszczały żadnego promienia słonecznego, były jeszcze gorsze. Światło, które oświetlało salon wydobywało się spod czarnego żyrandola udekorowanego żarówkami na kształt czerwonych świec.
— Rachunek na prąd musi pan płacić duży — zauważył Ryan.
Rudzielec rozłożył się na niewygodnej kanapie w taki sposób, że zachwiałam się na swoim miejscu i poleciałam na niego. Korzystając z tejże okazji mojego braku równowagi na wyboistym terenie (jaką była w istocie ta skórzana diablica) objął moją talię ramieniem, a ja próbowałam dość nieudolnie się od niego uwolnić.
Musiałam przyznać, że było mi naprawdę przyjemnie zwłaszcza, gdy poczułam cudowny zapach Rudzielca. W brzuchu poczułam dziwne zawirowanie, ale nie było to nieprzyjemne, a wręcz zabierające w dech piersi uczucie.
Zapach syna Apolla był doprawdy niezwykłą mieszanką, kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla. Miałam ochotę zaciągnąć się nim w nieskończoność.
Nagle odezwał się pan Martins przerywając moje wgapianie się w Rudzielca ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami. Ponieważ starałam się ignorować chęć pocałowania go, a wzbudzić w sobie chęć wykastrowania przyczynę mojego dziwnego stanu emocjonalnego.
— Bardzo mi przykro z powodu Śnieżka — wyznał. — Ale on broni mnie od zombie — wyjaśnił, gdy zerknęłam na niego mrużąc ze złości oczy.
Tym zdaniem skupił całą moją uwagę na swojej osobie, a syna Apolla, który nagle zaczął mieć dziwny fetysz i zaciągał się zapachem moich włosów, wtykając nos obok mojego policzka i powodując, jeszcze mocniejszy sztorm w moim podbrzuszu, zaczął bawić się wolną ręką moją bransoletką.
„Zignoruj! Zignoruj!” – Wrzeszczałam na siebie w myślach 
Skupiałam swoją uwagę na ojcu Maggie (choć byłam całkowicie świadoma każdego ruchu Rudzielca). Był on dość wysoki, nieco wyższy od Ryan. Zaś jego włosy miały ten sam niezwykły czarny (niemal granatowy) odcień włosów, co Maggie. Były one obcięte dość krótko, oczy zaś miał w kolorze whisky i śniadą skórkę, a te ostatnie dwie cechy Maggie musiała odziedziczyć od swojej matki – Hekate.
— Wujek Desiderio nadal udaje nekromanta?
Pytanie Wiedźmy sprawiło, że zaczęłam mieć wielkie przekonanie, że cała ich rodzina to jakieś świry. Popchnęłam głowę Ryana, gdy zaczął dmuchać mi w ucho, chcąc uwolnić się od jego przyjemnego zapachu. Zachichotał cicho, a ja przekonałam się, że on jest jak rzepa, przyczepił się i koniec.
— Ostatnio nawet ożywił ciotkę Marianele… wy dwoje, kiedy planujecie ślub?
To pytanie zwróciło uwagę Rudzielca, a mi dało szansę się uwolnić, a przynajmniej na tyle, że ręka Ryana obejmowała mnie teraz jedynie za ramiona. Nie był z tego zadowolony, co wyraźnie widziałam w jego nagle chmurnym spojrzeniu o dwukolorowych tęczówkach. Poprawiłam się na kanapie i skrzywiłam, gdy poczułam, jak jej skóra przykleiła się do nagiej skóry moich nóg.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie usiąść na Rudzielcu… zdecydowanie wtedy miałabym wygodniej. Potrząsnęłam głową wstrząśnięta swoimi myślami.
— Gdy tylko Jill powie, że mnie kocha.
Pan Martins zmarszczył brwi i westchnął mówiąc: „Ach tak…”
Ojciec Maggie był naprawdę irytujący.
— Jak ma się Samael?
Mówiąc to, Meksykanin spoważniał, a chłód w jego oczach narodził we mnie kilka pytań, zaś Maggie, jakby nie widząc ile kosztowało jej ojca tak grzeczne pytanie, zaczęła opowiadać mu, jak to się zeszli, jakiż on cudowny, a skończyła opowiadając o tym, że przyłapała Nico w łazience…
— Puść mnie! — Syknęłam, gdy Ryan podniósł mnie, trzymając ramię wokół mojej tali i posadził na swoje kolana. — Wykastruje Cię!
— Obydwoje wiemy, że rozpalam w Tobie płomień pożądania, więc nie mogłabyś pozbyć się jedynej rzeczy, która go uga…
Zakryłam jego usta dłonią, pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć.
Dlatego zamilkłam i zawstydzona z rozpalonymi z zażenowania policzkami siedziałam, jak grzeczna dziewczynka na jego kolanach. Zastanawiając się przy okazji, jaką zemstę najlepiej na nim zastosować.
Teraz postanowiłam skupić się tylko na rozmowie prowadzonej przez ojca Maggie.
— Jillian Vivienne Taylor… — Tymi słowami zwrócił na siebie moją całkowitą uwagę —  …powinnaś uważać na siebie bardziej niż kiedykolwiek, duchy twoich przodków nawołują mnie z Tartaru, mówiąc, że twoje ciotki pragną zemsty na córce ich brata, jak również i na jego wnuczce — oznajmił patrząc mi prosto w oczy. — To, kto chce zagrać w chińczyka? 
* * *
Pan Martins uświadomił nam, że nawet w Meksyku spada temperatura i teraz jest z jakieś pięć stopniu Celsjusza. To spowodowało, że zmuszona byłam się przebrać w cieplejsze ciuchy. Ryan nawet zaproponował mi pomoc w rozbieraniu, ale jedno moje spojrzenie wystarczyło, aby się przekonał, że dzisiaj naprawdę już przeholował.
Wychodząc z pokoju gościnnego, miałam na sobie długie czarne rurki i szarą bluzę z niebieską twarzą słonia na przodzie, którego trompa unosiła się do góry z radości. Na nogach miałam swoje wygodne trampki.
Gdy tylko wyszłam od razu natknęłam się na swojego prześladowcę. Ryan nie musiał się przebierać, poza nałożeniem jakiejś ciepłej bluzy pod swoją kurtkę. Był z naszej trójki widocznie najlepiej przygotowany. Jego skórzana kurtka, jak zwykle była rozpięta. Tym razem jednak nie zamierzałam nawet komentować faktu, że założył tego samego koloru bluzę, co moja. Postanowiłam traktować to, jak przypadek.
Ojciec Maggie podał mi jakąś granatową kurtkę, a do tego białą czapkę z wymalowaną buzią oraz przyszytymi na czubku uszami pandy. Spoglądałam na to z konsternacją, a widząc moją minę wyjaśnił:
— To należało do Maggie, gdy miała jedenaście lat… myślę, że będzie na Ciebie idealnie pasować dziecko.
Poklepał mnie po główce, jakbym była dwulatką i posyłając mi szeroki uśmiech, obejrzał się na ramię na Maggie. Skrzywiłam się, myśląc, że jeszcze nie tak dawno, ten facet pytał, kiedy ja i Ryan mamy zamiar się pobrać. Bo albo facet cierpi na rozdwojenie jaźni albo to prawdziwy świr.
Widząc Maggie ubraną w jaskrawą zieloną kurtkę i różową czapkę, jęknęłam, bo w tym stroju jak nic będzie rzucać się w oczy. Zaś ojciec Maggie zaczął posypywać ją… brokatem. 
Nawet tego nie skomentuje…
Moje rozmyślenia zostały przerwane przez potężny ryk, który zmieszał się wraz z głośnym hukiem, jakby ktoś rozbił okno. Dźwięk ten dochodził z kuchni. Automatycznie zerwałam swoją bransoletkę, aby po chwili dzierżyć w dłoni bicz. Maggie sięgnęła po swój medalion i już miała w dłoni bliźniacze sztylety. Nawet Ryan dobył rapier celując jego ostrym czubkiem w stronę źródła hałasu.
Po chwili, coś z całej siły walnęło w drzwi (prawdopodobnie) prowadzące do kuchni, a siła, jakie coś bądź ktoś w nie walnął, sprawiło, że wyleciały one z zawiasów. Już po chwili wszyscy mogliśmy spoglądać na gimnastycznego lewa, który ledwo, co mieścił się w framudze. Lepiej byłoby powiedzieć, że jedynie jego wielka głowa się w nich mieściła.
Spojrzał na nas swoimi czarnymi oczami i zaryczał, próbując się do nas dobrać. Jego złota sierść na pysku lśniła ślicznym złotym kolorze. Byłam tak zafascynowana jego piękną sierścią i grą mięśni pod skórą, że następnie, gdy wyważył framugę i kawałek sporej ściany, to mogłam jedynie jak urzeczona wpatrywać się w niego. Był naprawdę pięknym stworzeniem i dopiero teraz rozumiałam, czemu lewy są nazywane królami.
— Chce takiego — mruknęłam, jak obrażona ośmiolatka.
— Ta się zrobić — powiedział Ryan i mrugnął do mnie.
Nie wiedziałam, czy mówi na serio, czy tylko się ze mną droczy. Nie miałam teraz czasu na rozważanie tego, tylko musiałam odskoczyć, gdy wielka łapa lwa zamachnęła się w moją stronę. Jego ostre pazury rozerwały przód granatowej kurtki, która dostałam od ojca Maggie, jak również moją bluzę i przy tym zadrapując lekko moją skórę na brzuchu.
Miał niezłe pazurki.
— To lew nemejski  —oznajmiła Maggie, jakby ta informacja była nam potrzebna. 
Dla mnie dużej różnicy w tym nie było, bo nieważne czy byłby to lew z parku zoologicznego, czy jakiś potwór mitologiczny i tak musiałabym z tym walczyć. Bo w obydwóch przypadkach nie chciałabym być przekąską dla takiego drapieżnika.
— Lecę po kamerę! — krzyknął pan Martins.
Wszyscy go zignorowaliśmy, Maggie skrzyżowała sztylety, gdy łapa lwa zamachnęła się na nią, posłało to ją na posadzkę i teraz jego łapa ją przygniatała, podczas, gdy Ryan próbował odgonić lwa od Maggie. Od razu zamachnęłam się biczem, który bezbłędnie trafił w jego sad. 
Potwór nie mógł tego puścić mi płazem, bo zaryczał z wściekłości i bólu, a następnie odwrócił się w moją stronę, ignorując Ryana i Maggie. Jego oczy zwęszyły się w małe szparka, a on uginając tylne łapy szykował się do skoku na mnie. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, na co tylko przez moment w jego oczach zamigotało zaskoczenie, a następnie skoczył.
Pył wylądował na mnie, powodując u mnie atak kaszlu, a ja spojrzałam z wyrzutem na Rudzielca. Który podrzucił w dłoni swój raper i posłał mi szeroki uśmiech zwycięscy.
— Popsułeś mi zabawę — oskarżyłam go.
— Prowadzę jeden do zera — oznajmił.
W odpowiedzi pokazałam mu środkowy palec.

_________________________________________________________________________________
Przepraszam za opóźnienie z nowym rozdziałem, ale miałam znów kłopoty z Internetem.
Życzę miłego czytania :)
Bussis!

sobota, 21 marca 2015

Rozdział XIII

(...)Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja(...)



Ognisko, przy którym teraz siadali herosi, było już daleko za nim, a dym wnoszący się ku niebu wskazywał, jak daleko od niego jest. Jednakże jego całkowitą uwagę przykuła dawna „znajoma”. Czarnowłosa kobieta o jasnych krwisto-czerwonych pasemkach nie wydała się nawet go zauważać, ale wiedział doskonale, że to są tylko pozoru. Miała na sobie czarny płaszcz, choć nie zarzuciła na głowę kaptura, pozwalając, aby jej czarne kosmyki, co jakiś czas unosiły się na nikłym wietrze. Wydała się całkowicie skupiona na swoim zdaniu, a jej wargi ułożyły się w nieprzyjazny grymas niezadowolenia.
Zadanie, które wykonywała naprawdę się jej nie podobało, co on z łatwością mógł wywnioskować, po jej nerwowych ruchach, czy cichych przekleństwach, którymi obrzucała całą przyrodę, braci i zmuszenie do bycia dyskretnym, a co jak łatwo było zaobserwować niezbyt dobrze jej wychodziło.
Przecierając się przez gęsty las, czekał aż znajdą się na tyle daleko, aby żaden z obozowiczów nie zauważył, co się dzieje. Nie mógł ryzykować, iż któryś z nich wtrąci się do ich rozmowy, a ona jakby nie patrzeć miała nad nim niewielką przewagę w postaci żywej tarczy.
Rudowłosa dziewczyna zwisała bezwładnie z jej ramienia, wydało się nawet, że już zrezygnowała z jakiejkolwiek szansy na ratunek. Dostrzegał w świetle księżyca niewielki blask na jej policzkach, a z resztą, kto w takiej sytuacji nie byłby przerażony?
Szedł spokojnie między gałęziami, a korzeniami drzew. W taki sposób, aby wydać, jak najmniej dźwięku. Starał się również nie iść pod wiatr, choć z jakiegoś powodu miał całkowitą pewność, że kobieta idąca swawolnym krokiem, kilka metrów przed nim, jest całkowicie świadoma jego obecności.
W końcu się zatrzymała, co wprawiło go w niepokój, gdyż doskonale wiedział, że nie są jeszcze nawet przy granicy obozu, a aby zniknąć stąd niedostrzeżenie tak, aby pan D. się nie zorientował, że ma w obozie szpiegów, tak powinna postąpić. Sam z resztą podejrzewał, że Dionizos doskonale zdaje sobie sprawę, że ma nieproszonych gości. Bo przypuszczał, że stosuje się on do znanego cytatu z pewnego filmu, a mianowicie:
„Trzymaj swoich przyjaciół, blisko, ale swoich wrogów jeszcze bliżej”
— Długo będziesz się bawił ze mną w tą grę, synu Hadesa?
Miał wielką ochotę się warknąć ze złości, a najbardziej uciec, bo nuta uwodzicielska w głosie tej bogini wydała mu się całkowicie nie na miejscu. Nie wiedział, skąd dokładnie wziął się jego nagły lęk, był on raczej absurdalny, ale nie zamierzał okazać strachu.
Powoli wyszedł zza drzewa, nie przejmując się tym razem, że nadepnie na jakąś gałąź, starą szyszkę, czy inną leśną roślinkę, która zdradzi jego pozycję. Powoli sunął się do przodu, pozwalając, aby blask księżyca oświetlił całą jego postać, a jednocześnie będąc blisko cienia, który w razie potrzeby może zamaskować jego poczynania.
Swoją dłoń jeszcze bardziej zacisnął na rękojeści swojego miecza. Dziękował sobie w duchu, że nigdy się z nim nie rozstaje. Z resztą, jak większość herosów i on zawsze był przygotowany na walkę z potworami, które wyskoczą w najmniej odpowiednim momencie.
— Apate, oddaj Wyrocznie — rozkazał cicho.
Nic nie zdradzało jego wewnętrznego niepokoju, gdyż do tej pory nie wiedział, czego ci bogowie szukają, a starał się dowiedzieć wielokrotnie. Bo chociaż miał już kilka domysłów i szlaków, wszystkie okazały się błędne. Wiedział natomiast, że Apate go oszukiwała i zwodziła, niby była po jego stronie, ale tak naprawdę nadal pomagała swoim kompanom.
— A co mi zrobisz, jeżeli tego, nie zrobię? – spytała i prowokacyjnie odpięła kilka guzików swoje płaszczu. — Mam się bać, Nico?
Nico zmrużył swoje ciemne oczy, a następnie podniósł do góry swój miecz, który do tej pory bezwiednie ściskał w dłoni, jak ostatnią deskę ratunku. Stygijskie żelazo zalśniło lekko w blasku księżyca, a po chwili koło chłopaka z ziemi wyszło dwóch kościotrupich wojowników.
Bogini, Rachel i on w milczeniu przyglądali się wydobywającym się kością z ziemi, które uformowały się w postać dwóch zmarłych wojowników. Byli wyjątkowo młodzi, gdyż jeden z nich miał w czaszce jeszcze oko, zaś drugi (co było widoczne) miał poszarpane jeansy, a które zapewne zaczęły się już powoli rozkładać. Ich klatki piersiowe zaś były otoczone skórą, choć wojownik w jeansach miał po lewej stronie wielką dziurę. Wyglądało na to, że ktoś wypruł mu serce z piersi. Obydwoje jednak mieli ostre miecze i tarcze, a pierwszy z nich nawet miał kompletną zbroje, zaś o drugim nie można było tego samego powiedzieć.
Gdy pierwszy był łysy i miał mnóstwo robaków, które go obłaziły, drugi zaś miał kilka białych kosmyków włosów, a reszta jego głowy była całkowicie łysa. Jego zielonkawa skóra lśniła w świetle księżyca, a ich wygląd wydawał się jeszcze bardziej złowieszczy. Nico przez moment przypomniał sobie chwilę, gdy pierwszy raz wezwał wojowników, a dokładniej w chwili swojego gniewie i żalu do Percy’ego, gdy ten powiedział mu o śmierci jego siostry.
Ich kościste dłonie, zacisnęły się na rękojeści miecza, a długie, kościste palce trzymały je wyjątkowo stabilnie. Mimo lichego stanu, jakim znajdowali się ci wojownicy, trzeba było przyznać, że byli zdumiewająco silni i wytrzymali, a o czym już wcześniej przekonał się Nico.
Apate cmoknęła językiem z dezaprobatą, a następnie puściła Rachel, która z jękiem upadła na ziemię. Powstrzymał cisnący się na jego usta pół uśmiech, bo właśnie na tę okazję czekał. On zajmie się boginią, a pani O'Leary, przetransportuje Rachel do Percy’ego.
Miał zaufanie do Percy’ego i to nie tylko, dlatego, że był jego pierwszą miłością. Wiedział po prostu, że synowi Posejdona można powierzyć ważne sprawy.
W tym czasie bogini zdrady ruszyła w jego stronę, a w jej dłoni pojawił się miecz. Nie był on jednak z niebiańskiego spiżu, czy stygijskiego żelaza, a jedynie ze zwykłego ludzkiego żelaza. Mimo, że nie był dzieckiem Hefajstosa mógł dostrzec tę niewielką różnicę.
— Zginiesz — zawyrokowała bogini.
Gdy tylko bogini ruszyła na jego wojowników, z cienia za jej plecami uformowała się postać ogara piekielnego, a jego głośny szczek sparaliżował na chwilę boginię. Obydwoje spojrzeli, jak wytrenowany ogar macha radośnie ogonem i swoim jęzorem liże twarzy Rachel, kilka kropel jego śliny skapnęło na rudowłosa dziewczynę, a która pisnęła w cichym proteście. Uszy psa od razu się podniosły i przyjrzał się dziewczynie z zaciekawieniem.
— Do Percy’ego! — rozkazał Nico.
Apate drgnęła i właśnie odwróciła się plecami do niego, aby zaatakować ogara, ale ten już złapał w swoją wielką szczękę bluzkę Rachel i pognał w stronę cienia. Podróżowanie cieniem nie dla każdego było przyjemne. Nico wiedział, że syn Posejdona będzie miał bliższe spotkanie z obiadem Rachel, ale tym razem, jakoś nie poprawiło mu to humoru, bo wściekły wrzask bogini z całą pewnością było słychać w całym obozie.
Ku jego zdumieniu, jego wojownikom nagle znieruchomieli i odwrócili się w jego stronę, a ich puste oczodoły zaczęły ziać dziwną czernią. Zaś oko drugiego z nich stało się całkowicie czarne. Natychmiast skierowali się w jego stronę, podnosząc miecz i chcąc zakończyć jego życie. Zaskoczony, zaczął blokować ataki i właśnie przez ten swój niewybaczalny błąd, pozwolenie sobie na odwrócenie uwagi, musiał przypłacić mieczem Apate, który przebił jego brzuch.
— Giń — syknęła bogini i rozmyła się w powietrzu, znikając.
Wraz z nią jej miecz, a wojownicy rozpadli się na kawałki, pozwalając, aby ziemia na powrót ich zagrzebała w ich grobach.
Chłopak jęknął cicho i upadł na kolana, trawa od razu zaczęła barwić jego spodnie na zielona, a co z całą pewnością się nie domyje. Jednak on nigdy nie zwracał na to szczególnej uwagi, a teraz objął dłońmi swój brzuch, czując tam paraliżujące zimno. Właściwie nie czuł bólu, co go naprawdę zaniepokoiło, a jego czarna bluzka świetnie ukrywała krwawienie i gdyby nie dłonie, które na niej położył, mógłby nawet pomyśleć, że rana to wymysł jego wyobraźni.
— Nico? — Usłyszał czyjś głos.
Jednak świat wokół chłopaka zaczął wirować, co zapewne było spowodowane szybka utratą, licznej krwi, a następnie odsunął się na ziemię tracąc całkowity kontakt ze światem. Być może były to psoty jego wyobraźni, ale przez moment wydawało mu się, że widzi swoją siostrę.
Biankę.
Już niedługo znów będą razem.

*          ~          *          ~          *
"Własną drogę wybierz,
by przeznaczenie swe ziścić.
Klucz do zagadki masz,
a ją poznasz na zachodzie,
tam gdzie słońce żegna się z dniem.
Zagłada bogów będzie wnet.
Tylko pamiętaj,
Ciemność w świetle jest kluczem,
Zło w dobroci jest mapą,
Zaś pochodnia twą pomocą.
Lecz uważaj dzielny wojowniku,
Za cenę miłości,
Śmiercią przyjdzie zapłacić.”
Chejron zamyślony spoglądał na migoczący w tęczy obraz, jednego ze swoich ulubionych herosów, którego morskie oczy pociemniały o kilka oktaw, wyglądając niczym zburzone morze podczas sztormu. Jego czarne roztrzepane włosy wpadały mu na oczy, ale chłopak nie wydawał się tym przejmować.
Zaś sam Centaur westchnął z zamyśleniem, i znów się zadumał.
Tępym wzrokiem wpatrywał się on w migoczącą tęcze, w której widniał równie zamyślony syn Posejdona. Mimo, że miał on ochotę przejrzeć się Perseuszowi Jacksonowi, który staje się coraz szybciej dorosłym mężczyzną, to jednak w tej chwili nie miał na to czasu, były ważniejsze, nieznoszące zwłoki sprawy.
Obraz w Iryfonie – bo tak nazywał się „telefon” (jak czasem porównywali go młodzi herosi) stworzony dzięki Irys, która udostępniła swoją tęcze (za niewielką opłatą) do komunikowania się z innymi – zamigotał i po chwili pojawiło się ostrzeżenie, że rozmowa zostanie przerwana.
Chejron wyjął ze swojej skórzanej kamizelki niewielką srebrną monetę – hemidrachma – która była wyjątkowo ciepła, a następnie podrzucając ją do góry za pomocą kciuka, wpadła ona w tęcze, a po chwili rozpłynęła się w niej, podobnie jak łacińskie napisy z ostrzeżeniem.
— Wyrocznie mówiła coś jeszcze? Żądała, czyjejś obcości? — spytał Chejron.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jillian*

Być może zachowywałam się głupio.
W tej chwili byłam więcej niż pewna, że postradałam zmysły. Jaka normalna dziewczyna wchodzi do pokoju swojego prześladowcy? Gdybym miała być szczera sama przed sobą (mimo wielu swoich wad, staram się taka być), to musiałabym przyznać, że mój prześladowca coraz poważniej mnie intryguje. Z niechęci przeszłam do przyjaźni i szczeremu zaintrygowaniu.
Zwalałam całą tą sprawę na moją matkę, gdyż to przez nią jestem w połowie harpią (może jedynie w jednej trzeciej?), a to natomiast sprawiało, że moja ciekawość może okazać się zabójcza. Mimo takich argumentów nic nie było w stanie powstrzymać mnie od wetknięcia nosa w nie swoje sprawy, a niestety ta cecha mojego charakteru zaczynała się wyostrzać.
Właściwie wcale nie byłam zaskoczona widokiem całej ściany oblepionej swoimi rysunkami i zdjęciami. Choć w pokoju znajdowały się dwa łóżka, bezbłędnie mogłam od zgadnąć, które należało do mojego… prześladowcy.
Przypatrywałam się białym kartką, na których Ryan z niezwykłą precyzją i dokładnością ukazał moją twarz w różnych momentach. Zastanawiałam się, czego używa do szkicowania, więc natychmiast spojrzałam na biurko wykonana zapewne z sosny.
Pokój był utrzymany w złoto-żółtych barwach, więc zwykli śmiertelnicy pewnie by oślepli, wrzeszczeli i w akcie paniki uderzyli się głową w ścianę podczas ucieczki, i tym samym stracili przytomność, bo choć sama miałam ochotę wykonać te wszystkie czynności, to moja ciekawość (zabójcza ciekawość) była zbyt wielka, aby nie zacząć grzebać w biurku Rudzielca.
Gdy znalazłam zestaw profesjonalnych ołówkom do szkicowania i węgiel, szybko je odstawiłam na miejsce i z jękiem usiadłam na krześle wzdychając ciężko. Nigdy do tej pory nie czułam się tak bardzo zmieszana, tak bardzo niepewna.
Zaczęłam w końcu przeklinać swoje hormony i fakt, że dorastałam.
W takim ponurym nastroju znalazł mnie współlokator Ryana, a który okazał się być Will.
Obydwoje spojrzeliśmy na siebie i podczas gdy ja zrobiłam naburmuszoną minę, chłopak uśmiechnął się radośnie, a następnie wypadł z pokoju, a ja tuż za nim.
Powód był prosty.
On chciał poinformować o tym Rudzielca.
Natomiast ja, chciałam wcześniej wyciąć mu język, połamać palce i przede wszystkim zabić, a później osobiście zaprowadzić jego ducha do Hadesu, a żeby mieć pewność, że nie poinformuje o tym Ryana.

*          *          *

Stojąc przed drzwiami o znaczku „Aquilo” zastanawiałam się, co też może pojawić się za drzwiami „Południe”, bo kiedy przekroczyłam próg drzwi „Auster” (czyli z łac. „Północ”) miałam bliskie spotkanie z Henrykiem, a który popatrzył na drzwi z nieprzychylnym okiem. Jakoś nie miałam ochoty otwierać ich i natknąć się na głodnego tygrysa. Ta perspektywa była dla mnie raczej oczywista, bo gdy Leo Valdez wyjaśnił mi, że mój ojciec jest szalony, nie dziwiło mnie, więc, że dostałam Pingwina, jako domowe zwierzątko.
— Otwierasz, czy nie? — spytał Leo.
Sama nie wiem, czemu ten czarnowłosy syn Hefajstosa się tutaj znalazł, ale jakoś świetnie się dogadywaliśmy. Może zabrzmi to sentymentalnie, ale z jakiegoś powodu przypominał mi o moim jedynym przyjacielu, ponieważ ostatni czasy, był traktowany, jakby oszalał. Nie do końca pojmowałam, czemu tak jest.
— Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja — zauważyłam kpiąco.
Spojrzał na mnie, a na jego chochlikowej twarzy pojawił się zawadzki uśmiech.
— Ciekawi mnie, co też wymyślił ten twój zwariowany tatusiek — mówiąc to, w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. — No i obiecałaś mi lwa – oznajmił.
Z niedowierzania otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam, przymykając na chwilę oczy i błagając bogów o cierpliwość, bo w przeciwnym razie z pewnością śmiałabym się do łez. Pokręciłam głową i panując, jako tako nad sobą uchyliłam drzwi.
Były wykonane z jasnego drewniane i pomalowane na czarno zaskrzypiały, gdy je otworzyłam, a ciepły front powietrzy owiał moją twarz i ramiona. Nie zerkając na swojego towarzysza, przyglądałam się widokowi za drzwiami.
Nie było to dla mnie zaskoczeniem, gdy nagle znalazłam się w środku Brazylijskiej dżungli.
Bezbłędnie orientowałam się w terenie, bo gdy tylko zawieje lekki wiatr w moim mózgu tworzy się kompas i mapa, a następnie z niezwykłą dokładnością mogę ustalić gdzie się znajduje.
— No i po moim lwie — zauważył niby z oburzeniem Leo, choć jego oczy śmiały się, a jego usta ułożyły się w szeroki uśmiech. — Pamiętaj, że żądam takiego na urodziny — oznajmiając to zaczął grozić mi palcem.
Z całą pewnością obydwoje przebywalibyśmy tutaj znacznie dłużej i podziwiali piękne, bujne, zielone korony liści, śpiew ptaków i ich loty na bezchmurnym niebie, gdyby nie to, że nagle ktoś załomotał do drzwi, a przerażony Henryk zaczął biegać bez sensu w kółko wokół mnie i podszczypując mnie swoim małym dziobem, zapewne żądał jedzenia.
— Żarłok — warknęłam na małego pingwina.
Zamknęłam drzwi, a Leo puszczając mi oczku ruszył w stronę tylnego wejścia. Nie pojmowałam, czemu się tak dziwnie zachowuje, ale z jakiegoś powodu rozumiałam, że miałby z całą pewnością później konflikt z Rudzielcem, a który (jak się okazało) jest świetnym szermierzem, uwierzyłby, kto?
Z ponurą miną ruszyłam w stronę głównego i wąskiego holu w swoim domku, na ścianach wisiały podobizny greckich bogów wiatrów, a złote litery pod obrazkami były napisane ich imionami. Bo choć nigdy nie uczyłam się greki z łatwością ją rozumiałam.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na całą szerokość, byłam pewna, że moja twarz wygląda, jak chmura gradowa, ale właśnie moi goście popsuli mi myszkowanie po moich magicznych drzwiach. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Maggie ma przerażoną minę i przyciska do siebie fioletową torbę, a następnie wepchnęła się do środka, podczas, gdy Ryan z luzem i szerokim uśmiechem wszedł do środka niczym król na włościach.
Naprawdę był on irytujący!
— Zbieraj się Jill, ruszamy na misję! — krzyknął mi do ucha Rudzielec, a ja podskoczyłam.
Przeklinając siebie i jego, przeniosłam ponure spojrzenie na Maggie.
— Ryan! — Zbeształa go. — Nie krzycz tak, w końcu to nieoficjalna misja — poprawiła go.
Spojrzałam na swoich przyjaciół z niedowierzaniem, a następnie uśmiechnęłam się szeroko.
Och! Miałam na nich naprawdę zły, niszczycielski i cudowny dla mnie wpływ!
Już nie mogłam doczekać się momentu, w którym złamiemy kilka paragrafów z regulaminu obozu.

*          ~          *          ~          *

Potrząsając swoją blond czupryną, Will westchnął głęboko i przyjrzał się śpiącemu, synowi Hadesa. Jego twarz w śnie się rozluźniała i wyglądał niezwykle słodko. Syn Apolla miał wielką ochotę dotknąć tej delikatnej, bladej skóry na policzkach śpiącego chłopaka.
Zarumienił się odrobinę z powodu swoich myśli, a jednocześnie ucieszył się, że widząc Nica zmierzającego do lasu, postanowił w tej chwili szczerze z nim porozmawiać. Nie chciał nawet myśleć, co by się wydarzyło, gdyby nie był kilka kroków od Nico i w porę nie zaczął go leczyć.
Dreszcz przebiegł po plecach chłopaka, a on ze skrywaną miłością spojrzał na śpiącego herosa.
Odprężył się lekko na swoim zielonym fotelu w pomarańczowe łaty. Mógł w końcu czuwać nad śpiącym Nico całą noc. Był wdzięczny Chejronowi, że pozwolił mu, choć nie wątpił, że duży wpływ na tę decyzję miały jego uzdrawiające moce, które odziedziczył po ojcu.
— Nie zamierzałem, jej wydawać — oznajmił Will, przerywając ciszę w niewielkim pokoju.
Lampka stojąca koło łóżka Nico, niedaleko niego samego, oświetlała lekko przestrzeń pokoju. Chociaż pokój był utrzymany w białych barwach, w tej chwili wydawał się niezwykle ponury, a co spowodowało wisielczy nastrój Willa, bo uśmiechnął się na myśl, że ten pokój nareszcie zaczął pasować do stylu Nico.
— Chociaż… — Will zawahał się wspominając swojego brata i goniącą go Jill. — Przeszłość Jill jest raczej oczywista, a przynajmniej można się jej domyśleć, ale… przeszłość Ryana mnie zastanawia — wyznał.
Szczerze zaabsorbowany tymi przemyśleniami, nie zauważył, że jego śpiący do tej pory towarzysz otworzył oczy i skrzywił się lekko, czując zapewne ból. Czarne jak węgiel oczy spoglądały z zaciekawieniem na zamyślonego Willa, a w ich wnętrzu coś niezidentyfikowanego się tliło. Jakby rozczarowanie, a może nawet i żal.
— Mój brat jest… — zaczął, spoglądając niewidzącym wzrokiem w przestrzeń przed sobą. —Dziele z nim pokój i wiem, że on, tak naprawdę…
— Dlaczego mnie uratowałeś? — spytał z lekką pretensją w głosie Nico.
Zaskoczony słowami Nica Will spoglądał na niego bez słowa. Bo cóż miał w tej chwili powiedzieć?
Przemowę, którą ułożył sobie na taką chwilę, od razu wyleciała mu z głowy, choć uśmiechnął się uroczo i niepewnie nachylając ku leżącemu herosowi, a który spoglądał na niego z wyrzutem, tak widocznym w czarnych, cierpiących oczach.
Przez moment Will poczuł niepokój, bo tęczówki syna Hadesa zamiast brązowe (a on uwielbiam w nie patrzeć) były całkowicie czarne. Jednak, miał nadzieje, że to tylko gra świateł i tak naprawdę z herosem jest wszystko w jak najlepszym porządku.
— Taką mam pracę — odpowiedział ze spokojem, którego jednak nie czuł.
Syn Hadesa skrzywił się i westchnął cicho.
— Nie chciałem, aby ktoś mnie ratował — burknął cicho chłopak.
— Ktoś musi zająć się Hazel — zauważył Will.
— Hazel ma Franka — mruknął w odpowiedzi Nico.
Sfrustrowany Will zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela i nachylając się jeszcze bardziej w stronę syna Hadesa, wyznał z niezwykłą złością:
— Ja cię potrzebuje Nico!
Przez moment czarne oczy chłopaka zmieniły barwę na brązową, a co odnotował Will z ulgą, jak i zaniepokojeniem. Wyglądało na to, że syn Hadesa był znacznie bliżej śmierci niż mu się wydawało.
— Masz swoich braci — burknął nagle za złością.
Mimo wszystko Will zachichotał, a Nico odwrócił zawstydzony głowę, wbijając wzrok w drzwi od małego pokoju, w którym się znajdował. Nie pamiętał, jak tu trafił, ale z powodu swojego zmęczenia, szybko przymknął oczy. Syn Apolla przyglądał się jak napięte rysy twarzy chłopaka znów się wygładzają, a jego oddech staje się wyrównany.
Zapadł w sen, a co skwitował Will z szerokim uśmiechem i czułym spojrzeniem, jakim obrzucił śpiącego chłopaka.
___________________________________________________________________________
Wiem, że rozdział z wielkim opóźnieniem. Mam nadzieje, że mi wybaczycie :)
Pewnie i tym razem znów znajdą się, jakieś błędy... hmm... prawdę mówiąc sprawdzałam tekst kilkakrotnie, ale człowiek na robot, błędy robi (czy jakoś tak -_-).
Co do przepowiedni, jestem ciekawa, co o niej myślicie. Przede wszystkim, jednak ja wiem, kogo "zabije" (mniej więcej), ale zastanawiam się, kim będzie ta tajemnicza osoba waszym zdaniem?
Ach! No i takie pytanie do was, kogo waszym zdaniem wytypuje Chejron do misji? 
Zasada greków jest taka, że mogą to być tylko trzy osoby. Według nich "trzy" to święta liczba...
Jeszcze raz przepraszam za swoją dłuższą nieobecność! Mam również nadzieje, że rozdział się podobał :3
Bussis! ^^