KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chomik Ryana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chomik Ryana. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział XIV

"(...)Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi(...)"
Wszyscy troje (pomijając wkurzającego nielota) siedzieliśmy małym salonie w domku Eola i planowaliśmy szczegóły naszej wyprawy. Doszlifowaliśmy nasz plan ucieczki z obozu, niemal do perfekcji. Choć mimo zapewnień Rudzielca, miałam cichą nadzieje, że Chejron może jednak nas wybierze podczas dzisiejszego ogniska. Złapałam się wówczas na tym, że co rusz spoglądam w stronę Ryana. Jeszcze kilka dni temu byłabym za coś takiego potwornie na siebie wściekła i pewnie toczyłabym piane z buzi, ale teraz po prostu już nie potrafiłam udawać, że on ani trochę on mnie nie interesuje.
Odchyliłam się do tyłu na swoim granatowym fotelu z jakiejś miękkiej tkaniny, słuchając tylko przelotnie to, o czym mówią moi przyjaciele, a sama popadłam w lekką zadumę, starając się pojąć, czemu nie potrafię już sama siebie okłamywać, że nic, absolutnie nic nie czuje do mojego prześladowcy.
Niewidzącym wzrokiem spoglądałam na swoje jasnoszare ściany, a na których to wisiało wiele pięknych fotografii, które przedstawiały chmury w różnych fazach. Niektóre były szaro-czarne, inne normalne, panoramiczne, a nawet niekiedy w negatywie, i choć ta mieszanka powinna się wydawać niezgodna, to jednak jakimś cudem świetnie ze sobą współgrała.
Szarawy, puchowy dywan z granatowymi wzorkami fal, pokrywał powierzchnie moich białych paneli, a na dodatek był już potwornie brudny. Spostrzegłam dziwną białą plamę na środku i kilka innych w różnych odcieniach, były nawet odciski budów i naprawdę zdumiałam się, jakim cudem w ciągu tych kilku dni doprowadziłam go do takiego stanu.
Henryk wziął chyba sobie do serca to, aby załatwić ten dywanik na amen, bo właśnie nieco przykucnął i patrząc na mnie z głupią miną, powoli zaczął tworzyć małą, żółtą kałuże wokół siebie. Zignorowałam go, wiedząc, że robi mi na złość. Znowu.
Naprawdę nie miałam pojęcia, od kogo on uczy się takiej złośliwości!
Po chwili Rudzielec wstał z miejsca, a ja zwróciłam na niego swoją uwagę, zaskoczona jego nagłym ruchem, szybko jednak, również jak Maggie, podniosłam się z fotela i odprowadziłam go do drzwi, podczas, gdy Wiedźma zaczęła głaskać mojego pingwina. Henryk zadowolony ze zdobytej uwagi, zaczął się puszyć, i niemal mruczeć z zadowolenia jak kot.
Ryan jednak zatrzymał się przed progiem moich drzwi głównych, i odwrócił się w moją stronę. Wyciągnął do mnie dłoń i uśmiechnął się szeroko, podejrzliwie zmrużyłam oczy, szukając w jego zachowaniu jakiegoś podstępu do jego durnych zalotów.
— Daj rękę — poprosił.
Serce zabiło mi szybciej, a alarm alarmowy rozdźwięczał w mojej głowie, bo czyżby chłopak nagle zapragnął mi się oświadczyć?
Jakby czytając moje myśli, chłopak zachichotał i sam złapał moją dłoń, napięłam mięśnie gotowa go zaatakować w samoobronie. Przejechał kciukiem po wnętrzu mojego nadgarstka, powodując przyjemny dreszcz, który przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, a w podbrzuszu poczułam dziwne ciepło. Ryan wydawał się w ogóle tego nie zauważać, mimo że mój oddech stał się nieco urywany, a serce biło mi tak głośno, że bałam się, iż w całym obozie je słuchać, wyrwało mi się ciche westchnienie, a co było kompletnie do mnie niepodobne.
Ku mojemu rozczarowaniu (a co próbowałam nieudolnie zamaskować) odpiął jedynie moją bransoletkę i podnosząc ją do góry, aby znalazła się na poziomie moich oczów, czekając, aż nasze oczy się spotkają, pokazał mi dwa maleńkie paciorki, po każdej stronie zapięcia. 
— Gdy pociągniesz za lewą, będziesz mieć miecz, a gdy za prawą to bicz — wyjaśnił i uśmiechnął się szerzej. — Z tej drugiej skorzystamy w sypialni… lubię ostre zabawy — szepnął.
Uderzyłam go ze złością w ramię, a on z udawanym bólem zaczął masować je, spoglądając na mnie zranionym psim wzrokiem. Mimowolnie moje kąciki ust drgnęła, a napięcie między nami opadło i atmosfera znów była w miarę znośna, pozwoliłam mu zapiąć bransoletkę, a później, aby pociągnął za prawy paciorek.
Otworzyłam usta z zaskoczenia, gdy moim oczom ukazał się czarny bicz w dłoni rudzielca, niemal od razu oddał mi mrocznie wyglądającą broń, a ku mojemu zdumieniu, poczułam się tak, jakby była ona wręcz dla mnie stworzona. Spomiędzy moich warg wydobyło się ciche westchnienie zachwytu.
Uśmiechnęłam się szeroko i naprawdę, była to szczera radość, sama do końca nie wiem, co mnie podkusiło, ale nagle złapałam się za klapy jego brązowej skórzanej kurtki i stając na palcach, pociągnęłam go na tyle mocni, że musiał schylić się lekko w moją stronę, a następnie cmoknęłam Rudzielca w jego policzek.
— Dzięki — burknęłam z nagłym zakłopotaniem i lekkim niedowierzaniem, że coś takiego zrobiłam.
Jednak, gdy zobaczyłam oniemiałą minę Rudzielca, moje zawstydzenie szybko minęło.
Stał i co chwila otwierał i zamykał usta, jak złowiona ryba wyrzucona na brzeg. Spoglądałam na niego chwilę, a następnie z uwagą zaczęłam studiować swoją broń, ignorując go, ruszyłam w stronę Maggie, aby się nią pochwalić, całkowicie już zapominając o zszokowanym i naprawdę szczęśliwym Rudzielcu, który odprowadzał mnie wzrokiem, a czułam je, jakby ktoś dotknął mnie żarzącym się węglem.
* * *
Godzinę przed kolacją, znów wszyscy troje spotkaliśmy się u mnie. Tym razem jednak moi przyjaciele próbowali wyperswadować mi pomysł zabrania którejś z moich ukochanych książek, a co skończyło się zaciekłą kłótnią, do czasu, aż Rudzielec nie dostał wizji i oznajmił mi, że znajdziemy się koło księgarni z siedemdziesiątymi procentami przeceny na nie, a to wystarczyło, abym pozwoliła Maggie wypakować je, choć nie omieszkałam piorunować ją przy tym wściekłym spojrzeniem.
— To, kiedy wypróbujemy ten nowy bicz? — Spytał z zawadzkim błyskiem w dwukolorowych tęczówkach Ryan. — Bo ja już… mam pewne plany — dodał ze znaczącym uśmiechem.
 Kretyn — Burknęłam z niezadowoleniem. — Trenowałam już z Clarisse — dodałam.
— We dwójkę? — Spytał i zrobił zamyśloną minę, stukając palcem w swoją brodę. — Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi — wyjaśnił.
Pierwsza rzecz pod moją ręką stała się moją bronią i po chwili Henryk szybował z piskiem w stronę Rudzielca, a który ku mojemu zawodzie złapał pingwina z łatwością, a ten zaś z pieskiem radości zaczął się do niego przytulać.
Zdrajca.
— To po pewnym czasie staje się uciążliwe — wyznała Wiedźma. — Nie moglibyście być razem? Sammy i ja byśmy chodzili na podwójne randki! — Ten ostatni pomysł podsumowała z nagłą radością.
Pół godziny pakowania i wysłuchiwania radosnego ćwierkania Maggie, która uznała, że koniecznie, ale to koniecznie! Musi nas ze sobą zeswatać, a co Rudzielec skwitował szerokim uśmiechem i dawał mi znać, że moi sprzymierzeńcy się odwracają ode mnie i w gruncie rzeczy, jestem na niego skazana.
Mój humor jeszcze bardziej się popsuł, a właściwie… czułam, jakąś radość wewnątrz siebie.
Co jest ze mną nie tak?
* * *
Idąc w stronę kantyny z Maggie, która postanowiła mi towarzyszyć, rozmawialiśmy o naszym planie przyciszonymi głosami i z niezwykłym zaangażowaniem, upewniałyśmy się, czy na pewno wszystko mamy, co może być dla nas niezbędne w czasie naszej „nieoficjalnej misji”. 
Sama nie miałam żadnych skrupułów, że łamię regulaminu, ale Maggie wyznała mi, że czuje się, jak zbrodniarz, bo nie tylko nie wyznała tego Chejronowi, ale aby nie kłamać Smmy’emu, ostatnio zaczęła go unikać, a co według krążących po obozie plotek skutkowało tym, że syn Tanatosa niemal zniszczył „Pięść Zeusa” – a była tak nazywana sterta kamieni, która z jednej strony wygląda jak pięść, z czego też wzięła się ta nazwa. Znajdowała się ona w południowej części lasu, ale nie wnikałam, co tam robił Sammy.
— Właściwie, czemu nie spróbujesz?
Ta nagła zmiana tematu, tak mnie zaskoczyła, że aż potknęłam się o własne nogi, wysłałam jej pytające spojrzenie, a w chwili, gdy nasze oczy się spotkały, zauważyłam, że jej są niezwykle poważne (jak na nią) i po prostu wiedziałam, że coś się szykuje.
— C-co? — Zająknęłam się.
— Chodzi o Ryana — powiedziała, jakby było to oczywiste. — No… pasujecie do siebie, choć ty jesteś… taka — wskazała na mnie palcem. — Przypominasz mi kota, chodzisz własnymi drogami… właściwie to Ryan jest, jak pies, i właściwie to pies i kot zazwyczaj drą koty, czemu mówi się drą koty? Choć kiedyś spotkałam się jeszcze z cudaczniejszym powiedzonkiem, jak…
Przymknęłam oczy z rozdrażnienia i ucieszyłam się w duchu, że jednak nie będę siedzieć z Maggie. Szybko się z nią pożegnałam i ruszyłam do stoliku swojego domku. Usiadłam przy pustym stole i jak zwykle, poczułam przytłaczającą mnie samotność. 
Niestety takie były tutaj zasady.
Każdy heros może usiąść tylko przy stoliku swojego domku, a przysiadanie się do innych, było surowo zakazane. Niestety od pewnego czasu, samotność zaczęła mi ciążyć na tyle, że żałowałam, że mój ojciec nie był Casanovom i nie podrywał, co drugą długonogą blondynkę z wielkimi balonami.
No, może trochę byłam krytyczna dla bogów, ale jak inaczej wyjaśnić, że niektórzy przy stolikach mieli, co najmniej pięć osób ze swojego rocznika?
Bogowie chyba w ostatnim czasie zajmują się tylko przyjemnościami, a wszystko, co najgorsze zganiają na swoje dzieci. Podsumowując, to mają ciekawy pomysł na przyszłość „O nie! Zgubiłam swój artefakt! Muszę natychmiast spłodzić potomka, on z pewnością mi go znajdzie!”.
Parsknęłam śmiechem na tę myśl, ale po chwili spojrzałam w stronę stołu dzieci Apolla i poczułam dziwny niepokój.
Nie było Willa (co było oczywiste, ze względu, że postanowił był osobistym pielęgniarzem/lekarzem Nico), ale to nieobecność Ryana, nieco mnie zaniepokoiła.
* ~ * ~ *
Will, poczuł niepokój. Nie był on jednak związany ze śpiącym Nico, który pokrążył się w lekki uzdrawiającym śnie, po tym, jak stoczyli drobną kłótnie o jego stan zdrowia. Syn Apolla uśmiechnął się lekko i z czułością spojrzał na śpiącego syna Hadesa, Nico był dla niego naprawdę ważny, ale choć brał udział we wojnie z Kronosem (nie wspominając już o Gai), to jednak nie miał aż tyle odwagi, aby prosto z mostu powiedzieć chłopakowi swoich marzeń, a dokładniej, co do niego czuje.
Po prostu bał się odrzucenia i tego, co może się między nimi zmienić.
Lekko dreszcz przeszedł mu po karku, powodując gęsią skórkę.
Znów poczuł niepokój.
Spojrzał na biały sufit, jakby chciał wypatrzeć na nim odpowiedzi na niesformowane pytania, które dopiero tworzyły się w jego głowie. Przymrużył powieki i ze spokojem przyglądał się, białej gładkiej farbie. 
Po chwili to zauważył.
Był to niemal niewidoczny, a jednak bardzo realny, a dokładniej cienki, czarny pasek, jakby samej ciemności (wyglądem przypominał czarny dym), ale szybko się rozproszył w powietrzu. Po kilku sekundach, żarówka w żyrandole zaczęła mrugać, aby zgasić się całkowicie. Spowodowało to półmrok w pokoju, a było to coś dziwnego. 
Gdyż w domku Apolla nigdy żarówki się nie wypalają.
Coś się działo.
I znów to uczucie niepokoju! – Pomyślał zdenerwowany już Will.
* * *
Schody lekko zaskrzypiały, pomimo tego, że Will omijał te najbardziej hałaśliwe. Taka niespodziewana ciemność w domku Apolla zaniepokoiła go całkowicie, więc czym prędzej ruszył, aby sprawdzić jego przyczynę. Z lekkim niepokojem zostawił Nico samego, ale wiedział doskonale, że syn Hadesa, jak nikt rozprawi się z wrogami, gdyby byli na tyle głupi, aby go zaatakować.
Tymczasem, maszerując w całkowitej ciemności, serce Willa biło szybciej niż normalnie, a adrenalina zdążyła już zacząć krążyć w jego żyłach. Nigdy tak naprawdę nie pogrążył się w takiej ciemności, odkąd pamiętał wokół niego zawsze coś świeciło, tłumiąc mrok i ciemność.
To przypominało niemal podróżowanie cieniem i po raz kolejny poczuł współczucie dla Nico, który właśnie "cienia" używał, jako środka transportu. Jego myśli o młodym di Angelo, szybko się rozwiały, gdy tylko znalazł się na półpiętrze.
Sapnął z niedowierzaniem i natychmiast sięgnął po swój łuk, nabijając go i celując w czarną postać na piętrze. Will szybko skojarzył fakty, a były one takie, że Nyks ich zaatakowała, a przynajmniej wysłała sługusów.
Ku zdumieniu Will, potwór go nie zaatakował, ale nie zamierzał wierzyć w nagłe samarytańskie zachowanie potworów i puścił strzałę, która ze świstem trafiła bezbłędnie w lewą pierś pierwszego napotkanego potwora, a który od razu rozpadł się w pył.
Napinając o cięciwę kolejną strzałę, pokonał on kolejne stopnie i gotowy w każdej chwili do obrony, czy ataku. Ruszył w stronę wibracji, które poczuł przez skórę, a które to miała naprawdę mroczne niewerbalny oddźwięk. Nie dał jednocześnie po sobie poznać, jak ta ciemność na niego wpływa.
Z lekkim niedowierzaniem podszedł w stronę drzwi od swojego pokoju, a które od niedawna zaczął dzielić z Ryanem. Dobrze mu się dogadywało z O'Connallem, więc nie widział problemu z tym, aby dzielić z nim swoją sypialnie. Jednak teraz czuł rosnące z każdym krokiem napięcie.
Nie opuszczając wypuszczając strzały, która ciągle była napięta o cięciwę jego łuku, kopnął on drzwi, ale na tyle słabo, że nie walnęły one z hukiem o ścianę, bo w końcu nie zamierzał on wybiegać na środek pokoju i z bojowym okrzykiem, zacząć atakować wszystkich wrogów. 
Will wolał najpierw rozeznać się w sytuacji.
Gdy tylko wszedł do środka, zobaczył coś, w co nigdy w życiu by nie uwierzył.
— Ryan? — wyszeptał z niedowierzaniem.
Postać w rogu pokoju, która posiadała na tyle mocno rude włosy, że oznaczały się one nawet w ciemności, odwróciła się w jego stronę z chłodną obojętnością i od razu zasyczał cicho i przysłonił dłonią oczy.
— Nie świeć... — wyszeptał. — Odejść Will, to zaraz minie...
Jednak on nie zamierzał odchodzić, powoli opuścił łuk ku dołowi, choć nie schował strzały, w razie potrzeby chciał być gotowy do ataku. Szybko podszedł do swojego przyrodniego brata, gdyż wydawało mu się, że został ranny. Na dźwięk jego kroków, Ryan wyprostował się i stanął na równe nogi, na tyle szybko, że nim się Will zorientował, ostrze długiego miecza Rudzielca było skierowane w jego stronę, czubek rapier Ryana dotykał niemal jego gardła. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Ryan jest doskonałym szermierzem i ma on nad nim przewagę.
— Co się dzieje? — spytał, choć powinien znać odpowiedzieć, tym bardziej, że oczy Ryana nie były już dwukolorowe, a czarne jak rzeka Styks w podziemi. — Ryan?
— Odejdź! — Ryknął ze złością chłopak. — To niebezpieczne... zaraz minie, odejdź... nie chce cię skrzywdzić, ale będę musiał... jeżeli zaraz… Greku!
Słowo "Grek" brzmiało w ustach Rudzielca, jak najgorsza obelga. Will nie mógł uwierzyć, że mówi to ta sama osoba. Wiecznie uśmiechnięty, żartobliwy i niepoprawny optymista, którym był Ryan, jakiego zna, a który teraz gdzieś się rozpłynął, a zostawiając po nim kogoś, kto przypominał mu rasistowskiego rzymianina.
— Ryan...
— Odejdź! 
Ryk, jaki wydał z siebie chłopak, był ogłuszający i lekko sparaliżował Willa, a po chwili z samej ciemności wynurzyły się dwa, wielkie potwory, które przypominały napakowanych osiłków, choć były stworzone z cieni i popiołu.
To były widma.
— Ryan!
Jednak jego wrzask niewiele dał, a jedynie spowodował kpiący uśmiech na twarzy jego brata. Od razu wypuścił swoją strzałę, bezbłędnie trafił w prawe ramię Rudzielca. Ten wydał z siebie krótki jęk, ale ani trochę się nie przejął raną. Wyjął strzałę, bez słowa i rzucił ją pod nogo Willowi.
— Tylko tyle potrafisz, Greku?
Gardło zaschło Willowi, nie umiał teraz sformować ani jednego zdania. Nie chciał ranić swojego brata, a do którego tak się przywiązał. Po chwili obydwaj usłyszeli głośne trzaśnięcie drzwiami.
— Ryan! Ruszaj tutaj swoje cztery litery! Ale już!
Wściekły wrzask Jill, spowodował coś, czego Will nigdy nie zapomni.
Oblicze Ryana się zmieniło, cały mrok zniknął, a żarówka nad jego głową rozbłysła z nową mocą. Widma od razu rozmyły się w powietrzu, a szeroki uśmiech wpłynął na jeszcze niedawno jeszcze mroczną twarz Rudzielca. 
Cały mrok i ciemność zniknęła, jakby sam głos Jill był zaklęciem.
— Ona mnie kocha — zauważył z błyskiem radości w (znów) dwukolorowych tęczówkach.
Po chwili, chłopak jednak zobaczył strzałę pod nogami Willa i bladą twarz blondyna. Lekko się zmieszał, co było dla niego dość nietypowe, a następnie westchnął.
— Później wszystko Ci wyjaśnię — obiecał. — Już idę, Złośnico! — Wrzasnął i niemal wyleciał z pokoju.
* ~ * ~ *
Jak zwykle byłam wkurzona, a to, dlatego, że cały obóz był w głębokim przekonaniu, że jestem dziewczyną Ryana. Takie plotki w sumie niewiele na mnie wpływały, ale tym razem w ich realność uwierzyła nawet Maggie i choć dziewczyna czasami bywa nieco zbyt naiwna, to teraz już planowała "naszą" podwójną randkę.
Dlatego też, wparowałam do domku Apolla, bez zaproszenia i zamierzałam natłuc Rudzielcowi, ale w ostateczności zrezygnowałam, gdy dostrzegłam, jak z lekka blady na twarzy Willa, schodzi ze schodów tuż za Ryanem, który parę sekund temu przybiegł do mnie jak na skrzydłach.
Spostrzegłam, że blondyn z niepokojem zerkał w stronę Ryana, jakby upewniając się, że jednak nie jest bombom z opóźnionym zapłonem.
Widocznie się pokłócili, więc tylko nieco nawrzeszczałam na Rudzielca i jakimś cudem, to wszystko skończyło się tak, że siedziałam koło niego w czasie ogniska, gdzie wszyscy herosi, a przede wszystkim grupowi domków musieli się stawić. 
Maggie siedziała koło syna Tanatosa i co chwila go przepraszała za to, że go ignorowała. Było to przezabawne, bo w końcu Samael przepraszał ją chwilę wcześniej, choć jak sam wyznał, nie wiedział, za co, ale nie chciał, aby go nadal ignorowała, a jeżeli zrobił coś źle, to niech mu to powie, a on się dla niej zmieni.
Było to takie słodkie, że niemal rzygałam tęczą.
Leo siedział nieopodal nas i z ponurą miną spoglądał na Chejrona, który właśnie wyjawił im, jak brzmi przepowiednia.
— Pierwsze słowa przepowiedni są dość łatwe do zrozumienia — zaczął Chejron spoglądając z największą uwagą na grupowych. — "Klucz do zagadki masz" sądzę, że ten wers ma na myśli fakt, że niedawno wydało się, czego szukają nasi wrogowie, a jak zapewne wiecie, byli mieszkańcy Puszki Pandory, postanowili ją znaleźć i zamknąć w niej bogów Olimpijskich, więc... — Ktoś odchrząknął przerywając Centaurowi.
— ... jak zwykle herosi muszą ratować ich boskie tyłki — zauważył ze złością jeden z synów Nemezis.
Chejron rzucił w jego stronę ostrzegawcze spojrzenie, a ja poczułam dziwny ucisku w brzuchu i tę pewność, że ta przepowiednia tyczy się w jakiś szczególny sposób mnie.
— Mamy kierunek – zachód – a dokładniej zachodnią część Atlantyku, jeżeli się nie mylę — wyjaśnił, marszcząc swoje gęste brwi. — "Ciemność w świetle jest kluczem", tutaj wydaje mi się, że odnosi się ona do dzieci Apolla i Nyks... bo choć nie mamy tych drugich...
— Może chodzi tutaj o śmierć? — spytał ktoś z dzieci Tanatosa, a dokładniej Samael. — Śmierć jest kojarzona z ciemnością i chłodem, a jednak wielu ludzi widzi światło, gdy umiera — zauważył.
Wszyscy się z nim zgodzili, a Maggie posłała mu spojrzenie pełne dumy. Po chwili, jednak nie była taka wesoła, gdy Chejron wybrał go, na uczestnika misji, a z czym zgodzili się niemal wszyscy poza nią. Z ledwością powstrzymywała się od płaczu, było widać gołym okiem, że jest przerażona perspektywą niebezpieczeństwa, jakie czyhają w czasie podróży na jej miłość.
— "Zło w dobroci jest mapą", ten wers jest dość tajemniczy, a jednak...
Wyłączyłam się na dalsze słowa, gdyż poczułam lodowany dreszcze wzdłuż kręgosłupa, mimo promieniującego ciepła dochodzącego od ogniska. Strach ścisnął mi serce, bo wiedziałam, o kim była mowa. W końcu według mitologii jestem potworem.
Powoli wracałam do rzeczywistości i zdałam sobie sprawę, że kora drzewa wbija mi się w tyłek, więc lekko się poruszyłam zmieniając pozycję oraz zdając sobie sprawę, że gdy pochłonęły mnie moje myśli, Ryan skorzystał z okazji i chwycił moją dłoń w swój żelazny uścisk. Gdyby nie to, że byłam zainteresowana całą tą aferą z przepowiednią, pewnie bym go pobiła, ale tym razem mu odpuściłam i skupiłam się na rozmowie trwającej wokół mnie.
—... dobrze, Leo, niech będzie — westchnął z rezygnacją Chejron. — Będziesz kolejną osobą... "Zaś pochodnia twą pomocą", to bez wątpienia odnosi się do dzieci Hekate... Maggie pozostawiam tobie wybór jednego z twojego rodzeństwa, które najlepiej radzi sobie z magią, poza tobą — dodał szybko, gdy Wiedźma otwierała usta.
Natychmiast się naburmuszyła.
— Ja też chce iść — oznajmił nagle Will. 
Wszyscy odwrócili się i spojrzeli z zaskoczeniem na stojącego nieopodal syna Apolla wraz z towarzyszącym mu Nico.
— Wydaje mi się, że tym razem, przepowiednia odnosi się do więcej niż trzech osób — oznajmił.
W ten oto sposób, efekt był taki, że powstały dwie grupy, pierwsza to: Samael (syn Tanatosa), Leo (syn Hefajstosa) i Luna (jedyna córka Seleny), zaś druga, to: Will (syn Apolla), Nico (syn Hadesa) i Olimpia (córka Hekate – która według Maggie najlepiej panuje nad mocą).
Pierwsza grupa miała zająć się znalezieniem klucza do puszki, a druga samej puszki. Następnie obydwie miały wrócić do obozu, a jeżeli było to możliwe, to obydwie grupy miały się ze sobą nie spotkać.


czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział VIII

Zacznę od informacji, że tym razem moje opowiadanie nie jest sprawdzone przez betę, a która na jakiś czas mnie opuściła T-T Dlatego też, przepraszam za nieuniknione błędy w opowiadaniu. Starałam się je jakoś wyłapać, ale wiecie jak jest...
Dzisiaj będzie rozdział, a jutro wstawię świąteczny dodatek >.< Przepraszam was, że tak długo na niego czekaliście, ale z powodu pewnej strony, którą znalazłam (z mangami) miałam nie lada problem się od niej oderwać. Na szczęście udało mi się i wyszłam z tego niemal bez większego uszczerbku na zdrowiu :3
Zanim przejdziemy do rozdziału, chce dodać taki Mikołajkowy dodatek (spóźniony, ale cóż), więc zaczniemy od krótkiej historii:





*Ryan – „jak umarł mój chomik*


To była zabawna historia, naprawdę!
O ile dobrze pamiętam miałem wtedy siedem lat i byłem światkiem wielu dziwnych rzeczy, bo ilekroć spotykałem jednego z bogów był on wkurzony, gdy dla zabawy nazywałem ich greckimi imionami, bo wtedy musieli się zmienić, gdyż ja, jako jedyny w obozie Jupiter byłem synem greckiego boga.
Nie mniej o ile dobrze pamiętam tamtego dnia miałem dwie wizję: Pierwsza – była oczywiście o mojej Jillian… (teraz coś zupełnie nie na temat, bo razem ze mną wyobraźcie sobie śliczny biały domek z białym płotkiem… chociaż to ja jestem bardziej romantyczny z naszej pary, to nawet ja nie mam na tyle rozwiniętej wyobraźni, aby widzieć moją kochaną Jillian w czymś takim nawet za cenę swojego życia), gdzie widziałem wtedy moment zabicia jej babki.
Ja wiem, kto ją zabił, bo zapewne jak dobrze wiedzie mitologiczne potwory (i inne takie) nigdy nie umierają a jedynie trafiają do Hadesu (czy gdzieś tam) potrzebują wtedy kilku lat (zależnie od swojej siły), aby na nowo wrócić do świata śmiertelników, ważne jest również, że zabity potwór może zmienić się w mgłę, czy w popiół albo w dziwną zieloną maź… serio, kiedyś przytrafiło mi się coś takiego! Jednak możliwe, że jako czternastolatek byłem na tyle pijany, że pomyliłem potwora z kiblem swojego kolegi, co prawda bycie oblepionym zielonymi rzygami i „stolcem” nie należy do przyjemnych…
Drugą wizją było: mój chomik umierający na zawał serce.
Oczywiście natychmiast polazłem przy nim czuwałem starając się używać jednej ze sowich mocy odziedziczonych po ojcu. Byłem na tyle naiwny, że sądziłem, iż mogę zapowiedzieć jego śmierci. Przez następny tydzień musiałem chronić go przed wieloma próbami zabicia.
Zawiodłem niestety, gdy spotkałem Wenus.
Naturalnie najpierw zobaczyłem kasztanowłosą dziewczynę o szarych oczach w dziwnej sukni, a chwilę później była w trakcie transformacji (ważna uwaga! Ponieważ bogini miłości zmienia się w ukochaną osobę – taką, która według ciebie jest piękna i za nic jej nie oszukasz! Jej transformację z rzymskiej w grecką można rozpoznać z powodu nagłej zmiany ubioru!), a ponieważ widząc ją miałem szczerą nadzieje, że tak właśnie moja Jillian będzie wyglądać, gdy dorośnie nie zauważyłem jak mój zawsze dzielny i skłonny do ryzykowania życia chomik wymknął mi się z dłoni.
Chwilę później ja i pół-Wenus pół-Afrodyta spoglądaliśmy na chomika, którego nadepnęła swoją szpilką od kozaków. Od razu wrzasnąłem i nie mniej cudacznie zachowała się bogini (jak się okazało panicznie bała się chomików, wiedzieliście?), zaczęła machać nogą, aby pozbyć się „gryzonia”, a ja naturalnie starałem sią ją powstrzymać, bo tylko pogarszała stan zdrowia mojego ukochanego zwierzątka.
Niestety w końcu udało jej się wyrzucić go w powietrze przybierając postać greckiej bogini i wyglądając na zaskoczoną, wyznała mi wtedy, że najwidoczniej w swojej pół-formie boi się chomików, bo tak zazwyczaj wcale tak nie jest.
Oczywiście jej nie wierzyłem i zbyłem to milczeniem, biegnąc, co sił w nogach w stronę mojego chomika (bogini Miłości powinna spróbować grania w piłkę nożną, bo na niezły wykop!). Na moje nieszczęście tego dnia niektórzy herosi strzelali z łuków i płonąca strzała trafiła w moje zwierzątko domowe.
Oczywiście mój chomik się podpalił – nadal wtedy żył – toteż jakimś cudem wpadł przez uchylone okno do damskiej toalety prosto do muszli toaletowej, gdzie jakaś dziewczyna miała poważne rozwolnienie. Oczywiście zdążyła spuścić wodę, ale gdy wpadłem do środka nie zwróciłem uwagi na jej opuszczone spodnie, ale zanim mogłem złapać strzałę, okazało się, że…
To, co wyszło z pewnej dziewczyny zatkało kibel i zaczęło zalewać łazienkę kanalizacją. Oczywiście mimo opuszczonych spodni dziewczyna zaczęła zwiewać. Wtedy udało mi się wyciągnąć – niestety już zdechłego – chomika. Na szczęście moja matka zajęła się jego wyglądem i jako tako wyglądał w miarę normalnie. Nazajutrz odbył się pogrzeb, a ja wyniosłem z tego wielką lekcję.
Oto cała zawiła historia związana ze śmiercią mojego chomika, a teraz zapraszam was na:




Rozdział VIII 
"(...)Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę?(...)"
 
*Perspektywa Maggie*

Musiałam przyznać, że nieco zazdrościłam mojej nowej przyjaciółce takiego chłopaka jak Ryan, który jest spełnieniem marzeń, oczywiście gdyby nie ten drobny fakt, że rudowłosy postanowił stworzyć album ze wspólnymi zdjęciami z nieprzytomną w tej chwili dziewczyną, byłby niemal idealny. Gdyby nie moja ingerencja pewnie Jillian zostałaby nieźle wykorzystana przez aparat Ryana, a trzeba przyznać, że miał on wiele cudacznych pomysłów.
Znów znaleźliśmy się w Wielkim Domu, ponieważ mieliśmy do niego bliżej niż do punktu medycznego, a który był niedaleko areny (gdyż dzięki temu jest znacznie niższy spadek poważnych urazów, jakie dodatkowo odnosili herosi, aby pokonać spory dystans do pomocy medycznej).
Byłam więcej niż zaskoczona, kiedy nagle Ryan pochwalił się swoim aparatem, który kilka minut wcześniej odkupił od (podobno) satyra. Pomijając to, że nie wiem skąd „jakiś” satyr wytrzasnął aparat cyfrowy i to, że Ryan nagle zdobył drachmy, to jest jeszcze kwestia „kiedy to zrobił”, gdyż cały czas miałam go na oku ze względu na to, że to on wniósł w ramionach Jillian, a już chwilę później chwalił się swoim aparatem.
— Teraz naprawdę mi jej szkoda — oświadczył Nico spoglądając wymownie na Ryana.
— To nie ja walnąłem ją w głowę kamieniem — oznajmił niezrażony rudzielec.
Ta krótka odpowiedź wystarczyła, aby syn Hadesa nachmurzył się jeszcze bardziej. Niestety znałam Jillian na tyle dobrze, że nie dziwiłam się, że tak zadziałała Nico na nerwy, co oczywiście było widoczne, gdy jego moce wymknęły się mu „lekko” spod kontroli i kawałki skał zaczęły lewitować nieco nad ziemią, a co dziwniejsze kilka z nich dziewczyna wyminęła z niezwykłą gracją, albo odbijały się od niewidzialnej tarczy – tak jakby coś ją chroniło.
Podejrzewałam, że jest ona córką Aresa bądź Ateny. Możliwe też, że jej rodzice byli ich dziećmi a ona jest mieszaniną genów dwójki bogów. Może jej matka była córka Ateny i spiknęła się z Aresem? Było to poniekąd dziwne, ale nie niemożliwe, prawda?
Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi, więc odwróciłam się podobnie jak dwójka herosów, aby zobaczyć znajomego blondwłosego chłopaka. Mimowolnie rozchyliłam wargi i wciągnęłam ze świstem powietrze, nawet nie przejęłam się już tym, że moje policzki są czerwone jak dojrzałe pomidory. Po prostu wgapiałam się w syna Apolla jak urzeczona.
— Cześć, Nico — powiedział, kiwając głową czarnowłosemu w geście pozdrowienia.
Syn Hadesa burknął coś pod nosem niezrozumiałego i wbił spojrzenie w swoje buty ignorując nowo przybyłego, a który podobnie zignorował mnie i przywitał się z Ryanem. Nie było to niemiłe z jego strony, bo w końcu kiedyś chciał mi pomoc w nauce łucznictwa, niestety wtedy trochę wybuchłam (dosłownie), a chłopak najwidoczniej nie chciał ponownie tracić włosów i brwi.
Gdy tak przyglądałam się jak witał się z rudowłosym, nagle dostałam olśnienia.
Szeroko otwartymi oczami zobaczyłam jak aury chłopców się lekko dotykają w rozpoznaniu, a to znaczyło, że mieli coś ze sobą wspólnego... Zazwyczaj dzieje się tak w przypadku,  gdy spotyka się rodzeństwo… Wychodziło, więc na to, że Ryan był synem Apolla.
Nie byłam tym zaskoczona. Nie powiedziałam tego głośno, bo niema prośba w oczach rudowłosego, która się pojawiła, gdy jego przyrodni brat otwierał usta, aby właśnie to oznajmić… Will zrozumiał go bez słów i jedynie kiwnął, w niemej zgodzie głową. To wystarczyło, aby potwierdzić moje przypuszczenie, jak również oznaczało to, że został już uznany.
Jak zwykle uśmiechnął się szeroko i dalej zaczął z uwielbieniem robić zdjęcia Jillian, a ja nie miałam już odwagi go powstrzymywać. Zastanawiało mnie, czemu wybrał właśnie ją. Kim tak właściwie on jest? Bo tak nagle pojawił się znikąd i z miejsca oznajmił, jakie ma intencję względem Jillian. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy nie jest jakimś psychicznym prześladowcą?
— Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę? — mruknął nagle syn Apolla. — Nic poważnego jej się nie stało i każdy z was może to uznać… — zamilkł nagle i zrobił wielkie oczy wlepiając wzrok w Nico. — Podejrzewam, że to nie ty ją tak stłukłeś?
— Wyrżnęła w pomnik Atlasa — oznajmił Ryan.
Nie miałam pojęcia, o co chodziło Willowi, dopóki nie odezwał się rudowłosy, ale ten to niby skąd wiedział? Syn Apolla zaczął ją uzdrawiać, a Ryan w ciszy go obserwował. Zauważyłam jak pociera on swoją lewą dłonią o prawe przedramię, jakby coś tak naprawdę go swędziło. Chciałam tam podejść i spytać się go o to, ale jedynie odwróciłam spojrzenie.
Wszyscy w pokoju mnie ignorowali i wcale nie było to dla mnie dziwne.
— Och, właśnie Magic — odezwał się syn Apollo zwracając na siebie moją uwagę. — Samael o ciebie pytał — dodał.
Szczerze zaskoczyły mnie jego słowa, bo jak dobrze pamiętałam to zazwyczaj ja szukałam syna Tanatosa, a on wydawał się wkurzony moją obecnością. Właściwie był on taki cichy i chłodny, że wielu herosów trzymało się od niego na dystans i to nie tylko z powodu jego pochodzenia, ale właściwie ze względu na jego zachowanie.
— Ryan? — Spytał syn Apolla.
Natychmiast skupiłam swoją uwagę na moim nowym przyjacielu, a który bezmyślnie zaczął wgapiać się w jakiś punkt. Może mi się wydawało, ale mogłabym przysiąc, że jego tęczówki przysłonięte zostały przez mgłę, po chwili jednak uśmiechnął się szeroko.
- Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na ślub Maggie. – Mrugnął do mnie okiem. – Wtedy przyjdę z moją żoną – oznajmił patrząc wymownie na nieprzytomną Jillian.
Po minie Nico wiedziałam, że uważa rudowłosego za wariata. Szczerze mówiąc pewnie znalazłby on wspólny język z Jillian. Natomiast sam syn Apolla wpatrywał się w Ryana jak w ósmy cud świata.
— Ty możesz…
— Tak — przerwał mu Ryan. — Jesteś Will Solace, prawda?
Syn Apolla przytaknął.
— Jesteś pewny tego, co czujesz?
Ryan zaczął autentycznie bawić się w jakieś dziwne gadki niczym bogowie, więc postanowiłam się ewakuować i mamrocąc coś niezrozumiale, szybko i w nagłej panice wypadłam z pomieszczenia, gdzie w ciągu dalszym dwóch herosów wgapiało się w Ryana z różnymi reakcjami.

*          *          *

Przygryzając dolną wargę ze zdenerwowania stałam przed domkiem Hekate. Uwielbiałam swój domek, ale mimo moich wszelkich starań nigdy nie udaje mi się być asertywną osobą.  Przyglądałam się delikatnie migoczącym cegłom i mimowolne uśmiechnęłam się na myśl, że są one zaczarowane i tylko my, dzieci Hekate, znamy większość z ich działań.
— Magic wróciłaś? — Spytał znajomy głos.
Odwróciłam się do tyłu, aby spojrzeć na znudzoną dziewczynę o dziwnej barwie włosów nazywany „truskawkowym blondem”, a co ciekawe zarzeka się ona, że to jej naturalny kolor. Jej tęczówki za to są w jasno-beżowym barwie i można było w nich zobaczyć kilka złotych i białych plamek. Jednak to, co ją wyróżniało wśród herosów to fakt, ze, jako dwunastolatka miała karnację w kolorze latte z mleczkiem.
— Cześć Amira, właśnie niedawno wróciłam — odpowiedziałam. — Jak twoje skrzela?
Dziewczyna westchnęła ze smutkiem, albo przynajmniej tak mi się zdawało.
— Nie udało się, po piętnastu minutach zawsze znikają — oznajmiła znudzonym głosem. — Słyszałam, że szwendałaś się z jakąś dziesięciolatką i „ciachem” jak nazwały tego rudego córki Afrodyty — dodała.
Zmieszałam się na te słowa i to ze względu, że Jillian naprawdę wygląda jak uczennica podstawówki. Nie miałam wątpliwości, że taka ocenia Złośnicy (jak nazywa ją Ryan) może naprawdę wyprowadzić ją z równowagi.
Z niepewności przygryzłam dolną wargę i poczułam, jak ciepło znów skrada mi się na policzki, a czego naprawdę nienawidziłam, a później słowa samoistnie zaczęły wypadać z moich ust, tworząc całkowity chaos.
— Satyrowie mieli rację odnośnie tego herosa, znaczy w końcu Jill okazała się dziewczyną, a co dziwniejsze antyspołeczną, bo ile znasz osób, które wyprowadzają z równowagi swoich dyrektorów? Osobiście spotkałam tą grubą panią i jak teraz o tym myślę, muszę znaleźć jakieś rozwiązanie, bo niemożliwe jest, aby ulubiony nauczyciel Jillian, co mi oczywiście wytknęła, bo ona zawsze mówi prosto z mostu, nawet, gdy Ryan to ten rudowłosy chłopak, a który nagle pojawił się u boku Jillian, prawdę mówiąc nie mam pojęcia jak przeżył tak długo poza obozem, wie o mitologii całkiem sporo i nawet wiedział, że jest dzieckiem boga! Na dodatek on jest całkowicie zakochany w Jill, co oczywiście jej…
— Dobra! — Przerwała mi Amira podnosząc dłoń do góry, choć jej mina nadal nic nie wyrażała. — Spytam kogoś innego.
Następnie odeszła nie oglądając się nawet za siebie, a ja znów poczułam zdradzieckie ciepły napływające mi do policzków. Spojrzałam na swój domek z dziwnymi mieszanymi uczuciami, bo po raz kolejny od momentu, gdy przywiązałam się do Ryana i Jillian poczułam lęk, że oni podobnie jak reszta herosów zaczną mnie ignorować.
Czasami chciałabym być kimś innym.
Spuściłam głowę pozwalając, aby moje czarne delikatne loki przysłoniły całą moją twarz, a beznadziejne uczucie całkowitej bezsilności szybko mną zawładnęło. Niestety, mimo że wydawało mi się, że w obozie odnajdę dom, że w końcu zostanę zaakceptowana przez rówieśników to jednak moja silna magia, jaką odziedziczyłam po matce jest nie tylko nieprawdopodobna, ale również przerażająca. W ten sposób większość dorosłych traktuje mnie jak tykającą bombę, czekając, kiedy wybuchnę.
Podniosłam głowę biorąc głębszy wdech. Nie mogłam uciekać (bo nawet gdybym chciała, nie miałam gdzie), więc starając się być dzielna, ruszyłam w stronę swojego domu, a gdy tylko uchyliłam drzwi zostałam odrzucona do tyłu w sam środek grających w piłkę nożną herosów, a właściwie wleciałam do jednej z bramek, a kilka osób wrzasnęło „Gol!”, bo właściwie wybryki dzieci Hekate były tutaj traktowane jak norma życia codziennego.
— To wina Lou!
 Ten głos należał oczywiście do kogoś z mojego rodzeństwa, ale w tej chwili miałam ochotę zapaść się pod ziemię, co z powodu mojego pochodzenia było naprawdę całkiem możliwe.

*          *          *

Naturalnie nie zagrzałam dłużej miejsca w swoim czterech ścianach, gdyż już po chwili, niemal przeszukałam cały obóz aby odnaleźć Chejrona, czy zawsze tak jest, że gdy kogoś się szuka, nigdy nie można go znaleźć? Na szczęście odnalazłam owego centaura na strzelnicy, gdzie właśnie tłumaczył kilku herosom, cytuje: „Nie możecie być najlepsi we wszystkim” – te słowa najbardziej kierował do dzieci Aresa.
Mój wzrok natrafił jednak na znanego mi chłopaka, był on oparty o jedną z drewnianych ścian, gdzie zazwyczaj wisiały łuki i strzały. Jego białe włosy miały już czarne odrosty. Wiele osób uważa, że zrobił z siebie tlenionego blondyna, choć zarzekał się, że to jego naturalny kolor.
Prawdą odnośnie jego włosów było, że w dzień są one białe jak u ducha, w nocy zaś czarne jak u śmierci - miało to związek z jego pochodzeniem. Niektórzy nawet mieli dziwne pomysły odnośnie jego włosów, co było naprawdę zabawne i może dlatego nie wyprowadzał ich z błędu. Najbardziej uwielbiałam jego tęczówki w przepięknym miodowym odcieniu, wiele osób nawet nazywało go „Wampirem ze Zmierzchu”, a za co naprawdę się wkurzał.
On chyba, jako jeden z niewielu herosów nie jest podobny z charakteru do swojego ojca, uśmiechnęła się na te myśl, bo w końcu każdy w obozie go unikał, a większość czasu spędzał na arenach i strzelnicach, zawsze można było go spotkać walczącego z zimną determinacją w oczach.
Ja jednak jak zwykle uśmiechnęłam się do niego, zapominając, jaki był mój cel i natychmiast do niego podbiegłam, co miałam w zwyczaju, a następnie mocno się do niego przytuliłam, choć miał on chłodną miną, odwzajemnił napływ mojej czułości. Był właściwie jednym z nielicznych herosów płci męskiej, których się nie bałam i z pewnością miało to wiele wspólnego z moją przeszłością.
— Cześć Sammy, szukałeś mnie? — Spytałam podekscytowana. — Mówiłam Ci przecież, że mam misję, którą z powodzeniem wykonałam — oznajmiłam z szerokim uśmiechem.
Od pewnego czasu już nie warczał na mnie, gdy nazywałam go tym zdrobnieniem, a z pewnością po tym, jak przez niego beczałam stara się być mniej opryskliwy w stosunku do mnie. Niestety byłam strasznym mięczakiem i nic nie mogłam z tym zrobić. Dlatego też zaczęłam z radością opowiadać mu to samo, co Amirze, zanudzając go historią, która nie miała składu i ładu.
— Poczekaj — przerwał mi zatykając swoją wielką i szorstką dłonią moje usta, bruzda, jaka pojawiła się między jego brwiami była naprawdę zabawna. — Kim jest Ryan?
Zamrugałam, zdezorientowana jego pytaniem, bo przecież mu to wyjaśniłam, a gdy jego dłoń zniknęła z mojej twarzy uśmiechnęłam się szeroko i wyjaśniłam:
— To mój przyjaciel!
Mój entuzjazm niestety mu się nie udzielił, bo nagle jego szczęka się zacisnęła, a on spiorunował mnie wzrokiem jakbym właśnie powiedziała, że jego ukochana Ledy Bestia (mam na myśli Dodge Tomahawk – czarny i paskudny motor! Bo może i jest najszybszy, ale brzydki, a Sammy ma na jego punkcie jakąś obsesję!) jest tak samo szybki jak trzyletnie dziecko na rowerku.
— Przyjaciel? — Mruknął cicho i w ponurym tonie.
Postanowiłam nie zrażać się jego humorem, choć zrobiło mi się nieco przykro z tego powodu, a nawet poczułam się niezręcznie. Rozejrzałam się po strzelnicy, zastanawiając się, czy nie przydałoby się mi poprawić swoich rzutów sztyletami, bo dawno tego nie robiłam, a to była jedyna rzecz, w której byłam w miarę całkiem dobra.
— Jest jeszcze Jillian — dodałam.
Ta dziwna, napięta atmosfera pomiędzy nami zaczęła mi się udzielać. Spuściłam głowę, czując strach przed tym, że w jakiś sposób zraniłam swojego przyjaciela. Czy powiedziałam coś nie tak?
Serce biło mi szybciej z powodu strachu i niepewności, a oczy zaczęły szczypać nową porcją łez.
— A gdzie teraz ten twój przyjaciel?
W jego głosie dało wyczuć się wrogość, nie rozumiałam tego, a gdy podniosłam wzrok dostrzegłam prawdziwą złość malującą się na jego twarzy i bez powodu łzy zaczęły lecieć mi po policzki. Lekko się zmieszał tym widokiem, a w moim gardło powstała gula. Bałam się tego, że nasza przyjaźń może się skończyć, a on był jedynym tak bliskim mojego serca przyjacielem, wiedziałam, że gdybym go straciła jakaś część mnie na zawsze by umarła.
Właśnie z powodu tych ponurych myśli rozbeczałam się na dobre i Sammy chcąc nie chcąc zgarnął mnie w ramiona mamrocząc jakieś słowa pocieszenia i przepraszając mnie za swoje zachowanie, obiecując przy tym, że nigdy mnie nie opuści, ale abym już tylko nie niszczyła mu jego ulubionej bluzki. Jego słowa mnie naprawdę pocieszyły, a gdy się od niego odsunęłam spostrzegłam zaciekawione spojrzenia kilku nowych herosów.
— Czy chodzi o Ryan?  — Spytałam zmartwiona i pociągając lekko nosem. — Niestety on teraz jest przy Jillian, naprawdę oszalał na jej punkcie — dodałam.
Sammy wbił we mnie niedowierzające spojrzenie i roześmiał się w głos, byłam zaskoczona huśtawką jego emocji, ale bezmyślnie przytuliłam się do niego ponownie.
— W końcu Słodka Czarodziejka nie przyjaźniłaby się z chłopakiem ze statusem singla — zakpił.
Zaśmiałam się lekko z jego słów, a moje oczy mimowolnie znów zaczęły szczypać, wtedy również przypomniałam sobie, że przyszłam tutaj w poszukiwaniu Chejrona, bo jako grupowa swojego domku musiałam mu powiedzieć, czemu potrzebujemy nowej szafy i drzwi wejściowych do domku.
— Szukasz Chejrona? — Spytał odgadując moje myśli.
Kiwnęłam głowę bez słowa. Mój przyjaciel uśmiechnął się lekko, a ja rozpłynęłam się z radości, bo naprawdę rzadko można coś takiego zobaczyć u „Żniwiarza” jak zazwyczaj jest nazywany, jakby nie patrzeć jest jedynym tak ponurym synem Tanatosa, przy czym jest najstarszym i właśnie przez to stał się grupowym – ten tytuł w końcu niesie ze sobą sporo odpowiedzialności.
— Cieszę się, ze misja się udała i jesteś cała i zdrowa Czarodziejko — wyznał z uśmiechem.
Roześmiałam się głośno, gdy poczochrał moje włosy. Po chwili śmiech przeszedł w cichy chichot. Byłam naprawdę szczęśliwa, że potrafię tak rozluźnić tego sztywniaka. Był słodki, co prawda jedynie dla mnie, a co wydawało się niektórym herosom dziwne i podejrzane, ale my od dość dawna byliśmy tak zżyci, w końcu razem trafiliśmy do obozu.
— Trenujesz? — Spytałam zmieniając temat.
Wskazałam głową na strzelnice, ale on jedynie kiwnął głową przyswajając znów maskę obojętności. Szybko zdjął ze ściany jeden z łuków i zabrał skórzany kołczan wypełniony strzałami. Od razu przewiesił sobie go przez pierś i kiwnął mi na pożegnanie.
To był jeden z niebezpiecznych tematów, bo jako syn Tanatosa nie mógł używać swoich naturalnych mocy, poniekąd słyszałam pogłoskę, że jako jego syn mógł zmusić dusze do pozostania w ciele, jak również plotkę, że nie ważne jak bardzo jest ranny nie umrze dopóki sam tego nie zechce, a co jest naprawdę przerażające, bo na dodatek właśnie przez to sam jego dotyk może zabić.
Podobno dłoń śmierci jest zimna.
Natomiast Sammy – Samael Dethbone – ma zimne dłonie z natury.
Tak byłam zamyślona o swoim przyjacielu, że nawet nie przemyślałam pomysłu z użyciem magii, aby pomóc mu z treningiem. Niestety przez moja magię, strzały nagle dostały własnego rozumu jak również skrzydeł i zaczęły atakować herosów.
Sammy obejrzał się na mnie i westchnął, jakby to, co się wydarzyło było czymś oczywistym skoro jestem w zasięgu jego wzroku. Właściwie to, mimo że mamrotałam przeprosiny, byłam pod nie lada wrażeniem, gdy mój przyjaciel używając innych strzał (tych, które złapał i swoją mocą je uśmiercił – co było trochę okrutne) a następnie zaczął strzelać do tych, które atakowały herosów, a ku mojemu zdumieniu trafiał w nie bezbłędnie łamiąc je na pół.
— Czarodziejko, lepiej idź do Chejrona — oznajmił, gdy skończył.
Wszyscy nowi herosi wpatrywali się w niego jak w prawdziwego boga, a we mnie jak w diabła wcielonego. Zarumieniłam się zawstydzona, bo chciałam tylko mu pomóc, a wszystko jak zwykle poszło na opak, czy ja do końca życia będę taką pechową dziewczyną?

*          *          *

Bogini Fatum mnie nie lubi.
To jedyne wyjaśnienie tego, czemu nagle arena straciła grawitację, a Chejron po prostu wpatruje się we mnie zawiedzionym wzrokiem. Szczerze mówiąc, to wszyscy powinni się cieszyć! Dzięki mnie mogą nauczyć się tego jak walczyć w powietrzu, ale chyba nikt nie był jakoś uszczęśliwiony tym, że musi być łapany na lasso i ciągnięty na dół, by nie trafić do kosmosu.
— Maggie… czemu odeszłaś od swoich nowych przyjaciół? — Spytał mnie Centaur.
Najpewniej dostrzegł, ze przy tamtej dwójce jestem nieco spokojniejsza. Nawet nie wiedział, jak bardzo się myli. Jednak nie mogłam jakoś niszczyć tej nadziei w jego oczach na myśl, że w końcu ja i moje rodzeństwo przestaniemy niszczyć ten obóz.
— Will powiedział, że Sammy mnie szuka, ale uznałam, że wpadnę do swojego domku, tęskniłam za swoim rodzeństwem, wtedy Lou znów użył jakiegoś dziwnego zaklęcia, które znalazł w Internecie, więc chciałam skonfiskować mu jego „księgę czarów”, która zaczął podobno pisać, ale z jakiegoś powodu ma ją teraz córka Afrodyty i odmówiła oddania, bo ona się kocha w Lou, co jest naprawdę dziwne, a gdy chciałam prosić cię Chejronie o pomoc wpadłam na Sammy’ego i tak jakoś wyszło, że… 
Mój monolog trwał jeszcze chwilę, a ja i centaur rozmawialiśmy ignorując (z powodu wielu podobnych sytuacji) chaos, jaki dzieje się koło nas i ma związany ze mną. Naturalnie kilka herosów rzuciło jakieś złośliwe uwagi w moją i mojego rodzeństwa stronę, a z tego powodu nieco zakuło mnie serce, bo naprawdę chciałam się wśród nich wpasować. Tylko że mało kto chce się zadawać z córką Hekate, która odziedziczyła po swojej matce naprawdę sporą moc i niekiedy jej nie kontroluje.
Szczerze mówiąc, to magia rzadko kiedy mnie słuchała.
— Porozmawiam z Panem D., a ty idź po kogoś ze swojego rodzeństwa, bo ktoś musi odczarować arenę — zarządził Chejron, po wysłuchaniu mnie.
Kiwnęłam głową i popędziłam w stronę domu Hekate, gdy zastanawiało mnie jak radzi sobie Jill i Ryan, więc postanowiłam wejść (nie) po drodze i zerknąć, co się dzieje. Gdy tylko znalazłam się dość blisko od razu usłyszałam głos swoich przyjaciół:
— …Odkupiłem za pięćdziesiąt drachen od pewnego satyra — wyjaśnił na jakieś pytanie Ryan. Stwierdziłem, że najlepiej od razu zacząć prowadzić album ze zdjęciami, które uwiecznią każdą chwilę, jaką spędziłem z moją dziewczyną!
Od razu przypomniał mi się aparat, jakim obsługiwał się rudowłosy, robiąc zdjęcia Jill, usłyszałam chichot Willa, gdy nagle odezwała się warcząc jak wściekła Jill:
— Mówiłam ci, ze nie jestem twoją dziewczyną!
— Moją przyszłą dziewczyną poprawił się niezrażony Ryan.
— Chyba w twoich snach!
— A żebyś wiedziała, ze tam dzieje się, a dzieje…
— To wariaci usłyszałam ciche stwierdzenie Nico.
— Z jakiej ty planety żeś się urwał! Znów Jill.
— Tej, która krąży wokół ciebie — odparował Ryan.
Pokręciłam głową szczerze rozbawiona tą awanturą.
— Zamknij się Rudzielcu!
— Kocham cię Złośnico!
— Nie nazywaj mnie tak!
— Nie zmieni to uczucia, jakim cię darzę…
Ich sprzeczka trwała jeszcze chwilę, ale ja miałam już dosyć i byłam święcie przekonana, że jakoś sobie poradzą. Dlatego czym prędzej ruszyłam w stronę swojego domku, trzeba jak najszybciej ratować herosów, którzy mogą zostać wysłani w kosmos.