KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rachel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rachel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2015

Rozdział XIII

(...)Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja(...)



Ognisko, przy którym teraz siadali herosi, było już daleko za nim, a dym wnoszący się ku niebu wskazywał, jak daleko od niego jest. Jednakże jego całkowitą uwagę przykuła dawna „znajoma”. Czarnowłosa kobieta o jasnych krwisto-czerwonych pasemkach nie wydała się nawet go zauważać, ale wiedział doskonale, że to są tylko pozoru. Miała na sobie czarny płaszcz, choć nie zarzuciła na głowę kaptura, pozwalając, aby jej czarne kosmyki, co jakiś czas unosiły się na nikłym wietrze. Wydała się całkowicie skupiona na swoim zdaniu, a jej wargi ułożyły się w nieprzyjazny grymas niezadowolenia.
Zadanie, które wykonywała naprawdę się jej nie podobało, co on z łatwością mógł wywnioskować, po jej nerwowych ruchach, czy cichych przekleństwach, którymi obrzucała całą przyrodę, braci i zmuszenie do bycia dyskretnym, a co jak łatwo było zaobserwować niezbyt dobrze jej wychodziło.
Przecierając się przez gęsty las, czekał aż znajdą się na tyle daleko, aby żaden z obozowiczów nie zauważył, co się dzieje. Nie mógł ryzykować, iż któryś z nich wtrąci się do ich rozmowy, a ona jakby nie patrzeć miała nad nim niewielką przewagę w postaci żywej tarczy.
Rudowłosa dziewczyna zwisała bezwładnie z jej ramienia, wydało się nawet, że już zrezygnowała z jakiejkolwiek szansy na ratunek. Dostrzegał w świetle księżyca niewielki blask na jej policzkach, a z resztą, kto w takiej sytuacji nie byłby przerażony?
Szedł spokojnie między gałęziami, a korzeniami drzew. W taki sposób, aby wydać, jak najmniej dźwięku. Starał się również nie iść pod wiatr, choć z jakiegoś powodu miał całkowitą pewność, że kobieta idąca swawolnym krokiem, kilka metrów przed nim, jest całkowicie świadoma jego obecności.
W końcu się zatrzymała, co wprawiło go w niepokój, gdyż doskonale wiedział, że nie są jeszcze nawet przy granicy obozu, a aby zniknąć stąd niedostrzeżenie tak, aby pan D. się nie zorientował, że ma w obozie szpiegów, tak powinna postąpić. Sam z resztą podejrzewał, że Dionizos doskonale zdaje sobie sprawę, że ma nieproszonych gości. Bo przypuszczał, że stosuje się on do znanego cytatu z pewnego filmu, a mianowicie:
Trzymaj swoich przyjaciół, blisko, ale swoich wrogów jeszcze bliżej
Długo będziesz się bawił ze mną w tą grę, synu Hadesa?
Miał wielką ochotę się warknąć ze złości, a najbardziej uciec, bo nuta uwodzicielska w głosie tej bogini wydała mu się całkowicie nie na miejscu. Nie wiedział, skąd dokładnie wziął się jego nagły lęk, był on raczej absurdalny, ale nie zamierzał okazać strachu.
Powoli wyszedł zza drzewa, nie przejmując się tym razem, że nadepnie na jakąś gałąź, starą szyszkę, czy inną leśną roślinkę, która zdradzi jego pozycję. Powoli sunął się do przodu, pozwalając, aby blask księżyca oświetlił całą jego postać, a jednocześnie będąc blisko cienia, który w razie potrzeby może zamaskować jego poczynania.
Swoją dłoń jeszcze bardziej zacisnął na rękojeści swojego miecza. Dziękował sobie w duchu, że nigdy się z nim nie rozstaje. Z resztą, jak większość herosów i on zawsze był przygotowany na walkę z potworami, które wyskoczą w najmniej odpowiednim momencie.
Apate, oddaj Wyrocznie rozkazał cicho.
Nic nie zdradzało jego wewnętrznego niepokoju, gdyż do tej pory nie wiedział, czego ci bogowie szukają, a starał się dowiedzieć wielokrotnie. Bo chociaż miał już kilka domysłów i szlaków, wszystkie okazały się błędne. Wiedział natomiast, że Apate go oszukiwała i zwodziła, niby była po jego stronie, ale tak naprawdę nadal pomagała swoim kompanom.
A co mi zrobisz, jeżeli tego, nie zrobię? – spytała i prowokacyjnie odpięła kilka guzików swoje płaszczu. Mam się bać, Nico?
Nico zmrużył swoje ciemne oczy, a następnie podniósł do góry swój miecz, który do tej pory bezwiednie ściskał w dłoni, jak ostatnią deskę ratunku. Stygijskie żelazo zalśniło lekko w blasku księżyca, a po chwili koło chłopaka z ziemi wyszło dwóch kościotrupich wojowników.
Bogini, Rachel i on w milczeniu przyglądali się wydobywającym się kością z ziemi, które uformowały się w postać dwóch zmarłych wojowników. Byli wyjątkowo młodzi, gdyż jeden z nich miał w czaszce jeszcze oko, zaś drugi (co było widoczne) miał poszarpane jeansy, a które zapewne zaczęły się już powoli rozkładać. Ich klatki piersiowe zaś były otoczone skórą, choć wojownik w jeansach miał po lewej stronie wielką dziurę. Wyglądało na to, że ktoś wypruł mu serce z piersi. Obydwoje jednak mieli ostre miecze i tarcze, a pierwszy z nich nawet miał kompletną zbroje, zaś o drugim nie można było tego samego powiedzieć.
Gdy pierwszy był łysy i miał mnóstwo robaków, które go obłaziły, drugi zaś miał kilka białych kosmyków włosów, a reszta jego głowy była całkowicie łysa. Jego zielonkawa skóra lśniła w świetle księżyca, a ich wygląd wydawał się jeszcze bardziej złowieszczy. Nico przez moment przypomniał sobie chwilę, gdy pierwszy raz wezwał wojowników, a dokładniej w chwili swojego gniewie i żalu do Percy’ego, gdy ten powiedział mu o śmierci jego siostry.
Ich kościste dłonie, zacisnęły się na rękojeści miecza, a długie, kościste palce trzymały je wyjątkowo stabilnie. Mimo lichego stanu, jakim znajdowali się ci wojownicy, trzeba było przyznać, że byli zdumiewająco silni i wytrzymali, a o czym już wcześniej przekonał się Nico.
Apate cmoknęła językiem z dezaprobatą, a następnie puściła Rachel, która z jękiem upadła na ziemię. Powstrzymał cisnący się na jego usta pół uśmiech, bo właśnie na tę okazję czekał. On zajmie się boginią, a pani O'Leary, przetransportuje Rachel do Percy’ego.
Miał zaufanie do Percy’ego i to nie tylko, dlatego, że był jego pierwszą miłością. Wiedział po prostu, że synowi Posejdona można powierzyć ważne sprawy.
W tym czasie bogini zdrady ruszyła w jego stronę, a w jej dłoni pojawił się miecz. Nie był on jednak z niebiańskiego spiżu, czy stygijskiego żelaza, a jedynie ze zwykłego ludzkiego żelaza. Mimo, że nie był dzieckiem Hefajstosa mógł dostrzec tę niewielką różnicę.
Zginiesz zawyrokowała bogini.
Gdy tylko bogini ruszyła na jego wojowników, z cienia za jej plecami uformowała się postać ogara piekielnego, a jego głośny szczek sparaliżował na chwilę boginię. Obydwoje spojrzeli, jak wytrenowany ogar macha radośnie ogonem i swoim jęzorem liże twarzy Rachel, kilka kropel jego śliny skapnęło na rudowłosa dziewczynę, a która pisnęła w cichym proteście. Uszy psa od razu się podniosły i przyjrzał się dziewczynie z zaciekawieniem.
Do Percy’ego! rozkazał Nico.
Apate drgnęła i właśnie odwróciła się plecami do niego, aby zaatakować ogara, ale ten już złapał w swoją wielką szczękę bluzkę Rachel i pognał w stronę cienia. Podróżowanie cieniem nie dla każdego było przyjemne. Nico wiedział, że syn Posejdona będzie miał bliższe spotkanie z obiadem Rachel, ale tym razem, jakoś nie poprawiło mu to humoru, bo wściekły wrzask bogini z całą pewnością było słychać w całym obozie.
Ku jego zdumieniu, jego wojownikom nagle znieruchomieli i odwrócili się w jego stronę, a ich puste oczodoły zaczęły ziać dziwną czernią. Zaś oko drugiego z nich stało się całkowicie czarne. Natychmiast skierowali się w jego stronę, podnosząc miecz i chcąc zakończyć jego życie. Zaskoczony, zaczął blokować ataki i właśnie przez ten swój niewybaczalny błąd, pozwolenie sobie na odwrócenie uwagi, musiał przypłacić mieczem Apate, który przebił jego brzuch.
Giń syknęła bogini i rozmyła się w powietrzu, znikając.
Wraz z nią jej miecz, a wojownicy rozpadli się na kawałki, pozwalając, aby ziemia na powrót ich zagrzebała w ich grobach.
Chłopak jęknął cicho i upadł na kolana, trawa od razu zaczęła barwić jego spodnie na zielona, a co z całą pewnością się nie domyje. Jednak on nigdy nie zwracał na to szczególnej uwagi, a teraz objął dłońmi swój brzuch, czując tam paraliżujące zimno. Właściwie nie czuł bólu, co go naprawdę zaniepokoiło, a jego czarna bluzka świetnie ukrywała krwawienie i gdyby nie dłonie, które na niej położył, mógłby nawet pomyśleć, że rana to wymysł jego wyobraźni.
Nico? Usłyszał czyjś głos.
Jednak świat wokół chłopaka zaczął wirować, co zapewne było spowodowane szybka utratą, licznej krwi, a następnie odsunął się na ziemię tracąc całkowity kontakt ze światem. Być może były to psoty jego wyobraźni, ale przez moment wydawało mu się, że widzi swoją siostrę.
Biankę.
Już niedługo znów będą razem.

*          ~          *          ~          *
"Własną drogę wybierz,
by przeznaczenie swe ziścić.
Klucz do zagadki masz,
a ją poznasz na zachodzie,
tam gdzie słońce żegna się z dniem.
Zagłada bogów będzie wnet.
Tylko pamiętaj,
Ciemność w świetle jest kluczem,
Zło w dobroci jest mapą,
Zaś pochodnia twą pomocą.
Lecz uważaj dzielny wojowniku,
Za cenę miłości,
Śmiercią przyjdzie zapłacić.”
Chejron zamyślony spoglądał na migoczący w tęczy obraz, jednego ze swoich ulubionych herosów, którego morskie oczy pociemniały o kilka oktaw, wyglądając niczym zburzone morze podczas sztormu. Jego czarne roztrzepane włosy wpadały mu na oczy, ale chłopak nie wydawał się tym przejmować.
Zaś sam Centaur westchnął z zamyśleniem, i znów się zadumał.
Tępym wzrokiem wpatrywał się on w migoczącą tęcze, w której widniał równie zamyślony syn Posejdona. Mimo, że miał on ochotę przejrzeć się Perseuszowi Jacksonowi, który staje się coraz szybciej dorosłym mężczyzną, to jednak w tej chwili nie miał na to czasu, były ważniejsze, nieznoszące zwłoki sprawy.
Obraz w Iryfonie – bo tak nazywał się „telefon” (jak czasem porównywali go młodzi herosi) stworzony dzięki Irys, która udostępniła swoją tęcze (za niewielką opłatą) do komunikowania się z innymi – zamigotał i po chwili pojawiło się ostrzeżenie, że rozmowa zostanie przerwana.
Chejron wyjął ze swojej skórzanej kamizelki niewielką srebrną monetę – hemidrachma – która była wyjątkowo ciepła, a następnie podrzucając ją do góry za pomocą kciuka, wpadła ona w tęcze, a po chwili rozpłynęła się w niej, podobnie jak łacińskie napisy z ostrzeżeniem.
Wyrocznie mówiła coś jeszcze? Żądała, czyjejś obcości? spytał Chejron.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jillian*

Być może zachowywałam się głupio.
W tej chwili byłam więcej niż pewna, że postradałam zmysły. Jaka normalna dziewczyna wchodzi do pokoju swojego prześladowcy? Gdybym miała być szczera sama przed sobą (mimo wielu swoich wad, staram się taka być), to musiałabym przyznać, że mój prześladowca coraz poważniej mnie intryguje. Z niechęci przeszłam do przyjaźni i szczeremu zaintrygowaniu.
Zwalałam całą tą sprawę na moją matkę, gdyż to przez nią jestem w połowie harpią (może jedynie w jednej trzeciej?), a to natomiast sprawiało, że moja ciekawość może okazać się zabójcza. Mimo takich argumentów nic nie było w stanie powstrzymać mnie od wetknięcia nosa w nie swoje sprawy, a niestety ta cecha mojego charakteru zaczynała się wyostrzać.
Właściwie wcale nie byłam zaskoczona widokiem całej ściany oblepionej swoimi rysunkami i zdjęciami. Choć w pokoju znajdowały się dwa łóżka, bezbłędnie mogłam od zgadnąć, które należało do mojego… prześladowcy.
Przypatrywałam się białym kartką, na których Ryan z niezwykłą precyzją i dokładnością ukazał moją twarz w różnych momentach. Zastanawiałam się, czego używa do szkicowania, więc natychmiast spojrzałam na biurko wykonana zapewne z sosny.
Pokój był utrzymany w złoto-żółtych barwach, więc zwykli śmiertelnicy pewnie by oślepli, wrzeszczeli i w akcie paniki uderzyli się głową w ścianę podczas ucieczki, i tym samym stracili przytomność, bo choć sama miałam ochotę wykonać te wszystkie czynności, to moja ciekawość (zabójcza ciekawość) była zbyt wielka, aby nie zacząć grzebać w biurku Rudzielca.
Gdy znalazłam zestaw profesjonalnych ołówkom do szkicowania i węgiel, szybko je odstawiłam na miejsce i z jękiem usiadłam na krześle wzdychając ciężko. Nigdy do tej pory nie czułam się tak bardzo zmieszana, tak bardzo niepewna.
Zaczęłam w końcu przeklinać swoje hormony i fakt, że dorastałam.
W takim ponurym nastroju znalazł mnie współlokator Ryana, a który okazał się być Will.
Obydwoje spojrzeliśmy na siebie i podczas gdy ja zrobiłam naburmuszoną minę, chłopak uśmiechnął się radośnie, a następnie wypadł z pokoju, a ja tuż za nim.
Powód był prosty.
On chciał poinformować o tym Rudzielca.
Natomiast ja, chciałam wcześniej wyciąć mu język, połamać palce i przede wszystkim zabić, a później osobiście zaprowadzić jego ducha do Hadesu, a żeby mieć pewność, że nie poinformuje o tym Ryana.

*          *          *

Stojąc przed drzwiami o znaczku „Aquilo” zastanawiałam się, co też może pojawić się za drzwiami „Południe”, bo kiedy przekroczyłam próg drzwi „Auster” (czyli z łac. „Północ”) miałam bliskie spotkanie z Henrykiem, a który popatrzył na drzwi z nieprzychylnym okiem. Jakoś nie miałam ochoty otwierać ich i natknąć się na głodnego tygrysa. Ta perspektywa była dla mnie raczej oczywista, bo gdy Leo Valdez wyjaśnił mi, że mój ojciec jest szalony, nie dziwiło mnie, więc, że dostałam Pingwina, jako domowe zwierzątko.
Otwierasz, czy nie? spytał Leo.
Sama nie wiem, czemu ten czarnowłosy syn Hefajstosa się tutaj znalazł, ale jakoś świetnie się dogadywaliśmy. Może zabrzmi to sentymentalnie, ale z jakiegoś powodu przypominał mi o moim jedynym przyjacielu, ponieważ ostatni czasy, był traktowany, jakby oszalał. Nie do końca pojmowałam, czemu tak jest.
Jesteś jeszcze bardziej ciekawski niż ja zauważyłam kpiąco.
Spojrzał na mnie, a na jego chochlikowej twarzy pojawił się zawadzki uśmiech.
Ciekawi mnie, co też wymyślił ten twój zwariowany tatusiek mówiąc to, w jego oczach pojawiły się psotne iskierki. No i obiecałaś mi lwa – oznajmił.
Z niedowierzania otworzyłam usta, ale szybko je zamknęłam, przymykając na chwilę oczy i błagając bogów o cierpliwość, bo w przeciwnym razie z pewnością śmiałabym się do łez. Pokręciłam głową i panując, jako tako nad sobą uchyliłam drzwi.
Były wykonane z jasnego drewniane i pomalowane na czarno zaskrzypiały, gdy je otworzyłam, a ciepły front powietrzy owiał moją twarz i ramiona. Nie zerkając na swojego towarzysza, przyglądałam się widokowi za drzwiami.
Nie było to dla mnie zaskoczeniem, gdy nagle znalazłam się w środku Brazylijskiej dżungli.
Bezbłędnie orientowałam się w terenie, bo gdy tylko zawieje lekki wiatr w moim mózgu tworzy się kompas i mapa, a następnie z niezwykłą dokładnością mogę ustalić gdzie się znajduje.
No i po moim lwie zauważył niby z oburzeniem Leo, choć jego oczy śmiały się, a jego usta ułożyły się w szeroki uśmiech. Pamiętaj, że żądam takiego na urodziny oznajmiając to zaczął grozić mi palcem.
Z całą pewnością obydwoje przebywalibyśmy tutaj znacznie dłużej i podziwiali piękne, bujne, zielone korony liści, śpiew ptaków i ich loty na bezchmurnym niebie, gdyby nie to, że nagle ktoś załomotał do drzwi, a przerażony Henryk zaczął biegać bez sensu w kółko wokół mnie i podszczypując mnie swoim małym dziobem, zapewne żądał jedzenia.
Żarłok warknęłam na małego pingwina.
Zamknęłam drzwi, a Leo puszczając mi oczku ruszył w stronę tylnego wejścia. Nie pojmowałam, czemu się tak dziwnie zachowuje, ale z jakiegoś powodu rozumiałam, że miałby z całą pewnością później konflikt z Rudzielcem, a który (jak się okazało) jest świetnym szermierzem, uwierzyłby, kto?
Z ponurą miną ruszyłam w stronę głównego i wąskiego holu w swoim domku, na ścianach wisiały podobizny greckich bogów wiatrów, a złote litery pod obrazkami były napisane ich imionami. Bo choć nigdy nie uczyłam się greki z łatwością ją rozumiałam.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na całą szerokość, byłam pewna, że moja twarz wygląda, jak chmura gradowa, ale właśnie moi goście popsuli mi myszkowanie po moich magicznych drzwiach. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Maggie ma przerażoną minę i przyciska do siebie fioletową torbę, a następnie wepchnęła się do środka, podczas, gdy Ryan z luzem i szerokim uśmiechem wszedł do środka niczym król na włościach.
Naprawdę był on irytujący!
Zbieraj się Jill, ruszamy na misję! krzyknął mi do ucha Rudzielec, a ja podskoczyłam.
Przeklinając siebie i jego, przeniosłam ponure spojrzenie na Maggie.
Ryan! Zbeształa go. Nie krzycz tak, w końcu to nieoficjalna misja poprawiła go.
Spojrzałam na swoich przyjaciół z niedowierzaniem, a następnie uśmiechnęłam się szeroko.
Och! Miałam na nich naprawdę zły, niszczycielski i cudowny dla mnie wpływ!
Już nie mogłam doczekać się momentu, w którym złamiemy kilka paragrafów z regulaminu obozu.

*          ~          *          ~          *

Potrząsając swoją blond czupryną, Will westchnął głęboko i przyjrzał się śpiącemu, synowi Hadesa. Jego twarz w śnie się rozluźniała i wyglądał niezwykle słodko. Syn Apolla miał wielką ochotę dotknąć tej delikatnej, bladej skóry na policzkach śpiącego chłopaka.
Zarumienił się odrobinę z powodu swoich myśli, a jednocześnie ucieszył się, że widząc Nica zmierzającego do lasu, postanowił w tej chwili szczerze z nim porozmawiać. Nie chciał nawet myśleć, co by się wydarzyło, gdyby nie był kilka kroków od Nico i w porę nie zaczął go leczyć.
Dreszcz przebiegł po plecach chłopaka, a on ze skrywaną miłością spojrzał na śpiącego herosa.
Odprężył się lekko na swoim zielonym fotelu w pomarańczowe łaty. Mógł w końcu czuwać nad śpiącym Nico całą noc. Był wdzięczny Chejronowi, że pozwolił mu, choć nie wątpił, że duży wpływ na tę decyzję miały jego uzdrawiające moce, które odziedziczył po ojcu.
Nie zamierzałem, jej wydawać oznajmił Will, przerywając ciszę w niewielkim pokoju.
Lampka stojąca koło łóżka Nico, niedaleko niego samego, oświetlała lekko przestrzeń pokoju. Chociaż pokój był utrzymany w białych barwach, w tej chwili wydawał się niezwykle ponury, a co spowodowało wisielczy nastrój Willa, bo uśmiechnął się na myśl, że ten pokój nareszcie zaczął pasować do stylu Nico.
Chociaż… Will zawahał się wspominając swojego brata i goniącą go Jill. Przeszłość Jill jest raczej oczywista, a przynajmniej można się jej domyśleć, ale… przeszłość Ryana mnie zastanawia wyznał.
Szczerze zaabsorbowany tymi przemyśleniami, nie zauważył, że jego śpiący do tej pory towarzysz otworzył oczy i skrzywił się lekko, czując zapewne ból. Czarne jak węgiel oczy spoglądały z zaciekawieniem na zamyślonego Willa, a w ich wnętrzu coś niezidentyfikowanego się tliło. Jakby rozczarowanie, a może nawet i żal.
Mój brat jest… zaczął, spoglądając niewidzącym wzrokiem w przestrzeń przed sobą. Dziele z nim pokój i wiem, że on, tak naprawdę…
Dlaczego mnie uratowałeś? spytał z lekką pretensją w głosie Nico.
Zaskoczony słowami Nica Will spoglądał na niego bez słowa. Bo cóż miał w tej chwili powiedzieć?
Przemowę, którą ułożył sobie na taką chwilę, od razu wyleciała mu z głowy, choć uśmiechnął się uroczo i niepewnie nachylając ku leżącemu herosowi, a który spoglądał na niego z wyrzutem, tak widocznym w czarnych, cierpiących oczach.
Przez moment Will poczuł niepokój, bo tęczówki syna Hadesa zamiast brązowe (a on uwielbiam w nie patrzeć) były całkowicie czarne. Jednak, miał nadzieje, że to tylko gra świateł i tak naprawdę z herosem jest wszystko w jak najlepszym porządku.
Taką mam pracę odpowiedział ze spokojem, którego jednak nie czuł.
Syn Hadesa skrzywił się i westchnął cicho.
Nie chciałem, aby ktoś mnie ratował burknął cicho chłopak.
Ktoś musi zająć się Hazel zauważył Will.
Hazel ma Franka mruknął w odpowiedzi Nico.
Sfrustrowany Will zacisnął dłonie na podłokietnikach fotela i nachylając się jeszcze bardziej w stronę syna Hadesa, wyznał z niezwykłą złością:
Ja cię potrzebuje Nico!
Przez moment czarne oczy chłopaka zmieniły barwę na brązową, a co odnotował Will z ulgą, jak i zaniepokojeniem. Wyglądało na to, że syn Hadesa był znacznie bliżej śmierci niż mu się wydawało.
Masz swoich braci burknął nagle za złością.
Mimo wszystko Will zachichotał, a Nico odwrócił zawstydzony głowę, wbijając wzrok w drzwi od małego pokoju, w którym się znajdował. Nie pamiętał, jak tu trafił, ale z powodu swojego zmęczenia, szybko przymknął oczy. Syn Apolla przyglądał się jak napięte rysy twarzy chłopaka znów się wygładzają, a jego oddech staje się wyrównany.
Zapadł w sen, a co skwitował Will z szerokim uśmiechem i czułym spojrzeniem, jakim obrzucił śpiącego chłopaka.
___________________________________________________________________________
Wiem, że rozdział z wielkim opóźnieniem. Mam nadzieje, że mi wybaczycie :)
Pewnie i tym razem znów znajdą się, jakieś błędy... hmm... prawdę mówiąc sprawdzałam tekst kilkakrotnie, ale człowiek na robot, błędy robi (czy jakoś tak -_-).
Co do przepowiedni, jestem ciekawa, co o niej myślicie. Przede wszystkim, jednak ja wiem, kogo "zabije" (mniej więcej), ale zastanawiam się, kim będzie ta tajemnicza osoba waszym zdaniem?
Ach! No i takie pytanie do was, kogo waszym zdaniem wytypuje Chejron do misji? 
Zasada greków jest taka, że mogą to być tylko trzy osoby. Według nich "trzy" to święta liczba...
Jeszcze raz przepraszam za swoją dłuższą nieobecność! Mam również nadzieje, że rozdział się podobał :3
Bussis! ^^

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział XII



"(...)Nie płacz, bo ci serduszko pęknie…(...)"

Moje życie od zawsze było nieco zbyt szalone, zbyt niebezpieczne i niezbyt normalne. Jednak w najśmielszych koszmarach nie przewidziałabym takiej sytuacji, w jakiej teraz się znalazłam. Rudzielec koło mnie wyglądał na niezwykle opanowanego i tylko osoba, która znała go na tyle dobrze jak ja mogła z całą pewnością rzec, że ten poważny wyraz twarzy oznacza tylko to, że jej właściwie chce ukryć wszem i obecnym swoje rozbawienie.
Skrzyżowałam ramiona na piersi, gdy chłodny podmuch powietrza owiał moją skórę, a wtedy mały czarno-biały nielot podreptał w naszą stronę, trzymając w dziobie nadal żywą rybę. Byłam pod nie lada wrażeniem, że nie wywalił się on lodzie, którym pokryta była podłoga, a wręcz utrzymuje równowagę, gdy zatrzymał się koło nas, jego czarne oczka jak paciorki przyjrzały się mojej twarzy, a później demonstracyjnie połkną rybę w całości.
— Masz słodkie zwierzątko — zauważył Ryan.
— Nie prosiłam o nie — warknęłam podnosząc buntowniczo podbródek do góry. — To samo zahodowało się  w tym pokoju — dodałam.
Ryan nie mógł już powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu i zaśmiał się cicho, a ja miałam wielką ochotę kopnąć go, aby tylko przestał zachowywać się jak głąb i pomógł mi pozbyć się tego denerwującego nielotnego ptaka z orszaku świętego Mikołaja.
— Z pewnością — powiedział z błyskiem w oku Rudzielec. — Twój ojciec miał z pewnością wspaniały pomysł, bo zamiast szczeniaczka, czy kociaka kupił ci…
— Ptaka z orszaku sań świętego Mikołaja — powiedziałam ze złością.
Ryan natychmiast przestał się uśmiechać i złapał mnie za ramiona kierując w swoją stronę tak, aby nasze twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Poczułam się dość niezręcznie, gdy jego dwukolorowe tęczówki przyglądały mi się z niezwykłą jak na niego powagą na twarzy. Mimowolnie zadrżałam, gdy poczułam w nozdrzach zapach jego skóry (był to dziwna mieszanka zapachu kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla – nigdy nie przypuszczałam, że jest taki zapach) i od razu zbeształam się za to w myślach.
— Pingwiny nie są kojarzone ze świętym Mikołajem — powiedział powoli Ryan. — Nie bądź większą ignorantką niż jesteś. — Nachmurzyłam się na te słowa. — Wystarczy już, że ignorujesz moje uczucia!
Po tych słowach niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i zacisnął swoje ramiona tak, że dłonie uwięzione miałam między naszymi ciałami, a on sam nie pozwalał mi się uwolnić z tego uścisku. Udało mi się jednak odchylić lekko głowę do tyłu, a gdy nasze oczy się ponownie spotykały tego dnia, a następnie kopnęłam nic niespodziewającego się Rudzielca w najczulszy męski punkt.
Ku mojemu zdumieniu on uśmiechnął się szeroko.
— Mam tam ochraniacz — wyjaśnił.
Mój poziom gniewu osiągnął wyższy stopień. Bo choć wydawało się, że wygrał tym razem, nie zamierzałam tak łatwo się poddać. Niestety niedane było mi spróbować jednego z wielu chwytów ulicy, których się nauczyłam, gdy niespodziewanie do mojego domku wszedł syn Tanatosa, z którym przyjaźniła się Maggie. Jego widok był tak niespodziewany, że wszelka chęć utarcia nosa Ryanowi wyleciała mi z głowy i tylko wielkimi jak drachmy oczami mogłam wgapiać się w Samaela.
— Długo ci to jeszcze zajmie? — Spytał z nutą zniecierpliwienia nowo przybyły. — Nie mam całego dnia na te twoje bzdury z córą Eola — dodał kiwając głową w moim kierunku.
To było jak policzek i już otwierałam usta, aby nawrzeszczeć na chłopaka przeklinając go kilkoma epitetami, którymi nie powstydziliby się ze znajomości marynarze, gdy nagle usta Ryana spoczęły na moich, skutecznie zamykając mi tym samym możliwości przedyskutowania złego zachowania Samaela.
Serce zabiło mi mocniej, oddech stał się nierówny, przez moje ciało przeszedł dreszcz przyjemności, a dłonie nagle zaczęły mi się pocić pomimo panującego w domu chłodu i mimowolnie zaplotłam je wokół szyi chłopaka. Nim jednak mogłam wczuć się całym sercem w ten niecodzienny pocałunek i przyznać, że naprawdę jego ciepłe a zarazem twarde usta są jeszcze lepsze niż ambrozja, chłopak oderwał swoje usta od moich i posłał mi szeroki uśmiech, cmokając mnie przy okazji lekko w mój nos, a następnie odwrócił się i wyszedł z domku.
Stałam jak sparaliżowana, a tuż obok mnie stał przyglądający mi się pingwin.
— Ryan! Ty idioto! — Wrzasnęłam na całe gardło i wypadłam z domku. — Zatłukę cię na kwaśne jabłko!
Kilku herosów przechodzących koło mnie, wysłało mi zaniepokojone spojrzenie i zaczęło umykać w przeciwnym kierunku, a ja nie dostrzegając nigdzie powodu swojej złości kopnęłam pierwszą rzecz, która była na mojej drodze, czyli jakiś durnowaty kamyk.
Przeklinając niczym marynarz wróciłam do swojego błękitnego domu trzaskając przy tym drzwiami wejściowymi z całej swojej siły i niemal powodując, że numerki na moich drzwiach z nich odleciały.

*          *          *
*Perspektywa Jill*

Bawiąc się czarna bransoletką, którą dostałam od rudzielca jeszcze raz od nowa analizowałam wszystkie jego ruchu, słowa i czyny. Miałam istny zamęt w swojej głowie, bo już sama nie wiedziałam, co mam myśleć o nim. Z jednej strony miałam ochotę walnąć go w głowę, wyzywając od największych idiotów, a z drugiej zarzucić mu ręce za szyję i nie puszczać już nigdy.
Poczułam dziwny ucisk w okolicy swojego serca i od razu przyłożyłam na nim dłoń, czując pod nią lekki rytm. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała, podnosiła i… tak w kółko, bo choć było to coś najnormalniejszego na świecie na mnie podziałało w uspakajający sposób. Zerknęłam z nagłym ożywieniem w stronę szafki z białymi półkami, zawaloną całkowicie przez książko, a która była dość wyraźna na granatowym tle ściany, zaczęłam zastanawiać się, co w takiej chwili robili ich bohaterowie w podobnych sytuacji.
Przymknęłam oczy, wiedząc, iż to uczucie jest niebezpieczne, niszczycielskie i choć daje dużo siły, odwagi i z uśmiechem pozwala iść przez świat to jej utrata rujnuje aż do samej duszy. Nigdy nie pozwalałam sobie na uczucie choćby w małym przybliżeniu do tego.
Jak najgorszego zła unikałam wszelkich ciepłych uczuć…
Miałam w głowie istny chaos!
Podniosłam się gwałtownie z łóżka, wpadając przy tym na siedzącego pingwina, który przyniósł ze sobą swoją miskę z napisem „Henryk” (jak mniemam mój kochany ojciec właśnie tak nazwał tego nielota – choć nie lot to złe określenie, bo ten pingwin używa wiatru mojego ojca i lata sobie na burzowej chmurze, który sypie śniegiem po całym domu) i przyglądał mi się swoimi czarnymi oczkami.
— Spadaj — warknęłam.
Ku mojemu szokowi, mały nielot rozpłakała się roniąc najprawdziwsze łzy, a ja poczułam się całkowicie zmieszana i jakbym właśnie pozbawiła małe dziecko wszelkich dziecięcych marzeń.
— Hej, nie płacz! — Zawołałam, powodując jeszcze większy płacz pingwina. — Przepraszam! Przepraszam! — Krzykiem próbowałam przebić jego głośnie wycie.
Jeżeli ktoś kiedykolwiek mówił mi, że pingwiny są spokojnymi nielotami…
Ten ktoś z całą pewnością kłamał!

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Siedząc na drewnianej huśtawce na niewielkim tarasie swojego domu, starałam się zastanowić, czemu Sammy ostatnio zachowywał się tak dziwacznie. Ziewnęłam szeroko, choć słońce było jeszcze wysoko na niebie, a następnie oparłam się plecami  o oparcie huśtawki, przy czym palcami lekko odepchnęłam się od powierzchni drewnianej podłogi tarasu, wprawiając ją w lekki ruch, a następnie położyłam je na niej, obejmując je ramionami i kładąc głowę na kolanach.
Wpatrując się w grających w piłkę nożną herosów (boisko do piłki nożne powstał przeze mnie i mojego brata, gdyż nieźle się wtedy pokłóciliśmy i w efekcie za naszym domem powstał ten oto plac), a lekkie błyski i niepokojące dźwięki dochodzące z domku ani trochę mnie nie dekoncentrowały.
Byłam smutna.
Czułam na swojej skórze nadchodzące zmiany i choć miałam wielką ochotę odwiedzić Rachel – naszą Wyrocznie Delficką, która zajmowała się przepowiadaniem przepowiedni (były one oczywiście w formie wiersza, który człowiek rozumie dopiero po wszystkim) i jako jedyna traktowała mnie w miarę normalnie, ale w końcu ta rudowłosa dziewczyna również była trochę dziwna.
— Magic! — Wydarł się znajomy głos.
Z niechęcią oderwałam wzrok od grupy dziesięciolatków grających w piłkę nożną i spojrzałam na swoją siostrę, która stała w progu drzwi ze skwaszoną miną, jakby ktoś właśnie pobrudził jej ukochany fotel (a co było niemożliwe przez zaklęcia, jakie na niego rzuciła). Przyglądałam się chwilę dziewczynie o naturalnych „truskawkowych” blond włosach, natomiast jej dziwne beżowe tęczówki wpatrywały się we mnie wrogo.
— Coś nie tak Amira? — Spytałam cicho.
— Dziwak do ciebie — oznajmiła nagle z obojętnością. — Prosiłabym jednak, aby nigdy, NIGDY więcej nie przynosił tych śmierdzących kwiatów!
Amira była dziwną osobą (jak wszystkie dzieci Hekate), ale niewiele osób może równać się z tym, że mają taką fanaberię jak ona. Bo kto normalny uważa róże za śmierdzące i brzydkie kwiaty? Właściwie ostatnio zauważyłam, że w swoim pokoju trzymała bukiet mleczy – podejrzewam również, że nie z powodu nagłego zamiłowania do roślin.
Podniosłam się raptownie, zapominając o tym, gdzie trzymałam nogi, a to spowodowało, ze z hukiem poleciałam do przodu, przy czym moje nogi nadal leżały na huśtawce, która wprawiłam w nagły ruch i zdecydowanie dorobiłam się nowych siniaków na nich.
Moja siostra słowem nie odezwała się na mój spektakularny spektakl, nawet wtedy, gdy próbując się podnieś oberwałam huśtawką w głowę i znów leżałam na brzuchu, jęcząc z bólu. W takiej właśnie pozycji znalazł mnie mój gość, przychodząc do mnie i zapewne tracąc cierpliwość.
W chwili, gdy ujrzałam poważną minę syna Tanatosa z bukietem kwiatów i bombonierką w kształcie serca, łzy pojawiły się w moich oczach i tym razem nie było to spowodowane moim wypadkiem, a tym, że mój przyjaciel właśnie się w kimś zakocha i zapewne poprosi mnie o pomoc w zdobyciu serca dziewczyny, której automatycznie zaczęłam darzyć niechęcią.
Strach i ból ścisnął mi serce.
Zdałam sobie wówczas sprawę, że go kocham.
— Nienawidzę cię! — Wydarłam się.
Niespodziewanie podniosłam się na równe nogi i nim zdegustowana Amira, czy zaskoczony Samael mogli cokolwiek zrobić, ja zręcznie przeskoczyłam przez barierkę tarasu (ku swojemu zdziwieniu nic sobie przy tym nie łamiąc) i ze łzami bólu pobiegłam w stronę domku Jillian.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Ryana*

Marszcząc brwi, czytałem przepis, który właśnie podarował mi Will, zastanawiając się przy okazji, czy smakowałby on mojej ukochanej Jill. Podniosłem wzrok znad zapisanej niebieskiej kartki w kratkę i dostrzegłem, że Will oparł łokieć o mój ukochany blat i pomijając to, że zajął miejsce mojej Jill, to na dodatek oparł podbródek o dłoń i wydawał się całkowicie nieobecny.
Już miałem zrobić mu jakiś kawał (a dokładniej mówiąc zastanawiałem się nad różnymi możliwościami), gdy nagle drzwi od mojej kuchni huknęły o ścianę, a ponieważ byłem pewien, że Jill po naszym ostatnim razie prędzej przyznałaby się, że nie potrafi strzelać z łuku, niż przyszła tutaj… więc widok syna Tanatosa nie był dla mnie większym zaskoczeniem.
— Wydaje mi się, że ta kuchnia kiedyś stanie się miejscem posiedzeń — orzekł Will, który nadal wyglądał na zamyślonego. — Czemu mnie to nie dziwi?
Zignorowałem jego pytanie i podniosłem jedną brew, gdy Samael przemierzył dzielącą nasz przestrzeń i wepchnął mi tuzin czerwonych róż i bombonierę powodując, że kilka łodyg się połamało, a ja nie mogłem opanować szoku, gdyż tego momentu naprawdę nie przewidziałem i było to naprawdę przerażające. Czyżby tak właśnie żyli zwykli ludzie, nie mając pojęcia, co za chwile się wydarzy?
Jakoś nie dziwiło mnie, że ten sposób życia podoba się Jill, ale ja… naprawdę cieszyłem się, że mam swoje wizję, bo bez nich wydaje mi się, że nie umiałbym funkcjonować.
— Ona uciekła! Uciekła! Powiedziała, że mnie nienawidzi! — warknął, czerwieniąc się ze złości Samael. — A ty — pchnął mnie w pierś swoim palcem wskazującym — masz to naprawić! — syknął
Otworzyłem usta, aby jakoś zmniejszyć złość Samaela, ale ten już wyparował z kuchni trzaskając ponownie drzwiami. Zamrugałaem oczami starając się pojąć, co przed chwilą się wydarzyło, aż usłyszałem śmiech Willa, blondwłosy chłopak wręcz leżał na moim blacie i o mało nie rozpłakał się z nagłego napadu śmiechu.
— Z czego się śmiejesz? — Spytałem lekko podirytowany.
— Bo Magic jest z pewnością u Jill — zawołał Will zmywając się równocześnie z kuchni.
O cholera…

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jill*

Nagłe przybycie rozpłakanej Maggie do mojego domku wprawił w ruch mój instynkt opiekuńczy, o którym istnieniu nie miałam pojęcia. Kogo widok rozpłakanej i zasmarkanej słodkiej czarnowłosej dziewczyny w (jak zwykle) niebieskiej garderobie (jeansach i T-shircie) nie wprawiłby w taki stan?
Naturalnie mój pingwin o imieniu Henryk siedział sobie na swojej białej chmurce latając nade mną jakbym została przeklęta przez wiedźmę i zmuszona była do wiecznej śnieżycy. Bynajmniej taki widok nie zszokował Maggie, która bez słowa rzuciła się w moje ramiona rycząc mi w moją czarną bluzę z ćwiekami, a która bez wątpienia po tym będzie nadawać się do wyrzucenia.
Skrzywiłam się z powodu swoich myśli, bo w tej chwili ważniejsze było samopoczucie Maggie, która wielokrotnie niemal nie niszczyła świata, ale jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak wielkim lamentem z jej strony, wręcz zanosiła się płaczem.
— Nie płacz, bo ci serduszko pęknie… — mruknęłam odruchowo ciepłym i cichym głosem.
Znieruchomiała i odsunęła się ode mnie.
Obydwie wpatrywałyśmy się z tak samo wymalowanym szokiem na twarzy, że takie słowa wypadły z moich ust, a przy okazji próbowałam przypomnieć sobie, gdzie ostatnim razem je usłyszałam i wtedy w moich wspomnieniach zamigotała postać kobiety o ciepłym lekko chropowatym głosem, którym oznaczały się osoby, które wypalały zdecydowanie za dużo papierosów, a miłość w jej głosie była wręcz wyczuwalna tak samo jak w jej bursztynowych tęczówkach.
— Jill… dobrze się czujesz?
Westchnęłam, bo przynajmniej udało mi się uspokoić Maggie.
— Sama nie wiem — wyznałam zgodnie z prawdą. — Chyba zaczynam popadać w depresję — mruknęłam.
Nagle twarz Maggie się rozpromieniła, a jej szeroki uśmiech był wręcz zaraźliwy, ale nie odwzajemniłam go tylko spojrzałam mniej wrogo na nią i czekałam na jej wyjaśnienia, czemu nagle wygląda tak jak Ryan, gdy…
Potrząsnęłam głową wściekła, że moje myśli w tej chwili biegną tylko w jedną stronę.
— Dzisiaj wieczorem do Obozu mają przybyć łowczynie Artemidy — wyjaśniła pełna entuzjazmu Maggie. — Jak zwykle odbędzie się walka o sztandar i..
Nagle Maggie przerwała, a na jej twarzy pojawiła się rozpacz i tyle było po jej wielkiej radości z powodu odwiedzin łowczyń. Na nowo w jej oczy się zaszkliły i stanęły w nich łzy, aby po chwili popłynąć nową porcja po jej zarumienionych od niedawnej ekscytacji policzkach.
Rzuciła się na mnie z godną wojownika szybkością i nie pozwalając mi się uwolnić ryczała w moją bluzę jak mała dziewczynka. Niestety objęła mnie za ramiona, więc nie mogłam jej również objąć, na ojej twarzy pojawiło się zrezygnowanie.

*          *          *

Jakiś czas później przyszedł Ryan.
Jego widok całkowicie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się, że rudzielec odważy się tutaj przyjść po tym jak mnie pocałował – z zaskoczenia!
Wstyd się przyznać, ale jakoś szczególnie nie byłam na niego wściekła, a jedynie lekko zaskoczona i znów poczułam to dziwne ciepło promieniujące od środka. Widok przygnębionego rudzielca był dziwnie bolesny, a swoje dłonie schował do kieszeni i stojąc przede mną z opuszczoną głową wymamrotał:
— Mogę pogadać z Maggie?
Zmrużyłam oczy i stanęłam rozkrokiem w progu drzwi, krzyżując przy okazji ramiona na piersi. Wpatrywałam się w niego, jakbym chciała wyczytać jego najskrytsze myśli, aż do czasu, gdy i on podniósł swoją głowę, a wtedy lekko zatonęłam w jego dwukolorowych tęczówkach.
Dech zaparło mi w piersi, w głowie się zakręci od natłoku odczuć.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Ryan tępo się we mnie wpatruje i chce spotkać się z inną dziewczyną, traktując mnie jak służącą. Złość zagotowała się we mnie jak nagły podmuch powietrza, który poruszył włosami rudzielca. Spojrzał niespokojnie za siebie, a później zerknął na moje zaciśnięte w pięści dłonie i podniósł jedną brew do góry.
— Jesteś zazdrosna? — Nutka samozadowolenia pojawiła się w jego głosie. — Nie masz, czego się obawiać, moje serce należy tylko do ciebie!
Prychnęłam, a moja irracjonalna złość lekko zmalała.
— Nic mnie to nie obchodzi!
— Me serce krwawi od twych kłamstw — stwierdził z szerokim uśmiechem. — Jak możesz krzywdzić kogoś tak przystojnego, niesamowitego i oddanego swej jedynej miłości?
W odpowiedzi skrzywiłam się i cofnęłam o krok, a rudzielec biorąc to za zaproszenie ruszył z szerokim uśmiechem do przodu i w tej samej chwili zderzył się z drzwiami. Jęknął cicho, a ja uśmiechnęłam się podnosząc jeden kącik swoich ust.
— Kocham cię Złośnico! — Wrzasnął Ryan zza zamkniętych drzwi.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Okazało się, że Jillian uwielbia pianki.
Niby nic nieznaczące odkrycie, gdyby nie to, że syn Hefajstosa – Leo – pilnował, aby każdy dostał po równo, a Jillian dość nieumiejętnie zaczęła być niezwykle uprzejma i niemal powiedziała „Proszę”, aby dostać nieco więcej owych łakoci.
Czasami zachowanie Jillian naprawdę wskazywało, ze dziewczyna ma tylko piętnaście lat. Bo jakby, choć w tej chwili, cała jej stanowczość i wrogość zniknęły, gdy niemal (bo jednak się nie śmiała, a jedynie lekko podnosiła kącik swoich ust) się uśmiechała, a nawet żartowała, choć jej drażnienie się z innymi można by wziąć, jako najprawdziwszą groźbę.
Nie znałam Jillian, a przynajmniej nie tak dobrze jakbym chciała, ale przez ten czas odkryłam, że wiele osób odtrąca od siebie. Wybudowała wokół mur, mający na celu chronić ją, ale niestety nie wiedziałam, przed czym, choć miałam cichą nadzieje, że kiedyś mi to zdradzi, w końcu każdy z nas miał mroczne sekrety, a ja wiedziałam doskonale, jakie to uczucie.
Mimowolnie przypomniało mi się moje dzieciństwo.
Zadrżałam z przerażenia, a następnie spojrzałam w niebo na migocące na granatowym tle gwiazdy. Dzisiaj widok był bezchmurny i jakoś dziwnie pogrążył mnie w transie, westchnęłam, gdy letni wiatr owiał moją skórę. Naprawdę cieszyłam się tym, że lata w obozie trwa przez cały rok, bo choć coś tam popsułam i teraz na zawsze jest tu ciepło to ten jeden wypadek jakoś mnie nie zdołował.
Niespodziewanie poczułam koło siebie ruch i gdy odwróciłam głowę w kierunku osoby, która postanowiła usiąść koło mnie na powalonej kłodzie, leżącej niedaleko ogniska, miałam nadzieje, że okaże się nią Jillian, która skończyła już sprzeczać się z Leonem o tym, dlaczego jej należy się więcej pianek niż innym obozowiczom (a naprawdę znalazła ku temu argumenty!).
Pierwsze, co podpowiadało mi, że to nie Jillian była mroczna aura otaczającego mojego towarzysza i zanim spojrzałam na niego, wyczułam lekki zapach róż, co mnie zmyliło, ale gdy spojrzałam na poważny wyraz twarzy syna Tanatosa, u którego oczach kryło się przerażenie poczułam dziwny ucisk w sercu, zwłaszcza, że lewą dłoń wyciągnął w moim kierunku podając mi w ten sposób śliczną czarną róże, a co było niesamowite, bo nigdy takiej nie spotkałam.
Ostrożnie wzięłam w dłoń oferowany mi kwiat i zachichotałam cicho, gdy poczułam jego ciężar. Nie maiłam pojęcia, jakim cudem Samael skonstruował róże z czarnego szkła, która pachniała jak cały tuzin róż, ale byłam szczerze oczarowana, choć z niepewnością spojrzałam w jego miodowe oczy.
Zlustrowałam go wzrokiem, od jego czarnych włosów, które jak zwykle zmieniły swoją barwę wraz ze zmiana pory dnia, na jego miodowe oczy, zaciśniętą szczękę, która była wyraźnie podkreślona przez jego ostre rysy, a nawet spojrzałam na jego czarny podkoszulek z naddrukiem czerwonego (wydał mi się w nieco krwawy) kolorze i z czarnymi dodatkami w środku, które tworzyły coś na kształt stojącego rycerza z mieczem. Srebrny napis wchodził na skrzydła smoka i głosiły napis: „Dragon Age: Inkwizycja”.
Wpatrywałam się w ten napis, jakby miał mi od odpowiedzieć na wszystkie dręczone mnie pytania, nie miałam odwagi znów spojrzeć w miodowe oczy Samaela i dowiedzieć się prawdy, ale jak sama Jill mi doradziła: „nie powinnaś uciekać, a wręcz stawić czoła problemom”. Czasami córka Eola mnie przerażała z tym, jak dobrze radzi sobie w życiu – w przeciwieństwie do mnie.
— Maggie… — wyszeptał moje imię i zamilkł. — To dla ciebie — wyjąkał cicho.
Zamrugałam, gdy oczy mi zwilgotniały i powoli podniosłam głowę do góry, ktoś właśnie rozpalił ognisko i płomień ogrzał mnie w lewy bok twarzy, ale ja byłam urzeczona tym, jak nowy kąt światła zmienił całe oblicze syna Tanatosa, a raczej jego słowa. Ta chwila wydała mi się niezwykle intymna i wydawała się burzyć moje wszystkie wątpliwości.
— Dla mnie? — Szepnęłam cicho i zacisnęłam mocniej dłoń na ciepłej od mojej dłoni łodydze róży. — Ja… — zawahałam się i biorąc głęboki oddech, przymknęłam oczy i wykrztusiłam: — Kocham cię.
Nastała dziwna cisza, bo choć wokół nas trwały w najlepsze kilkanaście rozmów, a z tego wszystkiego można było usłyszeć wrzaski Jillian, która znów wydzierała się na Ryana, jak również skarżyła się (chyba) Chejronowi, że Leo nie dał jej pianek. Czy choćby taki Leo, który właśnie tłukł swoim młotkiem, którym walił jakiś stolik i wkurzał tym samym Drew, a która żaliła się na to swojej nowej przyjaciółce Lunie, a ta z kolei mamrotała coś pod nosem po łacinie, a co jej przyjaciółka kompletnie ignorowała (a były to przekleństwa różnego rodzaju).
Dla mnie ten cały chaos nie istniał, a jedynie siedzący koło mnie mój najlepszy przyjaciel.
Wzdychając cicho otworzyłam oczy, aby zobaczyć rysującą się ulgę na twarzy Samaela.
— Też cię kocham Czarodziejko — szepnął.
Euforia nagle opanowała całe moje ciało, moja radość była przeogromna i po prostu rzuciłam się na szyję mojemu przyjacielowi z dzieciństwa, ale… skoro wyznaliśmy sobie miłość, kim teraz byliśmy? Parą? Nie chodziliśmy na randki…
Pozbyłam się swoich wątpliwości, gdy silne ramiona Samaela objęły mnie i przycisnęły do jego ciała jeszcze mocniej. Zarumieniłam się wściekle, gdy posadził mnie na swoich kolanach i na nic zdało się moje wiercenie i próby ucieczki z jego objęć.
- Gdy udało mi się ciebie złapać Czarodziejko, już cię nie wypuszczę – oznajmił chłodno, ale z błyskiem ciepła w swoich miodowych oczach, ale nagle zmarszczył brwi. – Nie rozumiem tylko, czemu uciekłaś, gdy chciałem dać ci róże i czekoladki – wyznał.
Zachichotałam i schowałam twarz w jego ramieniu.
Byłam zbyt szczęśliwa, aby wyznać, że wtedy myślałam, że zakochał się w dziewczynie, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła mu chaotyczny sposób wyjaśniać, że od dawna go kochałam, ale wtedy zdałam sobie z tego sprawę, jak również, że namówiłam Jillian, aby pobiła jego nową dziewczynę, a ta ostatnia kwestia niezbyt spodobała się synowi Tanatosa.

*          ~          *          ~          *

Annabeth opadła bezwładnie na ziemię, a nad nią pochylał się wysoki mężczyzna odziany w czarne szaty. Westchnął i narzucił na swoje złote włosy kaptur, skrywając w mroku rysy swojej twarzy. Następnie odwrócił się w stronę przerażonej Rachel, która z kneblem w buzi i związanymi kończynami próbowała uciec jakoś z domku Ateny, ale mężczyzna nie przejął się zbyt jej próbami, a jedynie podszedł i nachylił się nad nią.
— Spójrz na mnie — rozkazał i złapał w dłoń jej twarz, ściskając na tyle mocno, aby pozostawić na jej skórze czerwone ślady po jego palcach. — Wyrocznio Delficka, chce poznać przepowiednie — rozkazał.
Rachel, rudowłosa dziewczyna z masą piegów, spojrzała na niego iskrzącymi się szmaragdowymi oczami, w których kryła się pogarda dla jego osoby. Bez wątpienia była nie tylko przerażona sytuacją, zaniepokojona o Annabeth, ale również wściekła na bezimiennego mężczyznę.
— Pseudologos.
Usłyszawszy kobiecy głos, Rachel odetchnęła cicho z ulgą i przymknęła na chwile oczy, a następnie zamrugała zaskoczona na widok kobiety, która oparła się swobodnie o jedną ze ścian niewielkiego pokoiku należącym do nieprzytomnej blondynki.
— Czemu opuściłeś ciało Annabeth?
Mężczyzna zignorował kobietę za swoimi plecami i dalej wwiercał spojrzenie w Rachel.
— Chciałem sprawdzić, czy mogę ją zmusić do pomocy, ale jest chroniona — skrzywił się lekko na własne słowa. — Gdy jestem w swoim ciele mam więcej mocy — wyjaśnił.
Westchnął cicho, a następnie podniósł się na równe nogi i spojrzał na kobietę, którą skrywał cień kąta pokoju. Padające światło księżycowe niewiele pomogło w oświetleniu ciemnego pokoju, ale nikt w tej chwili z dwójki bogów się tym nie przejął.
— Będziesz musiała ją zabrać — stwierdził Pseudologos.
— Oczywiście — natychmiast przytaknęła kobieta. — Nie chcemy, aby wypaplała prawdę, bo w końcu ktoś tutaj była aż tak głupi, że…
— Wystarczy Apate! — Warknął mężczyzna.
Mamrocząc pod nosem podszedł do nieprzytomnej blondynki, która wydawała się pogrążona w głębokim śnie, a następnie zmieniając się w gęstą czarną mgiełkę wniknął w ciało nieprzytomnej dziewczyny. Dokładniej mówiąc wyglądało to jakby całej jej ciało zostało nagle otulone tą tajemniczą mgiełką, a następnie dziewczyna otworzyła oczy, które przerażały swoją bezdenną ciemnością i kilkakrotnie mrugnęła, aby zwyczajny szary kolor tęczówek znów się pojawił.
— Musiałeś robić takie przedstawienie? — Spytała podirytowana Apate.
Pseudologos w odpowiedzi uśmiechnął się tajemniczo.
Następnie obydwoje spojrzeli na przerażoną rudowłosą dziewczynę, a następnie Apate podeszła do niej żwawym krokiem i przerzucając sobie przez ramię wiercącą się dziewczynę ruszyła w stronę wyjścia z domku. W końcu nie mogła teleportować się z tego miejsca, bo wtedy Dionizos dowiedziałby się o jej obecności. To było naprawdę wielkie utrudzenie, gdy Moros i Pseudologos będą zmuszeni zniwelować swoją moc przed dyrektorem obozu, aby móc bezpiecznie się tutaj rozglądać w poszukiwaniu Puszki.
— Uważaj na nią Apate — rozkazał męski głos wydobywający się z ust Annabeth.
— Spokojnie — odparła dziewczyna. — Obydwie świetnie się będziemy bawić, prawda?
W odpowiedzi łzy stanęły w oczach porwanej dziewczyny, która już nie próbowała ich powstrzymywać.
______________________________________________________________________
Od razu zacznę od tego, że nie udało mi się sprawdzić porządnie teksu, bo jeszcze dzisiaj go skończyłam i od razu dodaje - jak obiecałam! Dlatego przepraszam za błędy, które mogą pojawić się w trakcie czytania :(
Podejrzewam, że od następnego rozdziału zacznie się akcja z poszukiwaniem Puszki Pandory - a co wiąże się z opuszczeniem obozu i podróż po świecie, walkę z potworami itp.
W tym rozdziale dochodzi do pewnych rewolucji :D 
No i w poprzednim rozdziale zapomniałam wspomnieć o pewnej czytelniczce, która była na tyle miła, że podesłała mi przepiękny rysunek Ryana, jestem jej za to wdzięczna i przepraszam, że poprzednio zapomniałam o tym wspomnieć. Dziękuje Oli Birut za ten rysunek:
Pozdrawiam i dziękuje wszystkim za tyle cudownych i wspaniałych komentarzy!