Zacznę od informacji, że tym razem moje opowiadanie nie jest sprawdzone przez betę, a która na jakiś czas mnie opuściła T-T Dlatego też, przepraszam za nieuniknione błędy w opowiadaniu. Starałam się je jakoś wyłapać, ale wiecie jak jest...
Dzisiaj będzie rozdział, a jutro wstawię świąteczny dodatek >.< Przepraszam was, że tak długo na niego czekaliście, ale z powodu pewnej strony, którą znalazłam (z mangami) miałam nie lada problem się od niej oderwać. Na szczęście udało mi się i wyszłam z tego niemal bez większego uszczerbku na zdrowiu :3Zanim przejdziemy do rozdziału, chce dodać taki Mikołajkowy dodatek (spóźniony, ale cóż), więc zaczniemy od krótkiej historii:
*Ryan – „jak umarł mój chomik”*
To była zabawna historia,
naprawdę!
O ile
dobrze pamiętam miałem wtedy siedem lat i byłem światkiem wielu dziwnych
rzeczy, bo ilekroć spotykałem jednego z bogów był on wkurzony, gdy dla zabawy
nazywałem ich greckimi imionami, bo wtedy musieli się zmienić, gdyż ja, jako
jedyny w obozie Jupiter byłem synem greckiego boga.
Nie
mniej o ile dobrze pamiętam tamtego dnia miałem dwie wizję: Pierwsza – była
oczywiście o mojej Jillian… (teraz coś zupełnie nie na temat, bo razem ze mną
wyobraźcie sobie śliczny biały domek z białym płotkiem… chociaż to ja jestem
bardziej romantyczny z naszej pary, to nawet ja nie mam na tyle rozwiniętej
wyobraźni, aby widzieć moją kochaną Jillian w czymś takim nawet za cenę swojego
życia), gdzie widziałem wtedy moment zabicia jej babki.
Ja wiem,
kto ją zabił, bo zapewne jak dobrze wiedzie mitologiczne potwory (i inne takie)
nigdy nie umierają a jedynie trafiają do Hadesu (czy gdzieś tam) potrzebują
wtedy kilku lat (zależnie od swojej siły), aby na nowo wrócić do świata
śmiertelników, ważne jest również, że zabity potwór może zmienić się w mgłę,
czy w popiół albo w dziwną zieloną maź… serio, kiedyś przytrafiło mi się coś
takiego! Jednak możliwe, że jako czternastolatek byłem na tyle pijany, że
pomyliłem potwora z kiblem swojego kolegi, co prawda bycie oblepionym zielonymi
rzygami i „stolcem” nie należy do przyjemnych…
Drugą
wizją było: mój chomik umierający na zawał serce.
Oczywiście
natychmiast polazłem przy nim czuwałem starając się używać jednej ze sowich
mocy odziedziczonych po ojcu. Byłem na tyle naiwny, że sądziłem, iż mogę
zapowiedzieć jego śmierci. Przez następny tydzień musiałem chronić go przed
wieloma próbami zabicia.
Zawiodłem
niestety, gdy spotkałem Wenus.
Naturalnie
najpierw zobaczyłem kasztanowłosą dziewczynę o szarych oczach w dziwnej sukni,
a chwilę później była w trakcie transformacji (ważna uwaga! Ponieważ bogini
miłości zmienia się w ukochaną osobę – taką, która według ciebie jest piękna i
za nic jej nie oszukasz! Jej transformację z rzymskiej w grecką można rozpoznać
z powodu nagłej zmiany ubioru!), a ponieważ widząc ją miałem szczerą nadzieje, że tak
właśnie moja Jillian będzie wyglądać, gdy dorośnie nie zauważyłem jak mój
zawsze dzielny i skłonny do ryzykowania życia chomik wymknął mi się z dłoni.
Chwilę
później ja i pół-Wenus pół-Afrodyta spoglądaliśmy na chomika, którego nadepnęła
swoją szpilką od kozaków. Od razu wrzasnąłem i nie mniej cudacznie zachowała
się bogini (jak się okazało panicznie bała się chomików, wiedzieliście?), zaczęła
machać nogą, aby pozbyć się „gryzonia”, a ja naturalnie starałem sią ją
powstrzymać, bo tylko pogarszała stan zdrowia mojego ukochanego zwierzątka.
Niestety
w końcu udało jej się wyrzucić go w powietrze przybierając postać greckiej
bogini i wyglądając na zaskoczoną, wyznała mi wtedy, że najwidoczniej w swojej
pół-formie boi się chomików, bo tak zazwyczaj wcale tak nie jest.
Oczywiście
jej nie wierzyłem i zbyłem to milczeniem, biegnąc, co sił w nogach w stronę
mojego chomika (bogini Miłości powinna spróbować grania w piłkę nożną, bo na
niezły wykop!). Na moje nieszczęście tego dnia niektórzy herosi strzelali z
łuków i płonąca strzała trafiła w moje zwierzątko domowe.
Oczywiście
mój chomik się podpalił – nadal wtedy żył – toteż jakimś cudem wpadł przez
uchylone okno do damskiej toalety prosto do muszli toaletowej, gdzie jakaś
dziewczyna miała poważne rozwolnienie. Oczywiście zdążyła spuścić wodę, ale gdy
wpadłem do środka nie zwróciłem uwagi na jej opuszczone spodnie, ale zanim
mogłem złapać strzałę, okazało się, że…
To, co
wyszło z pewnej dziewczyny zatkało kibel i zaczęło zalewać łazienkę
kanalizacją. Oczywiście mimo opuszczonych spodni dziewczyna zaczęła zwiewać.
Wtedy udało mi się wyciągnąć – niestety już zdechłego – chomika. Na szczęście
moja matka zajęła się jego wyglądem i jako tako wyglądał w miarę normalnie.
Nazajutrz odbył się pogrzeb, a ja wyniosłem z tego wielką lekcję.
Oto cała
zawiła historia związana ze śmiercią mojego chomika, a teraz zapraszam was na:
Rozdział VIII
"(...)Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę?(...)"
*Perspektywa Maggie*
Musiałam
przyznać, że nieco zazdrościłam mojej nowej przyjaciółce takiego chłopaka jak
Ryan, który jest spełnieniem marzeń, oczywiście gdyby nie ten drobny fakt, że
rudowłosy postanowił stworzyć album ze wspólnymi zdjęciami z nieprzytomną w tej
chwili dziewczyną, byłby niemal idealny. Gdyby nie moja ingerencja pewnie Jillian zostałaby nieźle
wykorzystana przez aparat Ryana, a trzeba przyznać, że miał on wiele cudacznych
pomysłów.
Znów
znaleźliśmy się w Wielkim Domu, ponieważ mieliśmy do niego bliżej niż do punktu
medycznego, a który był niedaleko areny (gdyż dzięki temu jest znacznie niższy
spadek poważnych urazów, jakie dodatkowo odnosili herosi, aby pokonać spory
dystans do pomocy medycznej).
Byłam
więcej niż zaskoczona, kiedy nagle Ryan pochwalił się swoim aparatem, który
kilka minut wcześniej odkupił od (podobno) satyra. Pomijając to, że nie wiem
skąd „jakiś” satyr wytrzasnął aparat cyfrowy i to, że Ryan nagle zdobył
drachmy, to jest jeszcze kwestia „kiedy to zrobił”, gdyż cały czas miałam go na
oku ze względu na to, że to on wniósł w ramionach Jillian, a już chwilę później
chwalił się swoim aparatem.
— Teraz
naprawdę mi jej szkoda — oświadczył Nico spoglądając wymownie na Ryana.
— To nie
ja walnąłem ją w głowę kamieniem — oznajmił niezrażony rudzielec.
Ta
krótka odpowiedź wystarczyła, aby syn Hadesa nachmurzył się jeszcze bardziej.
Niestety znałam Jillian na tyle dobrze, że nie dziwiłam się, że tak zadziałała
Nico na nerwy, co oczywiście było widoczne, gdy jego moce wymknęły się mu „lekko”
spod kontroli i kawałki skał zaczęły lewitować nieco nad ziemią, a co
dziwniejsze kilka z nich dziewczyna wyminęła z niezwykłą gracją, albo odbijały się
od niewidzialnej tarczy – tak jakby coś ją chroniło.
Podejrzewałam,
że jest ona córką Aresa bądź Ateny. Możliwe też, że jej rodzice byli ich
dziećmi a ona jest mieszaniną genów dwójki bogów. Może jej matka była córka
Ateny i spiknęła się z Aresem? Było to poniekąd dziwne, ale nie niemożliwe,
prawda?
Nagle
usłyszałam skrzypienie drzwi, więc odwróciłam się podobnie jak dwójka herosów,
aby zobaczyć znajomego blondwłosego chłopaka. Mimowolnie rozchyliłam wargi i
wciągnęłam ze świstem powietrze, nawet nie przejęłam się już tym, że moje
policzki są czerwone jak dojrzałe pomidory. Po prostu wgapiałam się w syna
Apolla jak urzeczona.
— Cześć,
Nico — powiedział, kiwając głową czarnowłosemu w geście pozdrowienia.
Syn
Hadesa burknął coś pod nosem niezrozumiałego i wbił spojrzenie w swoje buty
ignorując nowo przybyłego, a który podobnie zignorował mnie i przywitał się z
Ryanem. Nie było to niemiłe z jego strony, bo w końcu kiedyś chciał mi pomoc w
nauce łucznictwa, niestety wtedy trochę wybuchłam (dosłownie), a chłopak najwidoczniej nie chciał ponownie tracić włosów i brwi.
Gdy tak przyglądałam
się jak witał się z rudowłosym, nagle dostałam olśnienia.
Szeroko
otwartymi oczami zobaczyłam jak aury chłopców się lekko dotykają w rozpoznaniu,
a to znaczyło, że mieli coś ze sobą wspólnego... Zazwyczaj dzieje się tak w
przypadku, gdy spotyka się rodzeństwo… Wychodziło, więc na to, że Ryan był
synem Apolla.
Nie
byłam tym zaskoczona. Nie powiedziałam tego głośno, bo niema prośba w
oczach rudowłosego, która się pojawiła, gdy jego przyrodni brat otwierał usta, aby
właśnie to oznajmić… Will zrozumiał go bez słów i jedynie kiwnął, w niemej
zgodzie głową. To wystarczyło, aby potwierdzić moje przypuszczenie, jak również
oznaczało to, że został już uznany.
Jak
zwykle uśmiechnął się szeroko i dalej zaczął z uwielbieniem robić
zdjęcia Jillian, a ja nie miałam już odwagi go powstrzymywać. Zastanawiało
mnie, czemu wybrał właśnie ją. Kim tak właściwie on jest? Bo tak nagle pojawił
się znikąd i z miejsca oznajmił, jakie ma intencję względem Jillian. Przez
moment zastanawiałam się nawet, czy nie jest jakimś psychicznym prześladowcą?
— Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę? — mruknął nagle
syn Apolla. — Nic poważnego jej się nie stało i każdy z was może to uznać… —
zamilkł nagle i zrobił wielkie oczy wlepiając wzrok w Nico. — Podejrzewam, że
to nie ty ją tak stłukłeś?
— Wyrżnęła w pomnik Atlasa — oznajmił Ryan.
Nie
miałam pojęcia, o co chodziło Willowi, dopóki nie odezwał się rudowłosy, ale ten
to niby skąd wiedział? Syn Apolla zaczął ją uzdrawiać, a Ryan w ciszy go obserwował.
Zauważyłam jak pociera on swoją lewą dłonią o prawe przedramię, jakby coś tak
naprawdę go swędziło. Chciałam tam podejść i spytać się go o to, ale jedynie
odwróciłam spojrzenie.
Wszyscy
w pokoju mnie ignorowali i wcale nie było to dla mnie dziwne.
— Och,
właśnie Magic — odezwał się syn Apollo zwracając na siebie moją uwagę. — Samael o ciebie pytał — dodał.
Szczerze
zaskoczyły mnie jego słowa, bo jak dobrze pamiętałam to zazwyczaj ja szukałam syna
Tanatosa, a on wydawał się wkurzony moją obecnością. Właściwie był on taki
cichy i chłodny, że wielu herosów trzymało się od niego na dystans i to nie
tylko z powodu jego pochodzenia, ale właściwie ze względu na jego zachowanie.
— Ryan? — Spytał syn Apolla.
Natychmiast
skupiłam swoją uwagę na moim nowym przyjacielu, a który bezmyślnie zaczął
wgapiać się w jakiś punkt. Może mi się wydawało, ale mogłabym przysiąc, że jego
tęczówki przysłonięte zostały przez mgłę, po chwili jednak uśmiechnął się
szeroko.
- Mam
nadzieję, że zaprosisz mnie na ślub Maggie. – Mrugnął do mnie okiem. – Wtedy
przyjdę z moją żoną – oznajmił patrząc wymownie na nieprzytomną Jillian.
Po minie
Nico wiedziałam, że uważa rudowłosego za wariata. Szczerze mówiąc pewnie znalazłby
on wspólny język z Jillian. Natomiast sam syn Apolla wpatrywał się w Ryana jak
w ósmy cud świata.
— Ty
możesz…
— Tak —
przerwał mu Ryan. — Jesteś Will Solace, prawda?
Syn
Apolla przytaknął.
— Jesteś
pewny tego, co czujesz?
Ryan
zaczął autentycznie bawić się w jakieś dziwne gadki niczym bogowie, więc
postanowiłam się ewakuować i mamrocąc coś niezrozumiale, szybko i w nagłej
panice wypadłam z pomieszczenia, gdzie w ciągu dalszym dwóch herosów wgapiało
się w Ryana z różnymi reakcjami.
* * *
Przygryzając
dolną wargę ze zdenerwowania stałam przed domkiem Hekate. Uwielbiałam swój
domek, ale mimo moich wszelkich starań nigdy nie udaje mi się być asertywną
osobą. Przyglądałam się delikatnie
migoczącym cegłom i mimowolne uśmiechnęłam się na myśl, że są one zaczarowane i
tylko my, dzieci Hekate, znamy większość z ich działań.
— Magic
wróciłaś? — Spytał znajomy głos.
Odwróciłam
się do tyłu, aby spojrzeć na znudzoną dziewczynę o dziwnej barwie włosów
nazywany „truskawkowym blondem”, a co ciekawe zarzeka się ona, że to jej
naturalny kolor. Jej tęczówki za to są w jasno-beżowym barwie i można było w
nich zobaczyć kilka złotych i białych plamek. Jednak to, co ją wyróżniało wśród
herosów to fakt, ze, jako dwunastolatka miała karnację w kolorze latte z
mleczkiem.
— Cześć
Amira, właśnie niedawno wróciłam — odpowiedziałam. — Jak twoje skrzela?
Dziewczyna
westchnęła ze smutkiem, albo przynajmniej tak mi się zdawało.
— Nie
udało się, po piętnastu minutach zawsze znikają — oznajmiła znudzonym głosem. —
Słyszałam, że szwendałaś się z jakąś dziesięciolatką i „ciachem” jak nazwały tego
rudego córki Afrodyty — dodała.
Zmieszałam
się na te słowa i to ze względu, że Jillian naprawdę wygląda jak uczennica
podstawówki. Nie miałam wątpliwości, że taka ocenia Złośnicy (jak nazywa ją
Ryan) może naprawdę wyprowadzić ją z równowagi.
Z
niepewności przygryzłam dolną wargę i poczułam, jak ciepło znów skrada mi się
na policzki, a czego naprawdę nienawidziłam, a później słowa samoistnie zaczęły
wypadać z moich ust, tworząc całkowity chaos.
— Satyrowie mieli rację odnośnie tego herosa, znaczy w końcu Jill okazała się
dziewczyną, a co dziwniejsze antyspołeczną, bo ile znasz osób, które
wyprowadzają z równowagi swoich dyrektorów? Osobiście spotkałam tą grubą panią
i jak teraz o tym myślę, muszę znaleźć jakieś rozwiązanie, bo niemożliwe jest,
aby ulubiony nauczyciel Jillian, co mi oczywiście wytknęła, bo ona zawsze mówi
prosto z mostu, nawet, gdy Ryan to ten rudowłosy chłopak, a który nagle pojawił
się u boku Jillian, prawdę mówiąc nie mam pojęcia jak przeżył tak długo poza
obozem, wie o mitologii całkiem sporo i nawet wiedział, że jest dzieckiem boga!
Na dodatek on jest całkowicie zakochany w Jill, co oczywiście jej…
— Dobra! — Przerwała mi Amira podnosząc dłoń do góry, choć jej mina nadal nic nie
wyrażała. — Spytam kogoś innego.
Następnie
odeszła nie oglądając się nawet za siebie, a ja znów poczułam zdradzieckie
ciepły napływające mi do policzków. Spojrzałam na swój domek z dziwnymi
mieszanymi uczuciami, bo po raz kolejny od momentu, gdy przywiązałam się do
Ryana i Jillian poczułam lęk, że oni podobnie jak reszta herosów zaczną mnie
ignorować.
Czasami
chciałabym być kimś innym.
Spuściłam
głowę pozwalając, aby moje czarne delikatne loki przysłoniły całą moją twarz, a
beznadziejne uczucie całkowitej bezsilności szybko mną zawładnęło. Niestety,
mimo że wydawało mi się, że w obozie odnajdę dom, że w końcu zostanę
zaakceptowana przez rówieśników to jednak moja silna magia, jaką odziedziczyłam
po matce jest nie tylko nieprawdopodobna, ale również przerażająca. W ten
sposób większość dorosłych traktuje mnie jak tykającą bombę, czekając, kiedy
wybuchnę.
Podniosłam
głowę biorąc głębszy wdech. Nie mogłam uciekać (bo nawet gdybym chciała, nie
miałam gdzie), więc starając się być dzielna, ruszyłam w stronę swojego domu, a gdy tylko
uchyliłam drzwi zostałam odrzucona do tyłu w sam środek grających w piłkę nożną
herosów, a właściwie wleciałam do jednej z bramek, a kilka osób wrzasnęło
„Gol!”, bo właściwie wybryki dzieci Hekate były tutaj traktowane jak norma
życia codziennego.
— To
wina Lou!
Ten głos należał oczywiście do kogoś z mojego
rodzeństwa, ale w tej chwili miałam ochotę zapaść się pod ziemię, co z powodu
mojego pochodzenia było naprawdę całkiem możliwe.
* * *
Naturalnie
nie zagrzałam dłużej miejsca w swoim czterech ścianach, gdyż już po chwili, niemal przeszukałam cały obóz aby odnaleźć Chejrona, czy zawsze tak jest, że
gdy kogoś się szuka, nigdy nie można go znaleźć? Na szczęście odnalazłam owego
centaura na strzelnicy, gdzie właśnie tłumaczył kilku herosom, cytuje: „Nie
możecie być najlepsi we wszystkim” – te słowa najbardziej kierował do dzieci
Aresa.
Mój
wzrok natrafił jednak na znanego mi chłopaka, był on oparty o jedną z
drewnianych ścian, gdzie zazwyczaj wisiały łuki i strzały. Jego białe włosy
miały już czarne odrosty. Wiele osób uważa, że zrobił z siebie tlenionego
blondyna, choć zarzekał się, że to jego naturalny kolor.
Prawdą odnośnie
jego włosów było, że w dzień są one białe jak u ducha, w nocy zaś czarne jak u
śmierci - miało to związek z jego pochodzeniem. Niektórzy nawet mieli dziwne
pomysły odnośnie jego włosów, co było naprawdę zabawne i może dlatego nie wyprowadzał
ich z błędu. Najbardziej uwielbiałam jego tęczówki w przepięknym miodowym
odcieniu, wiele osób nawet nazywało go „Wampirem ze Zmierzchu”, a za co
naprawdę się wkurzał.
On
chyba, jako jeden z niewielu herosów nie jest podobny z charakteru do swojego
ojca, uśmiechnęła się na te myśl, bo w końcu każdy w obozie go unikał, a
większość czasu spędzał na arenach i strzelnicach, zawsze można było go spotkać
walczącego z zimną determinacją w oczach.
Ja
jednak jak zwykle uśmiechnęłam się do niego, zapominając, jaki był mój cel i
natychmiast do niego podbiegłam, co miałam w zwyczaju, a następnie mocno się do
niego przytuliłam, choć miał on chłodną miną, odwzajemnił napływ mojej
czułości. Był właściwie jednym z nielicznych herosów płci męskiej, których się
nie bałam i z pewnością miało to wiele wspólnego z moją przeszłością.
— Cześć
Sammy, szukałeś mnie? — Spytałam podekscytowana. — Mówiłam Ci przecież, że mam
misję, którą z powodzeniem wykonałam — oznajmiłam z szerokim uśmiechem.
Od
pewnego czasu już nie warczał na mnie, gdy nazywałam go tym zdrobnieniem, a z
pewnością po tym, jak przez niego beczałam stara się być mniej opryskliwy w
stosunku do mnie. Niestety byłam strasznym mięczakiem i nic nie mogłam z tym
zrobić. Dlatego też zaczęłam z radością opowiadać mu to samo, co Amirze, zanudzając
go historią, która nie miała składu i ładu.
— Poczekaj — przerwał mi zatykając swoją wielką i szorstką dłonią moje usta, bruzda,
jaka pojawiła się między jego brwiami była naprawdę zabawna. — Kim jest Ryan?
Zamrugałam, zdezorientowana jego pytaniem, bo przecież mu to wyjaśniłam, a gdy jego dłoń
zniknęła z mojej twarzy uśmiechnęłam się szeroko i wyjaśniłam:
— To mój
przyjaciel!
Mój
entuzjazm niestety mu się nie udzielił, bo nagle jego szczęka się zacisnęła, a
on spiorunował mnie wzrokiem jakbym właśnie powiedziała, że jego ukochana Ledy
Bestia (mam na myśli Dodge Tomahawk – czarny i paskudny motor! Bo może i jest
najszybszy, ale brzydki, a Sammy ma na jego punkcie jakąś obsesję!) jest tak
samo szybki jak trzyletnie dziecko na rowerku.
— Przyjaciel? — Mruknął cicho i w ponurym tonie.
Postanowiłam
nie zrażać się jego humorem, choć zrobiło mi się nieco przykro z tego powodu, a
nawet poczułam się niezręcznie. Rozejrzałam się po strzelnicy, zastanawiając
się, czy nie przydałoby się mi poprawić swoich rzutów sztyletami, bo dawno tego
nie robiłam, a to była jedyna rzecz, w której byłam w miarę całkiem dobra.
— Jest
jeszcze Jillian — dodałam.
Ta
dziwna, napięta atmosfera pomiędzy nami zaczęła mi się udzielać. Spuściłam
głowę, czując strach przed tym, że w jakiś sposób zraniłam swojego przyjaciela.
Czy powiedziałam coś nie tak?
Serce
biło mi szybciej z powodu strachu i niepewności, a oczy zaczęły szczypać nową
porcją łez.
— A
gdzie teraz ten twój przyjaciel?
W jego
głosie dało wyczuć się wrogość, nie rozumiałam tego, a gdy podniosłam wzrok
dostrzegłam prawdziwą złość malującą się na jego twarzy i bez powodu łzy zaczęły
lecieć mi po policzki. Lekko się zmieszał tym widokiem, a w moim gardło powstała gula. Bałam się tego, że nasza przyjaźń może się skończyć, a on był
jedynym tak bliskim mojego serca przyjacielem, wiedziałam, że gdybym go
straciła jakaś część mnie na zawsze by umarła.
Właśnie
z powodu tych ponurych myśli rozbeczałam się na dobre i Sammy chcąc nie chcąc
zgarnął mnie w ramiona mamrocząc jakieś słowa pocieszenia i przepraszając mnie
za swoje zachowanie, obiecując przy tym, że nigdy mnie nie opuści, ale abym już
tylko nie niszczyła mu jego ulubionej bluzki. Jego słowa mnie naprawdę
pocieszyły, a gdy się od niego odsunęłam spostrzegłam zaciekawione spojrzenia
kilku nowych herosów.
— Czy chodzi
o Ryan? — Spytałam zmartwiona i pociągając
lekko nosem. — Niestety on teraz jest przy Jillian, naprawdę oszalał na jej punkcie — dodałam.
Sammy
wbił we mnie niedowierzające spojrzenie i roześmiał się w głos, byłam
zaskoczona huśtawką jego emocji, ale bezmyślnie przytuliłam się do niego
ponownie.
— W
końcu Słodka Czarodziejka nie przyjaźniłaby się z chłopakiem ze statusem singla — zakpił.
Zaśmiałam
się lekko z jego słów, a moje oczy mimowolnie znów zaczęły szczypać, wtedy
również przypomniałam sobie, że przyszłam tutaj w poszukiwaniu Chejrona, bo
jako grupowa swojego domku musiałam mu powiedzieć, czemu potrzebujemy nowej
szafy i drzwi wejściowych do domku.
— Szukasz Chejrona? — Spytał odgadując moje myśli.
Kiwnęłam
głowę bez słowa. Mój przyjaciel uśmiechnął się lekko, a ja rozpłynęłam się z
radości, bo naprawdę rzadko można coś takiego zobaczyć u „Żniwiarza” jak
zazwyczaj jest nazywany, jakby nie patrzeć jest jedynym tak ponurym synem
Tanatosa, przy czym jest najstarszym i właśnie przez to stał się grupowym – ten
tytuł w końcu niesie ze sobą sporo odpowiedzialności.
— Cieszę
się, ze misja się udała i jesteś cała i zdrowa Czarodziejko — wyznał z uśmiechem.
Roześmiałam
się głośno, gdy poczochrał moje włosy. Po chwili śmiech przeszedł w cichy
chichot. Byłam naprawdę szczęśliwa, że potrafię tak rozluźnić tego sztywniaka.
Był słodki, co prawda jedynie dla mnie, a co wydawało się niektórym herosom
dziwne i podejrzane, ale my od dość dawna byliśmy tak zżyci, w końcu razem
trafiliśmy do obozu.
— Trenujesz? — Spytałam zmieniając temat.
Wskazałam
głową na strzelnice, ale on jedynie kiwnął głową przyswajając znów maskę
obojętności. Szybko zdjął ze ściany jeden z łuków i zabrał skórzany kołczan
wypełniony strzałami. Od razu przewiesił sobie go przez pierś i kiwnął mi na
pożegnanie.
To był
jeden z niebezpiecznych tematów, bo jako syn Tanatosa nie mógł używać swoich
naturalnych mocy, poniekąd słyszałam pogłoskę, że jako jego syn mógł zmusić
dusze do pozostania w ciele, jak również plotkę, że nie ważne jak bardzo jest
ranny nie umrze dopóki sam tego nie zechce, a co jest naprawdę przerażające, bo
na dodatek właśnie przez to sam jego dotyk może zabić.
Podobno
dłoń śmierci jest zimna.
Natomiast
Sammy – Samael Dethbone – ma zimne dłonie z natury.
Tak
byłam zamyślona o swoim przyjacielu, że nawet nie przemyślałam pomysłu z
użyciem magii, aby pomóc mu z treningiem. Niestety przez moja magię, strzały
nagle dostały własnego rozumu jak również skrzydeł i zaczęły atakować herosów.
Sammy
obejrzał się na mnie i westchnął, jakby to, co się wydarzyło było czymś
oczywistym skoro jestem w zasięgu jego wzroku. Właściwie to, mimo że mamrotałam
przeprosiny, byłam pod nie lada wrażeniem, gdy mój przyjaciel używając innych
strzał (tych, które złapał i swoją mocą je uśmiercił – co było trochę okrutne)
a następnie zaczął strzelać do tych, które atakowały herosów, a ku mojemu
zdumieniu trafiał w nie bezbłędnie łamiąc je na pół.
— Czarodziejko, lepiej idź do Chejrona — oznajmił, gdy skończył.
Wszyscy
nowi herosi wpatrywali się w niego jak w prawdziwego boga, a we mnie jak w
diabła wcielonego. Zarumieniłam się zawstydzona, bo chciałam tylko mu pomóc, a
wszystko jak zwykle poszło na opak, czy ja do końca życia będę taką pechową
dziewczyną?
* * *
Bogini
Fatum mnie nie lubi.
To
jedyne wyjaśnienie tego, czemu nagle arena straciła grawitację, a Chejron po
prostu wpatruje się we mnie zawiedzionym wzrokiem. Szczerze mówiąc, to wszyscy
powinni się cieszyć! Dzięki mnie mogą nauczyć się tego jak walczyć w powietrzu,
ale chyba nikt nie był jakoś uszczęśliwiony tym, że musi być łapany na lasso i
ciągnięty na dół, by nie trafić do kosmosu.
— Maggie… czemu odeszłaś od swoich nowych przyjaciół? — Spytał mnie Centaur.
Najpewniej
dostrzegł, ze przy tamtej dwójce jestem nieco spokojniejsza. Nawet nie
wiedział, jak bardzo się myli. Jednak nie mogłam jakoś niszczyć tej nadziei w
jego oczach na myśl, że w końcu ja i moje rodzeństwo przestaniemy niszczyć ten
obóz.
— Will
powiedział, że Sammy mnie szuka, ale uznałam, że wpadnę do swojego domku,
tęskniłam za swoim rodzeństwem, wtedy Lou znów użył jakiegoś dziwnego zaklęcia,
które znalazł w Internecie, więc chciałam skonfiskować mu jego „księgę czarów”,
która zaczął podobno pisać, ale z jakiegoś powodu ma ją teraz córka Afrodyty i
odmówiła oddania, bo ona się kocha w Lou, co jest naprawdę dziwne, a gdy
chciałam prosić cię Chejronie o pomoc wpadłam na Sammy’ego i tak jakoś wyszło,
że…
Mój
monolog trwał jeszcze chwilę, a ja i centaur rozmawialiśmy ignorując (z powodu
wielu podobnych sytuacji) chaos, jaki dzieje się koło nas i ma związany ze mną.
Naturalnie kilka herosów rzuciło jakieś złośliwe uwagi w moją i mojego
rodzeństwa stronę, a z tego powodu nieco zakuło mnie serce, bo naprawdę
chciałam się wśród nich wpasować. Tylko że mało kto chce się zadawać z córką
Hekate, która odziedziczyła po swojej matce naprawdę sporą moc i niekiedy jej
nie kontroluje.
Szczerze mówiąc, to magia rzadko kiedy mnie słuchała.
— Porozmawiam z Panem D., a ty idź po kogoś ze swojego rodzeństwa, bo ktoś musi odczarować arenę —
zarządził Chejron, po wysłuchaniu mnie.
Kiwnęłam
głową i popędziłam w stronę domu Hekate, gdy zastanawiało mnie jak radzi sobie
Jill i Ryan, więc postanowiłam wejść (nie) po drodze i zerknąć, co się dzieje.
Gdy tylko znalazłam się dość blisko od razu usłyszałam głos swoich przyjaciół:
— …Odkupiłem
za pięćdziesiąt drachen od pewnego satyra — wyjaśnił na jakieś pytanie Ryan. —
Stwierdziłem, że najlepiej od razu zacząć prowadzić album ze zdjęciami, które
uwiecznią każdą chwilę, jaką spędziłem z moją dziewczyną!
Od razu
przypomniał mi się aparat, jakim obsługiwał się rudowłosy, robiąc zdjęcia Jill,
usłyszałam chichot Willa, gdy nagle odezwała się warcząc jak wściekła Jill:
— Mówiłam ci, ze nie jestem twoją dziewczyną!
— Moją
przyszłą dziewczyną — poprawił się niezrażony Ryan.
— Chyba
w twoich snach!
— A
żebyś wiedziała, ze tam dzieje się, a dzieje…
— To
wariaci — usłyszałam ciche stwierdzenie Nico.
— Z
jakiej ty planety żeś się urwał! — Znów Jill.
— Tej,
która krąży wokół ciebie — odparował Ryan.
Pokręciłam
głową szczerze rozbawiona tą awanturą.
— Zamknij się Rudzielcu!
— Kocham
cię Złośnico!
— Nie
nazywaj mnie tak!
— Nie
zmieni to uczucia, jakim cię darzę…
Ich sprzeczka
trwała jeszcze chwilę, ale ja miałam już dosyć i byłam święcie przekonana, że jakoś
sobie poradzą. Dlatego czym prędzej ruszyłam w stronę swojego domku, trzeba jak
najszybciej ratować herosów, którzy mogą zostać wysłani w kosmos.