KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afrodyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afrodyta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział VIII

Zacznę od informacji, że tym razem moje opowiadanie nie jest sprawdzone przez betę, a która na jakiś czas mnie opuściła T-T Dlatego też, przepraszam za nieuniknione błędy w opowiadaniu. Starałam się je jakoś wyłapać, ale wiecie jak jest...
Dzisiaj będzie rozdział, a jutro wstawię świąteczny dodatek >.< Przepraszam was, że tak długo na niego czekaliście, ale z powodu pewnej strony, którą znalazłam (z mangami) miałam nie lada problem się od niej oderwać. Na szczęście udało mi się i wyszłam z tego niemal bez większego uszczerbku na zdrowiu :3
Zanim przejdziemy do rozdziału, chce dodać taki Mikołajkowy dodatek (spóźniony, ale cóż), więc zaczniemy od krótkiej historii:





*Ryan – „jak umarł mój chomik*


To była zabawna historia, naprawdę!
O ile dobrze pamiętam miałem wtedy siedem lat i byłem światkiem wielu dziwnych rzeczy, bo ilekroć spotykałem jednego z bogów był on wkurzony, gdy dla zabawy nazywałem ich greckimi imionami, bo wtedy musieli się zmienić, gdyż ja, jako jedyny w obozie Jupiter byłem synem greckiego boga.
Nie mniej o ile dobrze pamiętam tamtego dnia miałem dwie wizję: Pierwsza – była oczywiście o mojej Jillian… (teraz coś zupełnie nie na temat, bo razem ze mną wyobraźcie sobie śliczny biały domek z białym płotkiem… chociaż to ja jestem bardziej romantyczny z naszej pary, to nawet ja nie mam na tyle rozwiniętej wyobraźni, aby widzieć moją kochaną Jillian w czymś takim nawet za cenę swojego życia), gdzie widziałem wtedy moment zabicia jej babki.
Ja wiem, kto ją zabił, bo zapewne jak dobrze wiedzie mitologiczne potwory (i inne takie) nigdy nie umierają a jedynie trafiają do Hadesu (czy gdzieś tam) potrzebują wtedy kilku lat (zależnie od swojej siły), aby na nowo wrócić do świata śmiertelników, ważne jest również, że zabity potwór może zmienić się w mgłę, czy w popiół albo w dziwną zieloną maź… serio, kiedyś przytrafiło mi się coś takiego! Jednak możliwe, że jako czternastolatek byłem na tyle pijany, że pomyliłem potwora z kiblem swojego kolegi, co prawda bycie oblepionym zielonymi rzygami i „stolcem” nie należy do przyjemnych…
Drugą wizją było: mój chomik umierający na zawał serce.
Oczywiście natychmiast polazłem przy nim czuwałem starając się używać jednej ze sowich mocy odziedziczonych po ojcu. Byłem na tyle naiwny, że sądziłem, iż mogę zapowiedzieć jego śmierci. Przez następny tydzień musiałem chronić go przed wieloma próbami zabicia.
Zawiodłem niestety, gdy spotkałem Wenus.
Naturalnie najpierw zobaczyłem kasztanowłosą dziewczynę o szarych oczach w dziwnej sukni, a chwilę później była w trakcie transformacji (ważna uwaga! Ponieważ bogini miłości zmienia się w ukochaną osobę – taką, która według ciebie jest piękna i za nic jej nie oszukasz! Jej transformację z rzymskiej w grecką można rozpoznać z powodu nagłej zmiany ubioru!), a ponieważ widząc ją miałem szczerą nadzieje, że tak właśnie moja Jillian będzie wyglądać, gdy dorośnie nie zauważyłem jak mój zawsze dzielny i skłonny do ryzykowania życia chomik wymknął mi się z dłoni.
Chwilę później ja i pół-Wenus pół-Afrodyta spoglądaliśmy na chomika, którego nadepnęła swoją szpilką od kozaków. Od razu wrzasnąłem i nie mniej cudacznie zachowała się bogini (jak się okazało panicznie bała się chomików, wiedzieliście?), zaczęła machać nogą, aby pozbyć się „gryzonia”, a ja naturalnie starałem sią ją powstrzymać, bo tylko pogarszała stan zdrowia mojego ukochanego zwierzątka.
Niestety w końcu udało jej się wyrzucić go w powietrze przybierając postać greckiej bogini i wyglądając na zaskoczoną, wyznała mi wtedy, że najwidoczniej w swojej pół-formie boi się chomików, bo tak zazwyczaj wcale tak nie jest.
Oczywiście jej nie wierzyłem i zbyłem to milczeniem, biegnąc, co sił w nogach w stronę mojego chomika (bogini Miłości powinna spróbować grania w piłkę nożną, bo na niezły wykop!). Na moje nieszczęście tego dnia niektórzy herosi strzelali z łuków i płonąca strzała trafiła w moje zwierzątko domowe.
Oczywiście mój chomik się podpalił – nadal wtedy żył – toteż jakimś cudem wpadł przez uchylone okno do damskiej toalety prosto do muszli toaletowej, gdzie jakaś dziewczyna miała poważne rozwolnienie. Oczywiście zdążyła spuścić wodę, ale gdy wpadłem do środka nie zwróciłem uwagi na jej opuszczone spodnie, ale zanim mogłem złapać strzałę, okazało się, że…
To, co wyszło z pewnej dziewczyny zatkało kibel i zaczęło zalewać łazienkę kanalizacją. Oczywiście mimo opuszczonych spodni dziewczyna zaczęła zwiewać. Wtedy udało mi się wyciągnąć – niestety już zdechłego – chomika. Na szczęście moja matka zajęła się jego wyglądem i jako tako wyglądał w miarę normalnie. Nazajutrz odbył się pogrzeb, a ja wyniosłem z tego wielką lekcję.
Oto cała zawiła historia związana ze śmiercią mojego chomika, a teraz zapraszam was na:




Rozdział VIII 
"(...)Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę?(...)"
 
*Perspektywa Maggie*

Musiałam przyznać, że nieco zazdrościłam mojej nowej przyjaciółce takiego chłopaka jak Ryan, który jest spełnieniem marzeń, oczywiście gdyby nie ten drobny fakt, że rudowłosy postanowił stworzyć album ze wspólnymi zdjęciami z nieprzytomną w tej chwili dziewczyną, byłby niemal idealny. Gdyby nie moja ingerencja pewnie Jillian zostałaby nieźle wykorzystana przez aparat Ryana, a trzeba przyznać, że miał on wiele cudacznych pomysłów.
Znów znaleźliśmy się w Wielkim Domu, ponieważ mieliśmy do niego bliżej niż do punktu medycznego, a który był niedaleko areny (gdyż dzięki temu jest znacznie niższy spadek poważnych urazów, jakie dodatkowo odnosili herosi, aby pokonać spory dystans do pomocy medycznej).
Byłam więcej niż zaskoczona, kiedy nagle Ryan pochwalił się swoim aparatem, który kilka minut wcześniej odkupił od (podobno) satyra. Pomijając to, że nie wiem skąd „jakiś” satyr wytrzasnął aparat cyfrowy i to, że Ryan nagle zdobył drachmy, to jest jeszcze kwestia „kiedy to zrobił”, gdyż cały czas miałam go na oku ze względu na to, że to on wniósł w ramionach Jillian, a już chwilę później chwalił się swoim aparatem.
— Teraz naprawdę mi jej szkoda — oświadczył Nico spoglądając wymownie na Ryana.
— To nie ja walnąłem ją w głowę kamieniem — oznajmił niezrażony rudzielec.
Ta krótka odpowiedź wystarczyła, aby syn Hadesa nachmurzył się jeszcze bardziej. Niestety znałam Jillian na tyle dobrze, że nie dziwiłam się, że tak zadziałała Nico na nerwy, co oczywiście było widoczne, gdy jego moce wymknęły się mu „lekko” spod kontroli i kawałki skał zaczęły lewitować nieco nad ziemią, a co dziwniejsze kilka z nich dziewczyna wyminęła z niezwykłą gracją, albo odbijały się od niewidzialnej tarczy – tak jakby coś ją chroniło.
Podejrzewałam, że jest ona córką Aresa bądź Ateny. Możliwe też, że jej rodzice byli ich dziećmi a ona jest mieszaniną genów dwójki bogów. Może jej matka była córka Ateny i spiknęła się z Aresem? Było to poniekąd dziwne, ale nie niemożliwe, prawda?
Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi, więc odwróciłam się podobnie jak dwójka herosów, aby zobaczyć znajomego blondwłosego chłopaka. Mimowolnie rozchyliłam wargi i wciągnęłam ze świstem powietrze, nawet nie przejęłam się już tym, że moje policzki są czerwone jak dojrzałe pomidory. Po prostu wgapiałam się w syna Apolla jak urzeczona.
— Cześć, Nico — powiedział, kiwając głową czarnowłosemu w geście pozdrowienia.
Syn Hadesa burknął coś pod nosem niezrozumiałego i wbił spojrzenie w swoje buty ignorując nowo przybyłego, a który podobnie zignorował mnie i przywitał się z Ryanem. Nie było to niemiłe z jego strony, bo w końcu kiedyś chciał mi pomoc w nauce łucznictwa, niestety wtedy trochę wybuchłam (dosłownie), a chłopak najwidoczniej nie chciał ponownie tracić włosów i brwi.
Gdy tak przyglądałam się jak witał się z rudowłosym, nagle dostałam olśnienia.
Szeroko otwartymi oczami zobaczyłam jak aury chłopców się lekko dotykają w rozpoznaniu, a to znaczyło, że mieli coś ze sobą wspólnego... Zazwyczaj dzieje się tak w przypadku,  gdy spotyka się rodzeństwo… Wychodziło, więc na to, że Ryan był synem Apolla.
Nie byłam tym zaskoczona. Nie powiedziałam tego głośno, bo niema prośba w oczach rudowłosego, która się pojawiła, gdy jego przyrodni brat otwierał usta, aby właśnie to oznajmić… Will zrozumiał go bez słów i jedynie kiwnął, w niemej zgodzie głową. To wystarczyło, aby potwierdzić moje przypuszczenie, jak również oznaczało to, że został już uznany.
Jak zwykle uśmiechnął się szeroko i dalej zaczął z uwielbieniem robić zdjęcia Jillian, a ja nie miałam już odwagi go powstrzymywać. Zastanawiało mnie, czemu wybrał właśnie ją. Kim tak właściwie on jest? Bo tak nagle pojawił się znikąd i z miejsca oznajmił, jakie ma intencję względem Jillian. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy nie jest jakimś psychicznym prześladowcą?
— Naprawdę zostałem wezwany, ponieważ ktoś walnął się w głowę? — mruknął nagle syn Apolla. — Nic poważnego jej się nie stało i każdy z was może to uznać… — zamilkł nagle i zrobił wielkie oczy wlepiając wzrok w Nico. — Podejrzewam, że to nie ty ją tak stłukłeś?
— Wyrżnęła w pomnik Atlasa — oznajmił Ryan.
Nie miałam pojęcia, o co chodziło Willowi, dopóki nie odezwał się rudowłosy, ale ten to niby skąd wiedział? Syn Apolla zaczął ją uzdrawiać, a Ryan w ciszy go obserwował. Zauważyłam jak pociera on swoją lewą dłonią o prawe przedramię, jakby coś tak naprawdę go swędziło. Chciałam tam podejść i spytać się go o to, ale jedynie odwróciłam spojrzenie.
Wszyscy w pokoju mnie ignorowali i wcale nie było to dla mnie dziwne.
— Och, właśnie Magic — odezwał się syn Apollo zwracając na siebie moją uwagę. — Samael o ciebie pytał — dodał.
Szczerze zaskoczyły mnie jego słowa, bo jak dobrze pamiętałam to zazwyczaj ja szukałam syna Tanatosa, a on wydawał się wkurzony moją obecnością. Właściwie był on taki cichy i chłodny, że wielu herosów trzymało się od niego na dystans i to nie tylko z powodu jego pochodzenia, ale właściwie ze względu na jego zachowanie.
— Ryan? — Spytał syn Apolla.
Natychmiast skupiłam swoją uwagę na moim nowym przyjacielu, a który bezmyślnie zaczął wgapiać się w jakiś punkt. Może mi się wydawało, ale mogłabym przysiąc, że jego tęczówki przysłonięte zostały przez mgłę, po chwili jednak uśmiechnął się szeroko.
- Mam nadzieję, że zaprosisz mnie na ślub Maggie. – Mrugnął do mnie okiem. – Wtedy przyjdę z moją żoną – oznajmił patrząc wymownie na nieprzytomną Jillian.
Po minie Nico wiedziałam, że uważa rudowłosego za wariata. Szczerze mówiąc pewnie znalazłby on wspólny język z Jillian. Natomiast sam syn Apolla wpatrywał się w Ryana jak w ósmy cud świata.
— Ty możesz…
— Tak — przerwał mu Ryan. — Jesteś Will Solace, prawda?
Syn Apolla przytaknął.
— Jesteś pewny tego, co czujesz?
Ryan zaczął autentycznie bawić się w jakieś dziwne gadki niczym bogowie, więc postanowiłam się ewakuować i mamrocąc coś niezrozumiale, szybko i w nagłej panice wypadłam z pomieszczenia, gdzie w ciągu dalszym dwóch herosów wgapiało się w Ryana z różnymi reakcjami.

*          *          *

Przygryzając dolną wargę ze zdenerwowania stałam przed domkiem Hekate. Uwielbiałam swój domek, ale mimo moich wszelkich starań nigdy nie udaje mi się być asertywną osobą.  Przyglądałam się delikatnie migoczącym cegłom i mimowolne uśmiechnęłam się na myśl, że są one zaczarowane i tylko my, dzieci Hekate, znamy większość z ich działań.
— Magic wróciłaś? — Spytał znajomy głos.
Odwróciłam się do tyłu, aby spojrzeć na znudzoną dziewczynę o dziwnej barwie włosów nazywany „truskawkowym blondem”, a co ciekawe zarzeka się ona, że to jej naturalny kolor. Jej tęczówki za to są w jasno-beżowym barwie i można było w nich zobaczyć kilka złotych i białych plamek. Jednak to, co ją wyróżniało wśród herosów to fakt, ze, jako dwunastolatka miała karnację w kolorze latte z mleczkiem.
— Cześć Amira, właśnie niedawno wróciłam — odpowiedziałam. — Jak twoje skrzela?
Dziewczyna westchnęła ze smutkiem, albo przynajmniej tak mi się zdawało.
— Nie udało się, po piętnastu minutach zawsze znikają — oznajmiła znudzonym głosem. — Słyszałam, że szwendałaś się z jakąś dziesięciolatką i „ciachem” jak nazwały tego rudego córki Afrodyty — dodała.
Zmieszałam się na te słowa i to ze względu, że Jillian naprawdę wygląda jak uczennica podstawówki. Nie miałam wątpliwości, że taka ocenia Złośnicy (jak nazywa ją Ryan) może naprawdę wyprowadzić ją z równowagi.
Z niepewności przygryzłam dolną wargę i poczułam, jak ciepło znów skrada mi się na policzki, a czego naprawdę nienawidziłam, a później słowa samoistnie zaczęły wypadać z moich ust, tworząc całkowity chaos.
— Satyrowie mieli rację odnośnie tego herosa, znaczy w końcu Jill okazała się dziewczyną, a co dziwniejsze antyspołeczną, bo ile znasz osób, które wyprowadzają z równowagi swoich dyrektorów? Osobiście spotkałam tą grubą panią i jak teraz o tym myślę, muszę znaleźć jakieś rozwiązanie, bo niemożliwe jest, aby ulubiony nauczyciel Jillian, co mi oczywiście wytknęła, bo ona zawsze mówi prosto z mostu, nawet, gdy Ryan to ten rudowłosy chłopak, a który nagle pojawił się u boku Jillian, prawdę mówiąc nie mam pojęcia jak przeżył tak długo poza obozem, wie o mitologii całkiem sporo i nawet wiedział, że jest dzieckiem boga! Na dodatek on jest całkowicie zakochany w Jill, co oczywiście jej…
— Dobra! — Przerwała mi Amira podnosząc dłoń do góry, choć jej mina nadal nic nie wyrażała. — Spytam kogoś innego.
Następnie odeszła nie oglądając się nawet za siebie, a ja znów poczułam zdradzieckie ciepły napływające mi do policzków. Spojrzałam na swój domek z dziwnymi mieszanymi uczuciami, bo po raz kolejny od momentu, gdy przywiązałam się do Ryana i Jillian poczułam lęk, że oni podobnie jak reszta herosów zaczną mnie ignorować.
Czasami chciałabym być kimś innym.
Spuściłam głowę pozwalając, aby moje czarne delikatne loki przysłoniły całą moją twarz, a beznadziejne uczucie całkowitej bezsilności szybko mną zawładnęło. Niestety, mimo że wydawało mi się, że w obozie odnajdę dom, że w końcu zostanę zaakceptowana przez rówieśników to jednak moja silna magia, jaką odziedziczyłam po matce jest nie tylko nieprawdopodobna, ale również przerażająca. W ten sposób większość dorosłych traktuje mnie jak tykającą bombę, czekając, kiedy wybuchnę.
Podniosłam głowę biorąc głębszy wdech. Nie mogłam uciekać (bo nawet gdybym chciała, nie miałam gdzie), więc starając się być dzielna, ruszyłam w stronę swojego domu, a gdy tylko uchyliłam drzwi zostałam odrzucona do tyłu w sam środek grających w piłkę nożną herosów, a właściwie wleciałam do jednej z bramek, a kilka osób wrzasnęło „Gol!”, bo właściwie wybryki dzieci Hekate były tutaj traktowane jak norma życia codziennego.
— To wina Lou!
 Ten głos należał oczywiście do kogoś z mojego rodzeństwa, ale w tej chwili miałam ochotę zapaść się pod ziemię, co z powodu mojego pochodzenia było naprawdę całkiem możliwe.

*          *          *

Naturalnie nie zagrzałam dłużej miejsca w swoim czterech ścianach, gdyż już po chwili, niemal przeszukałam cały obóz aby odnaleźć Chejrona, czy zawsze tak jest, że gdy kogoś się szuka, nigdy nie można go znaleźć? Na szczęście odnalazłam owego centaura na strzelnicy, gdzie właśnie tłumaczył kilku herosom, cytuje: „Nie możecie być najlepsi we wszystkim” – te słowa najbardziej kierował do dzieci Aresa.
Mój wzrok natrafił jednak na znanego mi chłopaka, był on oparty o jedną z drewnianych ścian, gdzie zazwyczaj wisiały łuki i strzały. Jego białe włosy miały już czarne odrosty. Wiele osób uważa, że zrobił z siebie tlenionego blondyna, choć zarzekał się, że to jego naturalny kolor.
Prawdą odnośnie jego włosów było, że w dzień są one białe jak u ducha, w nocy zaś czarne jak u śmierci - miało to związek z jego pochodzeniem. Niektórzy nawet mieli dziwne pomysły odnośnie jego włosów, co było naprawdę zabawne i może dlatego nie wyprowadzał ich z błędu. Najbardziej uwielbiałam jego tęczówki w przepięknym miodowym odcieniu, wiele osób nawet nazywało go „Wampirem ze Zmierzchu”, a za co naprawdę się wkurzał.
On chyba, jako jeden z niewielu herosów nie jest podobny z charakteru do swojego ojca, uśmiechnęła się na te myśl, bo w końcu każdy w obozie go unikał, a większość czasu spędzał na arenach i strzelnicach, zawsze można było go spotkać walczącego z zimną determinacją w oczach.
Ja jednak jak zwykle uśmiechnęłam się do niego, zapominając, jaki był mój cel i natychmiast do niego podbiegłam, co miałam w zwyczaju, a następnie mocno się do niego przytuliłam, choć miał on chłodną miną, odwzajemnił napływ mojej czułości. Był właściwie jednym z nielicznych herosów płci męskiej, których się nie bałam i z pewnością miało to wiele wspólnego z moją przeszłością.
— Cześć Sammy, szukałeś mnie? — Spytałam podekscytowana. — Mówiłam Ci przecież, że mam misję, którą z powodzeniem wykonałam — oznajmiłam z szerokim uśmiechem.
Od pewnego czasu już nie warczał na mnie, gdy nazywałam go tym zdrobnieniem, a z pewnością po tym, jak przez niego beczałam stara się być mniej opryskliwy w stosunku do mnie. Niestety byłam strasznym mięczakiem i nic nie mogłam z tym zrobić. Dlatego też zaczęłam z radością opowiadać mu to samo, co Amirze, zanudzając go historią, która nie miała składu i ładu.
— Poczekaj — przerwał mi zatykając swoją wielką i szorstką dłonią moje usta, bruzda, jaka pojawiła się między jego brwiami była naprawdę zabawna. — Kim jest Ryan?
Zamrugałam, zdezorientowana jego pytaniem, bo przecież mu to wyjaśniłam, a gdy jego dłoń zniknęła z mojej twarzy uśmiechnęłam się szeroko i wyjaśniłam:
— To mój przyjaciel!
Mój entuzjazm niestety mu się nie udzielił, bo nagle jego szczęka się zacisnęła, a on spiorunował mnie wzrokiem jakbym właśnie powiedziała, że jego ukochana Ledy Bestia (mam na myśli Dodge Tomahawk – czarny i paskudny motor! Bo może i jest najszybszy, ale brzydki, a Sammy ma na jego punkcie jakąś obsesję!) jest tak samo szybki jak trzyletnie dziecko na rowerku.
— Przyjaciel? — Mruknął cicho i w ponurym tonie.
Postanowiłam nie zrażać się jego humorem, choć zrobiło mi się nieco przykro z tego powodu, a nawet poczułam się niezręcznie. Rozejrzałam się po strzelnicy, zastanawiając się, czy nie przydałoby się mi poprawić swoich rzutów sztyletami, bo dawno tego nie robiłam, a to była jedyna rzecz, w której byłam w miarę całkiem dobra.
— Jest jeszcze Jillian — dodałam.
Ta dziwna, napięta atmosfera pomiędzy nami zaczęła mi się udzielać. Spuściłam głowę, czując strach przed tym, że w jakiś sposób zraniłam swojego przyjaciela. Czy powiedziałam coś nie tak?
Serce biło mi szybciej z powodu strachu i niepewności, a oczy zaczęły szczypać nową porcją łez.
— A gdzie teraz ten twój przyjaciel?
W jego głosie dało wyczuć się wrogość, nie rozumiałam tego, a gdy podniosłam wzrok dostrzegłam prawdziwą złość malującą się na jego twarzy i bez powodu łzy zaczęły lecieć mi po policzki. Lekko się zmieszał tym widokiem, a w moim gardło powstała gula. Bałam się tego, że nasza przyjaźń może się skończyć, a on był jedynym tak bliskim mojego serca przyjacielem, wiedziałam, że gdybym go straciła jakaś część mnie na zawsze by umarła.
Właśnie z powodu tych ponurych myśli rozbeczałam się na dobre i Sammy chcąc nie chcąc zgarnął mnie w ramiona mamrocząc jakieś słowa pocieszenia i przepraszając mnie za swoje zachowanie, obiecując przy tym, że nigdy mnie nie opuści, ale abym już tylko nie niszczyła mu jego ulubionej bluzki. Jego słowa mnie naprawdę pocieszyły, a gdy się od niego odsunęłam spostrzegłam zaciekawione spojrzenia kilku nowych herosów.
— Czy chodzi o Ryan?  — Spytałam zmartwiona i pociągając lekko nosem. — Niestety on teraz jest przy Jillian, naprawdę oszalał na jej punkcie — dodałam.
Sammy wbił we mnie niedowierzające spojrzenie i roześmiał się w głos, byłam zaskoczona huśtawką jego emocji, ale bezmyślnie przytuliłam się do niego ponownie.
— W końcu Słodka Czarodziejka nie przyjaźniłaby się z chłopakiem ze statusem singla — zakpił.
Zaśmiałam się lekko z jego słów, a moje oczy mimowolnie znów zaczęły szczypać, wtedy również przypomniałam sobie, że przyszłam tutaj w poszukiwaniu Chejrona, bo jako grupowa swojego domku musiałam mu powiedzieć, czemu potrzebujemy nowej szafy i drzwi wejściowych do domku.
— Szukasz Chejrona? — Spytał odgadując moje myśli.
Kiwnęłam głowę bez słowa. Mój przyjaciel uśmiechnął się lekko, a ja rozpłynęłam się z radości, bo naprawdę rzadko można coś takiego zobaczyć u „Żniwiarza” jak zazwyczaj jest nazywany, jakby nie patrzeć jest jedynym tak ponurym synem Tanatosa, przy czym jest najstarszym i właśnie przez to stał się grupowym – ten tytuł w końcu niesie ze sobą sporo odpowiedzialności.
— Cieszę się, ze misja się udała i jesteś cała i zdrowa Czarodziejko — wyznał z uśmiechem.
Roześmiałam się głośno, gdy poczochrał moje włosy. Po chwili śmiech przeszedł w cichy chichot. Byłam naprawdę szczęśliwa, że potrafię tak rozluźnić tego sztywniaka. Był słodki, co prawda jedynie dla mnie, a co wydawało się niektórym herosom dziwne i podejrzane, ale my od dość dawna byliśmy tak zżyci, w końcu razem trafiliśmy do obozu.
— Trenujesz? — Spytałam zmieniając temat.
Wskazałam głową na strzelnice, ale on jedynie kiwnął głową przyswajając znów maskę obojętności. Szybko zdjął ze ściany jeden z łuków i zabrał skórzany kołczan wypełniony strzałami. Od razu przewiesił sobie go przez pierś i kiwnął mi na pożegnanie.
To był jeden z niebezpiecznych tematów, bo jako syn Tanatosa nie mógł używać swoich naturalnych mocy, poniekąd słyszałam pogłoskę, że jako jego syn mógł zmusić dusze do pozostania w ciele, jak również plotkę, że nie ważne jak bardzo jest ranny nie umrze dopóki sam tego nie zechce, a co jest naprawdę przerażające, bo na dodatek właśnie przez to sam jego dotyk może zabić.
Podobno dłoń śmierci jest zimna.
Natomiast Sammy – Samael Dethbone – ma zimne dłonie z natury.
Tak byłam zamyślona o swoim przyjacielu, że nawet nie przemyślałam pomysłu z użyciem magii, aby pomóc mu z treningiem. Niestety przez moja magię, strzały nagle dostały własnego rozumu jak również skrzydeł i zaczęły atakować herosów.
Sammy obejrzał się na mnie i westchnął, jakby to, co się wydarzyło było czymś oczywistym skoro jestem w zasięgu jego wzroku. Właściwie to, mimo że mamrotałam przeprosiny, byłam pod nie lada wrażeniem, gdy mój przyjaciel używając innych strzał (tych, które złapał i swoją mocą je uśmiercił – co było trochę okrutne) a następnie zaczął strzelać do tych, które atakowały herosów, a ku mojemu zdumieniu trafiał w nie bezbłędnie łamiąc je na pół.
— Czarodziejko, lepiej idź do Chejrona — oznajmił, gdy skończył.
Wszyscy nowi herosi wpatrywali się w niego jak w prawdziwego boga, a we mnie jak w diabła wcielonego. Zarumieniłam się zawstydzona, bo chciałam tylko mu pomóc, a wszystko jak zwykle poszło na opak, czy ja do końca życia będę taką pechową dziewczyną?

*          *          *

Bogini Fatum mnie nie lubi.
To jedyne wyjaśnienie tego, czemu nagle arena straciła grawitację, a Chejron po prostu wpatruje się we mnie zawiedzionym wzrokiem. Szczerze mówiąc, to wszyscy powinni się cieszyć! Dzięki mnie mogą nauczyć się tego jak walczyć w powietrzu, ale chyba nikt nie był jakoś uszczęśliwiony tym, że musi być łapany na lasso i ciągnięty na dół, by nie trafić do kosmosu.
— Maggie… czemu odeszłaś od swoich nowych przyjaciół? — Spytał mnie Centaur.
Najpewniej dostrzegł, ze przy tamtej dwójce jestem nieco spokojniejsza. Nawet nie wiedział, jak bardzo się myli. Jednak nie mogłam jakoś niszczyć tej nadziei w jego oczach na myśl, że w końcu ja i moje rodzeństwo przestaniemy niszczyć ten obóz.
— Will powiedział, że Sammy mnie szuka, ale uznałam, że wpadnę do swojego domku, tęskniłam za swoim rodzeństwem, wtedy Lou znów użył jakiegoś dziwnego zaklęcia, które znalazł w Internecie, więc chciałam skonfiskować mu jego „księgę czarów”, która zaczął podobno pisać, ale z jakiegoś powodu ma ją teraz córka Afrodyty i odmówiła oddania, bo ona się kocha w Lou, co jest naprawdę dziwne, a gdy chciałam prosić cię Chejronie o pomoc wpadłam na Sammy’ego i tak jakoś wyszło, że… 
Mój monolog trwał jeszcze chwilę, a ja i centaur rozmawialiśmy ignorując (z powodu wielu podobnych sytuacji) chaos, jaki dzieje się koło nas i ma związany ze mną. Naturalnie kilka herosów rzuciło jakieś złośliwe uwagi w moją i mojego rodzeństwa stronę, a z tego powodu nieco zakuło mnie serce, bo naprawdę chciałam się wśród nich wpasować. Tylko że mało kto chce się zadawać z córką Hekate, która odziedziczyła po swojej matce naprawdę sporą moc i niekiedy jej nie kontroluje.
Szczerze mówiąc, to magia rzadko kiedy mnie słuchała.
— Porozmawiam z Panem D., a ty idź po kogoś ze swojego rodzeństwa, bo ktoś musi odczarować arenę — zarządził Chejron, po wysłuchaniu mnie.
Kiwnęłam głową i popędziłam w stronę domu Hekate, gdy zastanawiało mnie jak radzi sobie Jill i Ryan, więc postanowiłam wejść (nie) po drodze i zerknąć, co się dzieje. Gdy tylko znalazłam się dość blisko od razu usłyszałam głos swoich przyjaciół:
— …Odkupiłem za pięćdziesiąt drachen od pewnego satyra — wyjaśnił na jakieś pytanie Ryan. Stwierdziłem, że najlepiej od razu zacząć prowadzić album ze zdjęciami, które uwiecznią każdą chwilę, jaką spędziłem z moją dziewczyną!
Od razu przypomniał mi się aparat, jakim obsługiwał się rudowłosy, robiąc zdjęcia Jill, usłyszałam chichot Willa, gdy nagle odezwała się warcząc jak wściekła Jill:
— Mówiłam ci, ze nie jestem twoją dziewczyną!
— Moją przyszłą dziewczyną poprawił się niezrażony Ryan.
— Chyba w twoich snach!
— A żebyś wiedziała, ze tam dzieje się, a dzieje…
— To wariaci usłyszałam ciche stwierdzenie Nico.
— Z jakiej ty planety żeś się urwał! Znów Jill.
— Tej, która krąży wokół ciebie — odparował Ryan.
Pokręciłam głową szczerze rozbawiona tą awanturą.
— Zamknij się Rudzielcu!
— Kocham cię Złośnico!
— Nie nazywaj mnie tak!
— Nie zmieni to uczucia, jakim cię darzę…
Ich sprzeczka trwała jeszcze chwilę, ale ja miałam już dosyć i byłam święcie przekonana, że jakoś sobie poradzą. Dlatego czym prędzej ruszyłam w stronę swojego domku, trzeba jak najszybciej ratować herosów, którzy mogą zostać wysłani w kosmos.