"(...)Nie
płacz, bo ci serduszko pęknie…(...)"
Moje
życie od zawsze było nieco zbyt szalone, zbyt niebezpieczne i niezbyt normalne.
Jednak w najśmielszych koszmarach nie przewidziałabym takiej sytuacji, w jakiej
teraz się znalazłam. Rudzielec koło mnie wyglądał na niezwykle opanowanego i
tylko osoba, która znała go na tyle dobrze jak ja mogła z całą pewnością rzec,
że ten poważny wyraz twarzy oznacza tylko to, że jej właściwie chce ukryć wszem
i obecnym swoje rozbawienie.
Skrzyżowałam
ramiona na piersi, gdy chłodny podmuch powietrza owiał moją skórę, a wtedy
mały czarno-biały nielot podreptał w naszą stronę, trzymając w dziobie nadal
żywą rybę. Byłam pod nie lada wrażeniem, że nie wywalił się on lodzie, którym
pokryta była podłoga, a wręcz utrzymuje równowagę, gdy zatrzymał się koło nas,
jego czarne oczka jak paciorki przyjrzały się mojej twarzy, a później
demonstracyjnie połkną rybę w całości.
— Masz słodkie
zwierzątko — zauważył Ryan.
— Nie
prosiłam o nie — warknęłam podnosząc buntowniczo podbródek do góry. — To samo zahodowało się w tym pokoju — dodałam.
Ryan nie
mógł już powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu i zaśmiał się cicho, a ja
miałam wielką ochotę kopnąć go, aby tylko przestał zachowywać się jak głąb i
pomógł mi pozbyć się tego denerwującego nielotnego ptaka z orszaku świętego
Mikołaja.
— Z
pewnością — powiedział z błyskiem w oku Rudzielec. — Twój ojciec miał z
pewnością wspaniały pomysł, bo zamiast szczeniaczka, czy kociaka kupił ci…
— Ptaka
z orszaku sań świętego Mikołaja — powiedziałam ze złością.
Ryan
natychmiast przestał się uśmiechać i złapał mnie za ramiona kierując w swoją
stronę tak, aby nasze twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Poczułam się dość
niezręcznie, gdy jego dwukolorowe tęczówki przyglądały mi się z niezwykłą jak
na niego powagą na twarzy. Mimowolnie zadrżałam, gdy poczułam w nozdrzach
zapach jego skóry (był to dziwna mieszanka zapachu kremu do opalania, miodu,
pomarańczy oraz węgla – nigdy nie przypuszczałam, że jest taki zapach) i od
razu zbeształam się za to w myślach.
— Pingwiny nie są kojarzone ze świętym Mikołajem — powiedział powoli Ryan. — Nie
bądź większą ignorantką niż jesteś. — Nachmurzyłam się na te słowa. — Wystarczy
już, że ignorujesz moje uczucia!
Po tych
słowach niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i zacisnął swoje ramiona
tak, że dłonie uwięzione miałam między naszymi ciałami, a on sam nie pozwalał
mi się uwolnić z tego uścisku. Udało mi się jednak odchylić lekko głowę do
tyłu, a gdy nasze oczy się ponownie spotykały tego dnia, a następnie kopnęłam
nic niespodziewającego się Rudzielca w najczulszy męski punkt.
Ku
mojemu zdumieniu on uśmiechnął się szeroko.
— Mam
tam ochraniacz — wyjaśnił.
Mój
poziom gniewu osiągnął wyższy stopień. Bo choć wydawało się, że wygrał tym
razem, nie zamierzałam tak łatwo się poddać. Niestety niedane było mi spróbować
jednego z wielu chwytów ulicy, których się nauczyłam, gdy niespodziewanie do
mojego domku wszedł syn Tanatosa, z którym przyjaźniła się Maggie. Jego widok
był tak niespodziewany, że wszelka chęć utarcia nosa Ryanowi wyleciała mi z głowy
i tylko wielkimi jak drachmy oczami mogłam wgapiać się w Samaela.
— Długo
ci to jeszcze zajmie? — Spytał z nutą zniecierpliwienia nowo przybyły. — Nie mam
całego dnia na te twoje bzdury z córą Eola — dodał kiwając głową w moim
kierunku.
To było
jak policzek i już otwierałam usta, aby nawrzeszczeć na chłopaka przeklinając
go kilkoma epitetami, którymi nie powstydziliby się ze znajomości marynarze,
gdy nagle usta Ryana spoczęły na moich, skutecznie zamykając mi tym samym
możliwości przedyskutowania złego zachowania Samaela.
Serce
zabiło mi mocniej, oddech stał się nierówny, przez moje ciało przeszedł dreszcz
przyjemności, a dłonie nagle zaczęły mi się pocić pomimo panującego w domu
chłodu i mimowolnie zaplotłam je wokół szyi chłopaka. Nim jednak mogłam wczuć
się całym sercem w ten niecodzienny pocałunek i przyznać, że naprawdę jego
ciepłe a zarazem twarde usta są jeszcze lepsze niż ambrozja, chłopak oderwał
swoje usta od moich i posłał mi szeroki uśmiech, cmokając mnie przy okazji lekko
w mój nos, a następnie odwrócił się i wyszedł z domku.
Stałam
jak sparaliżowana, a tuż obok mnie stał przyglądający mi się pingwin.
— Ryan!
Ty idioto! — Wrzasnęłam na całe gardło i wypadłam z domku. — Zatłukę cię na
kwaśne jabłko!
Kilku
herosów przechodzących koło mnie, wysłało mi zaniepokojone spojrzenie i zaczęło
umykać w przeciwnym kierunku, a ja nie dostrzegając nigdzie powodu swojej
złości kopnęłam pierwszą rzecz, która była na mojej drodze, czyli jakiś
durnowaty kamyk.
Przeklinając
niczym marynarz wróciłam do swojego błękitnego domu trzaskając przy tym
drzwiami wejściowymi z całej swojej siły i niemal powodując, że numerki na
moich drzwiach z nich odleciały.
* * *
*Perspektywa Jill*
Bawiąc
się czarna bransoletką, którą dostałam od rudzielca jeszcze raz od nowa
analizowałam wszystkie jego ruchu, słowa i czyny. Miałam istny zamęt w swojej
głowie, bo już sama nie wiedziałam, co mam myśleć o nim. Z jednej strony miałam
ochotę walnąć go w głowę, wyzywając od największych idiotów, a z drugiej
zarzucić mu ręce za szyję i nie puszczać już nigdy.
Poczułam
dziwny ucisk w okolicy swojego serca i od razu przyłożyłam na nim dłoń, czując
pod nią lekki rytm. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała, podnosiła i…
tak w kółko, bo choć było to coś najnormalniejszego na świecie na mnie
podziałało w uspakajający sposób. Zerknęłam z nagłym ożywieniem w stronę szafki
z białymi półkami, zawaloną całkowicie przez książko, a która była dość wyraźna
na granatowym tle ściany, zaczęłam zastanawiać się, co w takiej chwili robili
ich bohaterowie w podobnych sytuacji.
Przymknęłam
oczy, wiedząc, iż to uczucie jest niebezpieczne, niszczycielskie i choć daje
dużo siły, odwagi i z uśmiechem pozwala iść przez świat to jej utrata rujnuje
aż do samej duszy. Nigdy nie pozwalałam sobie na uczucie choćby w małym
przybliżeniu do tego.
Jak
najgorszego zła unikałam wszelkich ciepłych uczuć…
Miałam w
głowie istny chaos!
Podniosłam
się gwałtownie z łóżka, wpadając przy tym na siedzącego pingwina, który
przyniósł ze sobą swoją miskę z napisem „Henryk” (jak mniemam mój kochany
ojciec właśnie tak nazwał tego nielota – choć nie lot to złe określenie, bo ten
pingwin używa wiatru mojego ojca i lata sobie na burzowej chmurze, który sypie
śniegiem po całym domu) i przyglądał mi się swoimi czarnymi oczkami.
— Spadaj — warknęłam.
Ku
mojemu szokowi, mały nielot rozpłakała się roniąc najprawdziwsze łzy, a ja
poczułam się całkowicie zmieszana i jakbym właśnie pozbawiła małe dziecko
wszelkich dziecięcych marzeń.
— Hej,
nie płacz! — Zawołałam, powodując jeszcze większy płacz pingwina. —
Przepraszam! Przepraszam! — Krzykiem próbowałam przebić jego głośnie wycie.
Jeżeli
ktoś kiedykolwiek mówił mi, że pingwiny są spokojnymi nielotami…
Ten ktoś
z całą pewnością kłamał!
* ~ * ~ *
*Perspektywa Maggie*
Siedząc
na drewnianej huśtawce na niewielkim tarasie swojego domu, starałam się
zastanowić, czemu Sammy ostatnio zachowywał się tak dziwacznie. Ziewnęłam
szeroko, choć słońce było jeszcze wysoko na niebie, a następnie oparłam się plecami o oparcie huśtawki, przy czym palcami lekko odepchnęłam się od powierzchni
drewnianej podłogi tarasu, wprawiając ją w lekki ruch, a następnie położyłam je na niej, obejmując je ramionami i kładąc głowę na kolanach.
Wpatrując
się w grających w piłkę nożną herosów (boisko do piłki nożne powstał przeze
mnie i mojego brata, gdyż nieźle się wtedy pokłóciliśmy i w efekcie za naszym
domem powstał ten oto plac), a lekkie błyski i niepokojące dźwięki dochodzące z
domku ani trochę mnie nie dekoncentrowały.
Byłam
smutna.
Czułam
na swojej skórze nadchodzące zmiany i choć miałam wielką ochotę odwiedzić
Rachel – naszą Wyrocznie Delficką, która zajmowała się przepowiadaniem
przepowiedni (były one oczywiście w formie wiersza, który człowiek rozumie
dopiero po wszystkim) i jako jedyna traktowała mnie w miarę normalnie, ale w
końcu ta rudowłosa dziewczyna również była trochę dziwna.
— Magic! — Wydarł się znajomy głos.
Z
niechęcią oderwałam wzrok od grupy dziesięciolatków grających w piłkę nożną i
spojrzałam na swoją siostrę, która stała w progu drzwi ze skwaszoną miną, jakby
ktoś właśnie pobrudził jej ukochany fotel (a co było niemożliwe przez zaklęcia,
jakie na niego rzuciła). Przyglądałam się chwilę dziewczynie o naturalnych „truskawkowych” blond włosach, natomiast jej dziwne beżowe tęczówki wpatrywały
się we mnie wrogo.
— Coś
nie tak Amira? — Spytałam cicho.
— Dziwak
do ciebie — oznajmiła nagle z obojętnością. — Prosiłabym jednak, aby nigdy,
NIGDY więcej nie przynosił tych śmierdzących kwiatów!
Amira
była dziwną osobą (jak wszystkie dzieci Hekate), ale niewiele osób może równać
się z tym, że mają taką fanaberię jak ona. Bo kto normalny uważa róże za
śmierdzące i brzydkie kwiaty? Właściwie ostatnio zauważyłam, że w swoim pokoju
trzymała bukiet mleczy – podejrzewam również, że nie z powodu nagłego
zamiłowania do roślin.
Podniosłam
się raptownie, zapominając o tym, gdzie trzymałam nogi, a to spowodowało, ze z
hukiem poleciałam do przodu, przy czym moje nogi nadal leżały na huśtawce,
która wprawiłam w nagły ruch i zdecydowanie dorobiłam się nowych siniaków na
nich.
Moja
siostra słowem nie odezwała się na mój spektakularny spektakl, nawet wtedy, gdy
próbując się podnieś oberwałam huśtawką w głowę i znów leżałam na brzuchu,
jęcząc z bólu. W takiej właśnie pozycji znalazł mnie mój gość, przychodząc do
mnie i zapewne tracąc cierpliwość.
W chwili,
gdy ujrzałam poważną minę syna Tanatosa z bukietem kwiatów i bombonierką w
kształcie serca, łzy pojawiły się w moich oczach i tym razem nie było to
spowodowane moim wypadkiem, a tym, że mój przyjaciel właśnie się w kimś zakocha
i zapewne poprosi mnie o pomoc w zdobyciu serca dziewczyny, której
automatycznie zaczęłam darzyć niechęcią.
Strach i
ból ścisnął mi serce.
Zdałam
sobie wówczas sprawę, że go kocham.
— Nienawidzę cię! — Wydarłam się.
Niespodziewanie
podniosłam się na równe nogi i nim zdegustowana Amira, czy zaskoczony Samael
mogli cokolwiek zrobić, ja zręcznie przeskoczyłam przez barierkę tarasu (ku
swojemu zdziwieniu nic sobie przy tym nie łamiąc) i ze łzami bólu pobiegłam w
stronę domku Jillian.
* ~ * ~ *
*Perspektywa Ryana*
Marszcząc
brwi, czytałem przepis, który właśnie podarował mi Will, zastanawiając się przy
okazji, czy smakowałby on mojej ukochanej Jill. Podniosłem wzrok znad zapisanej
niebieskiej kartki w kratkę i dostrzegłem, że Will oparł łokieć o mój ukochany
blat i pomijając to, że zajął miejsce mojej Jill, to na dodatek oparł podbródek
o dłoń i wydawał się całkowicie nieobecny.
Już
miałem zrobić mu jakiś kawał (a dokładniej mówiąc zastanawiałem się nad różnymi
możliwościami), gdy nagle drzwi od mojej kuchni huknęły o ścianę, a ponieważ byłem
pewien, że Jill po naszym ostatnim razie prędzej przyznałaby się, że nie
potrafi strzelać z łuku, niż przyszła tutaj… więc widok syna Tanatosa nie był
dla mnie większym zaskoczeniem.
— Wydaje
mi się, że ta kuchnia kiedyś stanie się miejscem posiedzeń — orzekł Will, który
nadal wyglądał na zamyślonego. — Czemu mnie to nie dziwi?
Zignorowałem
jego pytanie i podniosłem jedną brew, gdy Samael przemierzył dzielącą nasz
przestrzeń i wepchnął mi tuzin czerwonych róż i bombonierę powodując, że kilka
łodyg się połamało, a ja nie mogłem opanować szoku, gdyż tego momentu naprawdę
nie przewidziałem i było to naprawdę przerażające. Czyżby tak właśnie żyli
zwykli ludzie, nie mając pojęcia, co za chwile się wydarzy?
Jakoś
nie dziwiło mnie, że ten sposób życia podoba się Jill, ale ja… naprawdę
cieszyłem się, że mam swoje wizję, bo bez nich wydaje mi się, że nie umiałbym
funkcjonować.
— Ona uciekła! Uciekła! Powiedziała, że mnie nienawidzi! — warknął,
czerwieniąc się ze złości Samael. — A ty — pchnął mnie w pierś swoim
palcem wskazującym — masz to naprawić! — syknął
Otworzyłem
usta, aby jakoś zmniejszyć złość Samaela, ale ten już wyparował z kuchni
trzaskając ponownie drzwiami. Zamrugałaem oczami starając się pojąć, co przed
chwilą się wydarzyło, aż usłyszałem śmiech Willa, blondwłosy chłopak wręcz
leżał na moim blacie i o mało nie rozpłakał się z nagłego napadu śmiechu.
— Z
czego się śmiejesz? — Spytałem lekko podirytowany.
— Bo
Magic jest z pewnością u Jill — zawołał Will zmywając się równocześnie z
kuchni.
O
cholera…
* ~ * ~ *
*Perspektywa Jill*
Nagłe
przybycie rozpłakanej Maggie do mojego domku wprawił w ruch mój instynkt opiekuńczy,
o którym istnieniu nie miałam pojęcia. Kogo widok rozpłakanej i zasmarkanej słodkiej
czarnowłosej dziewczyny w (jak zwykle) niebieskiej garderobie (jeansach i T-shircie)
nie wprawiłby w taki stan?
Naturalnie
mój pingwin o imieniu Henryk siedział sobie na swojej białej chmurce latając nade
mną jakbym została przeklęta przez wiedźmę i zmuszona była do wiecznej śnieżycy.
Bynajmniej taki widok nie zszokował Maggie, która bez słowa rzuciła się w moje
ramiona rycząc mi w moją czarną bluzę z ćwiekami, a która bez wątpienia po tym
będzie nadawać się do wyrzucenia.
Skrzywiłam
się z powodu swoich myśli, bo w tej chwili ważniejsze było samopoczucie Maggie,
która wielokrotnie niemal nie niszczyła świata, ale jeszcze nigdy nie spotkałam
się z tak wielkim lamentem z jej strony, wręcz zanosiła się płaczem.
— Nie
płacz, bo ci serduszko pęknie… — mruknęłam odruchowo ciepłym i cichym głosem.
Znieruchomiała
i odsunęła się ode mnie.
Obydwie
wpatrywałyśmy się z tak samo wymalowanym szokiem na twarzy, że takie słowa
wypadły z moich ust, a przy okazji próbowałam przypomnieć sobie, gdzie
ostatnim razem je usłyszałam i wtedy w moich wspomnieniach zamigotała postać kobiety
o ciepłym lekko chropowatym głosem, którym oznaczały się osoby, które wypalały
zdecydowanie za dużo papierosów, a miłość w jej głosie była wręcz wyczuwalna
tak samo jak w jej bursztynowych tęczówkach.
— Jill…
dobrze się czujesz?
Westchnęłam,
bo przynajmniej udało mi się uspokoić Maggie.
— Sama
nie wiem — wyznałam zgodnie z prawdą. — Chyba zaczynam popadać w depresję —
mruknęłam.
Nagle
twarz Maggie się rozpromieniła, a jej szeroki uśmiech był wręcz zaraźliwy, ale
nie odwzajemniłam go tylko spojrzałam mniej wrogo na nią i czekałam na jej
wyjaśnienia, czemu nagle wygląda tak jak Ryan, gdy…
Potrząsnęłam
głową wściekła, że moje myśli w tej chwili biegną tylko w jedną stronę.
— Dzisiaj wieczorem do Obozu mają przybyć łowczynie Artemidy — wyjaśniła pełna
entuzjazmu Maggie. — Jak zwykle odbędzie się walka o sztandar i..
Nagle
Maggie przerwała, a na jej twarzy pojawiła się rozpacz i tyle było po jej
wielkiej radości z powodu odwiedzin łowczyń. Na nowo w jej oczy się zaszkliły i
stanęły w nich łzy, aby po chwili popłynąć nową porcja po jej zarumienionych od
niedawnej ekscytacji policzkach.
Rzuciła
się na mnie z godną wojownika szybkością i nie pozwalając mi się uwolnić
ryczała w moją bluzę jak mała dziewczynka. Niestety objęła mnie za ramiona,
więc nie mogłam jej również objąć, na ojej twarzy pojawiło się zrezygnowanie.
* * *
Jakiś
czas później przyszedł Ryan.
Jego
widok całkowicie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się, że rudzielec odważy się
tutaj przyjść po tym jak mnie pocałował – z zaskoczenia!
Wstyd
się przyznać, ale jakoś szczególnie nie byłam na niego wściekła, a jedynie
lekko zaskoczona i znów poczułam to dziwne ciepło promieniujące od środka.
Widok przygnębionego rudzielca był dziwnie bolesny, a swoje dłonie schował do
kieszeni i stojąc przede mną z opuszczoną głową wymamrotał:
— Mogę
pogadać z Maggie?
Zmrużyłam
oczy i stanęłam rozkrokiem w progu drzwi, krzyżując przy okazji ramiona na
piersi. Wpatrywałam się w niego, jakbym chciała wyczytać jego najskrytsze myśli, aż do czasu, gdy i on podniósł swoją głowę, a wtedy lekko zatonęłam
w jego dwukolorowych tęczówkach.
Dech
zaparło mi w piersi, w głowie się zakręci od natłoku odczuć.
Dopiero
po chwili zdałam sobie sprawę, że Ryan tępo się we mnie wpatruje i chce spotkać
się z inną dziewczyną, traktując mnie jak służącą. Złość zagotowała się we mnie jak
nagły podmuch powietrza, który poruszył włosami rudzielca. Spojrzał niespokojnie
za siebie, a później zerknął na moje zaciśnięte w pięści dłonie i podniósł
jedną brew do góry.
— Jesteś
zazdrosna? — Nutka samozadowolenia pojawiła się w jego głosie. — Nie masz, czego
się obawiać, moje serce należy tylko do ciebie!
Prychnęłam,
a moja irracjonalna złość lekko zmalała.
— Nic
mnie to nie obchodzi!
— Me
serce krwawi od twych kłamstw — stwierdził z szerokim uśmiechem. — Jak możesz
krzywdzić kogoś tak przystojnego, niesamowitego i oddanego swej jedynej
miłości?
W
odpowiedzi skrzywiłam się i cofnęłam o krok, a rudzielec biorąc to za
zaproszenie ruszył z szerokim uśmiechem do przodu i w tej samej chwili zderzył
się z drzwiami. Jęknął cicho, a ja uśmiechnęłam się podnosząc jeden kącik
swoich ust.
— Kocham
cię Złośnico! — Wrzasnął Ryan zza zamkniętych drzwi.
* ~ * ~ *
*Perspektywa Maggie*
Okazało
się, że Jillian uwielbia pianki.
Niby nic
nieznaczące odkrycie, gdyby nie to, że syn Hefajstosa – Leo – pilnował, aby
każdy dostał po równo, a Jillian dość nieumiejętnie zaczęła być niezwykle
uprzejma i niemal powiedziała „Proszę”, aby dostać nieco więcej owych łakoci.
Czasami
zachowanie Jillian naprawdę wskazywało, ze dziewczyna ma tylko piętnaście lat.
Bo jakby, choć w tej chwili, cała jej stanowczość i wrogość zniknęły, gdy
niemal (bo jednak się nie śmiała, a jedynie lekko podnosiła kącik swoich ust)
się uśmiechała, a nawet żartowała, choć jej drażnienie się z innymi można by wziąć,
jako najprawdziwszą groźbę.
Nie
znałam Jillian, a przynajmniej nie tak dobrze jakbym chciała, ale przez ten
czas odkryłam, że wiele osób odtrąca od siebie. Wybudowała wokół mur, mający na
celu chronić ją, ale niestety nie wiedziałam, przed czym, choć miałam cichą nadzieje,
że kiedyś mi to zdradzi, w końcu każdy z nas miał mroczne sekrety, a ja
wiedziałam doskonale, jakie to uczucie.
Mimowolnie
przypomniało mi się moje dzieciństwo.
Zadrżałam
z przerażenia, a następnie spojrzałam w niebo na migocące na granatowym tle
gwiazdy. Dzisiaj widok był bezchmurny i jakoś dziwnie pogrążył mnie w transie,
westchnęłam, gdy letni wiatr owiał moją skórę. Naprawdę cieszyłam się tym, że
lata w obozie trwa przez cały rok, bo choć coś tam popsułam i teraz na zawsze
jest tu ciepło to ten jeden wypadek jakoś mnie nie zdołował.
Niespodziewanie
poczułam koło siebie ruch i gdy odwróciłam głowę w kierunku osoby, która
postanowiła usiąść koło mnie na powalonej kłodzie, leżącej niedaleko ogniska, miałam
nadzieje, że okaże się nią Jillian, która skończyła już sprzeczać się z Leonem
o tym, dlaczego jej należy się więcej pianek niż innym obozowiczom (a naprawdę
znalazła ku temu argumenty!).
Pierwsze,
co podpowiadało mi, że to nie Jillian była mroczna aura otaczającego mojego
towarzysza i zanim spojrzałam na niego, wyczułam lekki zapach róż, co mnie
zmyliło, ale gdy spojrzałam na poważny wyraz twarzy syna Tanatosa, u którego
oczach kryło się przerażenie poczułam dziwny ucisk w sercu, zwłaszcza, że lewą
dłoń wyciągnął w moim kierunku podając mi w ten sposób śliczną czarną róże, a
co było niesamowite, bo nigdy takiej nie spotkałam.
Ostrożnie
wzięłam w dłoń oferowany mi kwiat i zachichotałam cicho, gdy poczułam jego
ciężar. Nie maiłam pojęcia, jakim cudem Samael skonstruował róże z czarnego
szkła, która pachniała jak cały tuzin róż, ale byłam szczerze oczarowana, choć
z niepewnością spojrzałam w jego miodowe oczy.
Zlustrowałam
go wzrokiem, od jego czarnych włosów, które jak zwykle zmieniły swoją barwę
wraz ze zmiana pory dnia, na jego miodowe oczy, zaciśniętą szczękę, która była
wyraźnie podkreślona przez jego ostre rysy, a nawet spojrzałam na jego czarny
podkoszulek z naddrukiem czerwonego (wydał mi się w nieco krwawy) kolorze i z
czarnymi dodatkami w środku, które tworzyły coś na kształt stojącego rycerza z
mieczem. Srebrny napis wchodził na skrzydła smoka i głosiły napis: „Dragon Age:
Inkwizycja”.
Wpatrywałam
się w ten napis, jakby miał mi od odpowiedzieć na wszystkie dręczone mnie
pytania, nie miałam odwagi znów spojrzeć w miodowe oczy Samaela i dowiedzieć
się prawdy, ale jak sama Jill mi doradziła: „nie powinnaś uciekać, a wręcz
stawić czoła problemom”. Czasami córka Eola mnie przerażała z tym, jak dobrze
radzi sobie w życiu – w przeciwieństwie do mnie.
— Maggie… — wyszeptał moje imię i zamilkł. — To dla ciebie — wyjąkał cicho.
Zamrugałam,
gdy oczy mi zwilgotniały i powoli podniosłam głowę do góry, ktoś właśnie
rozpalił ognisko i płomień ogrzał mnie w lewy bok twarzy, ale ja byłam
urzeczona tym, jak nowy kąt światła zmienił całe oblicze syna Tanatosa, a
raczej jego słowa. Ta chwila wydała mi się niezwykle intymna i wydawała się
burzyć moje wszystkie wątpliwości.
— Dla
mnie? — Szepnęłam cicho i zacisnęłam mocniej dłoń na ciepłej od mojej dłoni łodydze
róży. — Ja… — zawahałam się i biorąc głęboki oddech, przymknęłam oczy i
wykrztusiłam: — Kocham cię.
Nastała
dziwna cisza, bo choć wokół nas trwały w najlepsze kilkanaście rozmów, a z tego
wszystkiego można było usłyszeć wrzaski Jillian, która znów wydzierała się na
Ryana, jak również skarżyła się (chyba) Chejronowi, że Leo nie dał jej pianek.
Czy choćby taki Leo, który właśnie tłukł swoim młotkiem, którym walił jakiś
stolik i wkurzał tym samym Drew, a która żaliła się na to swojej nowej
przyjaciółce Lunie, a ta z kolei mamrotała coś pod nosem po łacinie, a co jej
przyjaciółka kompletnie ignorowała (a były to przekleństwa różnego rodzaju).
Dla mnie
ten cały chaos nie istniał, a jedynie siedzący koło mnie mój najlepszy
przyjaciel.
Wzdychając
cicho otworzyłam oczy, aby zobaczyć rysującą się ulgę na twarzy Samaela.
— Też
cię kocham Czarodziejko — szepnął.
Euforia
nagle opanowała całe moje ciało, moja radość była przeogromna i po prostu
rzuciłam się na szyję mojemu przyjacielowi z dzieciństwa, ale… skoro wyznaliśmy
sobie miłość, kim teraz byliśmy? Parą? Nie chodziliśmy na randki…
Pozbyłam
się swoich wątpliwości, gdy silne ramiona Samaela objęły mnie i przycisnęły do
jego ciała jeszcze mocniej. Zarumieniłam się wściekle, gdy posadził mnie na
swoich kolanach i na nic zdało się moje wiercenie i próby ucieczki z jego
objęć.
- Gdy
udało mi się ciebie złapać Czarodziejko, już cię nie wypuszczę – oznajmił chłodno,
ale z błyskiem ciepła w swoich miodowych oczach, ale nagle zmarszczył brwi. – Nie
rozumiem tylko, czemu uciekłaś, gdy chciałem dać ci róże i czekoladki – wyznał.
Zachichotałam
i schowałam twarz w jego ramieniu.
Byłam
zbyt szczęśliwa, aby wyznać, że wtedy myślałam, że zakochał się w dziewczynie,
ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła mu chaotyczny sposób wyjaśniać, że od
dawna go kochałam, ale wtedy zdałam sobie z tego sprawę, jak również, że
namówiłam Jillian, aby pobiła jego nową dziewczynę, a ta ostatnia kwestia
niezbyt spodobała się synowi Tanatosa.
* ~ * ~ *
Annabeth
opadła bezwładnie na ziemię, a nad nią pochylał się wysoki mężczyzna odziany w
czarne szaty. Westchnął i narzucił na swoje złote włosy kaptur, skrywając w
mroku rysy swojej twarzy. Następnie odwrócił się w stronę przerażonej Rachel,
która z kneblem w buzi i związanymi kończynami próbowała uciec jakoś z domku
Ateny, ale mężczyzna nie przejął się zbyt jej próbami, a jedynie podszedł i
nachylił się nad nią.
— Spójrz
na mnie — rozkazał i złapał w dłoń jej twarz, ściskając na tyle mocno, aby
pozostawić na jej skórze czerwone ślady po jego palcach. — Wyrocznio Delficka,
chce poznać przepowiednie — rozkazał.
Rachel,
rudowłosa dziewczyna z masą piegów, spojrzała na niego iskrzącymi się
szmaragdowymi oczami, w których kryła się pogarda dla jego osoby. Bez wątpienia
była nie tylko przerażona sytuacją, zaniepokojona o Annabeth, ale również
wściekła na bezimiennego mężczyznę.
— Pseudologos.
Usłyszawszy
kobiecy głos, Rachel odetchnęła cicho z ulgą i przymknęła na chwile oczy, a
następnie zamrugała zaskoczona na widok kobiety, która oparła się swobodnie o
jedną ze ścian niewielkiego pokoiku należącym do nieprzytomnej blondynki.
— Czemu
opuściłeś ciało Annabeth?
Mężczyzna
zignorował kobietę za swoimi plecami i dalej wwiercał spojrzenie w Rachel.
— Chciałem sprawdzić, czy mogę ją zmusić do pomocy, ale jest chroniona — skrzywił
się lekko na własne słowa. — Gdy jestem w swoim ciele mam więcej mocy —
wyjaśnił.
Westchnął
cicho, a następnie podniósł się na równe nogi i spojrzał na kobietę, którą skrywał
cień kąta pokoju. Padające światło księżycowe niewiele pomogło w oświetleniu
ciemnego pokoju, ale nikt w tej chwili z dwójki bogów się tym nie przejął.
— Będziesz
musiała ją zabrać — stwierdził Pseudologos.
— Oczywiście — natychmiast przytaknęła kobieta. — Nie chcemy, aby wypaplała
prawdę, bo w końcu ktoś tutaj była aż tak głupi, że…
— Wystarczy Apate! — Warknął mężczyzna.
Mamrocząc
pod nosem podszedł do nieprzytomnej blondynki, która wydawała się pogrążona w
głębokim śnie, a następnie zmieniając się w gęstą czarną mgiełkę wniknął w
ciało nieprzytomnej dziewczyny. Dokładniej mówiąc wyglądało to jakby całej jej
ciało zostało nagle otulone tą tajemniczą mgiełką, a następnie dziewczyna
otworzyła oczy, które przerażały swoją bezdenną ciemnością i kilkakrotnie
mrugnęła, aby zwyczajny szary kolor tęczówek znów się pojawił.
— Musiałeś robić takie przedstawienie? — Spytała podirytowana Apate.
Pseudologos
w odpowiedzi uśmiechnął się tajemniczo.
Następnie
obydwoje spojrzeli na przerażoną rudowłosą dziewczynę, a następnie Apate
podeszła do niej żwawym krokiem i przerzucając sobie przez ramię wiercącą się
dziewczynę ruszyła w stronę wyjścia z domku. W końcu nie mogła teleportować się
z tego miejsca, bo wtedy Dionizos dowiedziałby się o jej obecności. To było
naprawdę wielkie utrudzenie, gdy Moros i Pseudologos będą zmuszeni zniwelować
swoją moc przed dyrektorem obozu, aby móc bezpiecznie się tutaj rozglądać w
poszukiwaniu Puszki.
— Uważaj
na nią Apate — rozkazał męski głos wydobywający się z ust Annabeth.
— Spokojnie — odparła dziewczyna. — Obydwie świetnie się będziemy bawić, prawda?
W
odpowiedzi łzy stanęły w oczach porwanej dziewczyny, która już nie próbowała
ich powstrzymywać.
______________________________________________________________________
Od razu zacznę od tego, że nie udało mi się sprawdzić porządnie teksu, bo jeszcze dzisiaj go skończyłam i od razu dodaje - jak obiecałam! Dlatego przepraszam za błędy, które mogą pojawić się w trakcie czytania :(
Podejrzewam, że od następnego rozdziału zacznie się akcja z poszukiwaniem Puszki Pandory - a co wiąże się z opuszczeniem obozu i podróż po świecie, walkę z potworami itp.
W tym rozdziale dochodzi do pewnych rewolucji :D
No i w poprzednim rozdziale zapomniałam wspomnieć o pewnej czytelniczce, która była na tyle miła, że podesłała mi przepiękny rysunek Ryana, jestem jej za to wdzięczna i przepraszam, że poprzednio zapomniałam o tym wspomnieć. Dziękuje Oli Birut za ten rysunek:
Pozdrawiam i dziękuje wszystkim za tyle cudownych i wspaniałych komentarzy!
