KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabeth Chase. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Annabeth Chase. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2015

Rozdział XII



"(...)Nie płacz, bo ci serduszko pęknie…(...)"

Moje życie od zawsze było nieco zbyt szalone, zbyt niebezpieczne i niezbyt normalne. Jednak w najśmielszych koszmarach nie przewidziałabym takiej sytuacji, w jakiej teraz się znalazłam. Rudzielec koło mnie wyglądał na niezwykle opanowanego i tylko osoba, która znała go na tyle dobrze jak ja mogła z całą pewnością rzec, że ten poważny wyraz twarzy oznacza tylko to, że jej właściwie chce ukryć wszem i obecnym swoje rozbawienie.
Skrzyżowałam ramiona na piersi, gdy chłodny podmuch powietrza owiał moją skórę, a wtedy mały czarno-biały nielot podreptał w naszą stronę, trzymając w dziobie nadal żywą rybę. Byłam pod nie lada wrażeniem, że nie wywalił się on lodzie, którym pokryta była podłoga, a wręcz utrzymuje równowagę, gdy zatrzymał się koło nas, jego czarne oczka jak paciorki przyjrzały się mojej twarzy, a później demonstracyjnie połkną rybę w całości.
— Masz słodkie zwierzątko — zauważył Ryan.
— Nie prosiłam o nie — warknęłam podnosząc buntowniczo podbródek do góry. — To samo zahodowało się  w tym pokoju — dodałam.
Ryan nie mógł już powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu i zaśmiał się cicho, a ja miałam wielką ochotę kopnąć go, aby tylko przestał zachowywać się jak głąb i pomógł mi pozbyć się tego denerwującego nielotnego ptaka z orszaku świętego Mikołaja.
— Z pewnością — powiedział z błyskiem w oku Rudzielec. — Twój ojciec miał z pewnością wspaniały pomysł, bo zamiast szczeniaczka, czy kociaka kupił ci…
— Ptaka z orszaku sań świętego Mikołaja — powiedziałam ze złością.
Ryan natychmiast przestał się uśmiechać i złapał mnie za ramiona kierując w swoją stronę tak, aby nasze twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Poczułam się dość niezręcznie, gdy jego dwukolorowe tęczówki przyglądały mi się z niezwykłą jak na niego powagą na twarzy. Mimowolnie zadrżałam, gdy poczułam w nozdrzach zapach jego skóry (był to dziwna mieszanka zapachu kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla – nigdy nie przypuszczałam, że jest taki zapach) i od razu zbeształam się za to w myślach.
— Pingwiny nie są kojarzone ze świętym Mikołajem — powiedział powoli Ryan. — Nie bądź większą ignorantką niż jesteś. — Nachmurzyłam się na te słowa. — Wystarczy już, że ignorujesz moje uczucia!
Po tych słowach niespodziewanie przyciągnął mnie do siebie i zacisnął swoje ramiona tak, że dłonie uwięzione miałam między naszymi ciałami, a on sam nie pozwalał mi się uwolnić z tego uścisku. Udało mi się jednak odchylić lekko głowę do tyłu, a gdy nasze oczy się ponownie spotykały tego dnia, a następnie kopnęłam nic niespodziewającego się Rudzielca w najczulszy męski punkt.
Ku mojemu zdumieniu on uśmiechnął się szeroko.
— Mam tam ochraniacz — wyjaśnił.
Mój poziom gniewu osiągnął wyższy stopień. Bo choć wydawało się, że wygrał tym razem, nie zamierzałam tak łatwo się poddać. Niestety niedane było mi spróbować jednego z wielu chwytów ulicy, których się nauczyłam, gdy niespodziewanie do mojego domku wszedł syn Tanatosa, z którym przyjaźniła się Maggie. Jego widok był tak niespodziewany, że wszelka chęć utarcia nosa Ryanowi wyleciała mi z głowy i tylko wielkimi jak drachmy oczami mogłam wgapiać się w Samaela.
— Długo ci to jeszcze zajmie? — Spytał z nutą zniecierpliwienia nowo przybyły. — Nie mam całego dnia na te twoje bzdury z córą Eola — dodał kiwając głową w moim kierunku.
To było jak policzek i już otwierałam usta, aby nawrzeszczeć na chłopaka przeklinając go kilkoma epitetami, którymi nie powstydziliby się ze znajomości marynarze, gdy nagle usta Ryana spoczęły na moich, skutecznie zamykając mi tym samym możliwości przedyskutowania złego zachowania Samaela.
Serce zabiło mi mocniej, oddech stał się nierówny, przez moje ciało przeszedł dreszcz przyjemności, a dłonie nagle zaczęły mi się pocić pomimo panującego w domu chłodu i mimowolnie zaplotłam je wokół szyi chłopaka. Nim jednak mogłam wczuć się całym sercem w ten niecodzienny pocałunek i przyznać, że naprawdę jego ciepłe a zarazem twarde usta są jeszcze lepsze niż ambrozja, chłopak oderwał swoje usta od moich i posłał mi szeroki uśmiech, cmokając mnie przy okazji lekko w mój nos, a następnie odwrócił się i wyszedł z domku.
Stałam jak sparaliżowana, a tuż obok mnie stał przyglądający mi się pingwin.
— Ryan! Ty idioto! — Wrzasnęłam na całe gardło i wypadłam z domku. — Zatłukę cię na kwaśne jabłko!
Kilku herosów przechodzących koło mnie, wysłało mi zaniepokojone spojrzenie i zaczęło umykać w przeciwnym kierunku, a ja nie dostrzegając nigdzie powodu swojej złości kopnęłam pierwszą rzecz, która była na mojej drodze, czyli jakiś durnowaty kamyk.
Przeklinając niczym marynarz wróciłam do swojego błękitnego domu trzaskając przy tym drzwiami wejściowymi z całej swojej siły i niemal powodując, że numerki na moich drzwiach z nich odleciały.

*          *          *
*Perspektywa Jill*

Bawiąc się czarna bransoletką, którą dostałam od rudzielca jeszcze raz od nowa analizowałam wszystkie jego ruchu, słowa i czyny. Miałam istny zamęt w swojej głowie, bo już sama nie wiedziałam, co mam myśleć o nim. Z jednej strony miałam ochotę walnąć go w głowę, wyzywając od największych idiotów, a z drugiej zarzucić mu ręce za szyję i nie puszczać już nigdy.
Poczułam dziwny ucisk w okolicy swojego serca i od razu przyłożyłam na nim dłoń, czując pod nią lekki rytm. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała, podnosiła i… tak w kółko, bo choć było to coś najnormalniejszego na świecie na mnie podziałało w uspakajający sposób. Zerknęłam z nagłym ożywieniem w stronę szafki z białymi półkami, zawaloną całkowicie przez książko, a która była dość wyraźna na granatowym tle ściany, zaczęłam zastanawiać się, co w takiej chwili robili ich bohaterowie w podobnych sytuacji.
Przymknęłam oczy, wiedząc, iż to uczucie jest niebezpieczne, niszczycielskie i choć daje dużo siły, odwagi i z uśmiechem pozwala iść przez świat to jej utrata rujnuje aż do samej duszy. Nigdy nie pozwalałam sobie na uczucie choćby w małym przybliżeniu do tego.
Jak najgorszego zła unikałam wszelkich ciepłych uczuć…
Miałam w głowie istny chaos!
Podniosłam się gwałtownie z łóżka, wpadając przy tym na siedzącego pingwina, który przyniósł ze sobą swoją miskę z napisem „Henryk” (jak mniemam mój kochany ojciec właśnie tak nazwał tego nielota – choć nie lot to złe określenie, bo ten pingwin używa wiatru mojego ojca i lata sobie na burzowej chmurze, który sypie śniegiem po całym domu) i przyglądał mi się swoimi czarnymi oczkami.
— Spadaj — warknęłam.
Ku mojemu szokowi, mały nielot rozpłakała się roniąc najprawdziwsze łzy, a ja poczułam się całkowicie zmieszana i jakbym właśnie pozbawiła małe dziecko wszelkich dziecięcych marzeń.
— Hej, nie płacz! — Zawołałam, powodując jeszcze większy płacz pingwina. — Przepraszam! Przepraszam! — Krzykiem próbowałam przebić jego głośnie wycie.
Jeżeli ktoś kiedykolwiek mówił mi, że pingwiny są spokojnymi nielotami…
Ten ktoś z całą pewnością kłamał!

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Siedząc na drewnianej huśtawce na niewielkim tarasie swojego domu, starałam się zastanowić, czemu Sammy ostatnio zachowywał się tak dziwacznie. Ziewnęłam szeroko, choć słońce było jeszcze wysoko na niebie, a następnie oparłam się plecami  o oparcie huśtawki, przy czym palcami lekko odepchnęłam się od powierzchni drewnianej podłogi tarasu, wprawiając ją w lekki ruch, a następnie położyłam je na niej, obejmując je ramionami i kładąc głowę na kolanach.
Wpatrując się w grających w piłkę nożną herosów (boisko do piłki nożne powstał przeze mnie i mojego brata, gdyż nieźle się wtedy pokłóciliśmy i w efekcie za naszym domem powstał ten oto plac), a lekkie błyski i niepokojące dźwięki dochodzące z domku ani trochę mnie nie dekoncentrowały.
Byłam smutna.
Czułam na swojej skórze nadchodzące zmiany i choć miałam wielką ochotę odwiedzić Rachel – naszą Wyrocznie Delficką, która zajmowała się przepowiadaniem przepowiedni (były one oczywiście w formie wiersza, który człowiek rozumie dopiero po wszystkim) i jako jedyna traktowała mnie w miarę normalnie, ale w końcu ta rudowłosa dziewczyna również była trochę dziwna.
— Magic! — Wydarł się znajomy głos.
Z niechęcią oderwałam wzrok od grupy dziesięciolatków grających w piłkę nożną i spojrzałam na swoją siostrę, która stała w progu drzwi ze skwaszoną miną, jakby ktoś właśnie pobrudził jej ukochany fotel (a co było niemożliwe przez zaklęcia, jakie na niego rzuciła). Przyglądałam się chwilę dziewczynie o naturalnych „truskawkowych” blond włosach, natomiast jej dziwne beżowe tęczówki wpatrywały się we mnie wrogo.
— Coś nie tak Amira? — Spytałam cicho.
— Dziwak do ciebie — oznajmiła nagle z obojętnością. — Prosiłabym jednak, aby nigdy, NIGDY więcej nie przynosił tych śmierdzących kwiatów!
Amira była dziwną osobą (jak wszystkie dzieci Hekate), ale niewiele osób może równać się z tym, że mają taką fanaberię jak ona. Bo kto normalny uważa róże za śmierdzące i brzydkie kwiaty? Właściwie ostatnio zauważyłam, że w swoim pokoju trzymała bukiet mleczy – podejrzewam również, że nie z powodu nagłego zamiłowania do roślin.
Podniosłam się raptownie, zapominając o tym, gdzie trzymałam nogi, a to spowodowało, ze z hukiem poleciałam do przodu, przy czym moje nogi nadal leżały na huśtawce, która wprawiłam w nagły ruch i zdecydowanie dorobiłam się nowych siniaków na nich.
Moja siostra słowem nie odezwała się na mój spektakularny spektakl, nawet wtedy, gdy próbując się podnieś oberwałam huśtawką w głowę i znów leżałam na brzuchu, jęcząc z bólu. W takiej właśnie pozycji znalazł mnie mój gość, przychodząc do mnie i zapewne tracąc cierpliwość.
W chwili, gdy ujrzałam poważną minę syna Tanatosa z bukietem kwiatów i bombonierką w kształcie serca, łzy pojawiły się w moich oczach i tym razem nie było to spowodowane moim wypadkiem, a tym, że mój przyjaciel właśnie się w kimś zakocha i zapewne poprosi mnie o pomoc w zdobyciu serca dziewczyny, której automatycznie zaczęłam darzyć niechęcią.
Strach i ból ścisnął mi serce.
Zdałam sobie wówczas sprawę, że go kocham.
— Nienawidzę cię! — Wydarłam się.
Niespodziewanie podniosłam się na równe nogi i nim zdegustowana Amira, czy zaskoczony Samael mogli cokolwiek zrobić, ja zręcznie przeskoczyłam przez barierkę tarasu (ku swojemu zdziwieniu nic sobie przy tym nie łamiąc) i ze łzami bólu pobiegłam w stronę domku Jillian.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Ryana*

Marszcząc brwi, czytałem przepis, który właśnie podarował mi Will, zastanawiając się przy okazji, czy smakowałby on mojej ukochanej Jill. Podniosłem wzrok znad zapisanej niebieskiej kartki w kratkę i dostrzegłem, że Will oparł łokieć o mój ukochany blat i pomijając to, że zajął miejsce mojej Jill, to na dodatek oparł podbródek o dłoń i wydawał się całkowicie nieobecny.
Już miałem zrobić mu jakiś kawał (a dokładniej mówiąc zastanawiałem się nad różnymi możliwościami), gdy nagle drzwi od mojej kuchni huknęły o ścianę, a ponieważ byłem pewien, że Jill po naszym ostatnim razie prędzej przyznałaby się, że nie potrafi strzelać z łuku, niż przyszła tutaj… więc widok syna Tanatosa nie był dla mnie większym zaskoczeniem.
— Wydaje mi się, że ta kuchnia kiedyś stanie się miejscem posiedzeń — orzekł Will, który nadal wyglądał na zamyślonego. — Czemu mnie to nie dziwi?
Zignorowałem jego pytanie i podniosłem jedną brew, gdy Samael przemierzył dzielącą nasz przestrzeń i wepchnął mi tuzin czerwonych róż i bombonierę powodując, że kilka łodyg się połamało, a ja nie mogłem opanować szoku, gdyż tego momentu naprawdę nie przewidziałem i było to naprawdę przerażające. Czyżby tak właśnie żyli zwykli ludzie, nie mając pojęcia, co za chwile się wydarzy?
Jakoś nie dziwiło mnie, że ten sposób życia podoba się Jill, ale ja… naprawdę cieszyłem się, że mam swoje wizję, bo bez nich wydaje mi się, że nie umiałbym funkcjonować.
— Ona uciekła! Uciekła! Powiedziała, że mnie nienawidzi! — warknął, czerwieniąc się ze złości Samael. — A ty — pchnął mnie w pierś swoim palcem wskazującym — masz to naprawić! — syknął
Otworzyłem usta, aby jakoś zmniejszyć złość Samaela, ale ten już wyparował z kuchni trzaskając ponownie drzwiami. Zamrugałaem oczami starając się pojąć, co przed chwilą się wydarzyło, aż usłyszałem śmiech Willa, blondwłosy chłopak wręcz leżał na moim blacie i o mało nie rozpłakał się z nagłego napadu śmiechu.
— Z czego się śmiejesz? — Spytałem lekko podirytowany.
— Bo Magic jest z pewnością u Jill — zawołał Will zmywając się równocześnie z kuchni.
O cholera…

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Jill*

Nagłe przybycie rozpłakanej Maggie do mojego domku wprawił w ruch mój instynkt opiekuńczy, o którym istnieniu nie miałam pojęcia. Kogo widok rozpłakanej i zasmarkanej słodkiej czarnowłosej dziewczyny w (jak zwykle) niebieskiej garderobie (jeansach i T-shircie) nie wprawiłby w taki stan?
Naturalnie mój pingwin o imieniu Henryk siedział sobie na swojej białej chmurce latając nade mną jakbym została przeklęta przez wiedźmę i zmuszona była do wiecznej śnieżycy. Bynajmniej taki widok nie zszokował Maggie, która bez słowa rzuciła się w moje ramiona rycząc mi w moją czarną bluzę z ćwiekami, a która bez wątpienia po tym będzie nadawać się do wyrzucenia.
Skrzywiłam się z powodu swoich myśli, bo w tej chwili ważniejsze było samopoczucie Maggie, która wielokrotnie niemal nie niszczyła świata, ale jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak wielkim lamentem z jej strony, wręcz zanosiła się płaczem.
— Nie płacz, bo ci serduszko pęknie… — mruknęłam odruchowo ciepłym i cichym głosem.
Znieruchomiała i odsunęła się ode mnie.
Obydwie wpatrywałyśmy się z tak samo wymalowanym szokiem na twarzy, że takie słowa wypadły z moich ust, a przy okazji próbowałam przypomnieć sobie, gdzie ostatnim razem je usłyszałam i wtedy w moich wspomnieniach zamigotała postać kobiety o ciepłym lekko chropowatym głosem, którym oznaczały się osoby, które wypalały zdecydowanie za dużo papierosów, a miłość w jej głosie była wręcz wyczuwalna tak samo jak w jej bursztynowych tęczówkach.
— Jill… dobrze się czujesz?
Westchnęłam, bo przynajmniej udało mi się uspokoić Maggie.
— Sama nie wiem — wyznałam zgodnie z prawdą. — Chyba zaczynam popadać w depresję — mruknęłam.
Nagle twarz Maggie się rozpromieniła, a jej szeroki uśmiech był wręcz zaraźliwy, ale nie odwzajemniłam go tylko spojrzałam mniej wrogo na nią i czekałam na jej wyjaśnienia, czemu nagle wygląda tak jak Ryan, gdy…
Potrząsnęłam głową wściekła, że moje myśli w tej chwili biegną tylko w jedną stronę.
— Dzisiaj wieczorem do Obozu mają przybyć łowczynie Artemidy — wyjaśniła pełna entuzjazmu Maggie. — Jak zwykle odbędzie się walka o sztandar i..
Nagle Maggie przerwała, a na jej twarzy pojawiła się rozpacz i tyle było po jej wielkiej radości z powodu odwiedzin łowczyń. Na nowo w jej oczy się zaszkliły i stanęły w nich łzy, aby po chwili popłynąć nową porcja po jej zarumienionych od niedawnej ekscytacji policzkach.
Rzuciła się na mnie z godną wojownika szybkością i nie pozwalając mi się uwolnić ryczała w moją bluzę jak mała dziewczynka. Niestety objęła mnie za ramiona, więc nie mogłam jej również objąć, na ojej twarzy pojawiło się zrezygnowanie.

*          *          *

Jakiś czas później przyszedł Ryan.
Jego widok całkowicie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się, że rudzielec odważy się tutaj przyjść po tym jak mnie pocałował – z zaskoczenia!
Wstyd się przyznać, ale jakoś szczególnie nie byłam na niego wściekła, a jedynie lekko zaskoczona i znów poczułam to dziwne ciepło promieniujące od środka. Widok przygnębionego rudzielca był dziwnie bolesny, a swoje dłonie schował do kieszeni i stojąc przede mną z opuszczoną głową wymamrotał:
— Mogę pogadać z Maggie?
Zmrużyłam oczy i stanęłam rozkrokiem w progu drzwi, krzyżując przy okazji ramiona na piersi. Wpatrywałam się w niego, jakbym chciała wyczytać jego najskrytsze myśli, aż do czasu, gdy i on podniósł swoją głowę, a wtedy lekko zatonęłam w jego dwukolorowych tęczówkach.
Dech zaparło mi w piersi, w głowie się zakręci od natłoku odczuć.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że Ryan tępo się we mnie wpatruje i chce spotkać się z inną dziewczyną, traktując mnie jak służącą. Złość zagotowała się we mnie jak nagły podmuch powietrza, który poruszył włosami rudzielca. Spojrzał niespokojnie za siebie, a później zerknął na moje zaciśnięte w pięści dłonie i podniósł jedną brew do góry.
— Jesteś zazdrosna? — Nutka samozadowolenia pojawiła się w jego głosie. — Nie masz, czego się obawiać, moje serce należy tylko do ciebie!
Prychnęłam, a moja irracjonalna złość lekko zmalała.
— Nic mnie to nie obchodzi!
— Me serce krwawi od twych kłamstw — stwierdził z szerokim uśmiechem. — Jak możesz krzywdzić kogoś tak przystojnego, niesamowitego i oddanego swej jedynej miłości?
W odpowiedzi skrzywiłam się i cofnęłam o krok, a rudzielec biorąc to za zaproszenie ruszył z szerokim uśmiechem do przodu i w tej samej chwili zderzył się z drzwiami. Jęknął cicho, a ja uśmiechnęłam się podnosząc jeden kącik swoich ust.
— Kocham cię Złośnico! — Wrzasnął Ryan zza zamkniętych drzwi.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Okazało się, że Jillian uwielbia pianki.
Niby nic nieznaczące odkrycie, gdyby nie to, że syn Hefajstosa – Leo – pilnował, aby każdy dostał po równo, a Jillian dość nieumiejętnie zaczęła być niezwykle uprzejma i niemal powiedziała „Proszę”, aby dostać nieco więcej owych łakoci.
Czasami zachowanie Jillian naprawdę wskazywało, ze dziewczyna ma tylko piętnaście lat. Bo jakby, choć w tej chwili, cała jej stanowczość i wrogość zniknęły, gdy niemal (bo jednak się nie śmiała, a jedynie lekko podnosiła kącik swoich ust) się uśmiechała, a nawet żartowała, choć jej drażnienie się z innymi można by wziąć, jako najprawdziwszą groźbę.
Nie znałam Jillian, a przynajmniej nie tak dobrze jakbym chciała, ale przez ten czas odkryłam, że wiele osób odtrąca od siebie. Wybudowała wokół mur, mający na celu chronić ją, ale niestety nie wiedziałam, przed czym, choć miałam cichą nadzieje, że kiedyś mi to zdradzi, w końcu każdy z nas miał mroczne sekrety, a ja wiedziałam doskonale, jakie to uczucie.
Mimowolnie przypomniało mi się moje dzieciństwo.
Zadrżałam z przerażenia, a następnie spojrzałam w niebo na migocące na granatowym tle gwiazdy. Dzisiaj widok był bezchmurny i jakoś dziwnie pogrążył mnie w transie, westchnęłam, gdy letni wiatr owiał moją skórę. Naprawdę cieszyłam się tym, że lata w obozie trwa przez cały rok, bo choć coś tam popsułam i teraz na zawsze jest tu ciepło to ten jeden wypadek jakoś mnie nie zdołował.
Niespodziewanie poczułam koło siebie ruch i gdy odwróciłam głowę w kierunku osoby, która postanowiła usiąść koło mnie na powalonej kłodzie, leżącej niedaleko ogniska, miałam nadzieje, że okaże się nią Jillian, która skończyła już sprzeczać się z Leonem o tym, dlaczego jej należy się więcej pianek niż innym obozowiczom (a naprawdę znalazła ku temu argumenty!).
Pierwsze, co podpowiadało mi, że to nie Jillian była mroczna aura otaczającego mojego towarzysza i zanim spojrzałam na niego, wyczułam lekki zapach róż, co mnie zmyliło, ale gdy spojrzałam na poważny wyraz twarzy syna Tanatosa, u którego oczach kryło się przerażenie poczułam dziwny ucisk w sercu, zwłaszcza, że lewą dłoń wyciągnął w moim kierunku podając mi w ten sposób śliczną czarną róże, a co było niesamowite, bo nigdy takiej nie spotkałam.
Ostrożnie wzięłam w dłoń oferowany mi kwiat i zachichotałam cicho, gdy poczułam jego ciężar. Nie maiłam pojęcia, jakim cudem Samael skonstruował róże z czarnego szkła, która pachniała jak cały tuzin róż, ale byłam szczerze oczarowana, choć z niepewnością spojrzałam w jego miodowe oczy.
Zlustrowałam go wzrokiem, od jego czarnych włosów, które jak zwykle zmieniły swoją barwę wraz ze zmiana pory dnia, na jego miodowe oczy, zaciśniętą szczękę, która była wyraźnie podkreślona przez jego ostre rysy, a nawet spojrzałam na jego czarny podkoszulek z naddrukiem czerwonego (wydał mi się w nieco krwawy) kolorze i z czarnymi dodatkami w środku, które tworzyły coś na kształt stojącego rycerza z mieczem. Srebrny napis wchodził na skrzydła smoka i głosiły napis: „Dragon Age: Inkwizycja”.
Wpatrywałam się w ten napis, jakby miał mi od odpowiedzieć na wszystkie dręczone mnie pytania, nie miałam odwagi znów spojrzeć w miodowe oczy Samaela i dowiedzieć się prawdy, ale jak sama Jill mi doradziła: „nie powinnaś uciekać, a wręcz stawić czoła problemom”. Czasami córka Eola mnie przerażała z tym, jak dobrze radzi sobie w życiu – w przeciwieństwie do mnie.
— Maggie… — wyszeptał moje imię i zamilkł. — To dla ciebie — wyjąkał cicho.
Zamrugałam, gdy oczy mi zwilgotniały i powoli podniosłam głowę do góry, ktoś właśnie rozpalił ognisko i płomień ogrzał mnie w lewy bok twarzy, ale ja byłam urzeczona tym, jak nowy kąt światła zmienił całe oblicze syna Tanatosa, a raczej jego słowa. Ta chwila wydała mi się niezwykle intymna i wydawała się burzyć moje wszystkie wątpliwości.
— Dla mnie? — Szepnęłam cicho i zacisnęłam mocniej dłoń na ciepłej od mojej dłoni łodydze róży. — Ja… — zawahałam się i biorąc głęboki oddech, przymknęłam oczy i wykrztusiłam: — Kocham cię.
Nastała dziwna cisza, bo choć wokół nas trwały w najlepsze kilkanaście rozmów, a z tego wszystkiego można było usłyszeć wrzaski Jillian, która znów wydzierała się na Ryana, jak również skarżyła się (chyba) Chejronowi, że Leo nie dał jej pianek. Czy choćby taki Leo, który właśnie tłukł swoim młotkiem, którym walił jakiś stolik i wkurzał tym samym Drew, a która żaliła się na to swojej nowej przyjaciółce Lunie, a ta z kolei mamrotała coś pod nosem po łacinie, a co jej przyjaciółka kompletnie ignorowała (a były to przekleństwa różnego rodzaju).
Dla mnie ten cały chaos nie istniał, a jedynie siedzący koło mnie mój najlepszy przyjaciel.
Wzdychając cicho otworzyłam oczy, aby zobaczyć rysującą się ulgę na twarzy Samaela.
— Też cię kocham Czarodziejko — szepnął.
Euforia nagle opanowała całe moje ciało, moja radość była przeogromna i po prostu rzuciłam się na szyję mojemu przyjacielowi z dzieciństwa, ale… skoro wyznaliśmy sobie miłość, kim teraz byliśmy? Parą? Nie chodziliśmy na randki…
Pozbyłam się swoich wątpliwości, gdy silne ramiona Samaela objęły mnie i przycisnęły do jego ciała jeszcze mocniej. Zarumieniłam się wściekle, gdy posadził mnie na swoich kolanach i na nic zdało się moje wiercenie i próby ucieczki z jego objęć.
- Gdy udało mi się ciebie złapać Czarodziejko, już cię nie wypuszczę – oznajmił chłodno, ale z błyskiem ciepła w swoich miodowych oczach, ale nagle zmarszczył brwi. – Nie rozumiem tylko, czemu uciekłaś, gdy chciałem dać ci róże i czekoladki – wyznał.
Zachichotałam i schowałam twarz w jego ramieniu.
Byłam zbyt szczęśliwa, aby wyznać, że wtedy myślałam, że zakochał się w dziewczynie, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła mu chaotyczny sposób wyjaśniać, że od dawna go kochałam, ale wtedy zdałam sobie z tego sprawę, jak również, że namówiłam Jillian, aby pobiła jego nową dziewczynę, a ta ostatnia kwestia niezbyt spodobała się synowi Tanatosa.

*          ~          *          ~          *

Annabeth opadła bezwładnie na ziemię, a nad nią pochylał się wysoki mężczyzna odziany w czarne szaty. Westchnął i narzucił na swoje złote włosy kaptur, skrywając w mroku rysy swojej twarzy. Następnie odwrócił się w stronę przerażonej Rachel, która z kneblem w buzi i związanymi kończynami próbowała uciec jakoś z domku Ateny, ale mężczyzna nie przejął się zbyt jej próbami, a jedynie podszedł i nachylił się nad nią.
— Spójrz na mnie — rozkazał i złapał w dłoń jej twarz, ściskając na tyle mocno, aby pozostawić na jej skórze czerwone ślady po jego palcach. — Wyrocznio Delficka, chce poznać przepowiednie — rozkazał.
Rachel, rudowłosa dziewczyna z masą piegów, spojrzała na niego iskrzącymi się szmaragdowymi oczami, w których kryła się pogarda dla jego osoby. Bez wątpienia była nie tylko przerażona sytuacją, zaniepokojona o Annabeth, ale również wściekła na bezimiennego mężczyznę.
— Pseudologos.
Usłyszawszy kobiecy głos, Rachel odetchnęła cicho z ulgą i przymknęła na chwile oczy, a następnie zamrugała zaskoczona na widok kobiety, która oparła się swobodnie o jedną ze ścian niewielkiego pokoiku należącym do nieprzytomnej blondynki.
— Czemu opuściłeś ciało Annabeth?
Mężczyzna zignorował kobietę za swoimi plecami i dalej wwiercał spojrzenie w Rachel.
— Chciałem sprawdzić, czy mogę ją zmusić do pomocy, ale jest chroniona — skrzywił się lekko na własne słowa. — Gdy jestem w swoim ciele mam więcej mocy — wyjaśnił.
Westchnął cicho, a następnie podniósł się na równe nogi i spojrzał na kobietę, którą skrywał cień kąta pokoju. Padające światło księżycowe niewiele pomogło w oświetleniu ciemnego pokoju, ale nikt w tej chwili z dwójki bogów się tym nie przejął.
— Będziesz musiała ją zabrać — stwierdził Pseudologos.
— Oczywiście — natychmiast przytaknęła kobieta. — Nie chcemy, aby wypaplała prawdę, bo w końcu ktoś tutaj była aż tak głupi, że…
— Wystarczy Apate! — Warknął mężczyzna.
Mamrocząc pod nosem podszedł do nieprzytomnej blondynki, która wydawała się pogrążona w głębokim śnie, a następnie zmieniając się w gęstą czarną mgiełkę wniknął w ciało nieprzytomnej dziewczyny. Dokładniej mówiąc wyglądało to jakby całej jej ciało zostało nagle otulone tą tajemniczą mgiełką, a następnie dziewczyna otworzyła oczy, które przerażały swoją bezdenną ciemnością i kilkakrotnie mrugnęła, aby zwyczajny szary kolor tęczówek znów się pojawił.
— Musiałeś robić takie przedstawienie? — Spytała podirytowana Apate.
Pseudologos w odpowiedzi uśmiechnął się tajemniczo.
Następnie obydwoje spojrzeli na przerażoną rudowłosą dziewczynę, a następnie Apate podeszła do niej żwawym krokiem i przerzucając sobie przez ramię wiercącą się dziewczynę ruszyła w stronę wyjścia z domku. W końcu nie mogła teleportować się z tego miejsca, bo wtedy Dionizos dowiedziałby się o jej obecności. To było naprawdę wielkie utrudzenie, gdy Moros i Pseudologos będą zmuszeni zniwelować swoją moc przed dyrektorem obozu, aby móc bezpiecznie się tutaj rozglądać w poszukiwaniu Puszki.
— Uważaj na nią Apate — rozkazał męski głos wydobywający się z ust Annabeth.
— Spokojnie — odparła dziewczyna. — Obydwie świetnie się będziemy bawić, prawda?
W odpowiedzi łzy stanęły w oczach porwanej dziewczyny, która już nie próbowała ich powstrzymywać.
______________________________________________________________________
Od razu zacznę od tego, że nie udało mi się sprawdzić porządnie teksu, bo jeszcze dzisiaj go skończyłam i od razu dodaje - jak obiecałam! Dlatego przepraszam za błędy, które mogą pojawić się w trakcie czytania :(
Podejrzewam, że od następnego rozdziału zacznie się akcja z poszukiwaniem Puszki Pandory - a co wiąże się z opuszczeniem obozu i podróż po świecie, walkę z potworami itp.
W tym rozdziale dochodzi do pewnych rewolucji :D 
No i w poprzednim rozdziale zapomniałam wspomnieć o pewnej czytelniczce, która była na tyle miła, że podesłała mi przepiękny rysunek Ryana, jestem jej za to wdzięczna i przepraszam, że poprzednio zapomniałam o tym wspomnieć. Dziękuje Oli Birut za ten rysunek:
Pozdrawiam i dziękuje wszystkim za tyle cudownych i wspaniałych komentarzy!

sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział XI



"(...)To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…(...)"

Tydzień później…

Byłam wściekła.
Nie… to zdecydowanie zbyt słabe słowo, aby opisać moją chęć mordowania.
Herosi jakby czując nadchodzącą apokalipsę odsuwali się ode mnie jakbym zaraz miała wybuchnąć (a co było z całą pewnością jak najbardziej prawdopodobne). Idąca za mną Maggie, co chwila coś krzyczała, a przy okazji potykała się i wpadła na ludzi, choć oni sami od niej uciekali, więc nie wiem, jak to możliwie.
W umiejętności Maggie już nie wątpiłam, ale w tej chwili skupiłam się na piaszczystej ścieżce prowadzące do domku Apolla. Ignorowałam przy tym całkowicie ciekawskie szepty i komentarzy o tym, że znów kogoś zleje. Ktoś chyba nawet wspomniał o mojej nowej przyjaźni z córka Aresa, ale byłam zbyt skoncentrowana na wymyślaniu wszelkich tortur na pewnym herosie, aby się tym przejąć.
Gdy dodarłam do swojego celu, wpadłam jak burza do środka, powodując kilka pisków strachu, a ktoś nawet wyciągnął łuk ze strzałami. W takim przypadku po prostu to ignorowałam i skierowałam się w stronę kuchni (która pojawiła się w tym domku dość niedawno). Mijając niewielki salon, Will pomachał do mnie z uśmiechem, był już przyzwyczajony do moich ataków złości i kilkakrotnych próbach podpalenia obozu, ale jak wspominałam to akurat był wypadek.
Wtargnęłam do kuchni pchając ze złością drewniane drzwi, a które z hukiem walnęły o powierzchnie białej ściany. Złote szafki lekko błyszczały, gdyż przez otwarte okno do środka wpadały promienie słoneczne, a uśmiechnięty rudowłosy chłopak, wymachując tyłkiem z iskrami rozbawienia w oczach robił coś na kształt tańca przy muzyce z radia, choć nie przejął się chyba nawet tym, że właśnie raportowali w nim o trudnościach na jakiejś autostradzie.
Bez słowa usiadłam na metalowym hoker ze złotym materiałem na siedzeniu i kładąc dłonie na biały blat wyspy, wbiłam w Ryana ponury wzrok, czekając aż skończy swoje dziwactwa. Mniej więcej w tej właśnie chwili do pokoju wpadła Maggie, a co równało się z tym, że wywaliła się na progu drzwi, a one same walnęły ją w twarz. Następnie dość niezgrabnie wstała na dwie równe nogi, usiadła koło mnie. Na twarzy jak zwykle miała uśmiech, dość ciężko oddychała, a w jej włosach znajdowało się parę liści, a nawet gałęzi.
— Co tym razem zrobiłem? — Spytał wyjątkowo spokojnie Ryan.
— Ty już dobrze wiesz, co — warknęłam.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i spojrzałam na niego srogo, a przynajmniej próbowałam przybrać podobny wyraz twarzy do wściekłego boga – tu mam na myśli Pana D., a którego niejednokrotnie wyprowadzałam z równowagi. Mam nawet zakaz zbliżania się do Dionizosa.
Nagle Ryan odwrócił się do mnie, oparł biodrem o blat kuchenny i uważnie mi się przyglądając wyznał:
— Przyznaje się, powiedziałem wszystkim, że jesteś moją dziewczyną.
— To już wiem, mam to gdzieś, chodzi o tę drugą sprawę — niemal krzyknęłam z niecierpliwienia.
Poprawiłam się na siedzeniu i znów wbiłam w niego wzrok, a Maggie była jak zwykle cicho i spoglądając ze współczuciem na Ryana, czekała na mój wybuch.
— Dobra — westchnął rudzielec robiąc skruszoną minę. — Powiedziałem, że w blasku księżyca spotykamy się w miłosnym gniazdku i tam oddajemy rozkoszom naszych ciał.
Maggie sapnęła, a następnie jęknęła.
— To też wiem — oznajmiłam tracąc już niemal całą cierpliwość. — Mam gdzieś te twoje plotki o naszym wyimaginowanym związku! Chodzi o coś ważniejszego!
Ryan wpatrywał się we mnie z nieodszyfrowanym wyrazem twarzy, a następnie wybuchł radosnym śmiechem opierając się dla równowagi o blat kuchenny jedną dłonią, a drugą łapiąc się za brzuch. Jego oczy lekko się zaszkliły i potrząsnął z niedowierzaniem głową.
— Chodzi ci o tą historię z twoim byłym, martwym adoratorem, którego ja…
— Nie wiem, o czym znów bredzisz z tymi plotkami, ale mówiłam, że nie o to chodzi! — Krzyknęłam tracąc już całą cierpliwość. — Powiedziałeś całemu obozowi, że nie umiem strzelać z łuku!
Maggie spadła z hokera z łomotem, a gdy na nią spojrzeliśmy na jej twarzy malowało się prawdziwe niedowierzanie. Potrząsała głową i mamrotała coś cicho pod nosem, miałam tylko nadzieje, że nie jest to z kolejnych zaklęć, bo dość miałam już latających garnków, strzał i pływających świni w jeziorze.
— Przecież ty nie umiesz strzelać z łuku — zauważył Ryan.
— Nie musiałeś tego mówić wszystkim!
Rudzielec również potrząsnął głową i westchnął, ukłonił się mi niczym średniowieczny rycerz i z powagą powiedział:
— Wybacz mi zacna dziewojo, za mą miłość, lecz tyś lśnisz pięknością swą niczym najcudowniejsze ze słońc, a ja niegodny doglądać twą wspaniałość, schylam ku tobie czoło z gorliwością i błagając o wybaczenie mówię: Kocham cię!
— Idiota! — Warknęłam.
Podniosłam się gwałtownie z hokera i ruszyłam bez słowa w stronę drzwi, kątem oka widziałam szeroki uśmiech na twarzy Ryana i usłyszałam cichy chichot Maggie. Gdy drzwi od kuchni się zamknęły za mną, rozejrzałam się po salonie, widziałam jak około tuzina twarz spogląda na mnie z niepokojem, jakby chcąc się upewnić, że zły lew został ugłaskany.
Ze wściekłości kopnęłam skrawek dywanu, a najmłodsi z dzieci Apolla z piskiem uciekły z pokoju.
No naprawdę, nieco przesadzają!
— Oni lubią dramatyzować — powiedział Will podchodząc do mnie. — To, co uciszymy te plotki o twoim braku umiejętności łucznika?
— Może innym razem Will, jestem umówiona na sparing z Clarisse — powiedziałam z westchnieniem.
Syn Apolla, którego spotkałam pierwszego dnia mojego pobytu w obozie, gdy mnie uleczył, stał się niemal moim przyjacielem. Szczerze mówiąc ostatnio trzyma się mnie, blisko, bo ilekroć gdzieś idę, zrządzeniem losu wpadam na Nico, a wtedy obydwoje wpatrujemy się w siebie z żądzy mordu, a Will, jako łącznik między nami nas uspakaja.
— Dobra — mruknął z lekkim uśmiechem Will.
W tej samej chwili z kuchni wypadła Maggie, co spowodowało, że reszta herosów zmyła się z pokoju.
Nie ma to jak sympatyczne dzieci Apolla.

*          *          *

Brałam udział w niejednej bijatyce i wychodziłam z nich w miarę dobrym stanie, to jednak sparingi z Clarisse okazały się zdecydowanie trudniejszym orzechem do zgryzienia. Wcześniej sądziłam, że walka z nią nie będzie trudna, a może nawet trochę zabawna, ale już od kilku dni to ja za każdym razem leżałam na plecach, a ostrze jej miecza dotyka mojego gardła, wówczas jej orzechowe oczy lśnią triumfem, a ja miałam ochotę użyć mocy swojego ojca, aby ten wyraz samozadowolenia z jej twarzy zmyć.
Dzisiejszy walka miała być inna, a przynajmniej ja miałam takową nadzieje, że w końcu uda mi się rozłożyć córkę Aresa na łopatki. Musiałam przyznać, że jako córka boga wojny Clarisse była naprawdę poważnym przeciwnikiem. Zastanawiałam się nawet, czy kiedyś nie spotkałam jej ojca, bo moje towarzystwo odkąd straciłam matkę i babkę, było… powiedzmy sobie szczerze ja nie miałam znajomych, bo ze wszystkimi się biłam.
Samowolnie moje dłonie zacisnęły się na trzonie mojego miecza, który był źle dla mnie wyważony, gdyż jego ciężar przechylał się dość mocno do przodu, a to niestety było dość mocnym utrudnieniem w przypadku, gdy blokowałam ciosy Clarisse, bo moje ramiona wręcz błagały o pomstę do niebie, a na dodatek kilkakrotnie niemal straciłam równowagę.
Tego dnia po rozmowie z Ryanem miałam więcej energii na walkę, ale nie tylko ja i córka Aresa wybrałyśmy się na arenę trochę powalczyć. Wokoło nas rozbrzmiewały echem krótkie okrzyki bojowe, jęki, przekleństwa, ale przede wszystkim dźwięk zderzającej się ze sobą stali.
Chłodne powietrze przyjemnie owiewało moją spoconą skórę, a ja starałam się wyregulować swój oddech, choćby najmniejszym stopniu tak precyzyjnie, jak robiła to moja przeciwniczka, a choć kilka dłuższych kosmyków spadło mi na twarz, nie zamierzałam w tej chwili ich poprawiać, a nawet zaczęłam się zastanawiać nad zapuszczeniem ich i to tylko po to, aby podobnie jak Clarisse związać je w ciasną kitkę.
Wysunęła lewą stopę do przodu, a ja od razu ustawiłam się w lekkim rozkroku, czekając na atak z jej strony. Nagle zaatakowała mnie z prawej strony i z ledwością udało mi się odparować jej cios, aby po chwili zaatakowała mnie od dołu. Nacierała na mnie z niesamowitą płynnością i siłą, czego mogłam jej jedynie pozazdrościć, powoli się cofałam, tylko po to, aby zwiększyć odległość między nami i w którymś momencie, nie udało mi się odbić jej uderzenia, więc szybko odskoczyłam.
Nie zrobiłam tego jednak dość szybko i na mojej szarej bluzce z niebieskim psem powstała niewielka dziura, a dokładniej na prawym boku. Szybko rzuciłam na nią okiem, krzywiąc się, gdy powoli materiał zaczął przesiąkać krwią. Poczułam przy tym lekki metaliczny zapach, który mieszał się z zapachem mojego potu.
— Pierwsza kropla — zawołała Clarisse.
Skrzywiłam się w odpowiedzi na jej słowa i natychmiast zbliżyłam się do niej, ciemne oczy mojej przeciwniczki zmrużyły się, choć na jej twarzy nadal był ślad samozadowolenia. Stanęłam w pewnej odległości od niej i obydwoje przyglądaliśmy się sobie badawczo, a po chwili wysunęłam nogę i zaatakowałam. Byłam naprawdę szybka w działaniu i choć Clarisse miała spory staż w tej branży, to jednak i ona miała problem z nadążaniem za mną.
Nagle ona syknęła, a jej źrenice zwęziły się w małe szparki. Zerknęłam na jej ramię, gdzie czerwona linia natychmiast zaczęła dość obficie krwawić. Mimowolnie wygięłam usta w uśmiech, ale ten mały moment mojej nieuwagi został wykorzystany przez Clarisse, która nagle przykucnęła i podcięła mi nogi. Byłam tak zaskoczona, że wywaliłam się na ziemię, ale zanim córka Aresa zdążyła do mnie podskoczyć z mieczem, ja położyłam dłonie po bokach mojej głowy, a nogi przyciągnęłam do piersi, by następnie odbić się od podłoża, walnąć zbliżającą się Clarisse i stanąć na równe nogi.
Obydwie równocześnie się skrzywiłyśmy.
— Nieźle — skomentowała.
— Zabawnie — dodałam.
Następnie obydwie zaszarżowałyśmy na siebie z cichym okrzykiem bojowym. Nasze miecze uderzyły o siebie z niesamowitym hukiem, przy czym mój z powodu złego wyważenia wypadł mi z dłoni i poleciał do tyłu odbijając się od twardej ziemi z cichym brzękiem.
Clarisse skorzystała z tej okazji i przystawiła mi natychmiast ostrze swojego miecza do gardła.
— Wygrałam — stwierdziła z samozadowoleniem. — To już sześć do zera — dodała
Ponownie tego dnia się skrzywiłam, a gdy opuściła miecz, przedarłam wierzchem dłonie swoje spocone czoło i odgarnęłam kosmyki swoich ciemno czekoladowych włosów do tyłu, wzdychając przy tym z niezadowoleniem.
— Tylko, dlatego, że miałaś lepiej wyważony miecz — stwierdziłam zgodnie z prawdą. — Gdy w końcu uda mi się znaleźć odpowiedni dla mnie, pokonam Cię z jedną ręką za plecami — dodałam.
Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie i pokręciłam głową z politowaniem.
— Śnisz Taylor — oznajmiła.
Wyszczerzyłam swoje ząbki w szeroki uśmiech, podobnie jak to zrobiła Clarisse i kiwając sobie w cichym porozumieniu głową, odwróciliśmy się i rozeszłyśmy się każda w swoja stronę. Kątem oka widziałam jeszcze, jak córka Aresa podnosi wysoko miecz nad głową, a to spowodowało wybuch radości jej rodzeństwa, które jak zwykle przyszło nas obserwować.
Podniosłam swój miecz z ziemi i ruszyłam w stronę zbrojowni, która na szczęście została już naprawiona po moim niecodziennym „uznaniu”. Jednak przechodząc koło walczących, zauważyłam blondwłosą dziewczynę, która przyglądała mi się z niezwykłą uwagą, a gdy nasze oczy się spotkały, zobaczyłam jej czarne puste oczodoły, które spowodowały gęsią skórkę na mojej skórze.
Zatrzymałam się i wgapiałam się w nią szeroko otwartymi oczami, a ona podobnie jak ja wyglądała jakby ktoś właśnie uderzył ją garnkiem w głowę. Przełknęłam ślinę, czując nagłą chęć ucieczki przed tą dziewczyną, co nie zdarzało się mi zbyt często, szczerze mówiąc podobną reakcję miałam, gdy mój ojciec przychodził mnie odwiedzać, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, ale miłość wygrała z wrodzonym strachem do niego.
Podejrzewałam, więc że dziewczyna wcale nie jest herosem, ale kim w takim razie jest?
— Annabeth! — Krzyknął ktoś.
Blondynka natychmiast odwróciła ode mnie spojrzenie i spojrzała na blondyna biegnącego w jej stronę, a ja wykorzystałam tą chwile jej nieuwagi, aby się uciec z pola jej widzenia. W głowie za to miałam istny chaos, bo czyżby w obozie działo się coś niedobrego?
Moja natura harpii wrzeszczała z czystej ciekawości i pewności, co do tego, że dzieje się coś naprawdę niedobrego, a ja wręcz musiałam wetknąć w to swój ciekawski nos.

*          ~          *          ~          *

Usta Thalii wygięły się w podkówkę, gdy Artemida odwróciła się do niej tyłem. Bogini oczywiście nie widziała ponurego i pełnego pogardy spojrzenia, jakie dziewczyna jej wysłała, a jedynie była zadowolona z tego, co udało jej się usłyszeć i nawet nie podejrzewała, że jej Łowczyni została opętana przez jednego z bogów wypuszczonych z Puszki Pandory, nie podejrzewała, że właśnie zdradziła plan swojemu wrogowi, a choć o tym nie wiedziała, to dla Thalii-Morosa była to jedyna wskazówka, ze Apate ich jeszcze nie zdradziła.
— Jak sobie życzysz, pani — stwierdziła cicho Thalia.
Artemida w ciele ośmioletniej, rudowłosej dziewczynki z masom biegów i o niesamowitych zielonych oczach, którego kolor przypominały letnią trawę, uśmiechnęła się do niej szeroko odwracając znów w jej stronę. Kiwnęła z zadowoleniem głową, gdy dziewczyna odwróciła się i leśną drogą wracała w stronę swojego obozowiska, gdzie wraz z resztą jej łowczyń miały nazajutrz wyruszyć do obozu herosów po przepowiednie.
Bogini łowów westchnęła cicho wypuszczając parę ciepłego powietrza z usta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy usłyszała śpiew ptaków z pobliskich drzew. Bo choć robiło się naprawdę chłodno (jak przystało na początek grudnia) to nie miała, co marzyć o zobaczeniu śniegu w tej części świata, a znajdowała się właśnie w Indiach.

*          *          *

Nagły wybuch śmiechu Apate zwrócił uwagę Pseudologosa, który skrzywił się z obrzydzeniem w stronę radosnej bogini nieszczęścia i zdrady, która w tej chwili nie wyglądała ani na zaniepokojoną (w przeciwieństwie do niego), ani na nieszczęśliwą (również w przeciwieństwie do niego).
Skrzyżował ramiona na piersi i wbił w nią wzrok opierając się o domek Ateny, który dość niedawno został przykryty nową warstwą białej farby. Dyskretnie jednak zerknął na boki, czy nikt z herosów ich nie słyszy i ponownie skupił całą swoją uwagę na podstępnej bogini.
— To nie jest śmieszne, ja boje się harpii — wytknął jej. — Każdy czegoś się boi — dodał.
Apate roześmiała się jeszcze głośniej, a w jej czarnych oczach pojawiły się łzy, łapiąc się za brzuch próbowała wyregulować oddech i poskromić swój wybuch wesołości. Pseudologos dalej wpatrywał się w nią, ale tym razem z rosnącą złością.
— Co tutaj robi harpia? — Spytała Apate, gdy udało jej się nareszcie uspokoić.
— Nie wiem — mruknął z niezadowoleniem Pseudologos. — Wygląda na to, że córka Eola i Melindy jednak jest nieco starsza niż głosiły pogłoski — dodał z niezadowoleniem.
Apate nagle spoważniała i skrzywiła się lekko.
- To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…
— Syn Aine również — stwierdził ponuro Pseudologos. — Widziałem jak za nią lata — dodał.
To były nieprzewidziane komplikację, bo syn Aine – Ryan – znany, jako syn Apolla, mógł im naprawdę zaszkodzić, jeżeli choćby młoda harpia zwróci na nich najmniejszą uwagę, a ponieważ Aine była naprawdę potężną heroską, jak również byłą ulubienicą swojej matki…
— Cholera — przeklęła Apate.
— Wyjęłaś mi to z ust — oznajmił ponuro Pseudologos będący dalej w ciele Annabeth. — Powinnaś pogadać ze swoim bratankiem — zakpił.
Apate ten pomysł ani trochę się nie podobał, a tym bardziej, że ich sytuacja zaczynała się coraz bardziej komplikować, a na dodatek mieli coraz mniej czasu do zimowego przesilenia wtedy, gdy wszyscy bogowie Olimpijscy spotykają się w jednym miejscu – najlepsza szansa na uwięzienie ich.
— Cholera — podsumowała wszystko Apate.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Uśmiechnęłam się niepewnie w stronę Samaela, ale wątpię, aby mnie tutaj zobaczył, gdyż właśnie chowałam się za drewnianą ścianą z powieszonymi na niej łukami i strzałami. Zerknęłam jeszcze raz, ostrożnie na profil białowłosego chłopaka, a łzy same naleciały mi do kącików oczów, gdy odwrócił się w moją stronę, szybko się jednak schowałam, ale niestety potknęłam się o wystający konar i kilka iskier nagle ze mnie uleciało.
Po chwili już drewniana ściana stanęła w ogniu.
— Maggie, ile razy mam Ci powtarzać, żebyś się nie chowała? — Spytał Chejron podchodząc do mnie ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. — Dziecko drogie, gdzie jest Jill?
Moja warga zadrżała, a w momencie, gdy herosi gasili pozostałości po mojej kryjówce, ja rozpłakałam się na dobre, wtulając swoją głowę w klatkę piersiową centaura. Objął on i poklepał ze spokojem po plecach, niejednokrotnie już płakałam bez żadnego powodu, ale tym razem moja przyjaźń, która trwała od dzieciństwa z Sammy’m miała się rozpaść na kawałeczki, a to był powód do płaczu.
— Zajmę się Czarodziejką Chejronie — zawołał znajomy mi głos, a następnie silne dłonie objęły mnie pod pachy, aby moja głowa chwilę później wtulała się w czarny materiał. — Coś się stało maleńka?
Na dźwięk jego miękkiego głosu rozpłakałam się jeszcze bardziej i niestety znów usmarkałam mu jego ulubiony T-shirt z jakąś rockową kapelą. Chłopak przycisnął mnie mocniej do siebie, gdy starałam się uwolnić, a następnie jego ciepła duża dłoń spoczęła na tyle mojej głowy, przyciskając ją mocniej do jego lewej piersi.
To sprawiło, że wybuch mojego płaczu trochę minął, dźwięk bijącego serca chłopaka był dla mnie dziwnie uspakajający, choć poczułam jak moje policzki bez żadnego racjonalnego powodu robią się ciepłe. Mój oddech nieco się wyrównał i poruszyłam się niespokojnie dając do zrozumienia mojemu przyjacielowi, że już się uspokoiłam.
Ku mojemu zaskoczeniu jego ramiona zacisnęły się jeszcze mocniej, a ja, choć bardzo chciałam podnieś głowę do góry i spojrzeć w jego miodowe oczy, z powodu jego ręki na mojej głowie nie mogłam tego zrobić i naprawdę chciałam poznać jego myśli, które kotłują się w jego białej główce.
— Sammy…
— Poczekaj — poprosił ściskając mnie na chwilę mocniej, co spowodowało, że powietrze z moich płuc uleciało, a następnie nieco rozluźnił uścisk, nadal mnie jednak nie wypuszczając. — Daj mi się nacieszyć.
Nie rozumiałam, o co mu chodzi i gdy miałam właśnie się spytać, on wypuścił mnie z ramion, a ja poczułam się dziwnie opuszczona bez jego szerokich ramion, które obejmowały mnie jak bezpieczny i ciepły kokon, chroniąc od całego zła świata.
Potrząsnęłam głową chcąc wyzbyć się moich dziwnych myśli.
— Unikasz mnie — wyznałam nagle w przypływie pewności siebie.
Pociągnęłam lekko nosem, a na ten gest Sammy wyjął z tylnej kieszeni paczkę chusteczek higienicznych w niebieskim opakowaniu i podał mi je. Kiwnęłam głową, dziękując mu i wyciągnęłam jedną sztukę wycierając pośpiesznie oczy i wysmarkując nos.
— Nie unikam — stwierdził i skrzywił się lekko, chowając resztę chusteczek do kieszeni. — Po prostu, jako grupowy swojego domku mam masę roboty i… no cóż również unikam Luny — wyznał.
Poczułam nagłą chęć złapania tej Brytyjki za jej szczupłą szyjkę i pozwolić swojej magii zająć się nią, nie wiedziałam skąd nagle miałam takie dziwne emocję, czyżbym dorastała?
Sammy spoglądał na mnie z zaniepokojeniem.
— Maggie… — zawahał się przez chwilę. — Ja… ty… nigdy… — lekko się zaczerwienił i odchrząknął. — Będę przy tobie trwać — wymamrotał cicho.
Zamrugałam oczami i uśmiechnęłam się szeroko.
— Będziesz moim wiernym przyjacielem! — Zawołałam. — Jak pies!
Syn Tanatosa skrzywił się na to porównanie i na moje słowa, ale jedynie kiwnął głową z dziwnie posępną miną, jakby zgadzając się na choćby takie rozwiązanie. Wyznam szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałam jego emocji, choć byłam naprawdę szczęśliwa, gdy nasza przyjaźń się zaczęła i nigdy bym jej nie przerwała, choćby nie wiem, co się działo, bo nie chciałam stracić Sammy’ego.
— Wiesz, że Ryan rozpowiada plotki? — Zawołałam z nagłym przypływie entuzjazmu. — Jill się wkurzyła, więc za nią pobiegłam! — Podeszłam bliżej do Sammy’ego i złapałam go za ramię, gdy próbował delikatnie wycofać się z pola mojego widzenia. — Też bym chciała, żeby chłopak był taki romantyczny! Odkąd ma kuchnie, to robi jej te ciastka… - paplałam tak jeszcze jakąś godzinę.

*          *          *
*Perspektywa Ryana*

Wgapiałem się jak głupi w chłopaka przede mną, oparłem się biodrem o szafkę i skrzyżowałem ramiona na piersi, spoglądając na ponurego syna Tanatosa, którego białe kosmyki były w całkowitym nieładzie, podobnie jak moja rudawa czupryna, przy czym ja zazwyczaj nosiłem na głowie czarną czapkę, a moje włosy sięgały mi już prawie do obojczyka, odgarnąłem z czoła swoją długą grzywę i uśmiechnąłem się w końcu do chłopaka.
— Czyli kochasz Maggie i nie wiesz, jak jej to powiedzieć?
Nie oczekiwałem od niego odpowiedzi, gdyż bardziej stwierdziłem niż spytałem, ale chłopak skrzywił się w naprawdę żałosny sposób i kiwnął mi potakująco głową. Byłem szczerze ubawiony jego postawą, ale w końcu musiałem się z nim zaprzyjaźnić, bo moja przyszła żona z pewnością będzie przyjaźnić się z Maggie, a co niesie za sobą spotkania z jej przyszłym mężem – Samaelem.
— Wspomniałeś jej o swoich uczuciach? — Spytałem nagle.
— Wspomniałem, że będę przy niej trwać — oznajmił napiętym głosem.
Podniosłem jedną brew i zaśmiałem się głośno.
— Jak pies? – Spytałem kręcąc głową z niedowierzaniem. — Bo to tak brzmi, koleś - znów pokręciłem głową. — Chęć stworzenia poważnego związku wiąże się z indywidualnym podejściem do każdej kobiety, więc podryw…
Przerwałem nagle, bo mój wzrok został zasłoniętym przez czarną mgłę, wir powili wciągał mnie, a ja czułem jak moje ciało staje się ciężkie jakby było wykonanie z ołowiu, a do tego nagły atak migreny, był jak zwykle oznaką zbliżającej się wizji, już po chwili barwy różnych kolorów zaatakowały mnie, na chwilę oślepiając, a po chwili widziałem już jak…

Thalia uśmiechnęła się do mnie smętnie, właściwie sam nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale jej czarne włosy i niebieskie oczy były dla mnie podpowiedzią, bo już raz je widziałem, w pewnej wizji wraz z Jillian, kiedy to ona minęła ją na ulicy koło swojego domu.
— Jest już za późno — stwierdziła nagle męskim głosem, a jej oczy stały się czarne.
Nagle spostrzegłem w jej dłoniach złotą szkatułkę ozdobioną przez przeróżne kamienie szlachetne, a ja poczułem w swojej dłoni coś ciepłego. Otworzyłem ją i spostrzegłem w niej złoty kluczyk z czarnym rzemykiem. Znów zerknąłem w stronę uśmiechniętej dziewczyny.
- To było tak samo łatwe jak zabranie dziecku lizaka – stwierdziła z samozadowoleniem.
— Zaraz skopie Ci tyłek! — Warknęła koło mnie Jillian, a uśmiech Thalia zniknął.
— Nie możesz nic zrobić, dopóki mam… — nagle zamilkła.
Sięgnęła dłonią do kieszeni, ale nie znalazłam tam tego, czego szukała, a jej nienawistne czarne oczy spoczęły na mnie z chęcią mordu. Doskonale zdałem sobie sprawę, że mam coś, co do niej należy i w tej chwili naprawdę się cieszyłem, że kiedyś bawiłem się w kieszonkowego złodziejaszka.
— Zabije was! Zabije was wszystkich! — Wydarła się z wściekłością Thalia.
Następnie jej ciało opadło na ziemię, a przed nami z szarego dymu zaczął kształtować się ludzki kształt, a raczej boski, bo czarne puste oczodoły wpatrywały się w nas z czystą nienawiścią…

Nagła jasność mnie oślepiła i gdy zacząłem mrugać powiekami, zdałem sobie sprawę, że znajduje się na powrót w swojej kuchni, a nie w najbliższej przyszłości. Spostrzegłem, że mój towarzysz nie poruszył się z miejsca, tylko przyglądał mi się z niesamowitym spokojem jak na niego przystało. Wyszczerzyłem się do niego radośnie.
— Wygląda na to, że w muszę chronić moją narwaną przyszłą żonę — stwierdziłem zagadkowo.
Nie miałem ani grama podejrzenia, co do tego, przez kogo wpakowaliśmy się w mojej wizji w takie kłopoty, dlatego również wyjąłem z kieszeni złoty kluczyk, który dzisiaj znalazłem w jednej z szuflad w swojej kuchni. Do tej pory sądziłem, że jest do klucz do jakiejś spiżarni, czy czegoś, ale teraz…
Teraz wiem, że czeka nas mała wojna.