KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Will Solace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Will Solace. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2015

Rozdział XV

"(...)już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz(...)"

Dwóch synów Apolla ruszyło w stronę jeziora, szli w ramię w ramię, a dla postronnego obserwatora, było czymś oczywistym, że panuje między nimi, jakieś napięcie. W tej chwili, to jedynie Ryan, zdawał sobie sprawę, że wścibska córka Eola, gdy tylko zobaczyła, jak wymykają się z ogniska, ruszyła w ich stronę. Mając za nic ich prywatność i wciskając Nico pod opiekę Maggie i Samaela (co musiało skończyć się jakąś tragedią) ruszyła w ich stronę.
Will, zaś zamyślał się nie tylko o wydarzeniach w domku Apolla, ale również o fakcie, że Jill i Ryan w czasie ogniska trzymali się za ręce i choć Rudzielec wyglądał na dziwnie wniebowziętego, to jego „dziewczyna” najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, co ten mały gest oznaczał dla plotkarzy (córek Afrodyty).
Wielu herosów ruszyło do swoich domków, toteż we trójkę (Will nie skomentował momentu, w którym Jill nagle pojawiła się koło nich) żegnali się ze znajomymi, jednocześnie, każde z nich było pogrążone we własnych myśli.
Gdy tylko doszli do wschodniego brzegu jeziora, cisza między nimi stała się niezręczna, a atmosferę napięcia można byłoby kroić siekierą. Jill wbiła swoje spojrzenie w drewniane pomost, który miał kilka metrów długości, był wsparty na drewnianych balach i przycumowane do niego były kajaki, a w jeden z nich, jak zahipnotyzowana spoglądała Jill, widząc jak delikatne fale na spokojnym jeziorze wprawiają go w delikatny ruch.
Will zaś spoglądał z uwagą na kręcącego się wokół nóg pingwina, a którego córka Eola skutecznie ignorowała. Solance zmarszczył, starając się sobie przypomnieć, jak brzmiało imię tego czarno-białego ptaka.
„Henryk – przypomniał sobie z zaskoczeniem. – Pingwin nazywa się Henryk”
Ryan odchrząknął zwracając tym na siebie uwagę wszystkich swoich towarzyszy, również i Henryka, a następnie starając się zamaskować malujące się zmartwienie w swoich dwukolorowych tęczówkach, posłał im szeroki uśmiech.
— Moja matka była rzymską heroską — oznajmił.
Te słowa zszokowały jedynie Willa, ale Jill wcale nie wyglądała na tak bardzo przejęta jego słowami, wręcz według Solace, panna Taylor wydawała się obojętna na tę rewelację, jakby nic ona według niej nie zmieniała. To jeszcze bardziej zszokowało Willa, choć on sam nie mógł nawet się domyślić, jaki chaos wybuchnął w umyśle córki Eola.
— Czyją była córką? — spytał Will, choć już domyślił się prawdy.
Uśmiech Ryana trochę zmalał, a on sam pustym wzrokiem spojrzał się w stronę jeziora, jakby chcąc w ten sposób uzyskać stracony spokój. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, a on sam starał się nie wybuchnąć gniewem, na myśl, w jaki sposób stracił swoją matkę, a tym bardziej, jak bardzo za nią tęsknił.
— Była córką Nox — odpowiedział, a po chwili dodał: — Jest to rzymski odpowiednik, greckiej bogini Nyks.
— Jesteś jej wnukiem, wnukiem bogini Nyks — szepnęła zaskoczona Jill, tym samym odezwała się pierwszy raz w ich towarzystwie. — Masz z nią dobry kontakt?
Pytanie Jill było tak absurdalne i niepodobne do niej, że Will już otwierał usta, aby wyjaśnić jej, że boginie NIE spotykają się ze swoimi dziećmi, a co dopiero z wnukami. Zanim zdążył uformować, choć jedno słowo, odezwał się Ryan:
— Tak, w sumie nie było najgorzej… znaczy, potępiała to, że jej córka zadała się z greckim odpowiednikiem Apollina... w końcu mieszana krew, nie jest dość dobrze widziana, a zwłaszcza wśród rzymian — wyznał wyruszając przy tym ramionami. — Więcej gadała, niż robiła – dodał z lekkim rozbawieniem. — Poza tym, nigdy jakoś szczególnie nie trzymała się zasad Jupiter… znaczy Zeusa.
Will pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, a Jill skrzywiła się, gdyż nadal nie pojmowała, jak Zeus mógł zakazać bogom zajmowania się swoimi dziećmi półkrwi. Mimo tej wiadomości, jakoś jeszcze nie wybaczyła swojemu zwariowanemu tatuśkowi i nadal toczyła z nim małą „wojnę rodziną”.
— A czemu… — Will spojrzał na Jill, ale postanowił kontynuować. —... czemu tak się… zmieniłeś? — spytał.
Jill podniosła Rudzielcowi wściekłe spojrzenie, co miało znaczyć, że nadal nie znosi, jak ktoś coś przed nią ukrywa. Ryan, jednak zignorował pytanie swojego brata przyrodniego, aby ze szczegółami wprowadzić Jill, w sytuację, jaka wydarzyła się w domku Apolla. Wspominając tym samym o swojej utracie kontroli i przejęcia jego umysłu, przez mroczną moc jego babci, a swoją opowieść zakończył ze słowami:
—… twój głos jest tak piękny, że wydostanie mnie zawsze z najciemniejsze, najmroczniejszej i najniebezpieczniejszej sytuacji! Jesteś moim zbawieniem Jillian Vivienne Taylor!
Will drgnął na dźwięk jej drugiego imienia… coś mu się przypomniało… czy nie tak nazywała się harpia… potrząsnął głową wyzbywając się takich myśli. Uśmiechnął się lekko, gdy Jillian kopnęła niespodziewanie Rudzielca w krocze, a następnie z jękiem upadła na tyłek masując obolałą stopę i piorunując wzrokiem wesoło uśmiechniętego Rudzielca, choć nie powstrzymała się od łamania języka łacińskimi obelgami.
— Ryan, czemu wtedy… byłeś taki? — spytał ponownie Will, nadal nie mogąc pojąć tego w całości. — Ryan?
Rudzielec westchnął, zasmucony końcem zabawy ze swoją ukochaną, gdyż uwielbiał, gdy słodka twarz Jill robiła się czerwona ze złości, była wtedy taka śliczna! Spojrzał prosto w oczy swojego rozmówcy i tajemniczo oznajmił:
— Wszystko we wszechświecie ma swoją równowagę, nic nie może być za jasne, a nic za ciemne, za dobro często płaci się złem.
— Co? — Spytali jednocześnie Will i Jill.
Ryan parsknął śmiechem widząc ich nic niezrozumiałe miny.
— Ciężko to wyjaśnić… — wyznał. — Nie używam mocy swojej babci, bo nie umiem jej kontrolować, ale ona stale rośnie we mnie, buzuje i mam takie… jakby napady, a moje ciało i umysł stara się wydostać nadmiar mocy, wtedy… cóż… po prostu się nie kontroluje, a staje się dość rasistowskim rzymianinem… ale gdybym nim był na pełny etap, to jestem pewien, że w tamtych czasach zrobiłbym z Ciebie Jill swoją niewolnicą, a wtedy musiałabyś mnie poślubić — oznajmił uśmiechając się szeroko. — Do zobaczenia później!
Dwójka Herosów została sama nad jeziorem, a słowa Rudzielca dochodziły do Jill w zwolnionym tempie. Nie mogła ona uwierzyć, w to, co przed chwilą usłyszała. Sycząc cicho, natychmiast podniosła się na równe nogi, ignorując promieniujący ból z prawej stopy, a następnie z wrzaskiem „Ryan! Ty dupku! Szykuj się na kastrację!”, ruszyła za nim.
* ~ * ~ *
Moja żądza krwawej zemsty skończyła się niestety tylko na marzeniach, bo Rudzielec rozmył się w powietrzu. Nie mając innego wyjścia, po prostu ruszyłam w stronę swojego domku, a przy okazji ucieszyłam się w duchu, że mój pingwin, gdzieś się zapodział, choć poczucie winy, że biedny Henryk Nielot (jak go zaczęłam nazywać) się, gdzieś zgubi, a jakiś potwór mógłby go pożreć na deser… cóż, po raz pierwszy dowiedziałam się, że mojej sumienie jest bardzo głośnie i nie daje mi spokoju.
Ruszyłam w stronę obozu, przystając chwilę, gdy dostrzegłam ruch między gałęziami drzewa. Niespodziewanie zobaczyłam wychodzącą dziewczynę, zmarszczyłam brwi, gdyż wydawało mi się, że Łowczynie Artemidy (tak nazywały się jedynie dziewczyny, które poprzysięgły służbę u bogu bogini Łowów) opuściły już obóz. Podobno miały szukać śladów bogów z Puszki Pandory, a dokładniej zapolować na nich.
Dlatego widok, dziewczyny o krótkich czarnych włosach, przewieszonym przez ramię łuku wydał mi się dziwny, a jednocześnie wydawało mi się, jakbym miała jakieś deja vu. Może i bym, to zignorowała, gdyby Łowczyni mnie nie dostrzegła i nie ruszyła w moją stronę, pewnym i szybkim krokiem.
Gdy dostrzegłam jej twarz w słabym świetle księżyca, zrozumiałam, że była to ta tajemnicza Łowczyni, która podobno zaatakował bóg Moros, a dla jej dobra miała pozostać jeden dzień dłużej w obozie, aby sprawdzić, czy aby na pewno opuścił on jej ciało.
Stając przede mną, mogłam wyczytać z jej postawy, że jest tak samo pewna siebie, jak ja. Przypominała mi trochę Clarisse, z którą ostatnio się zaprzyjaźniłam, ale podskórnie wyczuwałam, że jej nie polubię. Nie miałam do niej właściwie nic, ale… taka dziwna złość zaczęła się we mnie rozpalać, gdy patrzyłam w jej oczy.
— Chyba cię już gdzieś widziałam — wyznała.
To było, jak grom z jasnego nieba.
"— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia… "
Sapnęłam i napięłam wszystkie mięśnie, a moja wściekłość urosła do granic możliwości. Zmrużyłam oczy i spojrzałam na zabójcę swojej babci. Miałam wielką chęć walnąć ją w ten jej zadarty nosek.
— Jesteś bardzo dobrą wojowniczką, z tego, co mówił Chejron szybko się uczysz, zastanawiam się, czy nie chciałabyś dołączyć do łow...
Jęk bólu przerwał dziewczynie, gdy moja pięść spotkała się z jej nosem.
— Pieprz się! — Syknęłam.
* * *
Mając takiego wspaniałego przyjaciela, jakim jest Matt, wiedziałam, że przetrwałam jakoś, po rewelacji o tym, że moja mama już nie nigdy po mnie nie wróci. Wyczuwałam to między wierszami tego, o czym mówi do mnie moja ukochana babcia. Bo w chwili, gdy babunia wyznała mi prawdę…
Moja matka dla mnie umarła.
Jak ktokolwiek może porzucać swoje dziecko? Może i moja babka nie mówiła dobrze po angielsku, a ja z łaciną niezbyt dobrze sobie radziłam, ale… chciałam po prostu, aby moja mamusia była koło mnie, aby bawiła się ze mną, czytała mi bajki na dobranoc, chodziła na spacery i całowała moje rany… po prostu chciałam, aby była, jak inne.
Miałam swoją ukochaną babunie, ona mnie nie opuści!
Jakby na potwierdzenie moich domyślań, usłyszałam echem jej głos, pełen ciepła i zatroskania, gdy przytula mnie sowimi zgarbionymi i dziwnie zniekształconymi skrzydłami i mówi: „Vivienne kochać cię, Vivienne nie opuścić swojej Jillian”.
Szybko jednak porzuciłam te ponure rozmyślania, zbyt szczęśliwa, aby pozwolić swojej matce znów popsuć mi tak wspaniały dzień! Dzisiaj byłam prze-szczęśliwa, bo mój najlepszy przyjaciel Matt zaprosił mnie na swoje urodziny! Nawet nie wiedziałam, że w dzień swojego przyjścia na świat urządza się imprezy, piecze ciasto, zaprasza zna…
Zatrzymałam się i z uwagą przyglądałam się dwójce nastolatek, które (jak mi się wydawało) wychodzili z potworka od mojego domu. Uważnie przyjrzałam się ich wyglądowi. Czarnowłosa dziewczyna spoglądała z niepewnością na swojego lekko bladego przyjaciela. Wydawało mi się, że starała się być silna za nich dwoje.
Ruszyłam w stronę domu, gdzie zapewne moja ukochana babunia piekła swoje paskudne ciastka (serio! Gdy będę dorosła kupie sobie męża, który umie piec!), minęłam dwójkę nastolatków, a fragment ich rozmowy do mnie dodarł, a raczej jej początek.
— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia…
Jej słowa spowodowało, że moje serce zabiło ze strachu, w ustach mi zaschło, a na skórze pojawił się zimny pot. Nie słuchałam, już ani słowa więcej. Ruszyłam szybszym krokiem w stronę lekko uchylonych drzwi wejściowych, ignorując dwójkę nastolatków, która z zaciekawieniem mnie obserwowała, a biegnąc po dwa stopnie na raz znalazłam się na starej, skrzypiącej werandzie z ciemnych desek w mgnieniu oka, a następnie wpadłam do środka.
To, co tam zastałam wywołało, wrzask przerażeni, który wyrwał się z moich zaciśniętych i z lekka zsiniałych z przerażenia warg.
Moja babka została zabita.
Jedyny ślad, jaki po niej pozostał, to kupka popiołu.
* * *
Stojąc przed osobą, która przyczyniła się do śmierci mojej babci, miałam ochotę ją zatłuc, ale gdy szykowałam się do kolejnego uderzenia, czyjaś dłoń złapała mnie za nadgarstek, a ja spojrzałam się ze złością na Rudzielca, który z poważną miną przyglądał się najpierw mojej twarzy, a później Thalie. Widziałam, jak jego źrenice się zwężają, w tej chwili nie obchodziło mnie, skąd Ryan zna jeden z moich sekretów i jakie jeszcze może znać.
— Odbiło ci? — Syknęła rozzłoszczona córka Zeusa, a zarazem Łowczyni Artemidy.
Wyrwałam dłoń z uchwytu Rudzielca, nie spuszczając tym samym wzroku z oburzonej czarnowłosej dziewczyny. Cofnęłam się o krok, co spowodowało, że i Ryan się cofnął, zachowywał się, jak mój cień, pilnując, abym nie wybuchła. Pewnie rzuciłabym w jego stronę, jakąś uwagę, może się zdenerwowała, ale moją uwagę przykuwała Łowczyni, która zaś z kolei sprawdzała stan swojego nosa, piorunując mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi w dość ironiczny sposób.
— Prędzej zdechnę w Tartarze niż przyłącze się do kogoś takiego, jak ty — oznajmiłam chłodno. — Idziemy Ryan.
Odwracając się tyłem do Thalie i tym samym pokazując jej, że nie czuje wobec niej strachu, a tym bardziej nie mam respektu, dla osoby, która podobno ocaliła świat. Ryan uważnie mi się przyglądał, tym bardziej, że gdy zachowywałam się dość dziwnie. Pewnie podejrzewał, że w każdej chwili odwrócę się i rzucę z zamiarem zamordowania córki Zeusa, co nie byłoby aż takim złym pomysłem…
— Nawet nie myśl o tym — oznajmił cicho Ryan, a ja spojrzałam na niego z lekkim zaskoczeniem. — Twoje czoło się marszy, a oczy błyszczą tą iskierką morderczych zapędów — wyjaśnił na moje niezadane pytania. — Policzki ci się również ślicznie czerwienieją ze złości… jesteś taka…
— Zamilcz — syknęłam.
Mimo wszystko, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, bo Rudzielec rozładował całe napięcie, jakie czułam. W duchu musiałam przyznać, że ona ma duży wpływ na mnie i choć sama temu zaprzeczałam, to nie teraz zdałam sobie sprawę, że nie potrafiłabym dalej żyć sama na świecie, potrzebowałam w szczególności… jego.
* * *

Gdy doszliśmy do mojego domku, Ryan się zawahał przed kolejnym ruchem. Czułam się trochę, jakbyśmy grali w szachy, choć z góry przesądzone jest, że ja i tak przegram w tej batalii. Nie zamierzałam jednak od razu kapitulować, jak mogłabym spojrzeć w lustro, gdybym nawet nie próbowała wygrać?
Zwróciłam swoją uwagę na Rudzielca, gdy tylko otworzył usta, jakbym chciała zapamiętać, każde jego słowo, które kiedykolwiek do mnie powiedział. Przyglądałam się, jego rysą twarzy, chcąc zapamiętać ją na zawsze. Nie miałam pojęcia, czemu tak się dzieje? Czemu moje myśli grążą tylko wokół jego osoby?
— Kocham cię Jill — wyznał. — Moje serce należy do ciebie, oddałem je tobie, gdy pierwszy raz zobaczyłem cię w wizji, już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz pocałować.
Szczerość Rudzielca w tej chwili mnie zaskoczyła, czasami zastanawiałam się, czy on po prostu nie udaje, że mnie kocha, czy nie jestem tylko wyzwaniem. Bo jeżeli dziewczyną tak bardzo podobają się "bad boys" to chłopcom też mogą podobać się "bad girls", a ja byłam prawdziwą, złą dziewczynką.
Słowo "ożenić" podziałało na mnie, jak promyk nadziej w ciemnym i mrocznym lesie, moje głupie serce zaczęło galopować z radości i choć starałam się je poskromić, upominając, co działo się z ludźmi, których kochałam... moje ciało nie współgrało z rozsądkiem. Z resztą, wielokrotnie już czytałam słowa: "Serce nie kieruje się rozsądkiem" i w tej chwili w to uwierzyłam.
Ryan objął mnie jedną dłonią w tali, a drugą położył na moim karku, przy okazji dotykając smukłymi palcami mój polik i powodując dziwne ciepło, które zaczęło emanować się w całym moim ciele i koncentrować w podbrzuszu.
Mimo, że w myślach się przeklinałam, moje ciało mnie nie słuchało i zarzuciło ramiona na szyję chłopaka. Chciałam, aby się schylić, by nasze usta się spotkały, ale on uśmiechnął się kącikiem ust, nie pozwalając mi przejąć władzy, nad tą chwilą, a jego oczy pozostały niezwykle poważne, choć jednocześnie błyszczały czymś, co trudno było mi nazwać... chyba miłością i... czymś jeszcze.
Jego ciepłe dłonie spoczęły na moich biodrach, a po chwili poczułam, jak tracę grunt pod nogami. Moje serce zabiło szybciej, gdy poczułam zapach jego wody kolońskiej. Właściwie, czemu jej używa? 
W innym momencie może i bym się przeraziła faktu, że Ryan potrafi podnieś mnie bez najmniejszych trudności, nawet się przy tym nie męcząc. Być może gdybym była zdolna do logicznego myślenia, zastanowiłoby mnie, co jeszcze on potrafi?
Szkoda, że moje logiczne myślenie poszło spać…
Przestałam już myśleć, nad tym, co się dzieje. Przyciągnęłam go bliżej siebie, a szeroki uśmiech, jaki pojawił się na twarzy Rudzielca, spowodował jeszcze szybsze bicie mojego serca, przez moment się nawet zlękłam, że coś jest z nim nie tak i zaraz wyskoczy mi z piersi, ale wszelkie myśli, jakie jeszcze miałam, zostały skutecznie stłumione i schowane w zakamarkach moich myśli, gdy poczułam ciepłe usta Ryana na swoich.
Z początku było to jak dotknięcie motyla, delikatne, niepewne i naprawdę gorące. Jeżeli wcześniej czułam ciepło, to teraz wręcz płonęłam z czegoś, czego nie rozumiałam, ale nawet, gdyby w tej chwili wokół nas wybuchał bomba, ja nie mogłabym oderwać się od Rudzielca.
Jego usta poruszyły się, prowokując mnie, kusząc i wymagając ode mnie oddania pocałunku. Bezwiednie zaplotłam nogi wokół jego bioder, jakby w obawie, że mnie puści, że jednak jakimś cudem się opamięta i postanowi zachować honorowa. Miałam gdzieś wszystko i wszystkich, bo w tej chwili liczył się tylko on.
— To miłość — szepnął.
Jego język dotknął mojej wargi, a ja czułam się całkowicie bezbronna, odsłonięta, a jednak rozwarłam wargi zapraszając go do środka. Z przyjemnością skorzystał z okazji, a nasze języki połączyły się w szalonym tangu.
— Nie... — zaprzeczyłam oddając pocałunek, byliśmy zbyt poruszeni, aby moje słowa miały być dla nas, jak wiadro zimnej wody. 
Ryan jęknął z rezygnacją i oderwał się od moich ust, w poszukiwaniu moich oczów, a następnie powtórzył pewnym siebie głosem:
— To, co dzieje się między nami, to miłość, jak inaczej to nazwiesz?
— Może to… namiętność? — zasugerowałam lekko wkurzona, że przerwał pocałunek.
Ryan puścił mnie, a gdy moje nogo dotknęły ziemi, odsunął się ode mnie o krok, piorunując wściekle sowimi dwukolorowymi tęczówkami. 
— Nie Jill, to miłość do cholery!
Oburzona jego i swoim zachowaniem, naskoczyłam na niego mówiąc dość głośni:
— Pieprz się!
— Właśnie byśmy to zrobili! — zripostował. — Jednak nie zamierzam zostać wykorzystany przez ciebie! Gdy nareszcie zrozumiesz, że mnie kochasz, wtedy pogadamy!
Następnie ruszył przez siebie kompletnie mnie ignorując.
Przeklęłam i kopnęłam jakiś kamyk niedaleko siebie, a mój gniew nagle opadł.
— Czy ty nie rozumiesz, że jeżeli cię pokocham to moja miłość sprowadzi na ciebie nieszczęście? — Spytałam cicho do samej siebie. — Nie przeżyłabym wówczas, gdyby kolejna osoba... tak ważna dla mnie zginęła...
Poczułam, jak coś dławi mnie w gardle, ale szybko się opamiętałam. Ta chwila słabości szybko minęła, a ja znów byłam sobą. Nie mogłam marzyć o szczęśliwym zakończeniu, bo w moim życiu było zbyt dużo niewiadomych i jeszcze więcej niebezpieczeństwa, a nie zamierzałam nikogo na nie narażać.
Westchnęłam i ruszyłam do swojego domku, gdzie na werandzie czatował Henryk.
Tego mi jeszcze brakowało!

_______________________________________________________________________
Ta dam!
Dodałam piosenkę, bo zawsze, gdy jej słucham, to myślę o Rudzielcu xD
Jak Wam się podoba wielki przełom Jill i Ryana? :D
Tylko na to czekaliście, co? :3

sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział XIV

"(...)Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi(...)"
Wszyscy troje (pomijając wkurzającego nielota) siedzieliśmy małym salonie w domku Eola i planowaliśmy szczegóły naszej wyprawy. Doszlifowaliśmy nasz plan ucieczki z obozu, niemal do perfekcji. Choć mimo zapewnień Rudzielca, miałam cichą nadzieje, że Chejron może jednak nas wybierze podczas dzisiejszego ogniska. Złapałam się wówczas na tym, że co rusz spoglądam w stronę Ryana. Jeszcze kilka dni temu byłabym za coś takiego potwornie na siebie wściekła i pewnie toczyłabym piane z buzi, ale teraz po prostu już nie potrafiłam udawać, że on ani trochę on mnie nie interesuje.
Odchyliłam się do tyłu na swoim granatowym fotelu z jakiejś miękkiej tkaniny, słuchając tylko przelotnie to, o czym mówią moi przyjaciele, a sama popadłam w lekką zadumę, starając się pojąć, czemu nie potrafię już sama siebie okłamywać, że nic, absolutnie nic nie czuje do mojego prześladowcy.
Niewidzącym wzrokiem spoglądałam na swoje jasnoszare ściany, a na których to wisiało wiele pięknych fotografii, które przedstawiały chmury w różnych fazach. Niektóre były szaro-czarne, inne normalne, panoramiczne, a nawet niekiedy w negatywie, i choć ta mieszanka powinna się wydawać niezgodna, to jednak jakimś cudem świetnie ze sobą współgrała.
Szarawy, puchowy dywan z granatowymi wzorkami fal, pokrywał powierzchnie moich białych paneli, a na dodatek był już potwornie brudny. Spostrzegłam dziwną białą plamę na środku i kilka innych w różnych odcieniach, były nawet odciski budów i naprawdę zdumiałam się, jakim cudem w ciągu tych kilku dni doprowadziłam go do takiego stanu.
Henryk wziął chyba sobie do serca to, aby załatwić ten dywanik na amen, bo właśnie nieco przykucnął i patrząc na mnie z głupią miną, powoli zaczął tworzyć małą, żółtą kałuże wokół siebie. Zignorowałam go, wiedząc, że robi mi na złość. Znowu.
Naprawdę nie miałam pojęcia, od kogo on uczy się takiej złośliwości!
Po chwili Rudzielec wstał z miejsca, a ja zwróciłam na niego swoją uwagę, zaskoczona jego nagłym ruchem, szybko jednak, również jak Maggie, podniosłam się z fotela i odprowadziłam go do drzwi, podczas, gdy Wiedźma zaczęła głaskać mojego pingwina. Henryk zadowolony ze zdobytej uwagi, zaczął się puszyć, i niemal mruczeć z zadowolenia jak kot.
Ryan jednak zatrzymał się przed progiem moich drzwi głównych, i odwrócił się w moją stronę. Wyciągnął do mnie dłoń i uśmiechnął się szeroko, podejrzliwie zmrużyłam oczy, szukając w jego zachowaniu jakiegoś podstępu do jego durnych zalotów.
— Daj rękę — poprosił.
Serce zabiło mi szybciej, a alarm alarmowy rozdźwięczał w mojej głowie, bo czyżby chłopak nagle zapragnął mi się oświadczyć?
Jakby czytając moje myśli, chłopak zachichotał i sam złapał moją dłoń, napięłam mięśnie gotowa go zaatakować w samoobronie. Przejechał kciukiem po wnętrzu mojego nadgarstka, powodując przyjemny dreszcz, który przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, a w podbrzuszu poczułam dziwne ciepło. Ryan wydawał się w ogóle tego nie zauważać, mimo że mój oddech stał się nieco urywany, a serce biło mi tak głośno, że bałam się, iż w całym obozie je słuchać, wyrwało mi się ciche westchnienie, a co było kompletnie do mnie niepodobne.
Ku mojemu rozczarowaniu (a co próbowałam nieudolnie zamaskować) odpiął jedynie moją bransoletkę i podnosząc ją do góry, aby znalazła się na poziomie moich oczów, czekając, aż nasze oczy się spotkają, pokazał mi dwa maleńkie paciorki, po każdej stronie zapięcia. 
— Gdy pociągniesz za lewą, będziesz mieć miecz, a gdy za prawą to bicz — wyjaśnił i uśmiechnął się szerzej. — Z tej drugiej skorzystamy w sypialni… lubię ostre zabawy — szepnął.
Uderzyłam go ze złością w ramię, a on z udawanym bólem zaczął masować je, spoglądając na mnie zranionym psim wzrokiem. Mimowolnie moje kąciki ust drgnęła, a napięcie między nami opadło i atmosfera znów była w miarę znośna, pozwoliłam mu zapiąć bransoletkę, a później, aby pociągnął za prawy paciorek.
Otworzyłam usta z zaskoczenia, gdy moim oczom ukazał się czarny bicz w dłoni rudzielca, niemal od razu oddał mi mrocznie wyglądającą broń, a ku mojemu zdumieniu, poczułam się tak, jakby była ona wręcz dla mnie stworzona. Spomiędzy moich warg wydobyło się ciche westchnienie zachwytu.
Uśmiechnęłam się szeroko i naprawdę, była to szczera radość, sama do końca nie wiem, co mnie podkusiło, ale nagle złapałam się za klapy jego brązowej skórzanej kurtki i stając na palcach, pociągnęłam go na tyle mocni, że musiał schylić się lekko w moją stronę, a następnie cmoknęłam Rudzielca w jego policzek.
— Dzięki — burknęłam z nagłym zakłopotaniem i lekkim niedowierzaniem, że coś takiego zrobiłam.
Jednak, gdy zobaczyłam oniemiałą minę Rudzielca, moje zawstydzenie szybko minęło.
Stał i co chwila otwierał i zamykał usta, jak złowiona ryba wyrzucona na brzeg. Spoglądałam na niego chwilę, a następnie z uwagą zaczęłam studiować swoją broń, ignorując go, ruszyłam w stronę Maggie, aby się nią pochwalić, całkowicie już zapominając o zszokowanym i naprawdę szczęśliwym Rudzielcu, który odprowadzał mnie wzrokiem, a czułam je, jakby ktoś dotknął mnie żarzącym się węglem.
* * *
Godzinę przed kolacją, znów wszyscy troje spotkaliśmy się u mnie. Tym razem jednak moi przyjaciele próbowali wyperswadować mi pomysł zabrania którejś z moich ukochanych książek, a co skończyło się zaciekłą kłótnią, do czasu, aż Rudzielec nie dostał wizji i oznajmił mi, że znajdziemy się koło księgarni z siedemdziesiątymi procentami przeceny na nie, a to wystarczyło, abym pozwoliła Maggie wypakować je, choć nie omieszkałam piorunować ją przy tym wściekłym spojrzeniem.
— To, kiedy wypróbujemy ten nowy bicz? — Spytał z zawadzkim błyskiem w dwukolorowych tęczówkach Ryan. — Bo ja już… mam pewne plany — dodał ze znaczącym uśmiechem.
 Kretyn — Burknęłam z niezadowoleniem. — Trenowałam już z Clarisse — dodałam.
— We dwójkę? — Spytał i zrobił zamyśloną minę, stukając palcem w swoją brodę. — Wiesz… jeżeli tak ją lubisz, to ja nie mam nic przeciwko trójkącikowi — wyjaśnił.
Pierwsza rzecz pod moją ręką stała się moją bronią i po chwili Henryk szybował z piskiem w stronę Rudzielca, a który ku mojemu zawodzie złapał pingwina z łatwością, a ten zaś z pieskiem radości zaczął się do niego przytulać.
Zdrajca.
— To po pewnym czasie staje się uciążliwe — wyznała Wiedźma. — Nie moglibyście być razem? Sammy i ja byśmy chodzili na podwójne randki! — Ten ostatni pomysł podsumowała z nagłą radością.
Pół godziny pakowania i wysłuchiwania radosnego ćwierkania Maggie, która uznała, że koniecznie, ale to koniecznie! Musi nas ze sobą zeswatać, a co Rudzielec skwitował szerokim uśmiechem i dawał mi znać, że moi sprzymierzeńcy się odwracają ode mnie i w gruncie rzeczy, jestem na niego skazana.
Mój humor jeszcze bardziej się popsuł, a właściwie… czułam, jakąś radość wewnątrz siebie.
Co jest ze mną nie tak?
* * *
Idąc w stronę kantyny z Maggie, która postanowiła mi towarzyszyć, rozmawialiśmy o naszym planie przyciszonymi głosami i z niezwykłym zaangażowaniem, upewniałyśmy się, czy na pewno wszystko mamy, co może być dla nas niezbędne w czasie naszej „nieoficjalnej misji”. 
Sama nie miałam żadnych skrupułów, że łamię regulaminu, ale Maggie wyznała mi, że czuje się, jak zbrodniarz, bo nie tylko nie wyznała tego Chejronowi, ale aby nie kłamać Smmy’emu, ostatnio zaczęła go unikać, a co według krążących po obozie plotek skutkowało tym, że syn Tanatosa niemal zniszczył „Pięść Zeusa” – a była tak nazywana sterta kamieni, która z jednej strony wygląda jak pięść, z czego też wzięła się ta nazwa. Znajdowała się ona w południowej części lasu, ale nie wnikałam, co tam robił Sammy.
— Właściwie, czemu nie spróbujesz?
Ta nagła zmiana tematu, tak mnie zaskoczyła, że aż potknęłam się o własne nogi, wysłałam jej pytające spojrzenie, a w chwili, gdy nasze oczy się spotkały, zauważyłam, że jej są niezwykle poważne (jak na nią) i po prostu wiedziałam, że coś się szykuje.
— C-co? — Zająknęłam się.
— Chodzi o Ryana — powiedziała, jakby było to oczywiste. — No… pasujecie do siebie, choć ty jesteś… taka — wskazała na mnie palcem. — Przypominasz mi kota, chodzisz własnymi drogami… właściwie to Ryan jest, jak pies, i właściwie to pies i kot zazwyczaj drą koty, czemu mówi się drą koty? Choć kiedyś spotkałam się jeszcze z cudaczniejszym powiedzonkiem, jak…
Przymknęłam oczy z rozdrażnienia i ucieszyłam się w duchu, że jednak nie będę siedzieć z Maggie. Szybko się z nią pożegnałam i ruszyłam do stoliku swojego domku. Usiadłam przy pustym stole i jak zwykle, poczułam przytłaczającą mnie samotność. 
Niestety takie były tutaj zasady.
Każdy heros może usiąść tylko przy stoliku swojego domku, a przysiadanie się do innych, było surowo zakazane. Niestety od pewnego czasu, samotność zaczęła mi ciążyć na tyle, że żałowałam, że mój ojciec nie był Casanovom i nie podrywał, co drugą długonogą blondynkę z wielkimi balonami.
No, może trochę byłam krytyczna dla bogów, ale jak inaczej wyjaśnić, że niektórzy przy stolikach mieli, co najmniej pięć osób ze swojego rocznika?
Bogowie chyba w ostatnim czasie zajmują się tylko przyjemnościami, a wszystko, co najgorsze zganiają na swoje dzieci. Podsumowując, to mają ciekawy pomysł na przyszłość „O nie! Zgubiłam swój artefakt! Muszę natychmiast spłodzić potomka, on z pewnością mi go znajdzie!”.
Parsknęłam śmiechem na tę myśl, ale po chwili spojrzałam w stronę stołu dzieci Apolla i poczułam dziwny niepokój.
Nie było Willa (co było oczywiste, ze względu, że postanowił był osobistym pielęgniarzem/lekarzem Nico), ale to nieobecność Ryana, nieco mnie zaniepokoiła.
* ~ * ~ *
Will, poczuł niepokój. Nie był on jednak związany ze śpiącym Nico, który pokrążył się w lekki uzdrawiającym śnie, po tym, jak stoczyli drobną kłótnie o jego stan zdrowia. Syn Apolla uśmiechnął się lekko i z czułością spojrzał na śpiącego syna Hadesa, Nico był dla niego naprawdę ważny, ale choć brał udział we wojnie z Kronosem (nie wspominając już o Gai), to jednak nie miał aż tyle odwagi, aby prosto z mostu powiedzieć chłopakowi swoich marzeń, a dokładniej, co do niego czuje.
Po prostu bał się odrzucenia i tego, co może się między nimi zmienić.
Lekko dreszcz przeszedł mu po karku, powodując gęsią skórkę.
Znów poczuł niepokój.
Spojrzał na biały sufit, jakby chciał wypatrzeć na nim odpowiedzi na niesformowane pytania, które dopiero tworzyły się w jego głowie. Przymrużył powieki i ze spokojem przyglądał się, białej gładkiej farbie. 
Po chwili to zauważył.
Był to niemal niewidoczny, a jednak bardzo realny, a dokładniej cienki, czarny pasek, jakby samej ciemności (wyglądem przypominał czarny dym), ale szybko się rozproszył w powietrzu. Po kilku sekundach, żarówka w żyrandole zaczęła mrugać, aby zgasić się całkowicie. Spowodowało to półmrok w pokoju, a było to coś dziwnego. 
Gdyż w domku Apolla nigdy żarówki się nie wypalają.
Coś się działo.
I znów to uczucie niepokoju! – Pomyślał zdenerwowany już Will.
* * *
Schody lekko zaskrzypiały, pomimo tego, że Will omijał te najbardziej hałaśliwe. Taka niespodziewana ciemność w domku Apolla zaniepokoiła go całkowicie, więc czym prędzej ruszył, aby sprawdzić jego przyczynę. Z lekkim niepokojem zostawił Nico samego, ale wiedział doskonale, że syn Hadesa, jak nikt rozprawi się z wrogami, gdyby byli na tyle głupi, aby go zaatakować.
Tymczasem, maszerując w całkowitej ciemności, serce Willa biło szybciej niż normalnie, a adrenalina zdążyła już zacząć krążyć w jego żyłach. Nigdy tak naprawdę nie pogrążył się w takiej ciemności, odkąd pamiętał wokół niego zawsze coś świeciło, tłumiąc mrok i ciemność.
To przypominało niemal podróżowanie cieniem i po raz kolejny poczuł współczucie dla Nico, który właśnie "cienia" używał, jako środka transportu. Jego myśli o młodym di Angelo, szybko się rozwiały, gdy tylko znalazł się na półpiętrze.
Sapnął z niedowierzaniem i natychmiast sięgnął po swój łuk, nabijając go i celując w czarną postać na piętrze. Will szybko skojarzył fakty, a były one takie, że Nyks ich zaatakowała, a przynajmniej wysłała sługusów.
Ku zdumieniu Will, potwór go nie zaatakował, ale nie zamierzał wierzyć w nagłe samarytańskie zachowanie potworów i puścił strzałę, która ze świstem trafiła bezbłędnie w lewą pierś pierwszego napotkanego potwora, a który od razu rozpadł się w pył.
Napinając o cięciwę kolejną strzałę, pokonał on kolejne stopnie i gotowy w każdej chwili do obrony, czy ataku. Ruszył w stronę wibracji, które poczuł przez skórę, a które to miała naprawdę mroczne niewerbalny oddźwięk. Nie dał jednocześnie po sobie poznać, jak ta ciemność na niego wpływa.
Z lekkim niedowierzaniem podszedł w stronę drzwi od swojego pokoju, a które od niedawna zaczął dzielić z Ryanem. Dobrze mu się dogadywało z O'Connallem, więc nie widział problemu z tym, aby dzielić z nim swoją sypialnie. Jednak teraz czuł rosnące z każdym krokiem napięcie.
Nie opuszczając wypuszczając strzały, która ciągle była napięta o cięciwę jego łuku, kopnął on drzwi, ale na tyle słabo, że nie walnęły one z hukiem o ścianę, bo w końcu nie zamierzał on wybiegać na środek pokoju i z bojowym okrzykiem, zacząć atakować wszystkich wrogów. 
Will wolał najpierw rozeznać się w sytuacji.
Gdy tylko wszedł do środka, zobaczył coś, w co nigdy w życiu by nie uwierzył.
— Ryan? — wyszeptał z niedowierzaniem.
Postać w rogu pokoju, która posiadała na tyle mocno rude włosy, że oznaczały się one nawet w ciemności, odwróciła się w jego stronę z chłodną obojętnością i od razu zasyczał cicho i przysłonił dłonią oczy.
— Nie świeć... — wyszeptał. — Odejść Will, to zaraz minie...
Jednak on nie zamierzał odchodzić, powoli opuścił łuk ku dołowi, choć nie schował strzały, w razie potrzeby chciał być gotowy do ataku. Szybko podszedł do swojego przyrodniego brata, gdyż wydawało mu się, że został ranny. Na dźwięk jego kroków, Ryan wyprostował się i stanął na równe nogi, na tyle szybko, że nim się Will zorientował, ostrze długiego miecza Rudzielca było skierowane w jego stronę, czubek rapier Ryana dotykał niemal jego gardła. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Ryan jest doskonałym szermierzem i ma on nad nim przewagę.
— Co się dzieje? — spytał, choć powinien znać odpowiedzieć, tym bardziej, że oczy Ryana nie były już dwukolorowe, a czarne jak rzeka Styks w podziemi. — Ryan?
— Odejdź! — Ryknął ze złością chłopak. — To niebezpieczne... zaraz minie, odejdź... nie chce cię skrzywdzić, ale będę musiał... jeżeli zaraz… Greku!
Słowo "Grek" brzmiało w ustach Rudzielca, jak najgorsza obelga. Will nie mógł uwierzyć, że mówi to ta sama osoba. Wiecznie uśmiechnięty, żartobliwy i niepoprawny optymista, którym był Ryan, jakiego zna, a który teraz gdzieś się rozpłynął, a zostawiając po nim kogoś, kto przypominał mu rasistowskiego rzymianina.
— Ryan...
— Odejdź! 
Ryk, jaki wydał z siebie chłopak, był ogłuszający i lekko sparaliżował Willa, a po chwili z samej ciemności wynurzyły się dwa, wielkie potwory, które przypominały napakowanych osiłków, choć były stworzone z cieni i popiołu.
To były widma.
— Ryan!
Jednak jego wrzask niewiele dał, a jedynie spowodował kpiący uśmiech na twarzy jego brata. Od razu wypuścił swoją strzałę, bezbłędnie trafił w prawe ramię Rudzielca. Ten wydał z siebie krótki jęk, ale ani trochę się nie przejął raną. Wyjął strzałę, bez słowa i rzucił ją pod nogo Willowi.
— Tylko tyle potrafisz, Greku?
Gardło zaschło Willowi, nie umiał teraz sformować ani jednego zdania. Nie chciał ranić swojego brata, a do którego tak się przywiązał. Po chwili obydwaj usłyszeli głośne trzaśnięcie drzwiami.
— Ryan! Ruszaj tutaj swoje cztery litery! Ale już!
Wściekły wrzask Jill, spowodował coś, czego Will nigdy nie zapomni.
Oblicze Ryana się zmieniło, cały mrok zniknął, a żarówka nad jego głową rozbłysła z nową mocą. Widma od razu rozmyły się w powietrzu, a szeroki uśmiech wpłynął na jeszcze niedawno jeszcze mroczną twarz Rudzielca. 
Cały mrok i ciemność zniknęła, jakby sam głos Jill był zaklęciem.
— Ona mnie kocha — zauważył z błyskiem radości w (znów) dwukolorowych tęczówkach.
Po chwili, chłopak jednak zobaczył strzałę pod nogami Willa i bladą twarz blondyna. Lekko się zmieszał, co było dla niego dość nietypowe, a następnie westchnął.
— Później wszystko Ci wyjaśnię — obiecał. — Już idę, Złośnico! — Wrzasnął i niemal wyleciał z pokoju.
* ~ * ~ *
Jak zwykle byłam wkurzona, a to, dlatego, że cały obóz był w głębokim przekonaniu, że jestem dziewczyną Ryana. Takie plotki w sumie niewiele na mnie wpływały, ale tym razem w ich realność uwierzyła nawet Maggie i choć dziewczyna czasami bywa nieco zbyt naiwna, to teraz już planowała "naszą" podwójną randkę.
Dlatego też, wparowałam do domku Apolla, bez zaproszenia i zamierzałam natłuc Rudzielcowi, ale w ostateczności zrezygnowałam, gdy dostrzegłam, jak z lekka blady na twarzy Willa, schodzi ze schodów tuż za Ryanem, który parę sekund temu przybiegł do mnie jak na skrzydłach.
Spostrzegłam, że blondyn z niepokojem zerkał w stronę Ryana, jakby upewniając się, że jednak nie jest bombom z opóźnionym zapłonem.
Widocznie się pokłócili, więc tylko nieco nawrzeszczałam na Rudzielca i jakimś cudem, to wszystko skończyło się tak, że siedziałam koło niego w czasie ogniska, gdzie wszyscy herosi, a przede wszystkim grupowi domków musieli się stawić. 
Maggie siedziała koło syna Tanatosa i co chwila go przepraszała za to, że go ignorowała. Było to przezabawne, bo w końcu Samael przepraszał ją chwilę wcześniej, choć jak sam wyznał, nie wiedział, za co, ale nie chciał, aby go nadal ignorowała, a jeżeli zrobił coś źle, to niech mu to powie, a on się dla niej zmieni.
Było to takie słodkie, że niemal rzygałam tęczą.
Leo siedział nieopodal nas i z ponurą miną spoglądał na Chejrona, który właśnie wyjawił im, jak brzmi przepowiednia.
— Pierwsze słowa przepowiedni są dość łatwe do zrozumienia — zaczął Chejron spoglądając z największą uwagą na grupowych. — "Klucz do zagadki masz" sądzę, że ten wers ma na myśli fakt, że niedawno wydało się, czego szukają nasi wrogowie, a jak zapewne wiecie, byli mieszkańcy Puszki Pandory, postanowili ją znaleźć i zamknąć w niej bogów Olimpijskich, więc... — Ktoś odchrząknął przerywając Centaurowi.
— ... jak zwykle herosi muszą ratować ich boskie tyłki — zauważył ze złością jeden z synów Nemezis.
Chejron rzucił w jego stronę ostrzegawcze spojrzenie, a ja poczułam dziwny ucisku w brzuchu i tę pewność, że ta przepowiednia tyczy się w jakiś szczególny sposób mnie.
— Mamy kierunek – zachód – a dokładniej zachodnią część Atlantyku, jeżeli się nie mylę — wyjaśnił, marszcząc swoje gęste brwi. — "Ciemność w świetle jest kluczem", tutaj wydaje mi się, że odnosi się ona do dzieci Apolla i Nyks... bo choć nie mamy tych drugich...
— Może chodzi tutaj o śmierć? — spytał ktoś z dzieci Tanatosa, a dokładniej Samael. — Śmierć jest kojarzona z ciemnością i chłodem, a jednak wielu ludzi widzi światło, gdy umiera — zauważył.
Wszyscy się z nim zgodzili, a Maggie posłała mu spojrzenie pełne dumy. Po chwili, jednak nie była taka wesoła, gdy Chejron wybrał go, na uczestnika misji, a z czym zgodzili się niemal wszyscy poza nią. Z ledwością powstrzymywała się od płaczu, było widać gołym okiem, że jest przerażona perspektywą niebezpieczeństwa, jakie czyhają w czasie podróży na jej miłość.
— "Zło w dobroci jest mapą", ten wers jest dość tajemniczy, a jednak...
Wyłączyłam się na dalsze słowa, gdyż poczułam lodowany dreszcze wzdłuż kręgosłupa, mimo promieniującego ciepła dochodzącego od ogniska. Strach ścisnął mi serce, bo wiedziałam, o kim była mowa. W końcu według mitologii jestem potworem.
Powoli wracałam do rzeczywistości i zdałam sobie sprawę, że kora drzewa wbija mi się w tyłek, więc lekko się poruszyłam zmieniając pozycję oraz zdając sobie sprawę, że gdy pochłonęły mnie moje myśli, Ryan skorzystał z okazji i chwycił moją dłoń w swój żelazny uścisk. Gdyby nie to, że byłam zainteresowana całą tą aferą z przepowiednią, pewnie bym go pobiła, ale tym razem mu odpuściłam i skupiłam się na rozmowie trwającej wokół mnie.
—... dobrze, Leo, niech będzie — westchnął z rezygnacją Chejron. — Będziesz kolejną osobą... "Zaś pochodnia twą pomocą", to bez wątpienia odnosi się do dzieci Hekate... Maggie pozostawiam tobie wybór jednego z twojego rodzeństwa, które najlepiej radzi sobie z magią, poza tobą — dodał szybko, gdy Wiedźma otwierała usta.
Natychmiast się naburmuszyła.
— Ja też chce iść — oznajmił nagle Will. 
Wszyscy odwrócili się i spojrzeli z zaskoczeniem na stojącego nieopodal syna Apolla wraz z towarzyszącym mu Nico.
— Wydaje mi się, że tym razem, przepowiednia odnosi się do więcej niż trzech osób — oznajmił.
W ten oto sposób, efekt był taki, że powstały dwie grupy, pierwsza to: Samael (syn Tanatosa), Leo (syn Hefajstosa) i Luna (jedyna córka Seleny), zaś druga, to: Will (syn Apolla), Nico (syn Hadesa) i Olimpia (córka Hekate – która według Maggie najlepiej panuje nad mocą).
Pierwsza grupa miała zająć się znalezieniem klucza do puszki, a druga samej puszki. Następnie obydwie miały wrócić do obozu, a jeżeli było to możliwe, to obydwie grupy miały się ze sobą nie spotkać.