KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pocałunek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pocałunek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2015

Rozdział XV

"(...)już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz(...)"

Dwóch synów Apolla ruszyło w stronę jeziora, szli w ramię w ramię, a dla postronnego obserwatora, było czymś oczywistym, że panuje między nimi, jakieś napięcie. W tej chwili, to jedynie Ryan, zdawał sobie sprawę, że wścibska córka Eola, gdy tylko zobaczyła, jak wymykają się z ogniska, ruszyła w ich stronę. Mając za nic ich prywatność i wciskając Nico pod opiekę Maggie i Samaela (co musiało skończyć się jakąś tragedią) ruszyła w ich stronę.
Will, zaś zamyślał się nie tylko o wydarzeniach w domku Apolla, ale również o fakcie, że Jill i Ryan w czasie ogniska trzymali się za ręce i choć Rudzielec wyglądał na dziwnie wniebowziętego, to jego „dziewczyna” najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, co ten mały gest oznaczał dla plotkarzy (córek Afrodyty).
Wielu herosów ruszyło do swoich domków, toteż we trójkę (Will nie skomentował momentu, w którym Jill nagle pojawiła się koło nich) żegnali się ze znajomymi, jednocześnie, każde z nich było pogrążone we własnych myśli.
Gdy tylko doszli do wschodniego brzegu jeziora, cisza między nimi stała się niezręczna, a atmosferę napięcia można byłoby kroić siekierą. Jill wbiła swoje spojrzenie w drewniane pomost, który miał kilka metrów długości, był wsparty na drewnianych balach i przycumowane do niego były kajaki, a w jeden z nich, jak zahipnotyzowana spoglądała Jill, widząc jak delikatne fale na spokojnym jeziorze wprawiają go w delikatny ruch.
Will zaś spoglądał z uwagą na kręcącego się wokół nóg pingwina, a którego córka Eola skutecznie ignorowała. Solance zmarszczył, starając się sobie przypomnieć, jak brzmiało imię tego czarno-białego ptaka.
„Henryk – przypomniał sobie z zaskoczeniem. – Pingwin nazywa się Henryk”
Ryan odchrząknął zwracając tym na siebie uwagę wszystkich swoich towarzyszy, również i Henryka, a następnie starając się zamaskować malujące się zmartwienie w swoich dwukolorowych tęczówkach, posłał im szeroki uśmiech.
— Moja matka była rzymską heroską — oznajmił.
Te słowa zszokowały jedynie Willa, ale Jill wcale nie wyglądała na tak bardzo przejęta jego słowami, wręcz według Solace, panna Taylor wydawała się obojętna na tę rewelację, jakby nic ona według niej nie zmieniała. To jeszcze bardziej zszokowało Willa, choć on sam nie mógł nawet się domyślić, jaki chaos wybuchnął w umyśle córki Eola.
— Czyją była córką? — spytał Will, choć już domyślił się prawdy.
Uśmiech Ryana trochę zmalał, a on sam pustym wzrokiem spojrzał się w stronę jeziora, jakby chcąc w ten sposób uzyskać stracony spokój. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, a on sam starał się nie wybuchnąć gniewem, na myśl, w jaki sposób stracił swoją matkę, a tym bardziej, jak bardzo za nią tęsknił.
— Była córką Nox — odpowiedział, a po chwili dodał: — Jest to rzymski odpowiednik, greckiej bogini Nyks.
— Jesteś jej wnukiem, wnukiem bogini Nyks — szepnęła zaskoczona Jill, tym samym odezwała się pierwszy raz w ich towarzystwie. — Masz z nią dobry kontakt?
Pytanie Jill było tak absurdalne i niepodobne do niej, że Will już otwierał usta, aby wyjaśnić jej, że boginie NIE spotykają się ze swoimi dziećmi, a co dopiero z wnukami. Zanim zdążył uformować, choć jedno słowo, odezwał się Ryan:
— Tak, w sumie nie było najgorzej… znaczy, potępiała to, że jej córka zadała się z greckim odpowiednikiem Apollina... w końcu mieszana krew, nie jest dość dobrze widziana, a zwłaszcza wśród rzymian — wyznał wyruszając przy tym ramionami. — Więcej gadała, niż robiła – dodał z lekkim rozbawieniem. — Poza tym, nigdy jakoś szczególnie nie trzymała się zasad Jupiter… znaczy Zeusa.
Will pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, a Jill skrzywiła się, gdyż nadal nie pojmowała, jak Zeus mógł zakazać bogom zajmowania się swoimi dziećmi półkrwi. Mimo tej wiadomości, jakoś jeszcze nie wybaczyła swojemu zwariowanemu tatuśkowi i nadal toczyła z nim małą „wojnę rodziną”.
— A czemu… — Will spojrzał na Jill, ale postanowił kontynuować. —... czemu tak się… zmieniłeś? — spytał.
Jill podniosła Rudzielcowi wściekłe spojrzenie, co miało znaczyć, że nadal nie znosi, jak ktoś coś przed nią ukrywa. Ryan, jednak zignorował pytanie swojego brata przyrodniego, aby ze szczegółami wprowadzić Jill, w sytuację, jaka wydarzyła się w domku Apolla. Wspominając tym samym o swojej utracie kontroli i przejęcia jego umysłu, przez mroczną moc jego babci, a swoją opowieść zakończył ze słowami:
—… twój głos jest tak piękny, że wydostanie mnie zawsze z najciemniejsze, najmroczniejszej i najniebezpieczniejszej sytuacji! Jesteś moim zbawieniem Jillian Vivienne Taylor!
Will drgnął na dźwięk jej drugiego imienia… coś mu się przypomniało… czy nie tak nazywała się harpia… potrząsnął głową wyzbywając się takich myśli. Uśmiechnął się lekko, gdy Jillian kopnęła niespodziewanie Rudzielca w krocze, a następnie z jękiem upadła na tyłek masując obolałą stopę i piorunując wzrokiem wesoło uśmiechniętego Rudzielca, choć nie powstrzymała się od łamania języka łacińskimi obelgami.
— Ryan, czemu wtedy… byłeś taki? — spytał ponownie Will, nadal nie mogąc pojąć tego w całości. — Ryan?
Rudzielec westchnął, zasmucony końcem zabawy ze swoją ukochaną, gdyż uwielbiał, gdy słodka twarz Jill robiła się czerwona ze złości, była wtedy taka śliczna! Spojrzał prosto w oczy swojego rozmówcy i tajemniczo oznajmił:
— Wszystko we wszechświecie ma swoją równowagę, nic nie może być za jasne, a nic za ciemne, za dobro często płaci się złem.
— Co? — Spytali jednocześnie Will i Jill.
Ryan parsknął śmiechem widząc ich nic niezrozumiałe miny.
— Ciężko to wyjaśnić… — wyznał. — Nie używam mocy swojej babci, bo nie umiem jej kontrolować, ale ona stale rośnie we mnie, buzuje i mam takie… jakby napady, a moje ciało i umysł stara się wydostać nadmiar mocy, wtedy… cóż… po prostu się nie kontroluje, a staje się dość rasistowskim rzymianinem… ale gdybym nim był na pełny etap, to jestem pewien, że w tamtych czasach zrobiłbym z Ciebie Jill swoją niewolnicą, a wtedy musiałabyś mnie poślubić — oznajmił uśmiechając się szeroko. — Do zobaczenia później!
Dwójka Herosów została sama nad jeziorem, a słowa Rudzielca dochodziły do Jill w zwolnionym tempie. Nie mogła ona uwierzyć, w to, co przed chwilą usłyszała. Sycząc cicho, natychmiast podniosła się na równe nogi, ignorując promieniujący ból z prawej stopy, a następnie z wrzaskiem „Ryan! Ty dupku! Szykuj się na kastrację!”, ruszyła za nim.
* ~ * ~ *
Moja żądza krwawej zemsty skończyła się niestety tylko na marzeniach, bo Rudzielec rozmył się w powietrzu. Nie mając innego wyjścia, po prostu ruszyłam w stronę swojego domku, a przy okazji ucieszyłam się w duchu, że mój pingwin, gdzieś się zapodział, choć poczucie winy, że biedny Henryk Nielot (jak go zaczęłam nazywać) się, gdzieś zgubi, a jakiś potwór mógłby go pożreć na deser… cóż, po raz pierwszy dowiedziałam się, że mojej sumienie jest bardzo głośnie i nie daje mi spokoju.
Ruszyłam w stronę obozu, przystając chwilę, gdy dostrzegłam ruch między gałęziami drzewa. Niespodziewanie zobaczyłam wychodzącą dziewczynę, zmarszczyłam brwi, gdyż wydawało mi się, że Łowczynie Artemidy (tak nazywały się jedynie dziewczyny, które poprzysięgły służbę u bogu bogini Łowów) opuściły już obóz. Podobno miały szukać śladów bogów z Puszki Pandory, a dokładniej zapolować na nich.
Dlatego widok, dziewczyny o krótkich czarnych włosach, przewieszonym przez ramię łuku wydał mi się dziwny, a jednocześnie wydawało mi się, jakbym miała jakieś deja vu. Może i bym, to zignorowała, gdyby Łowczyni mnie nie dostrzegła i nie ruszyła w moją stronę, pewnym i szybkim krokiem.
Gdy dostrzegłam jej twarz w słabym świetle księżyca, zrozumiałam, że była to ta tajemnicza Łowczyni, która podobno zaatakował bóg Moros, a dla jej dobra miała pozostać jeden dzień dłużej w obozie, aby sprawdzić, czy aby na pewno opuścił on jej ciało.
Stając przede mną, mogłam wyczytać z jej postawy, że jest tak samo pewna siebie, jak ja. Przypominała mi trochę Clarisse, z którą ostatnio się zaprzyjaźniłam, ale podskórnie wyczuwałam, że jej nie polubię. Nie miałam do niej właściwie nic, ale… taka dziwna złość zaczęła się we mnie rozpalać, gdy patrzyłam w jej oczy.
— Chyba cię już gdzieś widziałam — wyznała.
To było, jak grom z jasnego nieba.
"— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia… "
Sapnęłam i napięłam wszystkie mięśnie, a moja wściekłość urosła do granic możliwości. Zmrużyłam oczy i spojrzałam na zabójcę swojej babci. Miałam wielką chęć walnąć ją w ten jej zadarty nosek.
— Jesteś bardzo dobrą wojowniczką, z tego, co mówił Chejron szybko się uczysz, zastanawiam się, czy nie chciałabyś dołączyć do łow...
Jęk bólu przerwał dziewczynie, gdy moja pięść spotkała się z jej nosem.
— Pieprz się! — Syknęłam.
* * *
Mając takiego wspaniałego przyjaciela, jakim jest Matt, wiedziałam, że przetrwałam jakoś, po rewelacji o tym, że moja mama już nie nigdy po mnie nie wróci. Wyczuwałam to między wierszami tego, o czym mówi do mnie moja ukochana babcia. Bo w chwili, gdy babunia wyznała mi prawdę…
Moja matka dla mnie umarła.
Jak ktokolwiek może porzucać swoje dziecko? Może i moja babka nie mówiła dobrze po angielsku, a ja z łaciną niezbyt dobrze sobie radziłam, ale… chciałam po prostu, aby moja mamusia była koło mnie, aby bawiła się ze mną, czytała mi bajki na dobranoc, chodziła na spacery i całowała moje rany… po prostu chciałam, aby była, jak inne.
Miałam swoją ukochaną babunie, ona mnie nie opuści!
Jakby na potwierdzenie moich domyślań, usłyszałam echem jej głos, pełen ciepła i zatroskania, gdy przytula mnie sowimi zgarbionymi i dziwnie zniekształconymi skrzydłami i mówi: „Vivienne kochać cię, Vivienne nie opuścić swojej Jillian”.
Szybko jednak porzuciłam te ponure rozmyślania, zbyt szczęśliwa, aby pozwolić swojej matce znów popsuć mi tak wspaniały dzień! Dzisiaj byłam prze-szczęśliwa, bo mój najlepszy przyjaciel Matt zaprosił mnie na swoje urodziny! Nawet nie wiedziałam, że w dzień swojego przyjścia na świat urządza się imprezy, piecze ciasto, zaprasza zna…
Zatrzymałam się i z uwagą przyglądałam się dwójce nastolatek, które (jak mi się wydawało) wychodzili z potworka od mojego domu. Uważnie przyjrzałam się ich wyglądowi. Czarnowłosa dziewczyna spoglądała z niepewnością na swojego lekko bladego przyjaciela. Wydawało mi się, że starała się być silna za nich dwoje.
Ruszyłam w stronę domu, gdzie zapewne moja ukochana babunia piekła swoje paskudne ciastka (serio! Gdy będę dorosła kupie sobie męża, który umie piec!), minęłam dwójkę nastolatków, a fragment ich rozmowy do mnie dodarł, a raczej jej początek.
— Ona była jednym z nich Luke, to nie twoja wina — oznajmiła.
— Thalia…
Jej słowa spowodowało, że moje serce zabiło ze strachu, w ustach mi zaschło, a na skórze pojawił się zimny pot. Nie słuchałam, już ani słowa więcej. Ruszyłam szybszym krokiem w stronę lekko uchylonych drzwi wejściowych, ignorując dwójkę nastolatków, która z zaciekawieniem mnie obserwowała, a biegnąc po dwa stopnie na raz znalazłam się na starej, skrzypiącej werandzie z ciemnych desek w mgnieniu oka, a następnie wpadłam do środka.
To, co tam zastałam wywołało, wrzask przerażeni, który wyrwał się z moich zaciśniętych i z lekka zsiniałych z przerażenia warg.
Moja babka została zabita.
Jedyny ślad, jaki po niej pozostał, to kupka popiołu.
* * *
Stojąc przed osobą, która przyczyniła się do śmierci mojej babci, miałam ochotę ją zatłuc, ale gdy szykowałam się do kolejnego uderzenia, czyjaś dłoń złapała mnie za nadgarstek, a ja spojrzałam się ze złością na Rudzielca, który z poważną miną przyglądał się najpierw mojej twarzy, a później Thalie. Widziałam, jak jego źrenice się zwężają, w tej chwili nie obchodziło mnie, skąd Ryan zna jeden z moich sekretów i jakie jeszcze może znać.
— Odbiło ci? — Syknęła rozzłoszczona córka Zeusa, a zarazem Łowczyni Artemidy.
Wyrwałam dłoń z uchwytu Rudzielca, nie spuszczając tym samym wzroku z oburzonej czarnowłosej dziewczyny. Cofnęłam się o krok, co spowodowało, że i Ryan się cofnął, zachowywał się, jak mój cień, pilnując, abym nie wybuchła. Pewnie rzuciłabym w jego stronę, jakąś uwagę, może się zdenerwowała, ale moją uwagę przykuwała Łowczyni, która zaś z kolei sprawdzała stan swojego nosa, piorunując mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi w dość ironiczny sposób.
— Prędzej zdechnę w Tartarze niż przyłącze się do kogoś takiego, jak ty — oznajmiłam chłodno. — Idziemy Ryan.
Odwracając się tyłem do Thalie i tym samym pokazując jej, że nie czuje wobec niej strachu, a tym bardziej nie mam respektu, dla osoby, która podobno ocaliła świat. Ryan uważnie mi się przyglądał, tym bardziej, że gdy zachowywałam się dość dziwnie. Pewnie podejrzewał, że w każdej chwili odwrócę się i rzucę z zamiarem zamordowania córki Zeusa, co nie byłoby aż takim złym pomysłem…
— Nawet nie myśl o tym — oznajmił cicho Ryan, a ja spojrzałam na niego z lekkim zaskoczeniem. — Twoje czoło się marszy, a oczy błyszczą tą iskierką morderczych zapędów — wyjaśnił na moje niezadane pytania. — Policzki ci się również ślicznie czerwienieją ze złości… jesteś taka…
— Zamilcz — syknęłam.
Mimo wszystko, miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, bo Rudzielec rozładował całe napięcie, jakie czułam. W duchu musiałam przyznać, że ona ma duży wpływ na mnie i choć sama temu zaprzeczałam, to nie teraz zdałam sobie sprawę, że nie potrafiłabym dalej żyć sama na świecie, potrzebowałam w szczególności… jego.
* * *

Gdy doszliśmy do mojego domku, Ryan się zawahał przed kolejnym ruchem. Czułam się trochę, jakbyśmy grali w szachy, choć z góry przesądzone jest, że ja i tak przegram w tej batalii. Nie zamierzałam jednak od razu kapitulować, jak mogłabym spojrzeć w lustro, gdybym nawet nie próbowała wygrać?
Zwróciłam swoją uwagę na Rudzielca, gdy tylko otworzył usta, jakbym chciała zapamiętać, każde jego słowo, które kiedykolwiek do mnie powiedział. Przyglądałam się, jego rysą twarzy, chcąc zapamiętać ją na zawsze. Nie miałam pojęcia, czemu tak się dzieje? Czemu moje myśli grążą tylko wokół jego osoby?
— Kocham cię Jill — wyznał. — Moje serce należy do ciebie, oddałem je tobie, gdy pierwszy raz zobaczyłem cię w wizji, już wtedy wiedziałem, że się z tobą ożenię i pomimo twojej niechęci, mam zamiar cię teraz pocałować.
Szczerość Rudzielca w tej chwili mnie zaskoczyła, czasami zastanawiałam się, czy on po prostu nie udaje, że mnie kocha, czy nie jestem tylko wyzwaniem. Bo jeżeli dziewczyną tak bardzo podobają się "bad boys" to chłopcom też mogą podobać się "bad girls", a ja byłam prawdziwą, złą dziewczynką.
Słowo "ożenić" podziałało na mnie, jak promyk nadziej w ciemnym i mrocznym lesie, moje głupie serce zaczęło galopować z radości i choć starałam się je poskromić, upominając, co działo się z ludźmi, których kochałam... moje ciało nie współgrało z rozsądkiem. Z resztą, wielokrotnie już czytałam słowa: "Serce nie kieruje się rozsądkiem" i w tej chwili w to uwierzyłam.
Ryan objął mnie jedną dłonią w tali, a drugą położył na moim karku, przy okazji dotykając smukłymi palcami mój polik i powodując dziwne ciepło, które zaczęło emanować się w całym moim ciele i koncentrować w podbrzuszu.
Mimo, że w myślach się przeklinałam, moje ciało mnie nie słuchało i zarzuciło ramiona na szyję chłopaka. Chciałam, aby się schylić, by nasze usta się spotkały, ale on uśmiechnął się kącikiem ust, nie pozwalając mi przejąć władzy, nad tą chwilą, a jego oczy pozostały niezwykle poważne, choć jednocześnie błyszczały czymś, co trudno było mi nazwać... chyba miłością i... czymś jeszcze.
Jego ciepłe dłonie spoczęły na moich biodrach, a po chwili poczułam, jak tracę grunt pod nogami. Moje serce zabiło szybciej, gdy poczułam zapach jego wody kolońskiej. Właściwie, czemu jej używa? 
W innym momencie może i bym się przeraziła faktu, że Ryan potrafi podnieś mnie bez najmniejszych trudności, nawet się przy tym nie męcząc. Być może gdybym była zdolna do logicznego myślenia, zastanowiłoby mnie, co jeszcze on potrafi?
Szkoda, że moje logiczne myślenie poszło spać…
Przestałam już myśleć, nad tym, co się dzieje. Przyciągnęłam go bliżej siebie, a szeroki uśmiech, jaki pojawił się na twarzy Rudzielca, spowodował jeszcze szybsze bicie mojego serca, przez moment się nawet zlękłam, że coś jest z nim nie tak i zaraz wyskoczy mi z piersi, ale wszelkie myśli, jakie jeszcze miałam, zostały skutecznie stłumione i schowane w zakamarkach moich myśli, gdy poczułam ciepłe usta Ryana na swoich.
Z początku było to jak dotknięcie motyla, delikatne, niepewne i naprawdę gorące. Jeżeli wcześniej czułam ciepło, to teraz wręcz płonęłam z czegoś, czego nie rozumiałam, ale nawet, gdyby w tej chwili wokół nas wybuchał bomba, ja nie mogłabym oderwać się od Rudzielca.
Jego usta poruszyły się, prowokując mnie, kusząc i wymagając ode mnie oddania pocałunku. Bezwiednie zaplotłam nogi wokół jego bioder, jakby w obawie, że mnie puści, że jednak jakimś cudem się opamięta i postanowi zachować honorowa. Miałam gdzieś wszystko i wszystkich, bo w tej chwili liczył się tylko on.
— To miłość — szepnął.
Jego język dotknął mojej wargi, a ja czułam się całkowicie bezbronna, odsłonięta, a jednak rozwarłam wargi zapraszając go do środka. Z przyjemnością skorzystał z okazji, a nasze języki połączyły się w szalonym tangu.
— Nie... — zaprzeczyłam oddając pocałunek, byliśmy zbyt poruszeni, aby moje słowa miały być dla nas, jak wiadro zimnej wody. 
Ryan jęknął z rezygnacją i oderwał się od moich ust, w poszukiwaniu moich oczów, a następnie powtórzył pewnym siebie głosem:
— To, co dzieje się między nami, to miłość, jak inaczej to nazwiesz?
— Może to… namiętność? — zasugerowałam lekko wkurzona, że przerwał pocałunek.
Ryan puścił mnie, a gdy moje nogo dotknęły ziemi, odsunął się ode mnie o krok, piorunując wściekle sowimi dwukolorowymi tęczówkami. 
— Nie Jill, to miłość do cholery!
Oburzona jego i swoim zachowaniem, naskoczyłam na niego mówiąc dość głośni:
— Pieprz się!
— Właśnie byśmy to zrobili! — zripostował. — Jednak nie zamierzam zostać wykorzystany przez ciebie! Gdy nareszcie zrozumiesz, że mnie kochasz, wtedy pogadamy!
Następnie ruszył przez siebie kompletnie mnie ignorując.
Przeklęłam i kopnęłam jakiś kamyk niedaleko siebie, a mój gniew nagle opadł.
— Czy ty nie rozumiesz, że jeżeli cię pokocham to moja miłość sprowadzi na ciebie nieszczęście? — Spytałam cicho do samej siebie. — Nie przeżyłabym wówczas, gdyby kolejna osoba... tak ważna dla mnie zginęła...
Poczułam, jak coś dławi mnie w gardle, ale szybko się opamiętałam. Ta chwila słabości szybko minęła, a ja znów byłam sobą. Nie mogłam marzyć o szczęśliwym zakończeniu, bo w moim życiu było zbyt dużo niewiadomych i jeszcze więcej niebezpieczeństwa, a nie zamierzałam nikogo na nie narażać.
Westchnęłam i ruszyłam do swojego domku, gdzie na werandzie czatował Henryk.
Tego mi jeszcze brakowało!

_______________________________________________________________________
Ta dam!
Dodałam piosenkę, bo zawsze, gdy jej słucham, to myślę o Rudzielcu xD
Jak Wam się podoba wielki przełom Jill i Ryana? :D
Tylko na to czekaliście, co? :3