KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambrozja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambrozja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział XVII

"*Maggie – Jak poznałam swoją wielką miłość... Sammy’ego!*

Osiem lat wcześniej…
— Temu, to dorób ogon gada! Przeklęty facet! Nazwał mnie oszustem! Wyobrażasz sobie?! Jeszcze mu pokaże… my mu pokażemy!
Natychmiast spełniłam prośbę (rozkaz) ojca. Mężczyzna stojący w kolejce koło kasy, sklepu spożywczego, kompletnie nas ignorował. Z resztą, jak większość mieszkańców. Choć nie wydawało mi się to być dobre. To jednak chciałam być doceniona przez swojego ojca. Wiedziałam, że z dnia na dzień pogłębia się w swoim szaleństwie. Jednak go kochałam. Poza tym, przy ojcu czułam się nieco bezpiecpozniejsza. Póki był przy mnie mój prześladowca dawał mi spokój. 
Może jednak nie było to dobrym pomysłem? Mimo to wyczarować panu komisarzowi ogon. Od zawsze czułam na sobie spojrzenia mieszkańców i szepty. Niejeden raz słyszałam, jak nazywają mnie diabłem bądź nasieniem demona. 
Po chwili dało się słyszeć wrzask i piski – ogólnie wybuchła jedna wielka panika.
— Ten jego synek to też niezłe ziółko — zauważył, już spokojniej, mój ojciec. Ignorując przy okazji biegających wokoło przerażonych ludzi. — Słyszałem, że terroryzuje nauczycieli i uczniów, trzymaj się z dala od tego Flynna — rozkazał.
Och tatusiu! Jak bardzo bym tego pragnęła!
Niestety nie powiedziałam tego.
Nie wyznałam mu prawdy, która każdego dnia przytłaczała mnie coraz bardziej.

* * *

Ktoś za mną szedł.
Byłam tego pewna. Przyśpieszyłam, próbując, jak najszybciej dotrzeć do domu, aby się schronić przed tym, co miało nastąpić. Do moich oczów napływały łzy, których nie potrafiłam zatrzymać. Serce biło mi w piersi coraz szybciej, a oddech stawał się urywany. Panika całkiem mnie pochłonęła i natychmiast rzuciłam się do biegu.
Bam!
Leżałam na ziemi, czując promieniujący ból w łydce. Zerknęłam za siebie, aby zobaczyć grupkę czteroosobowej ekipy Flynna. Zacisnęłam usta w wąską linię, bo zaczęły mi niebezpiecznie drżeć. Ból stał się czymś odległym, a strach i adrenalina dały mi siły, aby spróbować znów się wyrwać.
Niestety ból w nodze mi to uniemożliwił. Przypominając sobie o niej, spojrzałam na nią i bezgłośnie jęknęłam ze zgrozy. Przez moją nogę na wylot przechodziła strzała.
Strzałą!
— Zachowuje się, jak królik, którego ostatnio upolowałem z ojcem — zauważył z nutą samozadowolenia mój prześladowca. — Niemal próbował odgryź sobie nogę… ach — westchnął z nutką rozmarzenia. — Tak fajnie było na to patrzeć, ale najfajniejsze było, gdy zatopiłem swój bagnet w serce temu słodkiemu… króliczkowi.
Nie miałam nawet zamiaru tłumaczyć Flynnowi, że króliki nie są zdolne odgryź swojej nogi. Właściwie, niewiele mogłam w tym stanie logicznie myśleć. Szukałam, jakiejś drogi ucieczki, bo naprawdę nie miałam zamiaru, wrócić do domu (ponownie) ledwo żywa.
Nie chciałam czuć bólu.
Mamusi… nie chciałam.
— Hmm… a może przetestujemy, go na tej di diablo?
Wiedziałam, że specjalnie nazwał mnie diabłem, aby tylko jeszcze bardziej mnie zranić. 
— Świetny pomysł Flynn — przytaknął mu jego giermek.
Wrzasnęłam.
Płakałam. Krzyczałam. Prosiłam.
Nic mnie nie uchroniło przed bólem.

* * *

— Nie… proszę — szepnęłam do siebie.
Pędząc jak na skręcenie karku, próbowałam, jak co piątek, dostać się do domu bez spotkania z Flynnem. Po moich policzkach znów płynęły łzy, serce tłukło się w piersi… Teraz bałam się jak nigdy. Dzisiaj do szkoły mój prześladowca przyniósł mały pistolet.
Pistolet!
Nie chciałam umierać. Bogowie! Nie chciałam!
— Mamusiu… — szepnęłam.
Moja mama pomagała mi, jak tylko mogła. To dzięki niej, nadal żyje. Być może nie było to dobre wyjście i powinnam iść do szpitala, może wtedy Flynn by mnie zostawił? Niestety podskórnie wiedziałam, że pan Komendant tylko czeka, aby coś takiego się wydarzyło. Aby wsadzić mojego ojca za kraty.
Wpadłam na kogoś, a przez to oboje się wywaliliśmy.
Zamknęłam ze strachu powieki i pisnęłam.
To koniec.
— Mamy Cię! — Wrzasnął z zadowoleniem Flynn.
Huk strzału przeszedł echem po okolicy. Zacisnęłam jeszcze mocniej powieki, aby tylko nie patrzeć i starać się odgrodzić od rzeczywistości.
Jednak nie poczułam bólu.
Powoli rozchyliłam powieki i spojrzałam na białowłosego chłopaka, który w jakiś sposób ustawił się przede mną. Chroniąc mnie przed kulą. Spoglądał na swoją nogę, która zaczęła barwić jego jeansy na czerwono.
— Pobrudzili mi spodnie — mruknął chłopak.
W jednej chwili, chłopak podniósł dłoń, a wówczas cała czwórka padła na ziemię, jakby podczas ataku padaczki. Patrzyłam, jak z ich ust wypływa czerwona piana. To był przerażający widok, a ja poczułam ku swojemu zdumieni współczucie z powodu takiej śmierci.
— Nic ci nie jest? — spytał mój wybawca. Popatrzyłam w jego miodowe oczy, gdy się do mnie odwrócił i bezgłośnie zaprzeczyłam. — Jestem Samael, a ty?"





ROZDZIAŁ XVII
"(...)Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek(...)"


— Nic na to nie powiesz, Heaven?
Szare oczy blondynki zwęszyły się niebezpiecznie, ale była na tyle opanowana (o ile można tak to opisać w tej sytuacji). Uśmiechnęła się swoimi pełnymi ustami, które dla płci męskiej były spełnieniem ich sennych marzeń. Podniosła swoją głowę, aby spojrzeć prosto w orzechowe oczy swojej „koleżanki”. Pomimo, iż była niższa od Camille, to właśnie Cam czuła się mniejsza i słabsza.
— No nie wiem, Cam… — powiedziała wyginając kąciki ust ku górze, ledwo powstrzymując swój wybuch śmiechu. — Pewnie znów zniszczyłabym twoje wyimaginowane ego o sobie samej… — westchnęła dramatycznie, przykładając dłoń do serca. — Dyrektorka kazała mi być milsza dla osób z zaburzeniami psychicznymi.
Z chłodną arogancją, przyglądała się, jak czerwień wkrada się na twarz Camille, której usta uformowały się w idealne „o”. Uwielbiała te drobne wymiany zdań z szatynką, mającą idealnie „złotą” opaleniznę. Faktem było, że Cam spędzała więcej czasu w solarium, niż przy książkach. Gdyby nie jej bogaci rodzice, Heaven była pewna, że ta panna nie zdałaby drugiej klasy podstawówki, bo na tym etapie nauki mały móżdżek dziewczyny się zatrzymał.
Prychając jak kotka, szatynka wypadła z szatni, a za drzwiami dało się słyszeć jej wymuszony płacz. Wzruszając ramionami, panna Grey nie przejęła się tym w żaden sposób. Doskonale wiedziała, że łzy się pojawiły, gdyż z pewnością natknęła się na Kena. Znaczy… czarnowłosy przystojniak tak się nie nazywał, ale to określenie idealnie pasowało dla kogoś z jego ilorazem inteligencji i wybujałym ego. Swoją drogą, tworzyli słodką parę.
Pani Bezmózga i pan Wielkie-Ego.
Pakując swoją torbę, zdała sobie sprawę, że gdzieś zapodziała swój telefon. Krzywiąc się lekko na swoją gapowatość, która jej ostatnio ciążyła, ruszyła z powrotem na scenę. Mijające ją znajome dziewczyny, uśmiechały się do niej z serdecznością. Osobiście Heaven nie znosiła tłumów, wolałaby teraz być z Marco. 
Wspomnienia swojego najlepszego przyjaciela, który jednocześnie był gadem, dobry humor jej powrócił. Na kilka minut. Było to przecież nieco śmieszne, gdyż jego opis brzmiał jej zdaniem nieco dwuznacznie.
Wesołość szybko ją jednak opuściła, gdy tylko weszła na scenę i zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego. Można by było to nazwać zmysłem wojownika albo instynktem, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że jakiś drapieżnik się na niego czai. 
Powoli zaczęła podnosić dłonie, jednocześnie uważnie rozglądając się po opustoszały teatrze szkolnym. Światła zostały zgaszone i tylko niewielkie lampki przy scenie oświetlały ciemność wokół niej. Zaciskając dłonie na swoich szpilkach, które przytrzymywały jej długie i proste blond włosy. Wyjęła je, pozwalając ich kaskadzie opaść na jej plecy.
Szpila w jej lewej dłoni, przemienił się w tantō aikuchi* wykonanego z stygijskiego żelaza. Zaś ta w prawej w długi sztylet z niebiańskiego spiżu. Obydwie bronie były idealnie wyważone, a ona sama posługiwała się nimi ze wrodzoną gracją.
W tym momencie, jej przezwisko „Złośliwy Skrzat” nabierało nowych znaczeń.
Może była drobna i z wyglądu przypominała słodkiego elfa, ale jej język był jak brzytwa. Ranił dużo bardziej niż fizyczne ciosy.
Świst przebił powietrze, a ona od razu wymierzyła cios. Za pierwszym razem chybiła, za drugim już nie i dało słyszeć się syk bólu jej przeciwnika. Bo chociaż nic nie widziała (jej wróg był naprawdę szybki), pozostałe jej zmysły pracowały na zwiększonych obrotach, co pozwalało jej na robienie tego, co kocha. Była już blisko zabicia kreatury, która z pewnością uznała ją za łatwy cel, gdy nagle męski okrzyk przeszył powietrze. Padła na ziemię i dopiero po ogłuszającym huku, zdała sobie sprawę, że głos krzyknął „Padnij!”.
Koło niej deski zadrżały. Zerkając w tamtą stronę, spojrzała wprost w czerwone tęczówki wampirzycy, która wyszczerzyła do niej swoje ostre kły. Obietnica zemsty w jej oczach zamigotała tuż przed tym, nim rozpadła się ona w czarny pył, który wybuchł prosto w twarz Haeven.
Słodko.
Kaszląc, starała się pozbyć, jak najwięcej popiołu ze swojej twarzy, a później zaczęła otrzepywać swoje ubranie. Wtedy powoli, jej słuch znów zaczął funkcjonować i mogła usłyszeć końcówkę sprzeczki, która odgrywała się między dwoma różnymi od siebie chłopakami.
—…lać! — warknął chłopak z czarnymi włosami. Właściwie cały był ubrany na ten kolor, choć na jego koszulce był kolorowy wizerunek i napis Spiedermana. — Nie używamy dział!
— Och przestać! To był tylko prototyp!
Mówiąc to, drugi z nich, nieco niższy od pierwszego, z chochlikową twarzą i szerokim uśmiechem, o ciemnych kędzierzawych, czarnych włosach. Zaczął coś majstrować przy skórzanym pasku z narzędziami, zapiętym na biodrze. Wyjmując z niego metalową kostkę, która błysnęła w ciemnościach odbijając światło lamp. Obracał ją w pacach, coś przy niej robiąc, choć wzrok miał skierowany na swojego rozmówce.
— Tym bardziej nie powinieneś go używać w obecności śmiertelnika!
Wrzasnął ten z bluzką ze spidermanem, spoglądając na nią przelotem. Na chwilę jego miodowe spojrzenie spotkało się z jej. Poczuła się znieważona, gdyż rozmawiali o niej, jakby jej tutaj nie było. Mrużąc oczy, położyła swoje dłonie na biodrach, szykując się do ciętej riposty, ale uprzedził ją chochlikowy chłopak.
— No weź! Jak Maggie z tobą wytrzymuje?
To zwróciło całą uwagę czarnowłosego na swojego rozmówce. Zaczął mówić coś do niego szeptem, najwidoczniej nie chcąc, aby ona też to usłyszała. Przewróciła teatralnie oczami. Wtedy też poczuła, jak czyjeś ramiona oblatają ją od tyłu. 
— Tęskniłam za tobą! 
Odwracając głowę, przyjrzała się uśmiechniętej, czarnowłosej dziewczynie, która wyglądała, jakby nie zauważyła dwóch par męskich spojrzeń. Spoglądające na nią z niedowierzaniem i lekkim szokiem. Sama Heaven miała ochotę wybuchnąć śmiechem, gdy dostrzegła oszołomione miny chłopaków.
— Ja za tobą też — powiedziała odruchowo i przypomniawszy sobie, czemu właściwie tutaj przyszła. — Widziałaś może mój telefon?
Czarnowłosa córka Seleny potrząsnęła przecząco głową. Blondynka westchnęła i już miała wznowić poszukiwania, gdy odwróciła się i pokazała środkowy palec dwóm wgapiającym się w nią chłopakom.
— Weźcie się na coś przydajcie i pomóżcie mi znaleźć telefon! — syknęła rozkazująco.
Gdy obaj nadal stali, jak wmurowani. Zniecierpliwiona Luna, odeszła od swojej starej kumpeli i podniosła coś z ziemi. Była to puenta, baletka z gipsowym czubkiem służącym do wykonywania skomplikowanych figur. Dziewczyna wzięła rozmach i rzuciłam nią w stronę syna Hefajstosa. Chłopak dostał głowę twardym czubkiem, jęknął, przyłożył dłoń na bolące miejsce i zaczął je masować. 
— Dziewczyno! Powinnaś zamiast broni nosić baletki! Potwory nie miałyby żadnych szans!
Uwaga, chłopaka o chochlikowej twarzy, została zignorowana.
Haeven z zaciekawieniem, jak również z lekkim rozbawieniem przyglądała się, jak chłopcy w końcu ruszają w stronę sceny. Gdy tylko się do niej zbliżyli, Luna ich przedstawiła:
— To Leo, syn Hefajstosa — wskazała na chłopaka o chochlikowej twarzy. — Zaś ten ponurak, to Samael, syn Tanatosa — wskazała na wyższego z nich, który od razy się skrzywił. — A to jest Heaven, córka Anterosa.
Heaven dość niekulturalnie wgapiała się w Leona, urzeczona jego szerokim uśmiechem i dołeczkami w policzkach. Czując na sobie spojrzenie pozostałej dwójki, szybko odwróciła wzrok i uśmiechnęła się kpiąco.
— Do roboty „Łowcy Wampirów”! — Zawołał Leo.
— Jesteśmy herosami, nie łowcami — zauważył Samael.
Cała trójka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— W takim razie, do roboty „Łowco-Herosi Wampirów!” — wykrzyknął z rozbawieniem Leo.
— I ja mam tak z nimi cały, boży dzień — zauważyła ze znużeniem Luna.
Kąciki ust Haeven zaczęły drżenie z tłumionego śmiechu. Uznała w końcu, że jej weekend zapowiada się nawet ciekawie. Może nawet dołączy do tych herosów i im pomoże? 
Sama jeszcze do końca nie zdecydowała.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Maggie*

Machałam dłonią do swojego ojca na pożegnanie, aż nie skręciliśmy za róg ulicy i nie straciłam go ze wzroku. Westchnęłam smętnie i skupiłam swoją uwagę na pingwinie. Siedząc na chmurce leciał nad głową Jill, robiąc przy tym dziwne miny.
Nie miałam odwagi jej o tym mówić, a szczególnie, gdy była w tak wisielczym nastroju.
Mijając rząd domów, które lepsze dni miały za sobą, przyglądałam się z zafascynowaniem, co ludzie mieli na podwórkach. Przeważnie były to stare auta, bądź wózki ze śmieciami, a raczej z rzeczami, które się „naprawi i sprzeda”. 
Słońce już dawno zaszło, a nam oświecał drogę księżyc. Było w tym, coś magicznego, a co napełniało moje ciało dodatkowa porcją magii. Nie chciałam jednak psuć moim przyjaciołom tej intymnej chwili. Bo nawet ja zauważyłam, jak Jillian dyskretne zerka na Rudzielca i za każdym razem jest na tym przyłapywana. Ryan nawet nie ukrywał, że się w nią wgapia, ale ona nie dała się zmylić i tylko uśmiechają się w ten swój przerażający zaraz-dowiesz-się-co-to-strach sposób.
Dzięki magii zaczęłam dostrzegać ich aury. Był to biały na wpół przezroczysty kontur, który obrysowywał linie ich ciał. Dodatkowo można było dostrzec pojedyncze nitki kolorów, które odpowiadały za cechy charakteru i obecny nastrój. Jako córka Hekate automatycznie wiedziałam, które co oznaczają.
Chociaż prawda o moich przyjaciołach mnie zaskoczyła.
Wpatrywałam się w aurę Ryana z lekko rozciapaną buzią.
Serce zabiło mi szybciej, oddech stał się płytszy, a ja nawet nie zauważyłam kiedy się zatrzymałam. Zamykałam, mrugałam i pocierałam oczy, aby tylko się przekonać, że to co widzę, jest wytworem mojej wyobraźni. Jakże chciałabym, aby taka była prawda.
Niestety to było rzeczywistością.
— Maggie, wszystko w porządku?
Słysząc znudzony głos Jill, otrząsnęłam się i kiwając głową natychmiast ich dogoniłam. Zerkając ukradkiem na Rudzielca, a który to uśmiechnął się nieco smutno i kiwnął głową. Potwierdzając to, co przypuszczałam.

* ~ * ~ *

— Apate, emboliari, fur, furuncle**!
Bogini Nieszczęścia i Zdrady prychnęła z pogardą, gdy Moros w akcie gniewu wyzwał ją po łacińsku. Sama miała ochotę dać upust nerwom, a jednak w odróżnieniu od niego umiała nad sobą dużo lepiej panować.
Siedząc na ciemnej sofie, wzniosła oczy ku niebu, gdy Moros po raz setny przeszedł koło niej. Była niemal pewna, że zaraz zrobi dziurę w podłodze. Nie tylko jej działał na nerwy, bo poniektórzy bogowie rzucali mu znaczące spojrzenia, które skutecznie ignorował w przypływie swojej frustracji i gniewie.
Ale co z ich niepowodzeniem ona miała wspólnego?
— Powinieneś ją bardziej skrytykować — poskarżył się z niezadowoleniem Momos.
— Jesteśmy tacy słabi… — wtrąciła cicho Oizys.
Ozisys została zignorowana. Jako bogini nędzy i cierpienia, jęknęła smutno i żałośnie. Kładąc się przy tym na podłodze wykonanej z czarnego marmuru w świątyni Nysk (na Olimpie). Przyglądając się swojemu odbiciu Oziys jeszcze bardziej zaczęła jęczeć i wyżalać się nad swoją niedolą.
— Przecież wcale nie przegrywamy! — zawołał ze złością Pseudologos. Jego głos skutecznie uciszył innych bogów. — To nie jest Hysmina, a ona nienawidzi Aresa i kocha Arodytę, pokłóciłem się z nią i…
— Mówże po ludzku! — Syknęła rozzłoszczona Apate.
Pseudologos skrzywił się, ale zaprzestał swoich kłamstw, wzdychając ciężko.
— Hysmina nam pomoże w zamian za Aresa — wyznał.
Czwórka bogów spojrzała na nowo przybyłą, która stała obok boga kłamstwa. Z zainteresowaniem lustrowali, wysoką blondynkę, która miała na sobie czarny t-shirt z rozerwanymi rękawami. Skóre jej ramion  zdobyły różnego rodzaju, zawiłe i niepokojąco wyglądające tatuaże. Na głowie miała bandame, a na lewym policzku dziwną, nieregularną szramę, która musiała powstać przez jakąś tępą broń.
Następnie znów wszyscy bogowie, którzy byli zamknięci w Puszce Pandory zwrócili się na siebie z ostrymi językami i obrażając się nawzajem. Próbowali w ten sposób odreagować, ale żadne z nich nawet nie dostrzegło samej Nysk, która stając w progu swojej świątyni. Z niepokojem przyglądała się swojej rodzinie, która zaczęła powoli demolować jej świątynie. 

* ~ * ~ *
*Perspektywa Ryana*

Niemal wyłamałem drzwi od autobusu, gdy tylko zatrzymał się on na naszym przystanku. Prędko pobiegłem w krzaki, aby zwymiotować zawartość swojego śniadania. Oparłem dłonie o lekko ugięte kolana i opuszczając głowę, pozwoliłem, aby czerwone kosmyki moich włosów opadły mi na twarz.
— Ryan?
Zignorowałem wołanie. Starałem się w tej chwili skupić na wyrównywaniu oddechu i sprawieniu, aby reszta zawartości mojego żołądka została w nim. Słysząc jednak ponownie swoje imię, podniosłem wzrok mając nadzieje, że będzie to zmartwiona Jill. 
Niestety zawiodłem się, ale na szczęście nudności zostały zastąpione trwogą.
Przekląłem pod nosem.
— Ryan, Słoneczko to ty!
Niebiesko-szare oczy Jenny spoglądały na mnie z radością. Jej długie kasztanowe włosy, były ustylizowane teraz na wzór Merlin Monroe. Miała na sobie również biały golf, który podkreślał jej bujne kształty i świetnie dopasowane jeansy.
Zerknąłem za siebie, aby zobaczyć dzielącą mnie odległość od córki Hekate i córki Eola. Obydwie jednak były zajęte studiowaniem mapy, którą przyniósł im Henryk. Pingwin był widocznie bardzo uszczęśliwiony błyskiem zadowoleniu w oczach Jill (ja też uwielbiam ten przejaw radości u mojej Złośnicy), gdyż spoglądał na nią z uwielbianiem. Ciekawe, czy i ja gdy na nią patrzę, wyglądam podobnie?
Nie wiedząc nawet kiedy, zacząłem mierzyć wzrokiem przyszłą matkę moich dzieci. Zatrzymując się w niektórych rejonach jej ciała i mając wielką nadzieje, że co nieco jej jeszcze urośnie. Tak mnie pochłonęła obserwacja Jill, że dopiero walnięcie w ramię, które zrobiła Jenny (owszem w młodości nieco przypominała moją Złośnice) zwróciło moją uwagę na niezapowiedziane spotkanie.
— Cudownie wyglądasz Jenny, nowa fryzura?
Ten temat był najbardziej pomocny w rozmowach z dziewczynami typu Jenny. Która to był zadowolona z komplementu i zainteresowania, jakie jej zdaniem mam względem jej osoby. Pozwoliło mi to na chwilę spokoju i przemyślenia taktyki.
— Słoneczko… — zamruczała zmysłowo Jenny, przybliżając się do mnie i kręcąc zalotnie biodrami. —… tęskniłam za Twoimi ciepłymi promieniami — dodała nieco ciszej.
Zrobiłem szybki rachunek sytuacji.
— To bardzo źle — wyznałem, czując jak na moją twarz wpływa uśmiech. — Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Jillian*

Studiując mapę, starałam się zrozumieć w którą stronę musimy wyruszyć, aby dość do Zatoki Meksykańskiej. Podczas podróży Ryan i Maggie zgodnie stwierdzili, że to nasz punkt podróży. Mój Nielot wyjątkowo się na coś przydał, uczenie go kradzieży przez dzieci Hermesa nie poszły w zapomnienie. Zdecydowanie powinnam częściej pożyczać Henryka innym obozowiczom. Może nauczą go robić broń?
Wtedy byłby idealnym zwierzęciem domowym.
Byłam tak pochłonięta swoimi myślami i próbami zrozumienia mapy, żę dopiero za trzecim razem, gdy Maggie mnie uderzyła łokciem zareagowałam. Tylko dlatego, że wcześniej uderzała mnie dość słabo. Przeniosłam na nią swój niezadowolony wzrok, ale ona kiwnęła mi w zamian głową w stronę krzaków. Tam właśnie poleciał Rudzielec, aby zwymiotować zawartość swojego żołądku. 
Spojrzałam w tamto miejsce i poczułam sprzeczne emocje.
Przed moimi oczami pojawiła się czerwona mgiełka, która uaktywnia się przeważnie podczas walki. Tym razem (choć dość późno) zrozumiałam, że zalała mnie fala zazdrości. Tak irracjonalnej, bo w końcu nie kochałam Rudzielca, że niemal śmieszna.
Mój umysł wrzeszczał, że powinnam się opanować. Nie mogłam pokazywać, że w jakiś sposób mi na kimś zależy. Bo wtedy taka osoba zawsze umiera. Na nic były jednak wrzaski mojego rozumu, tym razem, pierwszy raz od dawna, to serce przejęło wodze nad moim ciałem.
W kilka sekund przekonałam dzielącą nas odległość. Gdy tylko pojawiłam się koło nich, usłyszałam końcówkę wypowiedzi Rudzielca. Poczułam jak na moją twarz wpływa rumieniec złości. Tleniona blondynka (nawet jeżeli było to kłamstwo, to bardzo budujące) odwróciła się do mnie w momencie, kiedy moja pięść już wystartowała.
Dziewczyna pisnęła i zatoczyła się do tyłu od mojego uderzenia. Maggie wrzasnęła, a Ryan wyglądał, jakby właśnie wygrał na loterii. Był tak z siebie zadowolony, że niemal pękł z tej swojej durnej radości. Blondynka nie była jednak pierwszą lepszą lafiryndą (bardzo mi przykro, chociaż może i nie, ale będę ją teraz tak nazywać).
Okazało się powiem, że nie jest aż taka bezbronna na jaką wygląda. Znikąd w jej dłoni pojawił się długi miecz, który był także szeroki. Przypominał mi gigantyczny tasak. Coś jak te wszystkie bronie w Anime. Aż dziwiło mnie, jak taka drobna osóbka, jak ona jest w stanie to unieść.
Nie miałam z tym najmniejszego problemu.
Walka na bronie się rozpoczęła, więc natychmiast sięgnęłam po swoją bransoletkę. Wcześniej nie całkiem unikając ciosu swojej przeciwniczki. To spowodowało, że rękaw mojej kurtki został rozdarty, a ja syknęłam z nagłego pieczenia, które poczułam.
Już po chwili w dłoni dzierżyłam bicz.
— Ryan zatrzymaj je! — Usłyszałam krzyk przerażonej Maggie.
— Maggie… one biją się o mnie i ja mam to przerywać? — spytał z niedowierzaniem w głosie Ryan. — Byłbym idiotą, gdybym to zrobił!
Maggie mruknęła coś pod nosem, co spowodowało śmiech Rudzielca. Dłużej się nimi nie interesowałam, bo moja przeciwniczka w tej chwili miała wymalowaną chęć mordu w oczach. Dopiero wówczas zorientowałam się, że są one również szarego koloru, co moje.
Ryan jest zboczeńcem-prześladowcą.

* * *

Maggie podała mi baton z ambrozji, gdy tylko do nich podeszłam po skończonej walce. Podziękowałam jej ruchem głowy, a następnie podeszłam do Ryana i walnęłam go w głowę. Zignorowałam jego żałosny jęk i psie oczy, którymi na mnie spoglądał. Dobrze wiedział, za co oberwał. Idiota. Choć niestety muszę przyznać, że jest słodkim idiotą... 
Podniosłam swój plecak i ruszyłam tylko sobie znanym kierunku. Żadne z nich nie odezwało się słowem. W ciszy szliśmy przed siebie, a przynajmniej byśmy to zrobili, gdyby powietrze przed nami nagle nie zafalowało i nie pojawiła się nikła tęcza, aby później pokazać rozwścieczonego Chejrona.
— Na gacie Zeusa! Gdzie wy jesteście?!
Ups… mieliśmy przechlapane.

* ~ * ~ *

Chłodny wiatr owiał jej twarz, gdy ona jednak zamiast przyglądać się przepięknej plaży na Ogygii spoglądała na fotografię w dłoni. Zdjęcie przedstawiało krzywiącą się z niesmaku brązowowłosą dziewczynę, która próbowała ignorować swojego towarzysza. Był nim rudowłosy chłopak, który spoglądał na nią z uwielbieniem. Melinda mimowolnie zachichotała. Jej córeczka miała chłopaka. Jakie to urocze!
Bursztynowe oczy kobiety jednak nagle wypełniły się cierpieniem. Serce zacisnęło jej się z tęsknoty za utraconym skarbem. Niestety musiała ratować swoja córkę. Nie chciała, aby pięcioletnia wówczas Jillian żyła w ciągłym strachu o własne życie. Pragnęła dla swojej córki szczęścia skazując tym samym siebie na samotność.
Wiatr ponownie zawiał od strony niespokojnego morza. Serce ścisnęło jej się z radości, gdy na horyzoncie zamigotał jakiś punkt. Niestety szybko minęła, gdy przekonała się, że to tylko ptak.
— Czekam na ciebie Jillian — wyszeptała zaciskając drobną dłoń na fotografii.
— Melindo?
Usłyszawszy swoje imię, kobieta odwróciła się w stronę stojącej nieopodal właścicielki wyspy. Na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech. Migdałowe oczy dziewczyny uważnie się jej przyglądały, a następnie wydawały się o coś pytać. Melinda powoli przytaknęła głową.
— Obiecałam ci — Przypomniała jej i sobie.
— Jesteś pewna Melindo?
— A ty Kalipso?
Dziewczyna przytaknęła głową na pytanie-odpowiedź swojej rozmówczyni. Następnie odwróciła się. Jej biała suknia na ramiączka zafalowała lekko. Dodała ona ją na tę okazję właśnie od Melindy. 
Bez słowa obydwie ruszyły w stronę migocącego w oddali budynku. Gdzie za kilka chwil mieli pojawić się bogowie olimpijscy i zdecydować, czy zgadzają się na ich propozycję, czy nie. Tym razem Kalipso była w dobrej wierzy. Miały wiele argumentów działających na ich korzyść.
Tym razem musi się udać.
A ona będzie wolna i odnajdzie swoją miłość. 
Zaś Melinda będzie wreszcie bezpieczna.





--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Legendy:
*Tantō aikuchi - rodzaj sztyletu lub puginału japońskiego z jedno- lub obosiecznym ostrzem, o długości od 15 do 30 centymetrów. Głownia była przeznaczona przede wszystkim do pchnięć, lecz można nią było także z powodzeniem ciąć. 
** Z łac.: "Apate, jesteś błaznem, złodziejem i zwykłym oszustem"

********************************
Zacznę od tego, że jest w tym rozdziale wiele niewiadomych. I trochę chyba mi się nie udała...
Jenny nie jest ważną postacią. Była ona po prostu gościem w tym rozdziale.
W następnym rozdziale (najprawdopodobniej) dojdzie do wielkiego spotkania Jill z jej matką.
To sprawia, że powoli zbliżamy się ku zakończeniu opowiadania.
No i serdecznie zapraszam do nowej zakładki "Gabinet Chejrona".
Tam zaś pojawi się "Wywiad z Ryanem", więc naprawdę zapraszam :)
Bussis! :3
P.S. Przepraszam za tak długi czas oczekiwania na rozdział!







sobota, 31 stycznia 2015

Rozdział XI



"(...)To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…(...)"

Tydzień później…

Byłam wściekła.
Nie… to zdecydowanie zbyt słabe słowo, aby opisać moją chęć mordowania.
Herosi jakby czując nadchodzącą apokalipsę odsuwali się ode mnie jakbym zaraz miała wybuchnąć (a co było z całą pewnością jak najbardziej prawdopodobne). Idąca za mną Maggie, co chwila coś krzyczała, a przy okazji potykała się i wpadła na ludzi, choć oni sami od niej uciekali, więc nie wiem, jak to możliwie.
W umiejętności Maggie już nie wątpiłam, ale w tej chwili skupiłam się na piaszczystej ścieżce prowadzące do domku Apolla. Ignorowałam przy tym całkowicie ciekawskie szepty i komentarzy o tym, że znów kogoś zleje. Ktoś chyba nawet wspomniał o mojej nowej przyjaźni z córka Aresa, ale byłam zbyt skoncentrowana na wymyślaniu wszelkich tortur na pewnym herosie, aby się tym przejąć.
Gdy dodarłam do swojego celu, wpadłam jak burza do środka, powodując kilka pisków strachu, a ktoś nawet wyciągnął łuk ze strzałami. W takim przypadku po prostu to ignorowałam i skierowałam się w stronę kuchni (która pojawiła się w tym domku dość niedawno). Mijając niewielki salon, Will pomachał do mnie z uśmiechem, był już przyzwyczajony do moich ataków złości i kilkakrotnych próbach podpalenia obozu, ale jak wspominałam to akurat był wypadek.
Wtargnęłam do kuchni pchając ze złością drewniane drzwi, a które z hukiem walnęły o powierzchnie białej ściany. Złote szafki lekko błyszczały, gdyż przez otwarte okno do środka wpadały promienie słoneczne, a uśmiechnięty rudowłosy chłopak, wymachując tyłkiem z iskrami rozbawienia w oczach robił coś na kształt tańca przy muzyce z radia, choć nie przejął się chyba nawet tym, że właśnie raportowali w nim o trudnościach na jakiejś autostradzie.
Bez słowa usiadłam na metalowym hoker ze złotym materiałem na siedzeniu i kładąc dłonie na biały blat wyspy, wbiłam w Ryana ponury wzrok, czekając aż skończy swoje dziwactwa. Mniej więcej w tej właśnie chwili do pokoju wpadła Maggie, a co równało się z tym, że wywaliła się na progu drzwi, a one same walnęły ją w twarz. Następnie dość niezgrabnie wstała na dwie równe nogi, usiadła koło mnie. Na twarzy jak zwykle miała uśmiech, dość ciężko oddychała, a w jej włosach znajdowało się parę liści, a nawet gałęzi.
— Co tym razem zrobiłem? — Spytał wyjątkowo spokojnie Ryan.
— Ty już dobrze wiesz, co — warknęłam.
Skrzyżowałam ramiona na piersi i spojrzałam na niego srogo, a przynajmniej próbowałam przybrać podobny wyraz twarzy do wściekłego boga – tu mam na myśli Pana D., a którego niejednokrotnie wyprowadzałam z równowagi. Mam nawet zakaz zbliżania się do Dionizosa.
Nagle Ryan odwrócił się do mnie, oparł biodrem o blat kuchenny i uważnie mi się przyglądając wyznał:
— Przyznaje się, powiedziałem wszystkim, że jesteś moją dziewczyną.
— To już wiem, mam to gdzieś, chodzi o tę drugą sprawę — niemal krzyknęłam z niecierpliwienia.
Poprawiłam się na siedzeniu i znów wbiłam w niego wzrok, a Maggie była jak zwykle cicho i spoglądając ze współczuciem na Ryana, czekała na mój wybuch.
— Dobra — westchnął rudzielec robiąc skruszoną minę. — Powiedziałem, że w blasku księżyca spotykamy się w miłosnym gniazdku i tam oddajemy rozkoszom naszych ciał.
Maggie sapnęła, a następnie jęknęła.
— To też wiem — oznajmiłam tracąc już niemal całą cierpliwość. — Mam gdzieś te twoje plotki o naszym wyimaginowanym związku! Chodzi o coś ważniejszego!
Ryan wpatrywał się we mnie z nieodszyfrowanym wyrazem twarzy, a następnie wybuchł radosnym śmiechem opierając się dla równowagi o blat kuchenny jedną dłonią, a drugą łapiąc się za brzuch. Jego oczy lekko się zaszkliły i potrząsnął z niedowierzaniem głową.
— Chodzi ci o tą historię z twoim byłym, martwym adoratorem, którego ja…
— Nie wiem, o czym znów bredzisz z tymi plotkami, ale mówiłam, że nie o to chodzi! — Krzyknęłam tracąc już całą cierpliwość. — Powiedziałeś całemu obozowi, że nie umiem strzelać z łuku!
Maggie spadła z hokera z łomotem, a gdy na nią spojrzeliśmy na jej twarzy malowało się prawdziwe niedowierzanie. Potrząsała głową i mamrotała coś cicho pod nosem, miałam tylko nadzieje, że nie jest to z kolejnych zaklęć, bo dość miałam już latających garnków, strzał i pływających świni w jeziorze.
— Przecież ty nie umiesz strzelać z łuku — zauważył Ryan.
— Nie musiałeś tego mówić wszystkim!
Rudzielec również potrząsnął głową i westchnął, ukłonił się mi niczym średniowieczny rycerz i z powagą powiedział:
— Wybacz mi zacna dziewojo, za mą miłość, lecz tyś lśnisz pięknością swą niczym najcudowniejsze ze słońc, a ja niegodny doglądać twą wspaniałość, schylam ku tobie czoło z gorliwością i błagając o wybaczenie mówię: Kocham cię!
— Idiota! — Warknęłam.
Podniosłam się gwałtownie z hokera i ruszyłam bez słowa w stronę drzwi, kątem oka widziałam szeroki uśmiech na twarzy Ryana i usłyszałam cichy chichot Maggie. Gdy drzwi od kuchni się zamknęły za mną, rozejrzałam się po salonie, widziałam jak około tuzina twarz spogląda na mnie z niepokojem, jakby chcąc się upewnić, że zły lew został ugłaskany.
Ze wściekłości kopnęłam skrawek dywanu, a najmłodsi z dzieci Apolla z piskiem uciekły z pokoju.
No naprawdę, nieco przesadzają!
— Oni lubią dramatyzować — powiedział Will podchodząc do mnie. — To, co uciszymy te plotki o twoim braku umiejętności łucznika?
— Może innym razem Will, jestem umówiona na sparing z Clarisse — powiedziałam z westchnieniem.
Syn Apolla, którego spotkałam pierwszego dnia mojego pobytu w obozie, gdy mnie uleczył, stał się niemal moim przyjacielem. Szczerze mówiąc ostatnio trzyma się mnie, blisko, bo ilekroć gdzieś idę, zrządzeniem losu wpadam na Nico, a wtedy obydwoje wpatrujemy się w siebie z żądzy mordu, a Will, jako łącznik między nami nas uspakaja.
— Dobra — mruknął z lekkim uśmiechem Will.
W tej samej chwili z kuchni wypadła Maggie, co spowodowało, że reszta herosów zmyła się z pokoju.
Nie ma to jak sympatyczne dzieci Apolla.

*          *          *

Brałam udział w niejednej bijatyce i wychodziłam z nich w miarę dobrym stanie, to jednak sparingi z Clarisse okazały się zdecydowanie trudniejszym orzechem do zgryzienia. Wcześniej sądziłam, że walka z nią nie będzie trudna, a może nawet trochę zabawna, ale już od kilku dni to ja za każdym razem leżałam na plecach, a ostrze jej miecza dotyka mojego gardła, wówczas jej orzechowe oczy lśnią triumfem, a ja miałam ochotę użyć mocy swojego ojca, aby ten wyraz samozadowolenia z jej twarzy zmyć.
Dzisiejszy walka miała być inna, a przynajmniej ja miałam takową nadzieje, że w końcu uda mi się rozłożyć córkę Aresa na łopatki. Musiałam przyznać, że jako córka boga wojny Clarisse była naprawdę poważnym przeciwnikiem. Zastanawiałam się nawet, czy kiedyś nie spotkałam jej ojca, bo moje towarzystwo odkąd straciłam matkę i babkę, było… powiedzmy sobie szczerze ja nie miałam znajomych, bo ze wszystkimi się biłam.
Samowolnie moje dłonie zacisnęły się na trzonie mojego miecza, który był źle dla mnie wyważony, gdyż jego ciężar przechylał się dość mocno do przodu, a to niestety było dość mocnym utrudnieniem w przypadku, gdy blokowałam ciosy Clarisse, bo moje ramiona wręcz błagały o pomstę do niebie, a na dodatek kilkakrotnie niemal straciłam równowagę.
Tego dnia po rozmowie z Ryanem miałam więcej energii na walkę, ale nie tylko ja i córka Aresa wybrałyśmy się na arenę trochę powalczyć. Wokoło nas rozbrzmiewały echem krótkie okrzyki bojowe, jęki, przekleństwa, ale przede wszystkim dźwięk zderzającej się ze sobą stali.
Chłodne powietrze przyjemnie owiewało moją spoconą skórę, a ja starałam się wyregulować swój oddech, choćby najmniejszym stopniu tak precyzyjnie, jak robiła to moja przeciwniczka, a choć kilka dłuższych kosmyków spadło mi na twarz, nie zamierzałam w tej chwili ich poprawiać, a nawet zaczęłam się zastanawiać nad zapuszczeniem ich i to tylko po to, aby podobnie jak Clarisse związać je w ciasną kitkę.
Wysunęła lewą stopę do przodu, a ja od razu ustawiłam się w lekkim rozkroku, czekając na atak z jej strony. Nagle zaatakowała mnie z prawej strony i z ledwością udało mi się odparować jej cios, aby po chwili zaatakowała mnie od dołu. Nacierała na mnie z niesamowitą płynnością i siłą, czego mogłam jej jedynie pozazdrościć, powoli się cofałam, tylko po to, aby zwiększyć odległość między nami i w którymś momencie, nie udało mi się odbić jej uderzenia, więc szybko odskoczyłam.
Nie zrobiłam tego jednak dość szybko i na mojej szarej bluzce z niebieskim psem powstała niewielka dziura, a dokładniej na prawym boku. Szybko rzuciłam na nią okiem, krzywiąc się, gdy powoli materiał zaczął przesiąkać krwią. Poczułam przy tym lekki metaliczny zapach, który mieszał się z zapachem mojego potu.
— Pierwsza kropla — zawołała Clarisse.
Skrzywiłam się w odpowiedzi na jej słowa i natychmiast zbliżyłam się do niej, ciemne oczy mojej przeciwniczki zmrużyły się, choć na jej twarzy nadal był ślad samozadowolenia. Stanęłam w pewnej odległości od niej i obydwoje przyglądaliśmy się sobie badawczo, a po chwili wysunęłam nogę i zaatakowałam. Byłam naprawdę szybka w działaniu i choć Clarisse miała spory staż w tej branży, to jednak i ona miała problem z nadążaniem za mną.
Nagle ona syknęła, a jej źrenice zwęziły się w małe szparki. Zerknęłam na jej ramię, gdzie czerwona linia natychmiast zaczęła dość obficie krwawić. Mimowolnie wygięłam usta w uśmiech, ale ten mały moment mojej nieuwagi został wykorzystany przez Clarisse, która nagle przykucnęła i podcięła mi nogi. Byłam tak zaskoczona, że wywaliłam się na ziemię, ale zanim córka Aresa zdążyła do mnie podskoczyć z mieczem, ja położyłam dłonie po bokach mojej głowy, a nogi przyciągnęłam do piersi, by następnie odbić się od podłoża, walnąć zbliżającą się Clarisse i stanąć na równe nogi.
Obydwie równocześnie się skrzywiłyśmy.
— Nieźle — skomentowała.
— Zabawnie — dodałam.
Następnie obydwie zaszarżowałyśmy na siebie z cichym okrzykiem bojowym. Nasze miecze uderzyły o siebie z niesamowitym hukiem, przy czym mój z powodu złego wyważenia wypadł mi z dłoni i poleciał do tyłu odbijając się od twardej ziemi z cichym brzękiem.
Clarisse skorzystała z tej okazji i przystawiła mi natychmiast ostrze swojego miecza do gardła.
— Wygrałam — stwierdziła z samozadowoleniem. — To już sześć do zera — dodała
Ponownie tego dnia się skrzywiłam, a gdy opuściła miecz, przedarłam wierzchem dłonie swoje spocone czoło i odgarnęłam kosmyki swoich ciemno czekoladowych włosów do tyłu, wzdychając przy tym z niezadowoleniem.
— Tylko, dlatego, że miałaś lepiej wyważony miecz — stwierdziłam zgodnie z prawdą. — Gdy w końcu uda mi się znaleźć odpowiedni dla mnie, pokonam Cię z jedną ręką za plecami — dodałam.
Dziewczyna zaśmiała się dźwięcznie i pokręciłam głową z politowaniem.
— Śnisz Taylor — oznajmiła.
Wyszczerzyłam swoje ząbki w szeroki uśmiech, podobnie jak to zrobiła Clarisse i kiwając sobie w cichym porozumieniu głową, odwróciliśmy się i rozeszłyśmy się każda w swoja stronę. Kątem oka widziałam jeszcze, jak córka Aresa podnosi wysoko miecz nad głową, a to spowodowało wybuch radości jej rodzeństwa, które jak zwykle przyszło nas obserwować.
Podniosłam swój miecz z ziemi i ruszyłam w stronę zbrojowni, która na szczęście została już naprawiona po moim niecodziennym „uznaniu”. Jednak przechodząc koło walczących, zauważyłam blondwłosą dziewczynę, która przyglądała mi się z niezwykłą uwagą, a gdy nasze oczy się spotkały, zobaczyłam jej czarne puste oczodoły, które spowodowały gęsią skórkę na mojej skórze.
Zatrzymałam się i wgapiałam się w nią szeroko otwartymi oczami, a ona podobnie jak ja wyglądała jakby ktoś właśnie uderzył ją garnkiem w głowę. Przełknęłam ślinę, czując nagłą chęć ucieczki przed tą dziewczyną, co nie zdarzało się mi zbyt często, szczerze mówiąc podobną reakcję miałam, gdy mój ojciec przychodził mnie odwiedzać, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką, ale miłość wygrała z wrodzonym strachem do niego.
Podejrzewałam, więc że dziewczyna wcale nie jest herosem, ale kim w takim razie jest?
— Annabeth! — Krzyknął ktoś.
Blondynka natychmiast odwróciła ode mnie spojrzenie i spojrzała na blondyna biegnącego w jej stronę, a ja wykorzystałam tą chwile jej nieuwagi, aby się uciec z pola jej widzenia. W głowie za to miałam istny chaos, bo czyżby w obozie działo się coś niedobrego?
Moja natura harpii wrzeszczała z czystej ciekawości i pewności, co do tego, że dzieje się coś naprawdę niedobrego, a ja wręcz musiałam wetknąć w to swój ciekawski nos.

*          ~          *          ~          *

Usta Thalii wygięły się w podkówkę, gdy Artemida odwróciła się do niej tyłem. Bogini oczywiście nie widziała ponurego i pełnego pogardy spojrzenia, jakie dziewczyna jej wysłała, a jedynie była zadowolona z tego, co udało jej się usłyszeć i nawet nie podejrzewała, że jej Łowczyni została opętana przez jednego z bogów wypuszczonych z Puszki Pandory, nie podejrzewała, że właśnie zdradziła plan swojemu wrogowi, a choć o tym nie wiedziała, to dla Thalii-Morosa była to jedyna wskazówka, ze Apate ich jeszcze nie zdradziła.
— Jak sobie życzysz, pani — stwierdziła cicho Thalia.
Artemida w ciele ośmioletniej, rudowłosej dziewczynki z masom biegów i o niesamowitych zielonych oczach, którego kolor przypominały letnią trawę, uśmiechnęła się do niej szeroko odwracając znów w jej stronę. Kiwnęła z zadowoleniem głową, gdy dziewczyna odwróciła się i leśną drogą wracała w stronę swojego obozowiska, gdzie wraz z resztą jej łowczyń miały nazajutrz wyruszyć do obozu herosów po przepowiednie.
Bogini łowów westchnęła cicho wypuszczając parę ciepłego powietrza z usta i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy usłyszała śpiew ptaków z pobliskich drzew. Bo choć robiło się naprawdę chłodno (jak przystało na początek grudnia) to nie miała, co marzyć o zobaczeniu śniegu w tej części świata, a znajdowała się właśnie w Indiach.

*          *          *

Nagły wybuch śmiechu Apate zwrócił uwagę Pseudologosa, który skrzywił się z obrzydzeniem w stronę radosnej bogini nieszczęścia i zdrady, która w tej chwili nie wyglądała ani na zaniepokojoną (w przeciwieństwie do niego), ani na nieszczęśliwą (również w przeciwieństwie do niego).
Skrzyżował ramiona na piersi i wbił w nią wzrok opierając się o domek Ateny, który dość niedawno został przykryty nową warstwą białej farby. Dyskretnie jednak zerknął na boki, czy nikt z herosów ich nie słyszy i ponownie skupił całą swoją uwagę na podstępnej bogini.
— To nie jest śmieszne, ja boje się harpii — wytknął jej. — Każdy czegoś się boi — dodał.
Apate roześmiała się jeszcze głośniej, a w jej czarnych oczach pojawiły się łzy, łapiąc się za brzuch próbowała wyregulować oddech i poskromić swój wybuch wesołości. Pseudologos dalej wpatrywał się w nią, ale tym razem z rosnącą złością.
— Co tutaj robi harpia? — Spytała Apate, gdy udało jej się nareszcie uspokoić.
— Nie wiem — mruknął z niezadowoleniem Pseudologos. — Wygląda na to, że córka Eola i Melindy jednak jest nieco starsza niż głosiły pogłoski — dodał z niezadowoleniem.
Apate nagle spoważniała i skrzywiła się lekko.
- To może pokrzyżować nasze szyki, bo jeżeli ona tu jest to…
— Syn Aine również — stwierdził ponuro Pseudologos. — Widziałem jak za nią lata — dodał.
To były nieprzewidziane komplikację, bo syn Aine – Ryan – znany, jako syn Apolla, mógł im naprawdę zaszkodzić, jeżeli choćby młoda harpia zwróci na nich najmniejszą uwagę, a ponieważ Aine była naprawdę potężną heroską, jak również byłą ulubienicą swojej matki…
— Cholera — przeklęła Apate.
— Wyjęłaś mi to z ust — oznajmił ponuro Pseudologos będący dalej w ciele Annabeth. — Powinnaś pogadać ze swoim bratankiem — zakpił.
Apate ten pomysł ani trochę się nie podobał, a tym bardziej, że ich sytuacja zaczynała się coraz bardziej komplikować, a na dodatek mieli coraz mniej czasu do zimowego przesilenia wtedy, gdy wszyscy bogowie Olimpijscy spotykają się w jednym miejscu – najlepsza szansa na uwięzienie ich.
— Cholera — podsumowała wszystko Apate.

*          ~          *          ~          *
*Perspektywa Maggie*

Uśmiechnęłam się niepewnie w stronę Samaela, ale wątpię, aby mnie tutaj zobaczył, gdyż właśnie chowałam się za drewnianą ścianą z powieszonymi na niej łukami i strzałami. Zerknęłam jeszcze raz, ostrożnie na profil białowłosego chłopaka, a łzy same naleciały mi do kącików oczów, gdy odwrócił się w moją stronę, szybko się jednak schowałam, ale niestety potknęłam się o wystający konar i kilka iskier nagle ze mnie uleciało.
Po chwili już drewniana ściana stanęła w ogniu.
— Maggie, ile razy mam Ci powtarzać, żebyś się nie chowała? — Spytał Chejron podchodząc do mnie ze zrezygnowanym wyrazem twarzy. — Dziecko drogie, gdzie jest Jill?
Moja warga zadrżała, a w momencie, gdy herosi gasili pozostałości po mojej kryjówce, ja rozpłakałam się na dobre, wtulając swoją głowę w klatkę piersiową centaura. Objął on i poklepał ze spokojem po plecach, niejednokrotnie już płakałam bez żadnego powodu, ale tym razem moja przyjaźń, która trwała od dzieciństwa z Sammy’m miała się rozpaść na kawałeczki, a to był powód do płaczu.
— Zajmę się Czarodziejką Chejronie — zawołał znajomy mi głos, a następnie silne dłonie objęły mnie pod pachy, aby moja głowa chwilę później wtulała się w czarny materiał. — Coś się stało maleńka?
Na dźwięk jego miękkiego głosu rozpłakałam się jeszcze bardziej i niestety znów usmarkałam mu jego ulubiony T-shirt z jakąś rockową kapelą. Chłopak przycisnął mnie mocniej do siebie, gdy starałam się uwolnić, a następnie jego ciepła duża dłoń spoczęła na tyle mojej głowy, przyciskając ją mocniej do jego lewej piersi.
To sprawiło, że wybuch mojego płaczu trochę minął, dźwięk bijącego serca chłopaka był dla mnie dziwnie uspakajający, choć poczułam jak moje policzki bez żadnego racjonalnego powodu robią się ciepłe. Mój oddech nieco się wyrównał i poruszyłam się niespokojnie dając do zrozumienia mojemu przyjacielowi, że już się uspokoiłam.
Ku mojemu zaskoczeniu jego ramiona zacisnęły się jeszcze mocniej, a ja, choć bardzo chciałam podnieś głowę do góry i spojrzeć w jego miodowe oczy, z powodu jego ręki na mojej głowie nie mogłam tego zrobić i naprawdę chciałam poznać jego myśli, które kotłują się w jego białej główce.
— Sammy…
— Poczekaj — poprosił ściskając mnie na chwilę mocniej, co spowodowało, że powietrze z moich płuc uleciało, a następnie nieco rozluźnił uścisk, nadal mnie jednak nie wypuszczając. — Daj mi się nacieszyć.
Nie rozumiałam, o co mu chodzi i gdy miałam właśnie się spytać, on wypuścił mnie z ramion, a ja poczułam się dziwnie opuszczona bez jego szerokich ramion, które obejmowały mnie jak bezpieczny i ciepły kokon, chroniąc od całego zła świata.
Potrząsnęłam głową chcąc wyzbyć się moich dziwnych myśli.
— Unikasz mnie — wyznałam nagle w przypływie pewności siebie.
Pociągnęłam lekko nosem, a na ten gest Sammy wyjął z tylnej kieszeni paczkę chusteczek higienicznych w niebieskim opakowaniu i podał mi je. Kiwnęłam głową, dziękując mu i wyciągnęłam jedną sztukę wycierając pośpiesznie oczy i wysmarkując nos.
— Nie unikam — stwierdził i skrzywił się lekko, chowając resztę chusteczek do kieszeni. — Po prostu, jako grupowy swojego domku mam masę roboty i… no cóż również unikam Luny — wyznał.
Poczułam nagłą chęć złapania tej Brytyjki za jej szczupłą szyjkę i pozwolić swojej magii zająć się nią, nie wiedziałam skąd nagle miałam takie dziwne emocję, czyżbym dorastała?
Sammy spoglądał na mnie z zaniepokojeniem.
— Maggie… — zawahał się przez chwilę. — Ja… ty… nigdy… — lekko się zaczerwienił i odchrząknął. — Będę przy tobie trwać — wymamrotał cicho.
Zamrugałam oczami i uśmiechnęłam się szeroko.
— Będziesz moim wiernym przyjacielem! — Zawołałam. — Jak pies!
Syn Tanatosa skrzywił się na to porównanie i na moje słowa, ale jedynie kiwnął głową z dziwnie posępną miną, jakby zgadzając się na choćby takie rozwiązanie. Wyznam szczerze, że nigdy do końca nie rozumiałam jego emocji, choć byłam naprawdę szczęśliwa, gdy nasza przyjaźń się zaczęła i nigdy bym jej nie przerwała, choćby nie wiem, co się działo, bo nie chciałam stracić Sammy’ego.
— Wiesz, że Ryan rozpowiada plotki? — Zawołałam z nagłym przypływie entuzjazmu. — Jill się wkurzyła, więc za nią pobiegłam! — Podeszłam bliżej do Sammy’ego i złapałam go za ramię, gdy próbował delikatnie wycofać się z pola mojego widzenia. — Też bym chciała, żeby chłopak był taki romantyczny! Odkąd ma kuchnie, to robi jej te ciastka… - paplałam tak jeszcze jakąś godzinę.

*          *          *
*Perspektywa Ryana*

Wgapiałem się jak głupi w chłopaka przede mną, oparłem się biodrem o szafkę i skrzyżowałem ramiona na piersi, spoglądając na ponurego syna Tanatosa, którego białe kosmyki były w całkowitym nieładzie, podobnie jak moja rudawa czupryna, przy czym ja zazwyczaj nosiłem na głowie czarną czapkę, a moje włosy sięgały mi już prawie do obojczyka, odgarnąłem z czoła swoją długą grzywę i uśmiechnąłem się w końcu do chłopaka.
— Czyli kochasz Maggie i nie wiesz, jak jej to powiedzieć?
Nie oczekiwałem od niego odpowiedzi, gdyż bardziej stwierdziłem niż spytałem, ale chłopak skrzywił się w naprawdę żałosny sposób i kiwnął mi potakująco głową. Byłem szczerze ubawiony jego postawą, ale w końcu musiałem się z nim zaprzyjaźnić, bo moja przyszła żona z pewnością będzie przyjaźnić się z Maggie, a co niesie za sobą spotkania z jej przyszłym mężem – Samaelem.
— Wspomniałeś jej o swoich uczuciach? — Spytałem nagle.
— Wspomniałem, że będę przy niej trwać — oznajmił napiętym głosem.
Podniosłem jedną brew i zaśmiałem się głośno.
— Jak pies? – Spytałem kręcąc głową z niedowierzaniem. — Bo to tak brzmi, koleś - znów pokręciłem głową. — Chęć stworzenia poważnego związku wiąże się z indywidualnym podejściem do każdej kobiety, więc podryw…
Przerwałem nagle, bo mój wzrok został zasłoniętym przez czarną mgłę, wir powili wciągał mnie, a ja czułem jak moje ciało staje się ciężkie jakby było wykonanie z ołowiu, a do tego nagły atak migreny, był jak zwykle oznaką zbliżającej się wizji, już po chwili barwy różnych kolorów zaatakowały mnie, na chwilę oślepiając, a po chwili widziałem już jak…

Thalia uśmiechnęła się do mnie smętnie, właściwie sam nie wiedziałem, skąd znałem jej imię, ale jej czarne włosy i niebieskie oczy były dla mnie podpowiedzią, bo już raz je widziałem, w pewnej wizji wraz z Jillian, kiedy to ona minęła ją na ulicy koło swojego domu.
— Jest już za późno — stwierdziła nagle męskim głosem, a jej oczy stały się czarne.
Nagle spostrzegłem w jej dłoniach złotą szkatułkę ozdobioną przez przeróżne kamienie szlachetne, a ja poczułem w swojej dłoni coś ciepłego. Otworzyłem ją i spostrzegłem w niej złoty kluczyk z czarnym rzemykiem. Znów zerknąłem w stronę uśmiechniętej dziewczyny.
- To było tak samo łatwe jak zabranie dziecku lizaka – stwierdziła z samozadowoleniem.
— Zaraz skopie Ci tyłek! — Warknęła koło mnie Jillian, a uśmiech Thalia zniknął.
— Nie możesz nic zrobić, dopóki mam… — nagle zamilkła.
Sięgnęła dłonią do kieszeni, ale nie znalazłam tam tego, czego szukała, a jej nienawistne czarne oczy spoczęły na mnie z chęcią mordu. Doskonale zdałem sobie sprawę, że mam coś, co do niej należy i w tej chwili naprawdę się cieszyłem, że kiedyś bawiłem się w kieszonkowego złodziejaszka.
— Zabije was! Zabije was wszystkich! — Wydarła się z wściekłością Thalia.
Następnie jej ciało opadło na ziemię, a przed nami z szarego dymu zaczął kształtować się ludzki kształt, a raczej boski, bo czarne puste oczodoły wpatrywały się w nas z czystą nienawiścią…

Nagła jasność mnie oślepiła i gdy zacząłem mrugać powiekami, zdałem sobie sprawę, że znajduje się na powrót w swojej kuchni, a nie w najbliższej przyszłości. Spostrzegłem, że mój towarzysz nie poruszył się z miejsca, tylko przyglądał mi się z niesamowitym spokojem jak na niego przystało. Wyszczerzyłem się do niego radośnie.
— Wygląda na to, że w muszę chronić moją narwaną przyszłą żonę — stwierdziłem zagadkowo.
Nie miałem ani grama podejrzenia, co do tego, przez kogo wpakowaliśmy się w mojej wizji w takie kłopoty, dlatego również wyjąłem z kieszeni złoty kluczyk, który dzisiaj znalazłem w jednej z szuflad w swojej kuchni. Do tej pory sądziłem, że jest do klucz do jakiejś spiżarni, czy czegoś, ale teraz…
Teraz wiem, że czeka nas mała wojna.