KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział XVII

"*Maggie – Jak poznałam swoją wielką miłość... Sammy’ego!*

Osiem lat wcześniej…
— Temu, to dorób ogon gada! Przeklęty facet! Nazwał mnie oszustem! Wyobrażasz sobie?! Jeszcze mu pokaże… my mu pokażemy!
Natychmiast spełniłam prośbę (rozkaz) ojca. Mężczyzna stojący w kolejce koło kasy, sklepu spożywczego, kompletnie nas ignorował. Z resztą, jak większość mieszkańców. Choć nie wydawało mi się to być dobre. To jednak chciałam być doceniona przez swojego ojca. Wiedziałam, że z dnia na dzień pogłębia się w swoim szaleństwie. Jednak go kochałam. Poza tym, przy ojcu czułam się nieco bezpiecpozniejsza. Póki był przy mnie mój prześladowca dawał mi spokój. 
Może jednak nie było to dobrym pomysłem? Mimo to wyczarować panu komisarzowi ogon. Od zawsze czułam na sobie spojrzenia mieszkańców i szepty. Niejeden raz słyszałam, jak nazywają mnie diabłem bądź nasieniem demona. 
Po chwili dało się słyszeć wrzask i piski – ogólnie wybuchła jedna wielka panika.
— Ten jego synek to też niezłe ziółko — zauważył, już spokojniej, mój ojciec. Ignorując przy okazji biegających wokoło przerażonych ludzi. — Słyszałem, że terroryzuje nauczycieli i uczniów, trzymaj się z dala od tego Flynna — rozkazał.
Och tatusiu! Jak bardzo bym tego pragnęła!
Niestety nie powiedziałam tego.
Nie wyznałam mu prawdy, która każdego dnia przytłaczała mnie coraz bardziej.

* * *

Ktoś za mną szedł.
Byłam tego pewna. Przyśpieszyłam, próbując, jak najszybciej dotrzeć do domu, aby się schronić przed tym, co miało nastąpić. Do moich oczów napływały łzy, których nie potrafiłam zatrzymać. Serce biło mi w piersi coraz szybciej, a oddech stawał się urywany. Panika całkiem mnie pochłonęła i natychmiast rzuciłam się do biegu.
Bam!
Leżałam na ziemi, czując promieniujący ból w łydce. Zerknęłam za siebie, aby zobaczyć grupkę czteroosobowej ekipy Flynna. Zacisnęłam usta w wąską linię, bo zaczęły mi niebezpiecznie drżeć. Ból stał się czymś odległym, a strach i adrenalina dały mi siły, aby spróbować znów się wyrwać.
Niestety ból w nodze mi to uniemożliwił. Przypominając sobie o niej, spojrzałam na nią i bezgłośnie jęknęłam ze zgrozy. Przez moją nogę na wylot przechodziła strzała.
Strzałą!
— Zachowuje się, jak królik, którego ostatnio upolowałem z ojcem — zauważył z nutą samozadowolenia mój prześladowca. — Niemal próbował odgryź sobie nogę… ach — westchnął z nutką rozmarzenia. — Tak fajnie było na to patrzeć, ale najfajniejsze było, gdy zatopiłem swój bagnet w serce temu słodkiemu… króliczkowi.
Nie miałam nawet zamiaru tłumaczyć Flynnowi, że króliki nie są zdolne odgryź swojej nogi. Właściwie, niewiele mogłam w tym stanie logicznie myśleć. Szukałam, jakiejś drogi ucieczki, bo naprawdę nie miałam zamiaru, wrócić do domu (ponownie) ledwo żywa.
Nie chciałam czuć bólu.
Mamusi… nie chciałam.
— Hmm… a może przetestujemy, go na tej di diablo?
Wiedziałam, że specjalnie nazwał mnie diabłem, aby tylko jeszcze bardziej mnie zranić. 
— Świetny pomysł Flynn — przytaknął mu jego giermek.
Wrzasnęłam.
Płakałam. Krzyczałam. Prosiłam.
Nic mnie nie uchroniło przed bólem.

* * *

— Nie… proszę — szepnęłam do siebie.
Pędząc jak na skręcenie karku, próbowałam, jak co piątek, dostać się do domu bez spotkania z Flynnem. Po moich policzkach znów płynęły łzy, serce tłukło się w piersi… Teraz bałam się jak nigdy. Dzisiaj do szkoły mój prześladowca przyniósł mały pistolet.
Pistolet!
Nie chciałam umierać. Bogowie! Nie chciałam!
— Mamusiu… — szepnęłam.
Moja mama pomagała mi, jak tylko mogła. To dzięki niej, nadal żyje. Być może nie było to dobre wyjście i powinnam iść do szpitala, może wtedy Flynn by mnie zostawił? Niestety podskórnie wiedziałam, że pan Komendant tylko czeka, aby coś takiego się wydarzyło. Aby wsadzić mojego ojca za kraty.
Wpadłam na kogoś, a przez to oboje się wywaliliśmy.
Zamknęłam ze strachu powieki i pisnęłam.
To koniec.
— Mamy Cię! — Wrzasnął z zadowoleniem Flynn.
Huk strzału przeszedł echem po okolicy. Zacisnęłam jeszcze mocniej powieki, aby tylko nie patrzeć i starać się odgrodzić od rzeczywistości.
Jednak nie poczułam bólu.
Powoli rozchyliłam powieki i spojrzałam na białowłosego chłopaka, który w jakiś sposób ustawił się przede mną. Chroniąc mnie przed kulą. Spoglądał na swoją nogę, która zaczęła barwić jego jeansy na czerwono.
— Pobrudzili mi spodnie — mruknął chłopak.
W jednej chwili, chłopak podniósł dłoń, a wówczas cała czwórka padła na ziemię, jakby podczas ataku padaczki. Patrzyłam, jak z ich ust wypływa czerwona piana. To był przerażający widok, a ja poczułam ku swojemu zdumieni współczucie z powodu takiej śmierci.
— Nic ci nie jest? — spytał mój wybawca. Popatrzyłam w jego miodowe oczy, gdy się do mnie odwrócił i bezgłośnie zaprzeczyłam. — Jestem Samael, a ty?"





ROZDZIAŁ XVII
"(...)Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek(...)"


— Nic na to nie powiesz, Heaven?
Szare oczy blondynki zwęszyły się niebezpiecznie, ale była na tyle opanowana (o ile można tak to opisać w tej sytuacji). Uśmiechnęła się swoimi pełnymi ustami, które dla płci męskiej były spełnieniem ich sennych marzeń. Podniosła swoją głowę, aby spojrzeć prosto w orzechowe oczy swojej „koleżanki”. Pomimo, iż była niższa od Camille, to właśnie Cam czuła się mniejsza i słabsza.
— No nie wiem, Cam… — powiedziała wyginając kąciki ust ku górze, ledwo powstrzymując swój wybuch śmiechu. — Pewnie znów zniszczyłabym twoje wyimaginowane ego o sobie samej… — westchnęła dramatycznie, przykładając dłoń do serca. — Dyrektorka kazała mi być milsza dla osób z zaburzeniami psychicznymi.
Z chłodną arogancją, przyglądała się, jak czerwień wkrada się na twarz Camille, której usta uformowały się w idealne „o”. Uwielbiała te drobne wymiany zdań z szatynką, mającą idealnie „złotą” opaleniznę. Faktem było, że Cam spędzała więcej czasu w solarium, niż przy książkach. Gdyby nie jej bogaci rodzice, Heaven była pewna, że ta panna nie zdałaby drugiej klasy podstawówki, bo na tym etapie nauki mały móżdżek dziewczyny się zatrzymał.
Prychając jak kotka, szatynka wypadła z szatni, a za drzwiami dało się słyszeć jej wymuszony płacz. Wzruszając ramionami, panna Grey nie przejęła się tym w żaden sposób. Doskonale wiedziała, że łzy się pojawiły, gdyż z pewnością natknęła się na Kena. Znaczy… czarnowłosy przystojniak tak się nie nazywał, ale to określenie idealnie pasowało dla kogoś z jego ilorazem inteligencji i wybujałym ego. Swoją drogą, tworzyli słodką parę.
Pani Bezmózga i pan Wielkie-Ego.
Pakując swoją torbę, zdała sobie sprawę, że gdzieś zapodziała swój telefon. Krzywiąc się lekko na swoją gapowatość, która jej ostatnio ciążyła, ruszyła z powrotem na scenę. Mijające ją znajome dziewczyny, uśmiechały się do niej z serdecznością. Osobiście Heaven nie znosiła tłumów, wolałaby teraz być z Marco. 
Wspomnienia swojego najlepszego przyjaciela, który jednocześnie był gadem, dobry humor jej powrócił. Na kilka minut. Było to przecież nieco śmieszne, gdyż jego opis brzmiał jej zdaniem nieco dwuznacznie.
Wesołość szybko ją jednak opuściła, gdy tylko weszła na scenę i zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego. Można by było to nazwać zmysłem wojownika albo instynktem, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że jakiś drapieżnik się na niego czai. 
Powoli zaczęła podnosić dłonie, jednocześnie uważnie rozglądając się po opustoszały teatrze szkolnym. Światła zostały zgaszone i tylko niewielkie lampki przy scenie oświetlały ciemność wokół niej. Zaciskając dłonie na swoich szpilkach, które przytrzymywały jej długie i proste blond włosy. Wyjęła je, pozwalając ich kaskadzie opaść na jej plecy.
Szpila w jej lewej dłoni, przemienił się w tantō aikuchi* wykonanego z stygijskiego żelaza. Zaś ta w prawej w długi sztylet z niebiańskiego spiżu. Obydwie bronie były idealnie wyważone, a ona sama posługiwała się nimi ze wrodzoną gracją.
W tym momencie, jej przezwisko „Złośliwy Skrzat” nabierało nowych znaczeń.
Może była drobna i z wyglądu przypominała słodkiego elfa, ale jej język był jak brzytwa. Ranił dużo bardziej niż fizyczne ciosy.
Świst przebił powietrze, a ona od razu wymierzyła cios. Za pierwszym razem chybiła, za drugim już nie i dało słyszeć się syk bólu jej przeciwnika. Bo chociaż nic nie widziała (jej wróg był naprawdę szybki), pozostałe jej zmysły pracowały na zwiększonych obrotach, co pozwalało jej na robienie tego, co kocha. Była już blisko zabicia kreatury, która z pewnością uznała ją za łatwy cel, gdy nagle męski okrzyk przeszył powietrze. Padła na ziemię i dopiero po ogłuszającym huku, zdała sobie sprawę, że głos krzyknął „Padnij!”.
Koło niej deski zadrżały. Zerkając w tamtą stronę, spojrzała wprost w czerwone tęczówki wampirzycy, która wyszczerzyła do niej swoje ostre kły. Obietnica zemsty w jej oczach zamigotała tuż przed tym, nim rozpadła się ona w czarny pył, który wybuchł prosto w twarz Haeven.
Słodko.
Kaszląc, starała się pozbyć, jak najwięcej popiołu ze swojej twarzy, a później zaczęła otrzepywać swoje ubranie. Wtedy powoli, jej słuch znów zaczął funkcjonować i mogła usłyszeć końcówkę sprzeczki, która odgrywała się między dwoma różnymi od siebie chłopakami.
—…lać! — warknął chłopak z czarnymi włosami. Właściwie cały był ubrany na ten kolor, choć na jego koszulce był kolorowy wizerunek i napis Spiedermana. — Nie używamy dział!
— Och przestać! To był tylko prototyp!
Mówiąc to, drugi z nich, nieco niższy od pierwszego, z chochlikową twarzą i szerokim uśmiechem, o ciemnych kędzierzawych, czarnych włosach. Zaczął coś majstrować przy skórzanym pasku z narzędziami, zapiętym na biodrze. Wyjmując z niego metalową kostkę, która błysnęła w ciemnościach odbijając światło lamp. Obracał ją w pacach, coś przy niej robiąc, choć wzrok miał skierowany na swojego rozmówce.
— Tym bardziej nie powinieneś go używać w obecności śmiertelnika!
Wrzasnął ten z bluzką ze spidermanem, spoglądając na nią przelotem. Na chwilę jego miodowe spojrzenie spotkało się z jej. Poczuła się znieważona, gdyż rozmawiali o niej, jakby jej tutaj nie było. Mrużąc oczy, położyła swoje dłonie na biodrach, szykując się do ciętej riposty, ale uprzedził ją chochlikowy chłopak.
— No weź! Jak Maggie z tobą wytrzymuje?
To zwróciło całą uwagę czarnowłosego na swojego rozmówce. Zaczął mówić coś do niego szeptem, najwidoczniej nie chcąc, aby ona też to usłyszała. Przewróciła teatralnie oczami. Wtedy też poczuła, jak czyjeś ramiona oblatają ją od tyłu. 
— Tęskniłam za tobą! 
Odwracając głowę, przyjrzała się uśmiechniętej, czarnowłosej dziewczynie, która wyglądała, jakby nie zauważyła dwóch par męskich spojrzeń. Spoglądające na nią z niedowierzaniem i lekkim szokiem. Sama Heaven miała ochotę wybuchnąć śmiechem, gdy dostrzegła oszołomione miny chłopaków.
— Ja za tobą też — powiedziała odruchowo i przypomniawszy sobie, czemu właściwie tutaj przyszła. — Widziałaś może mój telefon?
Czarnowłosa córka Seleny potrząsnęła przecząco głową. Blondynka westchnęła i już miała wznowić poszukiwania, gdy odwróciła się i pokazała środkowy palec dwóm wgapiającym się w nią chłopakom.
— Weźcie się na coś przydajcie i pomóżcie mi znaleźć telefon! — syknęła rozkazująco.
Gdy obaj nadal stali, jak wmurowani. Zniecierpliwiona Luna, odeszła od swojej starej kumpeli i podniosła coś z ziemi. Była to puenta, baletka z gipsowym czubkiem służącym do wykonywania skomplikowanych figur. Dziewczyna wzięła rozmach i rzuciłam nią w stronę syna Hefajstosa. Chłopak dostał głowę twardym czubkiem, jęknął, przyłożył dłoń na bolące miejsce i zaczął je masować. 
— Dziewczyno! Powinnaś zamiast broni nosić baletki! Potwory nie miałyby żadnych szans!
Uwaga, chłopaka o chochlikowej twarzy, została zignorowana.
Haeven z zaciekawieniem, jak również z lekkim rozbawieniem przyglądała się, jak chłopcy w końcu ruszają w stronę sceny. Gdy tylko się do niej zbliżyli, Luna ich przedstawiła:
— To Leo, syn Hefajstosa — wskazała na chłopaka o chochlikowej twarzy. — Zaś ten ponurak, to Samael, syn Tanatosa — wskazała na wyższego z nich, który od razy się skrzywił. — A to jest Heaven, córka Anterosa.
Heaven dość niekulturalnie wgapiała się w Leona, urzeczona jego szerokim uśmiechem i dołeczkami w policzkach. Czując na sobie spojrzenie pozostałej dwójki, szybko odwróciła wzrok i uśmiechnęła się kpiąco.
— Do roboty „Łowcy Wampirów”! — Zawołał Leo.
— Jesteśmy herosami, nie łowcami — zauważył Samael.
Cała trójka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— W takim razie, do roboty „Łowco-Herosi Wampirów!” — wykrzyknął z rozbawieniem Leo.
— I ja mam tak z nimi cały, boży dzień — zauważyła ze znużeniem Luna.
Kąciki ust Haeven zaczęły drżenie z tłumionego śmiechu. Uznała w końcu, że jej weekend zapowiada się nawet ciekawie. Może nawet dołączy do tych herosów i im pomoże? 
Sama jeszcze do końca nie zdecydowała.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Maggie*

Machałam dłonią do swojego ojca na pożegnanie, aż nie skręciliśmy za róg ulicy i nie straciłam go ze wzroku. Westchnęłam smętnie i skupiłam swoją uwagę na pingwinie. Siedząc na chmurce leciał nad głową Jill, robiąc przy tym dziwne miny.
Nie miałam odwagi jej o tym mówić, a szczególnie, gdy była w tak wisielczym nastroju.
Mijając rząd domów, które lepsze dni miały za sobą, przyglądałam się z zafascynowaniem, co ludzie mieli na podwórkach. Przeważnie były to stare auta, bądź wózki ze śmieciami, a raczej z rzeczami, które się „naprawi i sprzeda”. 
Słońce już dawno zaszło, a nam oświecał drogę księżyc. Było w tym, coś magicznego, a co napełniało moje ciało dodatkowa porcją magii. Nie chciałam jednak psuć moim przyjaciołom tej intymnej chwili. Bo nawet ja zauważyłam, jak Jillian dyskretne zerka na Rudzielca i za każdym razem jest na tym przyłapywana. Ryan nawet nie ukrywał, że się w nią wgapia, ale ona nie dała się zmylić i tylko uśmiechają się w ten swój przerażający zaraz-dowiesz-się-co-to-strach sposób.
Dzięki magii zaczęłam dostrzegać ich aury. Był to biały na wpół przezroczysty kontur, który obrysowywał linie ich ciał. Dodatkowo można było dostrzec pojedyncze nitki kolorów, które odpowiadały za cechy charakteru i obecny nastrój. Jako córka Hekate automatycznie wiedziałam, które co oznaczają.
Chociaż prawda o moich przyjaciołach mnie zaskoczyła.
Wpatrywałam się w aurę Ryana z lekko rozciapaną buzią.
Serce zabiło mi szybciej, oddech stał się płytszy, a ja nawet nie zauważyłam kiedy się zatrzymałam. Zamykałam, mrugałam i pocierałam oczy, aby tylko się przekonać, że to co widzę, jest wytworem mojej wyobraźni. Jakże chciałabym, aby taka była prawda.
Niestety to było rzeczywistością.
— Maggie, wszystko w porządku?
Słysząc znudzony głos Jill, otrząsnęłam się i kiwając głową natychmiast ich dogoniłam. Zerkając ukradkiem na Rudzielca, a który to uśmiechnął się nieco smutno i kiwnął głową. Potwierdzając to, co przypuszczałam.

* ~ * ~ *

— Apate, emboliari, fur, furuncle**!
Bogini Nieszczęścia i Zdrady prychnęła z pogardą, gdy Moros w akcie gniewu wyzwał ją po łacińsku. Sama miała ochotę dać upust nerwom, a jednak w odróżnieniu od niego umiała nad sobą dużo lepiej panować.
Siedząc na ciemnej sofie, wzniosła oczy ku niebu, gdy Moros po raz setny przeszedł koło niej. Była niemal pewna, że zaraz zrobi dziurę w podłodze. Nie tylko jej działał na nerwy, bo poniektórzy bogowie rzucali mu znaczące spojrzenia, które skutecznie ignorował w przypływie swojej frustracji i gniewie.
Ale co z ich niepowodzeniem ona miała wspólnego?
— Powinieneś ją bardziej skrytykować — poskarżył się z niezadowoleniem Momos.
— Jesteśmy tacy słabi… — wtrąciła cicho Oizys.
Ozisys została zignorowana. Jako bogini nędzy i cierpienia, jęknęła smutno i żałośnie. Kładąc się przy tym na podłodze wykonanej z czarnego marmuru w świątyni Nysk (na Olimpie). Przyglądając się swojemu odbiciu Oziys jeszcze bardziej zaczęła jęczeć i wyżalać się nad swoją niedolą.
— Przecież wcale nie przegrywamy! — zawołał ze złością Pseudologos. Jego głos skutecznie uciszył innych bogów. — To nie jest Hysmina, a ona nienawidzi Aresa i kocha Arodytę, pokłóciłem się z nią i…
— Mówże po ludzku! — Syknęła rozzłoszczona Apate.
Pseudologos skrzywił się, ale zaprzestał swoich kłamstw, wzdychając ciężko.
— Hysmina nam pomoże w zamian za Aresa — wyznał.
Czwórka bogów spojrzała na nowo przybyłą, która stała obok boga kłamstwa. Z zainteresowaniem lustrowali, wysoką blondynkę, która miała na sobie czarny t-shirt z rozerwanymi rękawami. Skóre jej ramion  zdobyły różnego rodzaju, zawiłe i niepokojąco wyglądające tatuaże. Na głowie miała bandame, a na lewym policzku dziwną, nieregularną szramę, która musiała powstać przez jakąś tępą broń.
Następnie znów wszyscy bogowie, którzy byli zamknięci w Puszce Pandory zwrócili się na siebie z ostrymi językami i obrażając się nawzajem. Próbowali w ten sposób odreagować, ale żadne z nich nawet nie dostrzegło samej Nysk, która stając w progu swojej świątyni. Z niepokojem przyglądała się swojej rodzinie, która zaczęła powoli demolować jej świątynie. 

* ~ * ~ *
*Perspektywa Ryana*

Niemal wyłamałem drzwi od autobusu, gdy tylko zatrzymał się on na naszym przystanku. Prędko pobiegłem w krzaki, aby zwymiotować zawartość swojego śniadania. Oparłem dłonie o lekko ugięte kolana i opuszczając głowę, pozwoliłem, aby czerwone kosmyki moich włosów opadły mi na twarz.
— Ryan?
Zignorowałem wołanie. Starałem się w tej chwili skupić na wyrównywaniu oddechu i sprawieniu, aby reszta zawartości mojego żołądka została w nim. Słysząc jednak ponownie swoje imię, podniosłem wzrok mając nadzieje, że będzie to zmartwiona Jill. 
Niestety zawiodłem się, ale na szczęście nudności zostały zastąpione trwogą.
Przekląłem pod nosem.
— Ryan, Słoneczko to ty!
Niebiesko-szare oczy Jenny spoglądały na mnie z radością. Jej długie kasztanowe włosy, były ustylizowane teraz na wzór Merlin Monroe. Miała na sobie również biały golf, który podkreślał jej bujne kształty i świetnie dopasowane jeansy.
Zerknąłem za siebie, aby zobaczyć dzielącą mnie odległość od córki Hekate i córki Eola. Obydwie jednak były zajęte studiowaniem mapy, którą przyniósł im Henryk. Pingwin był widocznie bardzo uszczęśliwiony błyskiem zadowoleniu w oczach Jill (ja też uwielbiam ten przejaw radości u mojej Złośnicy), gdyż spoglądał na nią z uwielbianiem. Ciekawe, czy i ja gdy na nią patrzę, wyglądam podobnie?
Nie wiedząc nawet kiedy, zacząłem mierzyć wzrokiem przyszłą matkę moich dzieci. Zatrzymując się w niektórych rejonach jej ciała i mając wielką nadzieje, że co nieco jej jeszcze urośnie. Tak mnie pochłonęła obserwacja Jill, że dopiero walnięcie w ramię, które zrobiła Jenny (owszem w młodości nieco przypominała moją Złośnice) zwróciło moją uwagę na niezapowiedziane spotkanie.
— Cudownie wyglądasz Jenny, nowa fryzura?
Ten temat był najbardziej pomocny w rozmowach z dziewczynami typu Jenny. Która to był zadowolona z komplementu i zainteresowania, jakie jej zdaniem mam względem jej osoby. Pozwoliło mi to na chwilę spokoju i przemyślenia taktyki.
— Słoneczko… — zamruczała zmysłowo Jenny, przybliżając się do mnie i kręcąc zalotnie biodrami. —… tęskniłam za Twoimi ciepłymi promieniami — dodała nieco ciszej.
Zrobiłem szybki rachunek sytuacji.
— To bardzo źle — wyznałem, czując jak na moją twarz wpływa uśmiech. — Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Jillian*

Studiując mapę, starałam się zrozumieć w którą stronę musimy wyruszyć, aby dość do Zatoki Meksykańskiej. Podczas podróży Ryan i Maggie zgodnie stwierdzili, że to nasz punkt podróży. Mój Nielot wyjątkowo się na coś przydał, uczenie go kradzieży przez dzieci Hermesa nie poszły w zapomnienie. Zdecydowanie powinnam częściej pożyczać Henryka innym obozowiczom. Może nauczą go robić broń?
Wtedy byłby idealnym zwierzęciem domowym.
Byłam tak pochłonięta swoimi myślami i próbami zrozumienia mapy, żę dopiero za trzecim razem, gdy Maggie mnie uderzyła łokciem zareagowałam. Tylko dlatego, że wcześniej uderzała mnie dość słabo. Przeniosłam na nią swój niezadowolony wzrok, ale ona kiwnęła mi w zamian głową w stronę krzaków. Tam właśnie poleciał Rudzielec, aby zwymiotować zawartość swojego żołądku. 
Spojrzałam w tamto miejsce i poczułam sprzeczne emocje.
Przed moimi oczami pojawiła się czerwona mgiełka, która uaktywnia się przeważnie podczas walki. Tym razem (choć dość późno) zrozumiałam, że zalała mnie fala zazdrości. Tak irracjonalnej, bo w końcu nie kochałam Rudzielca, że niemal śmieszna.
Mój umysł wrzeszczał, że powinnam się opanować. Nie mogłam pokazywać, że w jakiś sposób mi na kimś zależy. Bo wtedy taka osoba zawsze umiera. Na nic były jednak wrzaski mojego rozumu, tym razem, pierwszy raz od dawna, to serce przejęło wodze nad moim ciałem.
W kilka sekund przekonałam dzielącą nas odległość. Gdy tylko pojawiłam się koło nich, usłyszałam końcówkę wypowiedzi Rudzielca. Poczułam jak na moją twarz wpływa rumieniec złości. Tleniona blondynka (nawet jeżeli było to kłamstwo, to bardzo budujące) odwróciła się do mnie w momencie, kiedy moja pięść już wystartowała.
Dziewczyna pisnęła i zatoczyła się do tyłu od mojego uderzenia. Maggie wrzasnęła, a Ryan wyglądał, jakby właśnie wygrał na loterii. Był tak z siebie zadowolony, że niemal pękł z tej swojej durnej radości. Blondynka nie była jednak pierwszą lepszą lafiryndą (bardzo mi przykro, chociaż może i nie, ale będę ją teraz tak nazywać).
Okazało się powiem, że nie jest aż taka bezbronna na jaką wygląda. Znikąd w jej dłoni pojawił się długi miecz, który był także szeroki. Przypominał mi gigantyczny tasak. Coś jak te wszystkie bronie w Anime. Aż dziwiło mnie, jak taka drobna osóbka, jak ona jest w stanie to unieść.
Nie miałam z tym najmniejszego problemu.
Walka na bronie się rozpoczęła, więc natychmiast sięgnęłam po swoją bransoletkę. Wcześniej nie całkiem unikając ciosu swojej przeciwniczki. To spowodowało, że rękaw mojej kurtki został rozdarty, a ja syknęłam z nagłego pieczenia, które poczułam.
Już po chwili w dłoni dzierżyłam bicz.
— Ryan zatrzymaj je! — Usłyszałam krzyk przerażonej Maggie.
— Maggie… one biją się o mnie i ja mam to przerywać? — spytał z niedowierzaniem w głosie Ryan. — Byłbym idiotą, gdybym to zrobił!
Maggie mruknęła coś pod nosem, co spowodowało śmiech Rudzielca. Dłużej się nimi nie interesowałam, bo moja przeciwniczka w tej chwili miała wymalowaną chęć mordu w oczach. Dopiero wówczas zorientowałam się, że są one również szarego koloru, co moje.
Ryan jest zboczeńcem-prześladowcą.

* * *

Maggie podała mi baton z ambrozji, gdy tylko do nich podeszłam po skończonej walce. Podziękowałam jej ruchem głowy, a następnie podeszłam do Ryana i walnęłam go w głowę. Zignorowałam jego żałosny jęk i psie oczy, którymi na mnie spoglądał. Dobrze wiedział, za co oberwał. Idiota. Choć niestety muszę przyznać, że jest słodkim idiotą... 
Podniosłam swój plecak i ruszyłam tylko sobie znanym kierunku. Żadne z nich nie odezwało się słowem. W ciszy szliśmy przed siebie, a przynajmniej byśmy to zrobili, gdyby powietrze przed nami nagle nie zafalowało i nie pojawiła się nikła tęcza, aby później pokazać rozwścieczonego Chejrona.
— Na gacie Zeusa! Gdzie wy jesteście?!
Ups… mieliśmy przechlapane.

* ~ * ~ *

Chłodny wiatr owiał jej twarz, gdy ona jednak zamiast przyglądać się przepięknej plaży na Ogygii spoglądała na fotografię w dłoni. Zdjęcie przedstawiało krzywiącą się z niesmaku brązowowłosą dziewczynę, która próbowała ignorować swojego towarzysza. Był nim rudowłosy chłopak, który spoglądał na nią z uwielbieniem. Melinda mimowolnie zachichotała. Jej córeczka miała chłopaka. Jakie to urocze!
Bursztynowe oczy kobiety jednak nagle wypełniły się cierpieniem. Serce zacisnęło jej się z tęsknoty za utraconym skarbem. Niestety musiała ratować swoja córkę. Nie chciała, aby pięcioletnia wówczas Jillian żyła w ciągłym strachu o własne życie. Pragnęła dla swojej córki szczęścia skazując tym samym siebie na samotność.
Wiatr ponownie zawiał od strony niespokojnego morza. Serce ścisnęło jej się z radości, gdy na horyzoncie zamigotał jakiś punkt. Niestety szybko minęła, gdy przekonała się, że to tylko ptak.
— Czekam na ciebie Jillian — wyszeptała zaciskając drobną dłoń na fotografii.
— Melindo?
Usłyszawszy swoje imię, kobieta odwróciła się w stronę stojącej nieopodal właścicielki wyspy. Na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech. Migdałowe oczy dziewczyny uważnie się jej przyglądały, a następnie wydawały się o coś pytać. Melinda powoli przytaknęła głową.
— Obiecałam ci — Przypomniała jej i sobie.
— Jesteś pewna Melindo?
— A ty Kalipso?
Dziewczyna przytaknęła głową na pytanie-odpowiedź swojej rozmówczyni. Następnie odwróciła się. Jej biała suknia na ramiączka zafalowała lekko. Dodała ona ją na tę okazję właśnie od Melindy. 
Bez słowa obydwie ruszyły w stronę migocącego w oddali budynku. Gdzie za kilka chwil mieli pojawić się bogowie olimpijscy i zdecydować, czy zgadzają się na ich propozycję, czy nie. Tym razem Kalipso była w dobrej wierzy. Miały wiele argumentów działających na ich korzyść.
Tym razem musi się udać.
A ona będzie wolna i odnajdzie swoją miłość. 
Zaś Melinda będzie wreszcie bezpieczna.





--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Legendy:
*Tantō aikuchi - rodzaj sztyletu lub puginału japońskiego z jedno- lub obosiecznym ostrzem, o długości od 15 do 30 centymetrów. Głownia była przeznaczona przede wszystkim do pchnięć, lecz można nią było także z powodzeniem ciąć. 
** Z łac.: "Apate, jesteś błaznem, złodziejem i zwykłym oszustem"

********************************
Zacznę od tego, że jest w tym rozdziale wiele niewiadomych. I trochę chyba mi się nie udała...
Jenny nie jest ważną postacią. Była ona po prostu gościem w tym rozdziale.
W następnym rozdziale (najprawdopodobniej) dojdzie do wielkiego spotkania Jill z jej matką.
To sprawia, że powoli zbliżamy się ku zakończeniu opowiadania.
No i serdecznie zapraszam do nowej zakładki "Gabinet Chejrona".
Tam zaś pojawi się "Wywiad z Ryanem", więc naprawdę zapraszam :)
Bussis! :3
P.S. Przepraszam za tak długi czas oczekiwania na rozdział!







niedziela, 31 maja 2015

Rozdział XVI

"(...)Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!(...)"

*Perspektywa Ryana*
Dyskretnie rozejrzałem się po domku Seleny, a w szczególności temu szczególnemu pokojowi. Był on dość mały, a mieściła się w nim niewielka toaletka przerobiona na prozaiczny konsolet fryzjerski. Był on z dębowego drewna, a żarówki przyczepione do obramowania lustra, świeciły teraz lekko przytłumionym światłem. Poczułem się, jak prawdziwa gwiazda teatru.
W tafli lustra mogłem dokładnie przyjrzeć się niezadowolonej smukłej dziewczynie o mlecznej skórze. Jej czarne włosy, jak co dziennie od dnia, kiedy zauważyłem ją, gdy oprowadzała Jill po obozie, były zaplecione w warkocz. To mi przypomniało, że muszę uzupełnić swój album „Pierwsze chwilę z Jill”. 
Córka Seleny spojrzała na mnie z niegasnącą nadzieją, ale nie zamierzałem zmieniać raz podjętej decyzji. Czas w końcu olśnić przyszłą matkę moich dzieci swoim buntowniczym ja, bo jak widać moja romantyczna natura jakoś jej nie wystarcza.
Te myśli sprowadziły mnie znów na Jill, na jej szare oczy, które objęte były mgiełką tajemnicy, wąskie usta obrzmiałe i w kolorze dojrzałej truskawki przez moje pocałunku. Znów poczułam napływ podniecenia. W tamtej chwili niewiele brakowało, a zignorowałbym to, że jesteśmy tak młodzi i ona jeszcze nie wyznała prawdy, a którą zna w głębi swojego serca.
Już nie mogłem się tego doczekać, a to sprawiało, że stawałem się niecierpliwy.
Ciche westchnienie wyrwało mnie z mojej zadumy.
— Naprawdę muszę? — Jęknęła cicho Luna. 
— Słyszałem, że jesteś w tym najlepsza — wyznałem zgodnie z prawdę, patrząc w lustro, aby złapać jej smutę spojrzenie, srebrne oczy córki Seleny, przypominały mi moją Złośnicę. — Zawsze mogę zrobić to sam, w końcu one odrosną — wzruszyłem ramionami.
Wprawiłem w ten sposób, w niewielki ruch, granatowy ręcznik, który dziewczyna położyła mi na ramiona. Wydała cichy jęk rezygnacji, i dotknęła moich, zdecydowanie już za długich, rudych włosów.
Jej palce dotknęły skóry mojej głowy, sprawiając, że czułem się, jak podczas masażu. Westchnąłem błogo i lekko się odprężyłem, a wtedy ona zabrała swoje zgrabne paluszki i sięgnęła po spryskiwacz wypełniony wodą, a następnie zaczęła nawilżać nią moje włosy.
— Zastanawiam się, co też twoje zgrabne dłonie mogą robić z inną częścią ludzkiego…
— Przymnij się — oznajmiła zawstydzona dziewczyna. — Obydwoje wiemy, że chodzisz z Jillian, a ja nie chciałabym być… — zadrżała lekko. — … na jej liście. Widziałam, jak również większość obozowiczów, co Jill zrobiła temu biednemu chłopakowi… 
Parsknąłem śmiechem na to wspomnienie, bo Jill zanim wczoraj wpadała do mojego domu, ratując mnie przed wyrzutami sumienia, a Willa przed trwałym uszkodzeniem na jego zdrowiu, to dziewczyna mając kiepski dzień, podobno prawie wykastrowała jakiegoś syna Aresa.
— Na pewno ten biedny chłopak, jak go nazywasz, nie jest bez winy — zauważyłem.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, a następnie sięgnęła po grzebień, czesząc moje rude włosy. Ich długość mnie już irytowała, podobnie jak teraz córkę Seleny, która miała problem z rozczesaniem moich kołtunów.
Rozsiadłem się wygodniej na czarnym hokerze bez oparcia i w skupieniu obserwowałem obozową fryzjerkę.
* * *

Gdy zapadł zmierzch, ruszyłem do domku Eola w towarzystwie rozgadanej Maggie, która komplementowała moją nową fryzurę. Chwilę później zaczęła wyjaśniać mi działanie włosów jej chłopaka, Samaela, aby po chwili zaczęła go wychwalać, jaki to on jest romantyczny i ni z tego ni z tamtego oznajmić mi, że przyłapała, jak syn Hadesa przeglądał magazyn ze strojami kąpielowymi mężczyzn, w łazience i z opuszczonymi spodniami...
Naprawdę… nie chciałem wiedzieć, na czym jeszcze go przyłapała.
Dochodząc do domku numer dwadzieścia cztery, szczerze odetchnąłem z ulgą i wpakowałem się do środka bez pukania. Na mój widok pingwin wydał z siebie dziwny dźwięk i popędził niemal biegiem przed siebie. Wyglądało to dosyć zabawnie, a dodatkowo Jill wyrzucała z ust wyrażenia, których nie powinna znać w swoim wieku, a w różowe włosy miała… 
— Jill, czemu gonisz pingwina? — spytała zaniepokojona Maggie.
— Czemu masz różowe włosy? — spytałem w tym samym czasie.
W odpowiedzi prychnęła i zdjęła z głowy perukę, rzucając nią w naszą stronę. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to świat zmierza ku końcowi, czy ja po prostu przestaje rozumieć rodzaj ludzki?
Prychnąłem i roześmiałem się głośno, zdejmując swoją czarną czapkę i zakładając na głowę perukę, z uśmiechem skierowałem wzrok na dziewczyny. One niestety kompletnie zignorowały moją zaczepkę, jedynie Jill posłała mi spojrzenie mówiące „Serio?”. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami i zacmokałem do niej.
Zarumieniła się lekko i odwróciła wzrok, a mnie szczerze rozbawiło jej zmieszanie.
— Ja i Jill się całowaliśmy — oznajmiłem.
Złośnica zamknęła oczy i opuściła ramiona w geście bezradności. Maggie w tym czasie otworzyła usta i wyglądała, jak ryba wyrzucona na brzeg. Nie mogła wykrztusić ani słowa, a ja pożałowałem, że nie zaszczyciłem jej tą rewelacją dużo wcześniej zanim mogła mi mówić o upodobaniach syna Hadesa.
— To nie jest istotne… — zaczęła Jill, ale jej przerwałem.
— Możesz powiedzieć Samaelowi, że chętnie zgodzimy się na podwójną randkę! Jill i ja jesteśmy parą — dodałem.
— Nie jesteśmy — zaprzeczyła Złośnica.
Ja i Maggie ją zignorowaliśmy, na co ona jedynie wniosła oczy ku niebu. Następnie z premedytacją podeszła do nas i walnęła mnie w ramie, piorunując ze złości, swoim złowrogim spojrzeniem. W tej chwili, naprawdę, zgadzałem się z teorią Maggie, że Jill najlepiej pasowałaby, jako córka Nemezis.
* ~ * ~ *
*Perspektywa Jill*
Wszyscy troje złapaliśmy swoje plecaki, a gdy mieliśmy właśnie opuścić mój dom, spostrzegłam, mojego pingwina Henryka. Wpatrywał on się w nas żałosnym smutnym spojrzeniem zbitego psa. Pokazałam mu środkowy palec, a na co Nielot zareagował napuszeniem swoich nielotnych piórek i wypuszczając spod skrzydełka puszkę z sardynkami, ruszył piegiem i z piskiem w stronę drzwi. 
Wiedząc, co kombinuje, wrzasnęłam na niego, grożąc mu wykastrowaniem i rzuciłam się w pogoń na pingwinem. Dwójka moich towarzyszy, nie wiedząc, co się dzieje przyglądała się nam. Henryk podszedł do drzwi, które jak na zawołanie się otworzyły, a później wysyłając nam zadowolone spojrzenie kota, który zjadł kanarka i popił go śmietanką, wpadł w czarną przestrzeń za nimi.
Przeklęłam kilkoma niezbyt przyjaznymi epitetami swoje zwierzę i spojrzałam na moich przyjaciół, a przy tym zgrzytając ze złości zębami oraz zaciskając dłonie w pięści.
— Co to za pokój? — Zdziwiła się Maggie.
Spoglądaliśmy na ciemność ziejącą z otwartych drzwi. Było to z moich magicznych „przejść” za pomocą poszczególnych wiatrów. Przełknęłam ślinę zdając sobie sprawę, że mimo wszystko nie mogłam pozostawić swojego bezmyślnego pingwina samego sobie.
— Favonius — przeczytałam, napis obok nich.
— Na zachód — przetłumaczył Ryan. — Chyba mamy szczęście — zauważył.
* * *
Jęknęłam z bólu, a następnie kichnęłam, gdy tylko kurz unoszący się w powietrzu zaczął drażnić moje śluzówki nosowe. Podniosłam powieki i przez chwilę zdezorientowana spoglądałam na migocący kurz. Wirował on w nikłym świetle słońca, które wpadało przez niewielką dziurę w ścianie koło mnie.
Mój wzrok skupił się na pomieszczeniu, zaczęłam składać wszystko, co widzę w spójną całość, abym mogła w końcu dowiedzieć się, gdzie dokładnie wylądowałam. Dach był pochyły, a drewniana konstrukcja była zachowana w surowym stanie, a przynajmniej od wewnątrz. 
Rzut okiem na niewielką dziurę i podłogę, uświadomił mi, że ktoś tu położył stare wiadro. Najwidoczniej właścicielowi domu, nie chciało się naprawiać dachówki. Uśmiechnęłam się kpiąco, a następnie starałam się wygrzebać z zawalonych na mnie kartonów, starych ubrań i kilka rzeczy, których wolałam nie identyfikować. 
— Jill?
Zrzucając z siebie naprawdę ciężki karton, a jednocześnie ciesząc się, że nie uszkodził on mojej nogi, podniosłam się i pomachałam, do moich przyjaciół. Mogąc w ten sposób spostrzec, że cały strych był zawalony przeróżnymi rzeczami, a ja zaczęłam obawiać się karaluchów i innych robactw.
— Gdzie jesteśmy? — spytałam mając nadzieje, że któryś z moich towarzyszy zna odpowiedź.
Ryan otrzepywał właśnie swoją brązową skórzaną kurtkę, a następnie uśmiechnął się do mnie szeroko, olśniewając swoimi białymi ząbkami. Wówczas dostrzegłam w jego lewym uchu niewielki kolczyk, który do tej pory skutecznie ukrywał przez swoje zbyt długie włosy. Obecnie nieco je przyciął, choć jego krzywka wciąż wpadała mu na oczy, to teraz ukrył ją pod czarną czapą z logo jakiejś gruby muzycznej.
— Jesteśmy… — zaczęła zawstydzona Wiedźma, ale dźwięk pukania jej przerwał.
Zaskoczona spojrzałam w dół, bo ten dźwięk wydobywał się spod moich nóg. Pukanie stało się głośniejsze, a następnie usłyszeliśmy lekko zachrypnięty i dudniący męski głos:
— Duchy! Wynoście się z mojego strychu!
Ryan bezgłośnie powiedział: „Wariat”, a ja mu przytaknęłam zgadzając się całkowicie z nim, ale to jęk Maggie zwrócił moją uwagę, bo ze łzami w oczach krzyknęła:
— Tatusiu! To ja!
Jak zwykle szykowałam się do jakiejś złośliwej uwagi, ale nagły ruch między pudłami zwrócił moją uwagę. Moja wścibska natura wygrała, więc schyliłam się, aby móc przyjrzeć się temu zjawisku bliżej. Wtedy też Henryk, mój nielotny ptak ruszył przed niebie wskakując w ramiona zaskoczonej Maggie. W tym samym momencie wydarzyły się dwie rzeczy. Pierwsza: spomiędzy pudeł wychyliła się czarna mordka jakiegoś stworzenia, i druga: ojciec Wiedźmy krzyknął:
— Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!
Nadzieje w głosie mężczyzny spowodowała, że zerknęłam na pełną rezygnacji twarzy córki Hekate. Przytulała ona do siebie pingwina, chcąc w ten sposób pozbyć się trochę swojego wewnętrznego bólu. To był mój wielki błąd, gdyż słysząc jakiś skrzek, spojrzałam znów w stronę, z której wybiegł Henryk. Po chwili na moją twarz skoczył prawdziwy szop pracz.
Wyjąc z bólu, gdy ostre pazury zwierzęcia wbiły się w moją skórę, zaczęłam machać ramionami, jak jakaś wariatka i w ten sposób, cofając się, potknęłam się i padłam do tyłu, jak długa, próbując pozbyć się szopa, podczas, gdy Ryan naśmiewał się do rozpuku, a Maggie próbowała wyjaśnić swojemu ojcu, że wcale nie umarła.
* * *
Ryan został moim osobistym pielęgniarzem – jak się sam nazwał, gdy tylko pan Martins (ojciec Maggie) zaproponował, że oczyści moje rany. Siedząc na czarnej skórzanej kanapie, w którą się zapadałam, zaś naga skóra moich nóg (miałam na sobie krótkie spodenki) przyklejała się do niej nieprzyjemnie. Starałam się ignorować szczypanie, gdy wacik nasiąknięty wodą utlenioną był lekko przyciskany do moich ran. Nie mogłam powstrzymać jednak syku bólu, które mi się wymykały. Choć złowrogie spojrzenia, które były skierowane na Ryana, były już zamierzone. 
Złapałam go za nadgarstek, powstrzymując przed kolejnym z rzędu razie, gdy chciał ponownie odkazić wszystkie moje zadrapania na mojej twarzy. 
Rudzielec westchnął i odłożył wacik wraz z wodą utlenią na pobliski wysoki stoliczek. Stały tam jeszcze cztery duże czarne świeczki wraz z fioletowymi i czerwonymi, które były w różnych rozmiarów. 
Wgapiając się w zgaszone świeczki, których knoty były czarne, a woski był rozlany po całym blacie stoliczka, zaczęłam uświadamiać sobie, że ojciec Maggie naprawdę jest wariatem. Wcześniej z powodu bólu, nie zwróciłam uwagi na wygląd salonu, ale teraz będąc tutaj dokonałam szybkiej oceny. 
Można by powiedzieć, że pan Martins tak bardzo kochał dzień Straszenie nieletnich… znaczy Halloween, że postanowił świętować je przez cały rok. Mi to bardzo odpowiadało, bo sama uwielbiałam straszyć innych i bynajmniej powodem miałyby być cukierki. Piski i płacz strachu innych… to były niezapomniane przeżycia!
Odłożyłam na dalszy plan swoje rozmyślenia na temat. Zdałam sobie jednak pytanie, czemu ojciec nastolatki ma dom w stylu gotyckim? Czarne ściany w salonie, były zdecydowanie nie w moim stylu, ciemne ciężkie zasłony, którymi zasłonięte były okna i nie przepuszczały żadnego promienia słonecznego, były jeszcze gorsze. Światło, które oświetlało salon wydobywało się spod czarnego żyrandola udekorowanego żarówkami na kształt czerwonych świec.
— Rachunek na prąd musi pan płacić duży — zauważył Ryan.
Rudzielec rozłożył się na niewygodnej kanapie w taki sposób, że zachwiałam się na swoim miejscu i poleciałam na niego. Korzystając z tejże okazji mojego braku równowagi na wyboistym terenie (jaką była w istocie ta skórzana diablica) objął moją talię ramieniem, a ja próbowałam dość nieudolnie się od niego uwolnić.
Musiałam przyznać, że było mi naprawdę przyjemnie zwłaszcza, gdy poczułam cudowny zapach Rudzielca. W brzuchu poczułam dziwne zawirowanie, ale nie było to nieprzyjemne, a wręcz zabierające w dech piersi uczucie.
Zapach syna Apolla był doprawdy niezwykłą mieszanką, kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla. Miałam ochotę zaciągnąć się nim w nieskończoność.
Nagle odezwał się pan Martins przerywając moje wgapianie się w Rudzielca ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami. Ponieważ starałam się ignorować chęć pocałowania go, a wzbudzić w sobie chęć wykastrowania przyczynę mojego dziwnego stanu emocjonalnego.
— Bardzo mi przykro z powodu Śnieżka — wyznał. — Ale on broni mnie od zombie — wyjaśnił, gdy zerknęłam na niego mrużąc ze złości oczy.
Tym zdaniem skupił całą moją uwagę na swojej osobie, a syna Apolla, który nagle zaczął mieć dziwny fetysz i zaciągał się zapachem moich włosów, wtykając nos obok mojego policzka i powodując, jeszcze mocniejszy sztorm w moim podbrzuszu, zaczął bawić się wolną ręką moją bransoletką.
„Zignoruj! Zignoruj!” – Wrzeszczałam na siebie w myślach 
Skupiałam swoją uwagę na ojcu Maggie (choć byłam całkowicie świadoma każdego ruchu Rudzielca). Był on dość wysoki, nieco wyższy od Ryan. Zaś jego włosy miały ten sam niezwykły czarny (niemal granatowy) odcień włosów, co Maggie. Były one obcięte dość krótko, oczy zaś miał w kolorze whisky i śniadą skórkę, a te ostatnie dwie cechy Maggie musiała odziedziczyć od swojej matki – Hekate.
— Wujek Desiderio nadal udaje nekromanta?
Pytanie Wiedźmy sprawiło, że zaczęłam mieć wielkie przekonanie, że cała ich rodzina to jakieś świry. Popchnęłam głowę Ryana, gdy zaczął dmuchać mi w ucho, chcąc uwolnić się od jego przyjemnego zapachu. Zachichotał cicho, a ja przekonałam się, że on jest jak rzepa, przyczepił się i koniec.
— Ostatnio nawet ożywił ciotkę Marianele… wy dwoje, kiedy planujecie ślub?
To pytanie zwróciło uwagę Rudzielca, a mi dało szansę się uwolnić, a przynajmniej na tyle, że ręka Ryana obejmowała mnie teraz jedynie za ramiona. Nie był z tego zadowolony, co wyraźnie widziałam w jego nagle chmurnym spojrzeniu o dwukolorowych tęczówkach. Poprawiłam się na kanapie i skrzywiłam, gdy poczułam, jak jej skóra przykleiła się do nagiej skóry moich nóg.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie usiąść na Rudzielcu… zdecydowanie wtedy miałabym wygodniej. Potrząsnęłam głową wstrząśnięta swoimi myślami.
— Gdy tylko Jill powie, że mnie kocha.
Pan Martins zmarszczył brwi i westchnął mówiąc: „Ach tak…”
Ojciec Maggie był naprawdę irytujący.
— Jak ma się Samael?
Mówiąc to, Meksykanin spoważniał, a chłód w jego oczach narodził we mnie kilka pytań, zaś Maggie, jakby nie widząc ile kosztowało jej ojca tak grzeczne pytanie, zaczęła opowiadać mu, jak to się zeszli, jakiż on cudowny, a skończyła opowiadając o tym, że przyłapała Nico w łazience…
— Puść mnie! — Syknęłam, gdy Ryan podniósł mnie, trzymając ramię wokół mojej tali i posadził na swoje kolana. — Wykastruje Cię!
— Obydwoje wiemy, że rozpalam w Tobie płomień pożądania, więc nie mogłabyś pozbyć się jedynej rzeczy, która go uga…
Zakryłam jego usta dłonią, pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć.
Dlatego zamilkłam i zawstydzona z rozpalonymi z zażenowania policzkami siedziałam, jak grzeczna dziewczynka na jego kolanach. Zastanawiając się przy okazji, jaką zemstę najlepiej na nim zastosować.
Teraz postanowiłam skupić się tylko na rozmowie prowadzonej przez ojca Maggie.
— Jillian Vivienne Taylor… — Tymi słowami zwrócił na siebie moją całkowitą uwagę —  …powinnaś uważać na siebie bardziej niż kiedykolwiek, duchy twoich przodków nawołują mnie z Tartaru, mówiąc, że twoje ciotki pragną zemsty na córce ich brata, jak również i na jego wnuczce — oznajmił patrząc mi prosto w oczy. — To, kto chce zagrać w chińczyka? 
* * *
Pan Martins uświadomił nam, że nawet w Meksyku spada temperatura i teraz jest z jakieś pięć stopniu Celsjusza. To spowodowało, że zmuszona byłam się przebrać w cieplejsze ciuchy. Ryan nawet zaproponował mi pomoc w rozbieraniu, ale jedno moje spojrzenie wystarczyło, aby się przekonał, że dzisiaj naprawdę już przeholował.
Wychodząc z pokoju gościnnego, miałam na sobie długie czarne rurki i szarą bluzę z niebieską twarzą słonia na przodzie, którego trompa unosiła się do góry z radości. Na nogach miałam swoje wygodne trampki.
Gdy tylko wyszłam od razu natknęłam się na swojego prześladowcę. Ryan nie musiał się przebierać, poza nałożeniem jakiejś ciepłej bluzy pod swoją kurtkę. Był z naszej trójki widocznie najlepiej przygotowany. Jego skórzana kurtka, jak zwykle była rozpięta. Tym razem jednak nie zamierzałam nawet komentować faktu, że założył tego samego koloru bluzę, co moja. Postanowiłam traktować to, jak przypadek.
Ojciec Maggie podał mi jakąś granatową kurtkę, a do tego białą czapkę z wymalowaną buzią oraz przyszytymi na czubku uszami pandy. Spoglądałam na to z konsternacją, a widząc moją minę wyjaśnił:
— To należało do Maggie, gdy miała jedenaście lat… myślę, że będzie na Ciebie idealnie pasować dziecko.
Poklepał mnie po główce, jakbym była dwulatką i posyłając mi szeroki uśmiech, obejrzał się na ramię na Maggie. Skrzywiłam się, myśląc, że jeszcze nie tak dawno, ten facet pytał, kiedy ja i Ryan mamy zamiar się pobrać. Bo albo facet cierpi na rozdwojenie jaźni albo to prawdziwy świr.
Widząc Maggie ubraną w jaskrawą zieloną kurtkę i różową czapkę, jęknęłam, bo w tym stroju jak nic będzie rzucać się w oczy. Zaś ojciec Maggie zaczął posypywać ją… brokatem. 
Nawet tego nie skomentuje…
Moje rozmyślenia zostały przerwane przez potężny ryk, który zmieszał się wraz z głośnym hukiem, jakby ktoś rozbił okno. Dźwięk ten dochodził z kuchni. Automatycznie zerwałam swoją bransoletkę, aby po chwili dzierżyć w dłoni bicz. Maggie sięgnęła po swój medalion i już miała w dłoni bliźniacze sztylety. Nawet Ryan dobył rapier celując jego ostrym czubkiem w stronę źródła hałasu.
Po chwili, coś z całej siły walnęło w drzwi (prawdopodobnie) prowadzące do kuchni, a siła, jakie coś bądź ktoś w nie walnął, sprawiło, że wyleciały one z zawiasów. Już po chwili wszyscy mogliśmy spoglądać na gimnastycznego lewa, który ledwo, co mieścił się w framudze. Lepiej byłoby powiedzieć, że jedynie jego wielka głowa się w nich mieściła.
Spojrzał na nas swoimi czarnymi oczami i zaryczał, próbując się do nas dobrać. Jego złota sierść na pysku lśniła ślicznym złotym kolorze. Byłam tak zafascynowana jego piękną sierścią i grą mięśni pod skórą, że następnie, gdy wyważył framugę i kawałek sporej ściany, to mogłam jedynie jak urzeczona wpatrywać się w niego. Był naprawdę pięknym stworzeniem i dopiero teraz rozumiałam, czemu lewy są nazywane królami.
— Chce takiego — mruknęłam, jak obrażona ośmiolatka.
— Ta się zrobić — powiedział Ryan i mrugnął do mnie.
Nie wiedziałam, czy mówi na serio, czy tylko się ze mną droczy. Nie miałam teraz czasu na rozważanie tego, tylko musiałam odskoczyć, gdy wielka łapa lwa zamachnęła się w moją stronę. Jego ostre pazury rozerwały przód granatowej kurtki, która dostałam od ojca Maggie, jak również moją bluzę i przy tym zadrapując lekko moją skórę na brzuchu.
Miał niezłe pazurki.
— To lew nemejski  —oznajmiła Maggie, jakby ta informacja była nam potrzebna. 
Dla mnie dużej różnicy w tym nie było, bo nieważne czy byłby to lew z parku zoologicznego, czy jakiś potwór mitologiczny i tak musiałabym z tym walczyć. Bo w obydwóch przypadkach nie chciałabym być przekąską dla takiego drapieżnika.
— Lecę po kamerę! — krzyknął pan Martins.
Wszyscy go zignorowaliśmy, Maggie skrzyżowała sztylety, gdy łapa lwa zamachnęła się na nią, posłało to ją na posadzkę i teraz jego łapa ją przygniatała, podczas, gdy Ryan próbował odgonić lwa od Maggie. Od razu zamachnęłam się biczem, który bezbłędnie trafił w jego sad. 
Potwór nie mógł tego puścić mi płazem, bo zaryczał z wściekłości i bólu, a następnie odwrócił się w moją stronę, ignorując Ryana i Maggie. Jego oczy zwęszyły się w małe szparka, a on uginając tylne łapy szykował się do skoku na mnie. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, na co tylko przez moment w jego oczach zamigotało zaskoczenie, a następnie skoczył.
Pył wylądował na mnie, powodując u mnie atak kaszlu, a ja spojrzałam z wyrzutem na Rudzielca. Który podrzucił w dłoni swój raper i posłał mi szeroki uśmiech zwycięscy.
— Popsułeś mi zabawę — oskarżyłam go.
— Prowadzę jeden do zera — oznajmił.
W odpowiedzi pokazałam mu środkowy palec.

_________________________________________________________________________________
Przepraszam za opóźnienie z nowym rozdziałem, ale miałam znów kłopoty z Internetem.
Życzę miłego czytania :)
Bussis!