KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Rozdział XVI

"(...)Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!(...)"

*Perspektywa Ryana*
Dyskretnie rozejrzałem się po domku Seleny, a w szczególności temu szczególnemu pokojowi. Był on dość mały, a mieściła się w nim niewielka toaletka przerobiona na prozaiczny konsolet fryzjerski. Był on z dębowego drewna, a żarówki przyczepione do obramowania lustra, świeciły teraz lekko przytłumionym światłem. Poczułem się, jak prawdziwa gwiazda teatru.
W tafli lustra mogłem dokładnie przyjrzeć się niezadowolonej smukłej dziewczynie o mlecznej skórze. Jej czarne włosy, jak co dziennie od dnia, kiedy zauważyłem ją, gdy oprowadzała Jill po obozie, były zaplecione w warkocz. To mi przypomniało, że muszę uzupełnić swój album „Pierwsze chwilę z Jill”. 
Córka Seleny spojrzała na mnie z niegasnącą nadzieją, ale nie zamierzałem zmieniać raz podjętej decyzji. Czas w końcu olśnić przyszłą matkę moich dzieci swoim buntowniczym ja, bo jak widać moja romantyczna natura jakoś jej nie wystarcza.
Te myśli sprowadziły mnie znów na Jill, na jej szare oczy, które objęte były mgiełką tajemnicy, wąskie usta obrzmiałe i w kolorze dojrzałej truskawki przez moje pocałunku. Znów poczułam napływ podniecenia. W tamtej chwili niewiele brakowało, a zignorowałbym to, że jesteśmy tak młodzi i ona jeszcze nie wyznała prawdy, a którą zna w głębi swojego serca.
Już nie mogłem się tego doczekać, a to sprawiało, że stawałem się niecierpliwy.
Ciche westchnienie wyrwało mnie z mojej zadumy.
— Naprawdę muszę? — Jęknęła cicho Luna. 
— Słyszałem, że jesteś w tym najlepsza — wyznałem zgodnie z prawdę, patrząc w lustro, aby złapać jej smutę spojrzenie, srebrne oczy córki Seleny, przypominały mi moją Złośnicę. — Zawsze mogę zrobić to sam, w końcu one odrosną — wzruszyłem ramionami.
Wprawiłem w ten sposób, w niewielki ruch, granatowy ręcznik, który dziewczyna położyła mi na ramiona. Wydała cichy jęk rezygnacji, i dotknęła moich, zdecydowanie już za długich, rudych włosów.
Jej palce dotknęły skóry mojej głowy, sprawiając, że czułem się, jak podczas masażu. Westchnąłem błogo i lekko się odprężyłem, a wtedy ona zabrała swoje zgrabne paluszki i sięgnęła po spryskiwacz wypełniony wodą, a następnie zaczęła nawilżać nią moje włosy.
— Zastanawiam się, co też twoje zgrabne dłonie mogą robić z inną częścią ludzkiego…
— Przymnij się — oznajmiła zawstydzona dziewczyna. — Obydwoje wiemy, że chodzisz z Jillian, a ja nie chciałabym być… — zadrżała lekko. — … na jej liście. Widziałam, jak również większość obozowiczów, co Jill zrobiła temu biednemu chłopakowi… 
Parsknąłem śmiechem na to wspomnienie, bo Jill zanim wczoraj wpadała do mojego domu, ratując mnie przed wyrzutami sumienia, a Willa przed trwałym uszkodzeniem na jego zdrowiu, to dziewczyna mając kiepski dzień, podobno prawie wykastrowała jakiegoś syna Aresa.
— Na pewno ten biedny chłopak, jak go nazywasz, nie jest bez winy — zauważyłem.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, a następnie sięgnęła po grzebień, czesząc moje rude włosy. Ich długość mnie już irytowała, podobnie jak teraz córkę Seleny, która miała problem z rozczesaniem moich kołtunów.
Rozsiadłem się wygodniej na czarnym hokerze bez oparcia i w skupieniu obserwowałem obozową fryzjerkę.
* * *

Gdy zapadł zmierzch, ruszyłem do domku Eola w towarzystwie rozgadanej Maggie, która komplementowała moją nową fryzurę. Chwilę później zaczęła wyjaśniać mi działanie włosów jej chłopaka, Samaela, aby po chwili zaczęła go wychwalać, jaki to on jest romantyczny i ni z tego ni z tamtego oznajmić mi, że przyłapała, jak syn Hadesa przeglądał magazyn ze strojami kąpielowymi mężczyzn, w łazience i z opuszczonymi spodniami...
Naprawdę… nie chciałem wiedzieć, na czym jeszcze go przyłapała.
Dochodząc do domku numer dwadzieścia cztery, szczerze odetchnąłem z ulgą i wpakowałem się do środka bez pukania. Na mój widok pingwin wydał z siebie dziwny dźwięk i popędził niemal biegiem przed siebie. Wyglądało to dosyć zabawnie, a dodatkowo Jill wyrzucała z ust wyrażenia, których nie powinna znać w swoim wieku, a w różowe włosy miała… 
— Jill, czemu gonisz pingwina? — spytała zaniepokojona Maggie.
— Czemu masz różowe włosy? — spytałem w tym samym czasie.
W odpowiedzi prychnęła i zdjęła z głowy perukę, rzucając nią w naszą stronę. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to świat zmierza ku końcowi, czy ja po prostu przestaje rozumieć rodzaj ludzki?
Prychnąłem i roześmiałem się głośno, zdejmując swoją czarną czapkę i zakładając na głowę perukę, z uśmiechem skierowałem wzrok na dziewczyny. One niestety kompletnie zignorowały moją zaczepkę, jedynie Jill posłała mi spojrzenie mówiące „Serio?”. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami i zacmokałem do niej.
Zarumieniła się lekko i odwróciła wzrok, a mnie szczerze rozbawiło jej zmieszanie.
— Ja i Jill się całowaliśmy — oznajmiłem.
Złośnica zamknęła oczy i opuściła ramiona w geście bezradności. Maggie w tym czasie otworzyła usta i wyglądała, jak ryba wyrzucona na brzeg. Nie mogła wykrztusić ani słowa, a ja pożałowałem, że nie zaszczyciłem jej tą rewelacją dużo wcześniej zanim mogła mi mówić o upodobaniach syna Hadesa.
— To nie jest istotne… — zaczęła Jill, ale jej przerwałem.
— Możesz powiedzieć Samaelowi, że chętnie zgodzimy się na podwójną randkę! Jill i ja jesteśmy parą — dodałem.
— Nie jesteśmy — zaprzeczyła Złośnica.
Ja i Maggie ją zignorowaliśmy, na co ona jedynie wniosła oczy ku niebu. Następnie z premedytacją podeszła do nas i walnęła mnie w ramie, piorunując ze złości, swoim złowrogim spojrzeniem. W tej chwili, naprawdę, zgadzałem się z teorią Maggie, że Jill najlepiej pasowałaby, jako córka Nemezis.
* ~ * ~ *
*Perspektywa Jill*
Wszyscy troje złapaliśmy swoje plecaki, a gdy mieliśmy właśnie opuścić mój dom, spostrzegłam, mojego pingwina Henryka. Wpatrywał on się w nas żałosnym smutnym spojrzeniem zbitego psa. Pokazałam mu środkowy palec, a na co Nielot zareagował napuszeniem swoich nielotnych piórek i wypuszczając spod skrzydełka puszkę z sardynkami, ruszył piegiem i z piskiem w stronę drzwi. 
Wiedząc, co kombinuje, wrzasnęłam na niego, grożąc mu wykastrowaniem i rzuciłam się w pogoń na pingwinem. Dwójka moich towarzyszy, nie wiedząc, co się dzieje przyglądała się nam. Henryk podszedł do drzwi, które jak na zawołanie się otworzyły, a później wysyłając nam zadowolone spojrzenie kota, który zjadł kanarka i popił go śmietanką, wpadł w czarną przestrzeń za nimi.
Przeklęłam kilkoma niezbyt przyjaznymi epitetami swoje zwierzę i spojrzałam na moich przyjaciół, a przy tym zgrzytając ze złości zębami oraz zaciskając dłonie w pięści.
— Co to za pokój? — Zdziwiła się Maggie.
Spoglądaliśmy na ciemność ziejącą z otwartych drzwi. Było to z moich magicznych „przejść” za pomocą poszczególnych wiatrów. Przełknęłam ślinę zdając sobie sprawę, że mimo wszystko nie mogłam pozostawić swojego bezmyślnego pingwina samego sobie.
— Favonius — przeczytałam, napis obok nich.
— Na zachód — przetłumaczył Ryan. — Chyba mamy szczęście — zauważył.
* * *
Jęknęłam z bólu, a następnie kichnęłam, gdy tylko kurz unoszący się w powietrzu zaczął drażnić moje śluzówki nosowe. Podniosłam powieki i przez chwilę zdezorientowana spoglądałam na migocący kurz. Wirował on w nikłym świetle słońca, które wpadało przez niewielką dziurę w ścianie koło mnie.
Mój wzrok skupił się na pomieszczeniu, zaczęłam składać wszystko, co widzę w spójną całość, abym mogła w końcu dowiedzieć się, gdzie dokładnie wylądowałam. Dach był pochyły, a drewniana konstrukcja była zachowana w surowym stanie, a przynajmniej od wewnątrz. 
Rzut okiem na niewielką dziurę i podłogę, uświadomił mi, że ktoś tu położył stare wiadro. Najwidoczniej właścicielowi domu, nie chciało się naprawiać dachówki. Uśmiechnęłam się kpiąco, a następnie starałam się wygrzebać z zawalonych na mnie kartonów, starych ubrań i kilka rzeczy, których wolałam nie identyfikować. 
— Jill?
Zrzucając z siebie naprawdę ciężki karton, a jednocześnie ciesząc się, że nie uszkodził on mojej nogi, podniosłam się i pomachałam, do moich przyjaciół. Mogąc w ten sposób spostrzec, że cały strych był zawalony przeróżnymi rzeczami, a ja zaczęłam obawiać się karaluchów i innych robactw.
— Gdzie jesteśmy? — spytałam mając nadzieje, że któryś z moich towarzyszy zna odpowiedź.
Ryan otrzepywał właśnie swoją brązową skórzaną kurtkę, a następnie uśmiechnął się do mnie szeroko, olśniewając swoimi białymi ząbkami. Wówczas dostrzegłam w jego lewym uchu niewielki kolczyk, który do tej pory skutecznie ukrywał przez swoje zbyt długie włosy. Obecnie nieco je przyciął, choć jego krzywka wciąż wpadała mu na oczy, to teraz ukrył ją pod czarną czapą z logo jakiejś gruby muzycznej.
— Jesteśmy… — zaczęła zawstydzona Wiedźma, ale dźwięk pukania jej przerwał.
Zaskoczona spojrzałam w dół, bo ten dźwięk wydobywał się spod moich nóg. Pukanie stało się głośniejsze, a następnie usłyszeliśmy lekko zachrypnięty i dudniący męski głos:
— Duchy! Wynoście się z mojego strychu!
Ryan bezgłośnie powiedział: „Wariat”, a ja mu przytaknęłam zgadzając się całkowicie z nim, ale to jęk Maggie zwrócił moją uwagę, bo ze łzami w oczach krzyknęła:
— Tatusiu! To ja!
Jak zwykle szykowałam się do jakiejś złośliwej uwagi, ale nagły ruch między pudłami zwrócił moją uwagę. Moja wścibska natura wygrała, więc schyliłam się, aby móc przyjrzeć się temu zjawisku bliżej. Wtedy też Henryk, mój nielotny ptak ruszył przed niebie wskakując w ramiona zaskoczonej Maggie. W tym samym momencie wydarzyły się dwie rzeczy. Pierwsza: spomiędzy pudeł wychyliła się czarna mordka jakiegoś stworzenia, i druga: ojciec Wiedźmy krzyknął:
— Margaret? Przyszłaś mnie nawiedzać córeczko?!
Nadzieje w głosie mężczyzny spowodowała, że zerknęłam na pełną rezygnacji twarzy córki Hekate. Przytulała ona do siebie pingwina, chcąc w ten sposób pozbyć się trochę swojego wewnętrznego bólu. To był mój wielki błąd, gdyż słysząc jakiś skrzek, spojrzałam znów w stronę, z której wybiegł Henryk. Po chwili na moją twarz skoczył prawdziwy szop pracz.
Wyjąc z bólu, gdy ostre pazury zwierzęcia wbiły się w moją skórę, zaczęłam machać ramionami, jak jakaś wariatka i w ten sposób, cofając się, potknęłam się i padłam do tyłu, jak długa, próbując pozbyć się szopa, podczas, gdy Ryan naśmiewał się do rozpuku, a Maggie próbowała wyjaśnić swojemu ojcu, że wcale nie umarła.
* * *
Ryan został moim osobistym pielęgniarzem – jak się sam nazwał, gdy tylko pan Martins (ojciec Maggie) zaproponował, że oczyści moje rany. Siedząc na czarnej skórzanej kanapie, w którą się zapadałam, zaś naga skóra moich nóg (miałam na sobie krótkie spodenki) przyklejała się do niej nieprzyjemnie. Starałam się ignorować szczypanie, gdy wacik nasiąknięty wodą utlenioną był lekko przyciskany do moich ran. Nie mogłam powstrzymać jednak syku bólu, które mi się wymykały. Choć złowrogie spojrzenia, które były skierowane na Ryana, były już zamierzone. 
Złapałam go za nadgarstek, powstrzymując przed kolejnym z rzędu razie, gdy chciał ponownie odkazić wszystkie moje zadrapania na mojej twarzy. 
Rudzielec westchnął i odłożył wacik wraz z wodą utlenią na pobliski wysoki stoliczek. Stały tam jeszcze cztery duże czarne świeczki wraz z fioletowymi i czerwonymi, które były w różnych rozmiarów. 
Wgapiając się w zgaszone świeczki, których knoty były czarne, a woski był rozlany po całym blacie stoliczka, zaczęłam uświadamiać sobie, że ojciec Maggie naprawdę jest wariatem. Wcześniej z powodu bólu, nie zwróciłam uwagi na wygląd salonu, ale teraz będąc tutaj dokonałam szybkiej oceny. 
Można by powiedzieć, że pan Martins tak bardzo kochał dzień Straszenie nieletnich… znaczy Halloween, że postanowił świętować je przez cały rok. Mi to bardzo odpowiadało, bo sama uwielbiałam straszyć innych i bynajmniej powodem miałyby być cukierki. Piski i płacz strachu innych… to były niezapomniane przeżycia!
Odłożyłam na dalszy plan swoje rozmyślenia na temat. Zdałam sobie jednak pytanie, czemu ojciec nastolatki ma dom w stylu gotyckim? Czarne ściany w salonie, były zdecydowanie nie w moim stylu, ciemne ciężkie zasłony, którymi zasłonięte były okna i nie przepuszczały żadnego promienia słonecznego, były jeszcze gorsze. Światło, które oświetlało salon wydobywało się spod czarnego żyrandola udekorowanego żarówkami na kształt czerwonych świec.
— Rachunek na prąd musi pan płacić duży — zauważył Ryan.
Rudzielec rozłożył się na niewygodnej kanapie w taki sposób, że zachwiałam się na swoim miejscu i poleciałam na niego. Korzystając z tejże okazji mojego braku równowagi na wyboistym terenie (jaką była w istocie ta skórzana diablica) objął moją talię ramieniem, a ja próbowałam dość nieudolnie się od niego uwolnić.
Musiałam przyznać, że było mi naprawdę przyjemnie zwłaszcza, gdy poczułam cudowny zapach Rudzielca. W brzuchu poczułam dziwne zawirowanie, ale nie było to nieprzyjemne, a wręcz zabierające w dech piersi uczucie.
Zapach syna Apolla był doprawdy niezwykłą mieszanką, kremu do opalania, miodu, pomarańczy oraz węgla. Miałam ochotę zaciągnąć się nim w nieskończoność.
Nagle odezwał się pan Martins przerywając moje wgapianie się w Rudzielca ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi ustami. Ponieważ starałam się ignorować chęć pocałowania go, a wzbudzić w sobie chęć wykastrowania przyczynę mojego dziwnego stanu emocjonalnego.
— Bardzo mi przykro z powodu Śnieżka — wyznał. — Ale on broni mnie od zombie — wyjaśnił, gdy zerknęłam na niego mrużąc ze złości oczy.
Tym zdaniem skupił całą moją uwagę na swojej osobie, a syna Apolla, który nagle zaczął mieć dziwny fetysz i zaciągał się zapachem moich włosów, wtykając nos obok mojego policzka i powodując, jeszcze mocniejszy sztorm w moim podbrzuszu, zaczął bawić się wolną ręką moją bransoletką.
„Zignoruj! Zignoruj!” – Wrzeszczałam na siebie w myślach 
Skupiałam swoją uwagę na ojcu Maggie (choć byłam całkowicie świadoma każdego ruchu Rudzielca). Był on dość wysoki, nieco wyższy od Ryan. Zaś jego włosy miały ten sam niezwykły czarny (niemal granatowy) odcień włosów, co Maggie. Były one obcięte dość krótko, oczy zaś miał w kolorze whisky i śniadą skórkę, a te ostatnie dwie cechy Maggie musiała odziedziczyć od swojej matki – Hekate.
— Wujek Desiderio nadal udaje nekromanta?
Pytanie Wiedźmy sprawiło, że zaczęłam mieć wielkie przekonanie, że cała ich rodzina to jakieś świry. Popchnęłam głowę Ryana, gdy zaczął dmuchać mi w ucho, chcąc uwolnić się od jego przyjemnego zapachu. Zachichotał cicho, a ja przekonałam się, że on jest jak rzepa, przyczepił się i koniec.
— Ostatnio nawet ożywił ciotkę Marianele… wy dwoje, kiedy planujecie ślub?
To pytanie zwróciło uwagę Rudzielca, a mi dało szansę się uwolnić, a przynajmniej na tyle, że ręka Ryana obejmowała mnie teraz jedynie za ramiona. Nie był z tego zadowolony, co wyraźnie widziałam w jego nagle chmurnym spojrzeniu o dwukolorowych tęczówkach. Poprawiłam się na kanapie i skrzywiłam, gdy poczułam, jak jej skóra przykleiła się do nagiej skóry moich nóg.
Zaczęłam się zastanawiać, czy nie usiąść na Rudzielcu… zdecydowanie wtedy miałabym wygodniej. Potrząsnęłam głową wstrząśnięta swoimi myślami.
— Gdy tylko Jill powie, że mnie kocha.
Pan Martins zmarszczył brwi i westchnął mówiąc: „Ach tak…”
Ojciec Maggie był naprawdę irytujący.
— Jak ma się Samael?
Mówiąc to, Meksykanin spoważniał, a chłód w jego oczach narodził we mnie kilka pytań, zaś Maggie, jakby nie widząc ile kosztowało jej ojca tak grzeczne pytanie, zaczęła opowiadać mu, jak to się zeszli, jakiż on cudowny, a skończyła opowiadając o tym, że przyłapała Nico w łazience…
— Puść mnie! — Syknęłam, gdy Ryan podniósł mnie, trzymając ramię wokół mojej tali i posadził na swoje kolana. — Wykastruje Cię!
— Obydwoje wiemy, że rozpalam w Tobie płomień pożądania, więc nie mogłabyś pozbyć się jedynej rzeczy, która go uga…
Zakryłam jego usta dłonią, pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć.
Dlatego zamilkłam i zawstydzona z rozpalonymi z zażenowania policzkami siedziałam, jak grzeczna dziewczynka na jego kolanach. Zastanawiając się przy okazji, jaką zemstę najlepiej na nim zastosować.
Teraz postanowiłam skupić się tylko na rozmowie prowadzonej przez ojca Maggie.
— Jillian Vivienne Taylor… — Tymi słowami zwrócił na siebie moją całkowitą uwagę —  …powinnaś uważać na siebie bardziej niż kiedykolwiek, duchy twoich przodków nawołują mnie z Tartaru, mówiąc, że twoje ciotki pragną zemsty na córce ich brata, jak również i na jego wnuczce — oznajmił patrząc mi prosto w oczy. — To, kto chce zagrać w chińczyka? 
* * *
Pan Martins uświadomił nam, że nawet w Meksyku spada temperatura i teraz jest z jakieś pięć stopniu Celsjusza. To spowodowało, że zmuszona byłam się przebrać w cieplejsze ciuchy. Ryan nawet zaproponował mi pomoc w rozbieraniu, ale jedno moje spojrzenie wystarczyło, aby się przekonał, że dzisiaj naprawdę już przeholował.
Wychodząc z pokoju gościnnego, miałam na sobie długie czarne rurki i szarą bluzę z niebieską twarzą słonia na przodzie, którego trompa unosiła się do góry z radości. Na nogach miałam swoje wygodne trampki.
Gdy tylko wyszłam od razu natknęłam się na swojego prześladowcę. Ryan nie musiał się przebierać, poza nałożeniem jakiejś ciepłej bluzy pod swoją kurtkę. Był z naszej trójki widocznie najlepiej przygotowany. Jego skórzana kurtka, jak zwykle była rozpięta. Tym razem jednak nie zamierzałam nawet komentować faktu, że założył tego samego koloru bluzę, co moja. Postanowiłam traktować to, jak przypadek.
Ojciec Maggie podał mi jakąś granatową kurtkę, a do tego białą czapkę z wymalowaną buzią oraz przyszytymi na czubku uszami pandy. Spoglądałam na to z konsternacją, a widząc moją minę wyjaśnił:
— To należało do Maggie, gdy miała jedenaście lat… myślę, że będzie na Ciebie idealnie pasować dziecko.
Poklepał mnie po główce, jakbym była dwulatką i posyłając mi szeroki uśmiech, obejrzał się na ramię na Maggie. Skrzywiłam się, myśląc, że jeszcze nie tak dawno, ten facet pytał, kiedy ja i Ryan mamy zamiar się pobrać. Bo albo facet cierpi na rozdwojenie jaźni albo to prawdziwy świr.
Widząc Maggie ubraną w jaskrawą zieloną kurtkę i różową czapkę, jęknęłam, bo w tym stroju jak nic będzie rzucać się w oczy. Zaś ojciec Maggie zaczął posypywać ją… brokatem. 
Nawet tego nie skomentuje…
Moje rozmyślenia zostały przerwane przez potężny ryk, który zmieszał się wraz z głośnym hukiem, jakby ktoś rozbił okno. Dźwięk ten dochodził z kuchni. Automatycznie zerwałam swoją bransoletkę, aby po chwili dzierżyć w dłoni bicz. Maggie sięgnęła po swój medalion i już miała w dłoni bliźniacze sztylety. Nawet Ryan dobył rapier celując jego ostrym czubkiem w stronę źródła hałasu.
Po chwili, coś z całej siły walnęło w drzwi (prawdopodobnie) prowadzące do kuchni, a siła, jakie coś bądź ktoś w nie walnął, sprawiło, że wyleciały one z zawiasów. Już po chwili wszyscy mogliśmy spoglądać na gimnastycznego lewa, który ledwo, co mieścił się w framudze. Lepiej byłoby powiedzieć, że jedynie jego wielka głowa się w nich mieściła.
Spojrzał na nas swoimi czarnymi oczami i zaryczał, próbując się do nas dobrać. Jego złota sierść na pysku lśniła ślicznym złotym kolorze. Byłam tak zafascynowana jego piękną sierścią i grą mięśni pod skórą, że następnie, gdy wyważył framugę i kawałek sporej ściany, to mogłam jedynie jak urzeczona wpatrywać się w niego. Był naprawdę pięknym stworzeniem i dopiero teraz rozumiałam, czemu lewy są nazywane królami.
— Chce takiego — mruknęłam, jak obrażona ośmiolatka.
— Ta się zrobić — powiedział Ryan i mrugnął do mnie.
Nie wiedziałam, czy mówi na serio, czy tylko się ze mną droczy. Nie miałam teraz czasu na rozważanie tego, tylko musiałam odskoczyć, gdy wielka łapa lwa zamachnęła się w moją stronę. Jego ostre pazury rozerwały przód granatowej kurtki, która dostałam od ojca Maggie, jak również moją bluzę i przy tym zadrapując lekko moją skórę na brzuchu.
Miał niezłe pazurki.
— To lew nemejski  —oznajmiła Maggie, jakby ta informacja była nam potrzebna. 
Dla mnie dużej różnicy w tym nie było, bo nieważne czy byłby to lew z parku zoologicznego, czy jakiś potwór mitologiczny i tak musiałabym z tym walczyć. Bo w obydwóch przypadkach nie chciałabym być przekąską dla takiego drapieżnika.
— Lecę po kamerę! — krzyknął pan Martins.
Wszyscy go zignorowaliśmy, Maggie skrzyżowała sztylety, gdy łapa lwa zamachnęła się na nią, posłało to ją na posadzkę i teraz jego łapa ją przygniatała, podczas, gdy Ryan próbował odgonić lwa od Maggie. Od razu zamachnęłam się biczem, który bezbłędnie trafił w jego sad. 
Potwór nie mógł tego puścić mi płazem, bo zaryczał z wściekłości i bólu, a następnie odwrócił się w moją stronę, ignorując Ryana i Maggie. Jego oczy zwęszyły się w małe szparka, a on uginając tylne łapy szykował się do skoku na mnie. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, na co tylko przez moment w jego oczach zamigotało zaskoczenie, a następnie skoczył.
Pył wylądował na mnie, powodując u mnie atak kaszlu, a ja spojrzałam z wyrzutem na Rudzielca. Który podrzucił w dłoni swój raper i posłał mi szeroki uśmiech zwycięscy.
— Popsułeś mi zabawę — oskarżyłam go.
— Prowadzę jeden do zera — oznajmił.
W odpowiedzi pokazałam mu środkowy palec.

_________________________________________________________________________________
Przepraszam za opóźnienie z nowym rozdziałem, ale miałam znów kłopoty z Internetem.
Życzę miłego czytania :)
Bussis!

czwartek, 27 listopada 2014

Rozdział VII

Dziękuje z całego serca -  niezastąpionej becie ()
Dziękuje wszystkim czytelnikom za wspaniałe komentarze! Bo to właśnie od Was dostałam napływ weny, która umożliwiła mi ukończenie tego rozdziału i od razu na wstępie dodam, że z myślą o Was dodałam specjalne zakończenie, które jest... z perspektywy Ryana! Nie mam zielonego pojęcia, czy mi to wyszło, ale uznałam, że skoro już napisałam to szkoda to jednak usuwać :)Ci co znają książkę oznajmiam, że będzie bliskie spotkanie z Nico, a Ci którzy go nie znają - zapraszam do specjalnej zakładki o nazwie "Bohaterowie (z książki)", a tam poznacie krótki zarys historii o nim, Thalie oraz Annabeth, bo póki co tylko oni się pojawili, a nie chce wam mieszać. Dodam również, że jestem ciekawa, czy wszyscy już mają świadomość kim jest ojciec Ryana?
Nie przedłużając dłużej po prostu pozwolę wam czytać w spokoju.

 

Rozdział VII

"(...)Jeszcze raz zrób coś takiego, a będziesz pierwszy na mojej liście do kastracji(...)"


 
Chejron – jak raczył przedstawił się centaur, czyli koń z ludzką górną częścią ciała zamiast końskiej głowy – zaprosił nas do środka. Między mną a rudzielcem zapanowała dziwna i dość niezręczna cisza, dodatkowo spoglądałam na niego z zaniepokojeniem, a jednocześnie starałam się wytrzeć z pamięci moment, w którym dałam się ponieś emocjom, tę okrutną chwilę, kiedy mój zdrowy rozsądek się zdrzemnął, mózg ogłupiał, a całe ciało rwało się jak wściekłe w stronę rudzielca, nie wspominając nawet o moim szybko bijącym sercem.
Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Nigdy wcześniej nie zareagowałam tak na jakiegokolwiek chłopaka, nigdy nie miałam ochoty na żadnego się rzucać i to nie w ten „chce się bić, idioto!” sposób, a raczej „chcę być tylko z tobą, idioto!” sposób.
Potrząsnęłam głową, chcąc wyzbyć się tych pokręconych myśli z mojej głowy i, podnosząc wysoko podbródek, ruszyłam przed siebie, mijając przy tym obiekt moich rozmyślań, a którego usta zaciśnięte były w wąską linię i lekko drżał mu polik (co było dziwacznym widokiem), a oczy straciły swój wiecznie wesoły blask, stając się nieprzeniknione. Bezmyślnie wgapiał się w swoje obuwie i w ten oto sposób poczułam się jak potwór.
Pierwszy raz w życiu nie miałam odwagi spojrzeć w oczy Maggie i obcego mi stwora z czterema kopytami. Widziałam zdezorientowaną i zmartwioną minę wiedźmy, której zaniepokojony wzrok spoczął na rudzielcu, a później z zamyśleniem spojrzała na mnie, jakby chcąc zrozumieć, co mu zrobiłam.
Poczułam się dość beznadziejnie, gdyż to nie ja zainicjowałam nasz pocałunek, dlatego też poczułam nagłą złość. Dobra, może i niemal się pocałowaliśmy, ale przecież musiał dostać już w życiu niejednego kosza! Do jasnej ciasnej, nie chciałam mu nic zrobić!
Mamrocząc jakieś przekleństwa pod nosem, weszłam do wewnątrz, zerkając jeszcze raz na Chejrona, gdyż w dalszym ciągu nie mogłam uwierzyć, że mam przed sobą najprawdziwszego centaura i musiałam wyznać, że widok TEGO nauczyciela przerósł wszelkie moje wyobrażenie. Wręcz nie mogłam odwrócić wzroku od ciemnobrązowej, lekko lśniącej w słońcu, końskiej sierści oraz potężnych mięśni, które zdobiły również ludzką część ciała mężczyzny, a  dodatkowo jego kręcone włosy, w podobnym odcieniu i okalały jego twarz, podkreślając ostre rysy.
Przez jego owłosioną pierś przechodził skórzany pas, a zza pleców wystawała mu rączka od miecza. To przypomniało mi opowieści Maggie, która wspominała niedawno, że w obozie każdy heros uczył się walczyć, czyżby ten centaur również walczył? Podobno każdy heros wybiera sobie broń, czasem boscy rodzice dają coś im (nam) w prezencie, więc niewątpliwie zanim się pojawiliśmy, Chejron musiał uczyć walki lub z kimś trenować, albo – najprawdopodobniej - gdyż nie widziałam u niego żadnych oznak zmęczenia kierował się właśnie w tamtym kierunku.
Gdy udało mi się odwrócić od niego wzrok, spojrzałam w stronę wnętrza salonu, do którego weszłam. Był to prawdziwy ogród szalonego ogrodnika – nie żartuję! Winorośle pięły się po ścianach i suficie, a co było zaskoczeniem, gdyż nigdy nie sądziłam, że rośliny mogą tak pozarastać wnętrze domu (bo w końcu mieszkał tutaj również bóg, nie?), a przed kamiennym kominkiem, na którym trzaskał ogień, stały skórzane kanapy. Na ścianach zaś wisiała bogata kolekcja masek – dokładniej mówiąc ponad setka – jeżeli nie więcej, a każda była inna, pędy winorośli przechodziły przez usta, a w oczodołach niektórych czerwieniły się winogrona. Najgorsza jednak okazała się wypchana głowa lamparta nad kominkiem. Wyglądała jak żywa, a jej oczy zdawały się mnie śledzić. I nagle mruknęła niczym kociak w naszą stronę.
— Seymour, uspokój się — rozkazał Chejron w stronę wypchanej głowy.
— Po prostu się za mną stęsknił! — zaćwierkotała radośnie Maggie.
Podniosłam z niedowierzaniem brew, gdy czarnowłosa podbiegła do wypchanej - i według wszelkich znanych mi praw będącą „nie żywej” - głowy, a następnie wdrapała się dość nieudolnie na komodę, na co centaur westchnął i odwrócił się, nie patrząc na jej poczynania, a następnie znana wszystkim jasnoskóra latynoska zaczęła drapać podbródkiem wypchaną głowę lamparta, co spowodowało, ze mruczał z zadowoleniem.
Chejron wbił w nas badawczy wzrok, ale ja nie mogłam odwrócić spojrzenia od jego nagiej klatki piersiowej i to nie tylko ze względu na to, że pierwszy raz na żywo widziałam taki kaloryfer, ale dlatego, że jego podbrzusze, gdzie według wszelkich standardów powinna znajdować się męska anatomia, a jednak była tam tylko przednia część konia. Czułam nieodpartą potrzeba schylenia się i… po chwili zarumieniłam się lekko i odwróciłam wzrok, ale co chwila zerkałam na jego końską część, zaintrygowana.
— To bardzo dziwne, że nie zostaliście jeszcze uznani — stwierdził nagle półkoń.
Mruknęłam coś niezrozumiałego, nawet dla samej siebie, i wbiłam wzrok w winorośl, za to rudzielec milczał jak zaklęty. Gdy na niego zerknęłam, zrozumiałam, że piorunuje wzrokiem Chejrona i wcale nie wyglądał jak dobrze mi znany chłopak ze szczękościskiem.
Dlatego zaczęłam się w niego wgapiać.
Centaur poruszył się niespokojnie, najwidoczniej mimo kilkusetnego stażu nie spotkał się z podobną sytuacją. Po chwili stwierdził nagle, że musi iść na trening i Maggie nas oprowadzi, po czym dość szybko się zmył, bębniąc swoimi kopytami o drewnianą powierzchnię podłogi w salonie, jak i na werandzie.
Czarnowłosa wpatrywała się z rozciapanymi ustami na wpół otwarte drzwi, za którymi zniknął centaur, a następnie przeniosła spojrzenie na naszą dwójkę. Pokręciła z niedowierzaniem głową i mamrocząc coś o tym, że nigdy nie oprowadzała nowych herosów, wyszła z salonu, pozostawiając nas sam na sam.
Skorzystałam z okazji i odwróciłam się w stronę Ryana.
— Wcale nie chciałam cię pocałować — warknęłam i ignorując zdumione spojrzenie rudzielca, dodałam: — Nigdy, ale to nigdy cię nie pocałuję!
— Co? — sapnął z niedowierzaniem, po czym na jego twarzy pojawiła się nieuzasadniona złość. — Wolałabyś się pewnie całować z Chejronem?
Niemal wywarczał te słowa, a ja zjeżyłam się i jestem pewna, że gdybym była dzikim kotem, teraz syczałabym na niego. Podeszłam do niego i - piorunując go wzrokiem - dźgnęłam palcem wskazującym w sam środek klatki piersiowej, nie spuszczając przy tym spojrzenia z jego osoby.
— Nic mnie obchodzi ten koński zad i nie zamierzam się przed tobą tłumaczyć! — warknęłam, patrząc prosto w jego dwukolorowe oczy. — Mam gdzieś tego czterokopytowego dziada!
— Świetnie! — krzyknął. — Więc radze ci zapamiętać te słowa, bo jeżeli pozwolisz komuś innemu się pocałować, obiecuje, że nie pożyje długo — oznajmił niezwykle poważnym głosem.
Moje usta bezwiednie się otworzyły i z wściekłości przeszłam w osłupienie, a następnie ramiona Ryana objęły mnie mocno i przycisnął do swojej klatki piersiowej, a ja położyłam swoje dłonie na niej, starając się zwiększyć dzielącą nas odległość, ignorując przyjemne ciepło ciała chłopaka. Nawet nie podejrzewałam, że rudzielec jest tak silny.  Nagle moje stopy oderwały się od podłoża i złapałam się mocniej jego kurtki, aby nie upaść na cztery litery, a nasze oczy zalazły się na tej samej wysokości, jego dłonie zacisnęły się mocniej na moich plecach, a ja nie miałam zielonego pojęcia, jakim cudem mnie podniósł te kilka centymetrów.
— Nawet nie wiesz, jak długo na ciebie czekałem — wyznał.
W mojej głowie przez kilka sekund szalał całkowity chaos i już miałam go uderzyć, gdy niespodziewanie stopami znów dotknęłam stałego podłoża, a silne ramiona Ryana objęły mnie jeszcze mocniej i przyciągnęły do siebie.
— Kocham cię, Złośnico i nic nie jest w stanie mnie od ciebie odciągnąć — wyszeptał.
Westchnęłam i na chwilę przymknęłam oczy, napawając się dziwnym uczuciem, które wprawiło w otępienie całe moje ciało niczym narkotyk i sprawiło, że jakiś niewidzialny ciężar zniknął z mych ramion. Jego na pozór niewinne słowa spowodowały, że serce zabiło mi szybciej i w całym ciele zrobiło się ciepło, jakby był on elektryczna poduszką, która nigdy się nie psuje i grzeje w chwili największego chłodu.
Po chwili jednak odzyskałam zdrowy rozsądek, który tak wiele razy ocalił moje życie i z prychnięciem odepchnęłam się od niego, gdyż nie miałam najmniejszego zamiaru zamienić się w ciepłe kluchy.
— Jeszcze raz zrób coś takiego, a będziesz pierwszy na mojej liście do kastracji — warknęłam.
Jego usta rozciągnęły się w szeroki uśmiech i olśnił mnie swoimi prostymi, białymi ząbkami.
— Jeżeli to oznacza, że mnie tam dotkniesz... Au!
Uderzyłam go z całej siły w ramię, a on z udawanym bólem zaczął masować to miejsce, choć jego i moje oczy się śmiały. Poczułam ogarniającą mnie ulgę, bo mimo tej dziwnej sytuacji i nieznanych mi emocji, jakie zaczęłam czuć względem niego, nadal byliśmy przyjaciółmi, a nasze zachowanie znów ruszyło normalnym tempem, jeżeli można tak nazwać moje dziwne i całkowicie nowe życie jako heros.
Po chwili usłyszeliśmy delikatne i niepewne kroki, obydwoje jak na zawołanie odwróciliśmy wzrok, aby ujrzeć wchodzącą do salonu Maggie, przy czym ja znów uderzyłam Ryana, tym razem grożąc mu, że zabawie się w Kubę Rozpruwacza, a on będzie moją pierwszą ofiarą, jeżeli zaraz się nie odsunie. Niestety moja groźba nie zadziałała, a wiedźma rozluźniła się i zaśmiała, widząc, jak uderzam rudzielca łokciem w brzuch ze srogą miną, gdy próbował mnie objąć, podczas gdy ten uśmiechał się szeroko.

*          ~          *          ~          *

Krzywiąc się lekko, czarnowłosy chłopak oparł się o wykonany z czarnych kamieni domek z numerem trzynaście, a blondwłosa dziewczyna naprzeciw niego - o delikatnie falujących włosach i błyskiem rozbawienia w swoich czarnych oczach - westchnęła ni to z rozbawieniem, ni to z nudów, przy okazji poprawiając swoje roztrzepane włosy.
— Skoro wiesz, czemu im nie mówisz? — zagruchała.
Czarnowłosy skrzywił się i zmrużył swoje oczy, powodując, że cienie pod nimi stały się jeszcze bardziej widoczne. Właściwie to każdy, kto go znał, zastanawiał się, czemu jest tak blady, skoro przebywał ostatnio coraz częściej na słońcu, w końcu bardzo często można było go spotkać z siostrą, którą w ostatnim czasie często odwiedzał.
Ubrany był jak zwykle w swoje czarne ubrania i dla obcych ludzi wyglądał jak prawdziwy goth i być może ci sami ludzie, gdyby zobaczyli jego miecz w prawej dłoni, która zaciskała się na rękojeści, wydałby się nieco złowrogi, to jednak dla herosów, którzy mieszkali w obozie oznaczałoby całkiem fajną walkę. Jednakże nie spuszczał on swojego czujnego wzroku z dziewczyny naprzeciw niego, jakby czekając na jeden choćby najmniejszy ruch z jej strony.
— Bo nie wiem wszystkiego — wyznał cicho. — Pseudologosie, czemu ty, twoi bracia i siostry mnie nie powstrzymujecie?
Blondwłosa dziewczyna obrzuciła włosy do tyłu i zaśmiała się dźwięcznie, mrużąc przy tym z lekka podejrzliwie oczy, przy czym była świadoma każdego, nawet najmniejszego ruchu chłopaka. Nie rozglądała się i nie sprawdzała, czy nikt ich nie podsłuchuje, a ludzie (raczej herosi i kilku satyrów), którzy ich mijali, nie zdawali sobie nawet najmniejszej sprawy, kim tak naprawdę ona jest. Robiąc lekki dziubek, cmoknęła z niezadowolenia.
— Osobiście wolałbym ciało jakiejś ładniejszej dziewczyny — oznajmiła, zmieniając temat. — Na szczęście nie muszę wyglądać jak ta paskuda córka Zeusa — dodała.
Czarnowłosy nie pokazał po sobie, jak słowa boga kłamstwa na niego zadziałały. Nie miał w końcu pewności, czy mówi on o Thalii, choć kącik jego ust poszybował do góry na myśl, że ktoś utarł tej mądrali nos, bo prawdę mówiąc, nie cierpiał on z całego serca łowczyń Artemidy.
— Może jeszcze weźmiecie Piper, co? — Spytał sarkastycznie
Gdy wymienił imię córki Afrodyty, usta blondynki ułożyły się w złowrogi uśmiech, a jednak wcale nie przestraszył syna Hadesa, który w dalszym ciągu czekał, aż z jej ust, a raczej jego, padną chociaż jakieś podpowiedzi odnośnie ich planu. Sam nie wiedział, czemu ten bóg go właśnie zaczepił, ale chciał poznać odpowiedzi, choć prawdopodobnie byłyby one kłamstwem.
— Nie — oznajmiła, wzdychając ciężko. — Nie jest nam to potrzebne, bo jeden szpieg w obozie nieprzyjaciela wystarczy – dodała z błyskiem w swoich oczach. — No, chyba że rozważysz naszą propozycję, synu Hadesa. My rozumiemy, jak ciężko jest Hadesowi, bo jego bracia tak strasznie go oszukali… — wyznała robiąc żałosną minę. — Miał szczęście, że jego też nie wsadzili do… — Zadrżała.
Nico nie musiał nic mówić, bo doskonale zdawał sobie sprawę, o co chodziło temu bogu i, w tej samej chwili w jego głowie pojawiła się niepokojąca myśl. Thalia i Annabeth zniknęły i zostały zastąpione przez swoich porywaczy, tym samym byli oni w szeregach szpiegów, bo Thalia zarządzała łowcami, a z Annabeth każdy w obozie się liczył, co jednak nie zmieniało faktu, że…
Czarnowłosy rzucił kilka przekleństw pod nosem, bo nie miał zielonego pojęcia, czemu bogowie nie porwali Percy’ego. Czemu Annabeth? Przecież… córka Ateny była całoroczną – pomyślał nagle z szokiem i wszystko stało się dla niego jasne, prócz jednej rzeczy.
— Rozumiem, czemu one i rozumiem, czemu chcecie zemsty na bogach olimpijskich, ale czego wy właściwie szukacie? — spytał z lekką irytacja w głosie.
— Szukamy jej — oznajmił bóg kłamstwa. — Tej czarnej pustki, tam gdzie byliśmy uwięzienie — nagle głos jego przyjaciółki przeszedł w męski pełen złości. — Szukamy tego, w czym byliśmy uwięzieni! To samo zrobimy z Olimpijczykami, bo nie z naszej winy jesteśmy tym, którymi jesteśmy! — Twarz Annabeth powoli robiła się czerwona z wściekłości. — Zeus wiecznie się myli i tym razem poniesie za to konsekwencje, teraz on będzie nazywany zarazą, teraz my wygnamy go z Olimpu i uwięzimy go w niej i to my będziemy się śmiali ostatni!
Po czym zaśmiał się on i odwrócił na pięcie, odchodząc w stronę areny. Nico potrząsnął głową z czystego niedowierzania. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał, bo choć miał pewne podejrzenia, czego bogowie, nazywani przez chrześcijan demonami, szukają… po prostu nie miał całkowitej pewności.
Stojąc przez chwilę i on odwrócił się powoli w stronę wielkiego domu, gdzie mignęła mu ostatni Rachel znana w obozie, jako wyrocznia Delficka.

*          ~          *          ~          *

*Z perspektywy Ryana*

Wgapiałem się w rudowłosą dziewczynę, która na mnie wpadła, a teraz spoglądając na mnie zamrugała szybko i na jej ustach pojawił się przepraszający uśmiech. Sam nie wiedziałem, czemu właściwie wyszedłem z domu, ale coś mnie do tego pchało, a odkąd pamiętam, słuchałem swojego wewnętrznego głosu.
Właśnie dlatego teraz stałem naprzeciw artystki – moja ciotka była jedną z nich, więc szybko się zorientowałem, kogo mam przed sobą. Podpowiedzią były jej poplamione dżinsy i t-shirt oraz wetknięty w kok pędzel oraz zabarwiony na zielono polik.
Bezwiednie potarłem swoim prawym przedramieniem o spodnie. Choć teraz było ono zasłonięty przez rękaw mojej kurtki, to jednak wiedziałem, że widnieje tam znany mi tatuaż, oznaka, że wraz z matką przez pewien czas żyliśmy w obozie, ale nie tutaj i choć czasem zastanawiałem się, co by było, gdyby matka w nim została… ona jednak oddała się swojemu przeznaczeniu bez strachu, choć z odrobiną żalu, iż zmuszona będzie mnie zostawić.
— Masz już modela? — spytałem przerywając ciszę, między nami, a ona zamrugała wachlarzem gęstych rzęs i spojrzała na mnie pytająco. — Chętne zostanę twoim modelem, skarbie i chętnie zapozuję nago, jeżeli zrobisz kopię dla mnie — dodałem.
W wyobraźni już widziałem minę Jillian, gdy wręczam jej swój portret, byłem pewien, że spełniłaby wówczas swoją groźbę, a na myśl o tym moje serce zabiło mocniej, bo wiedziałem, jak uwodzić kobiety, w końcu było to w moim DNA i naprawdę cieszyłem się z tego, kim jest mój ojciec.
Dziewczyna zarumieniła się aż po koniuszki włosów i niczym ryba otwierała i zamykała usta, co było naprawdę uroczę i jeżeli byłbym zainteresowany kimś innym niż dziewczyną przypominającą małą, słodką, brązową kuleczkę z szarymi oczkami, która jednym uśmiechem sprawiała, że dostawałem zawału, a jej rączki były dużo bardziej niebezpieczne niż jakiejkolwiek znanej mi istoty…
— Rachel! — wrzasnął jakiś chłopak.
Zerknąłem w bok, idąc śladem mojej rozmówczyni i zmierzyłem wzrokiem czarnowłosego trupa, po czym ponownie spojrzałem na rudowłosą i dotknąłem dłonią jej policzka, co sprawiło, że podskoczyła lekko i znów skupiła na mnie spojrzenie swoich zielonych oczu, gdyż w tej chwili byłem, jak bardzo rozzłoszczę syna Hadesa, nie pozwalając mu zdobyć odpowiedzi, po prostu użyłem Rachel – choć może było to złe – jako źródła popsucia humoru chłopakowi i zbliżyłem swoją twarz do jej.
— Słodko pachniesz — mruknąłem. — Na dodatek tak słodko się rumienisz… — westchnąłem teatralnie. — Pamiętaj o mojej propozycji, bo jako wykonawczyni mojego portretu, będziesz mogła… — spojrzałem na nią znacząco. — …dotknąć mnie gdziekolwiek zechcesz — dodałem lekko chrapliwie.
Dziewczyna zaczęła oddychać nierównomiernie, jej oczy rozszerzyły się, a twarz przybrała kolor dojrzałego pomidora. Nie mogła również wykrztusić słowa. Już otwierałem usta, aby dokończyć swoje dzieło, gdy niespodziewanie oberwałem butem w głowę.
Zamiast złości poczułem rozbawienie i uznanie dla Jillian, która stanęła koło mnie, piorunując przy tym swoim magnetycznym wzrokiem, a czarnowłosa, mała wiedźma z nieszczęsną miną podskakiwała na jednej nodze, kierując się w naszą stronę, gdyż jej but trafił we mnie i nie wątpiłem, że gdy Złośnica jej go zabierała, nawet nie zwróciła uwagę na jej sprzeciw.
— Coś ty jej zrobił? — spytała ze złością Jillian.
— Zaproponowałem siebie jako modela — oznajmiłem niewinnie. — Chciałem zrobić dla ciebie prezent — dodałem z uśmiechem.
Błysk zrozumienia mignął w jej cudownych, szarych oczach i znów zapragnąłem przyciągnąć ją do siebie i nigdy więcej nie puszczać. Niestety moja ukochana Złośnica prędzej stłukłaby mnie na kwaśne jabłko niż pozwoliła, abym zrobił coś takiego publicznie, bo w domowym jeszcze uchodziło mi to na sucho.
— Może zabrać ją do jakiegoś lekarza? — zapytała z namysłem Jillian, przyglądając się rudowłosej. — Bo jak nic cierpi na jakąś chorobę — dodała znacząco.
Parsknąłem śmiechem, a Maggie już otwierała usta, aby obronić swoją znajomą, która z mojego powodu zaniemówiła, gdy nagle zamilkła, spoglądając na chłopaka idącego w naszą stronę. Nie musiałem się oglądać, by wiedzieć, kogo zobaczę, a z przymrużonych oczu Jillian zrozumiałem, że jej dziwaczny mózg ocenia go pod kątem „jak najlepiej powalić kogoś takiego na ziemię”.
— Ładny miecz — powiedziała i spojrzała na Maggie. — Skołujesz mi taki?
Maggie energicznie zaczęła kiwać głową, rumieniąc się i blednąc na przemian, a ja po raz kolejny dziękowałem Mojrom za swoje szczęście, że nie mam równie skomplikowanej (przyszłej) dziewczyny, a jedynie z moją Jillian, którą z sekundy na sekundę kochałem coraz mocniej – jeżeli było to możliwe.
— Rachel, muszę z tobą porozmawiać — oznajmił, ignorując nas.
Jillian zmrużyła oczy, co znaczyło, że zaraz wytrze chłopakiem o ziemie i zatańczy salsę (choć z tą salsą to bardziej moje marzenie), więc w tej nieoczekiwanej chwili do rozmowy włączyła się Maggie, patrząc na mój uśmiech ze złością, a ja w odpowiedzi zrobiłem niewinną minę, bo nie ja tu zacząłem flirt. Gdyby artystka uważała, gdzie chodzi, to nie spowodowałbym u niej zawstydzenia, ale po prostu się trochę nudziłem i musiałem pozwolić swojej złości odpłynąć w niebyt.
— Nico, to jest Jillian i Ryan. Są nowi, a to jest…
— Nowi? — przerwał jej Nico.
Moja ukochana Złośnica (tak, mam dla niej nowe, słodkie przezwisko. Prawda, że pasuje?) jak zwykle spiorunowała to, co ją denerwuje i wkurza – w tym wypadku syna Hadesa – wzrokiem, jakby śmiał powiedzieć, że jej ulubiony sztylet jest rupieciem. Uśmiechnąłem się więc szeroko, gdyż po prostu kochałem jej humorki, a najbardziej, gdy ze złości mnie uderzała, bo wiem, że to oznaka sympatii.
Skąd to wiem?
Cały czas mówi o przestrzeni osobistej, a dla mnie pogwałca ją – może i nieświadomie – dotykając, „niby” to przypadkiem, mnie ze złości. Na jej szczęście jestem naprawdę cierpliwą osobą, w końcu moja Jillian przyjdzie do mnie sama.

wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział VI

Panie, panowie i wy stwory różnej maści. Moja ukochana beta , a która cały czas jest ze mną i jeszcze nie oszalała, chciałam z całego serca podziękować za jej pomoc :) 
Zanim jednak przejdę dalej wyjaśnię kilka spraw: opublikowałam ten rozdział kilka dni wcześniej, a to tylko dlatego, że nie mogłam się powstrzymać, a po drugie: Maggie jest biedna i nie wkurzajcie się na nią za bardzo c: Niestety smutna wiadomość to taka, że kolejny rozdział pojawi się dopiero za jakieś dwa tygodnie, możliwie jednak, że najdzie mnie nagła wena, a moja beta będzie miała dużo wolnego czasu... cóż wszystko zależy od opaczności Mojr.
 Naprawdę jestem wzruszona tym, jak wiele osób komentuje mojego bloga, z całego serca wam dziękuje za komentarze, które piszecie, motywują one mnie do dalszego pisania, naprawdę DZIĘKUJE!
Nie przedłużając dłużej, zapraszam na kolejny rozdział! 

 

Rozdział VI

"(…)Niech Olimpijczycy przygotują się na swoje nowe lokum, gra się rozpoczęła(…)

   
Okazało się, że znalezienie dwóch herosów na Manhattanie to nie lada wyzwanie. Jednak ucieszyłam się ogromnie, gdy ujrzałam znajomego Irlandczyka, który jak zwykle z uśmiechem na twarzy był… cóż, to, co zobaczyłam chwilę później, dużo mniej mnie ucieszyło, wręcz sprawiło, że miałam ochotę mu przyłożyć, ale ponieważ nie powinnam niczego odczuwać na widok grupy dziewczyn, które chichocząc, jak hieny otaczały go półkołem i cały czas się do niego przylepiały, więc po prostu go zignorowałam, zwracając moją uwagę na Maggie, co wcale nie sprawiało, że czułam przemożną chęć zmienienia się jednak w harpię i rozszarpania tych dziewczyn na strzępy.
Wiedźma pozostawiona była w tyle i z przerażeniem zerkała na jakąś blondynkę, a która to uczepiła się ramienia rudzielca, nie musiałam się pytać o nic, doskonale znałam dziewczyny tego typu. Niejedna już groziła mi, gdy zbytnio zbliżyłam się do chłopaka, który aktualnie ją interesował, ale szybko uczyły się, że ja – Jillian nie ugnę się pod żadnym szantażem i wymuszeniem, a jeszcze wyjdę… cóż, obronną ręką na pewno nie, bo nauczyciele i dyrektor zawsze mnie zawieszali, choć moja rywalka zazwyczaj lądowała u higienistki, płacząc i histeryzując, że potrzebna będzie jej operacja plastyczna.
Histeryczki.
Zatrzymałam się, przyglądając tej niecodziennej scenie, a jednocześnie dziwiłam się, że znalazłam ich koło pomnika Atlasa, na który wcześniej wpadłam przy swoim „lądowaniu”. Zmrużyłam oczy i przyglądałam im się przez chwilę, ciesząc się jednocześnie, że oni sami nie zauważyli jeszcze mojej obecności.
Ryan obejmował dwie dziewczyny znajdujące się koło siebie, jedną blondynkę a drugą szatynkę, które co chwila piorunowały się wzrokiem, gdy tylko chłopak zwracał uwagę na trzy pozostałe dziewczyny. Nigdy nie podejrzewałam, że mój przyjaciel jest aż tak przystojny, co sprawiło, ze ponownie mu się przyjrzałam, starając się ocenić go, nie jako potencjalne zagrożenie, ale jako chłopaka.
Przekrzywiłam lekko głowę w lewo, przyglądając się chłopakowi, zadumałam się, nadal stojąc tak i nie zwracając najmniejszej uwagi na zgryźliwe uwagi i złowrogie spojrzenia przechodniów, którzy o mało na mnie nie wpadli. Moi przyjaciele również byli zbyt zajęci, aby mnie jeszcze zauważyć, a ja dalej czułam się jak obserwator kiepskiej sztuki teatralnej.
Dopiero teraz spostrzegłam, że gdy się uśmiecha, w jego prawym policzku pojawia się dołeczek, oczy lekko się mrużą, powodując delikatne zmarszczki wokół nich, co w tak młodym wieku było dość dziwne. Jego dolna warga zawsze się podnosi, gdy szczerze się uśmiecha, a spostrzegłam to, gdy posłał Maggie uśmiech, za który dwie dziewczyny pod jego ramionami spiorunowały wiedźmę.
Tego było już za wiele.
Przyjrzałam się uważniej czarnowłosej córce Hekate, która wlokła się niechętnie za Irlandczykiem jakby szła na ścięcie głowy, ale gdy tylko dwukolorowe oczy chłopaka na niej spoczęły, od razu się uśmiechnęła i wyprostowała, jakby chcąc pokazać, że jest zadowolona, gdy ludzie ją ignorują.
Miałam wielką ochotę iść tam i poustawiać dziewczyny, a szczególnie, że otoczyłam fiołkowooką swoją ochroną. Nie wiem, kiedy to się stało ani w jaki sposób. Po prostu Maggie stała się moją przyjaciółką, a ponieważ nigdy takowych osób nie posiadałam, wszelkie emocje z tym związane były dla mnie nowością.
Wzięłam głęboki oddech, aby nie przywalić Irlandczykowi na dzień dobry i ruszyłam w ich stronę pewnym krokiem. Starałam się nie myśleć o momencie, w którym zrozumiałam, kim była moja matka i czym właściwie jestem ja sama. Po prostu wyrzuciłam wszelkie myśli z tym związane z głowy, co nie oznaczało, że czułam się znów sobą.
Nadal odczuwałam lęk, ale go przytłumiłam, porzucając w najczarniejsze zakamarki swojej świadomości, tam gdzie myślenie o tym nie mogło mnie zranić.
Idąc prosto, z wysoko podniesionym podbródkiem. byłam pewna, że mój krok jest iście królewski i dumny. Przybrałam chłodną mimikę twarzy, choć w myślach zastanawiałam się, jak najlepiej będzie pozbyć się dwóch dziewczyn, które dokuczały mojej przyjaciółce.
W chwili, gdy jedna z nich szepnęła coś do drugiej i wskazała mnie, Ryan powędrował automatycznie za jej uniesionym palcem i zatrzymał się gwałtownie, widząc mnie kierującą się w ich stronę. Na jego twarzy pojawił się najszerszy uśmiech – jeżeli było to możliwe, a przy nich niemożliwe staje się możliwe – i pomachał mi entuzjastycznie, Maggie sapnęła, wpadając na jedną z dziewczyn, nie zauważając, gdy one się zatrzymały, ale owa panna nawet nie zwróciła na to uwagi, spoglądając na mnie mściwie.
Wiedźma w końcu na mnie spojrzała i otworzyła szeroko oczy uśmiechając się przy tym niepewnie. Ja jednak zignorowałam swoich przyjaciół i, nie przerywając swojego chodu, wyciągnęłam z bocznej kieszeni torby niewielki scyzoryk (ten sam, który odebrałam Erickowi przed damską toaletą) i bawiąc się nim, szłam w stronę dwóch dziewczyn, a które lekko zbladły.
— Jill! Szukaliśmy cię! — krzyknął Ryan.
Puścił swoje towarzyszki i ze swoim szczękościskiem ruszył w moją stronę, ominęłam go z gracją, ignorując wyciągnięte ramiona, które rozłożył, aby mnie przytulić – czy on do reszty zwariował? Nawet gdybyśmy byli sami, nigdy nie pozwoliłabym mu przekroczyć swojej przestrzeni osobistej! Mój wzrok musiał to pokazywać, bo zaśmiał się z radości, ale nie wyglądał na zaskoczonego w żadnym calu, nawet gdy podeszłam do grupki dziewczyn.
Zatrzymałam się i mierzyłam się z nimi na spojrzenia. Trzy z nich – te idące za Ryanem, nie wyglądały na takie pewne siebie, rozglądały się wokoło, jakby szukając drogi do ucieczki, ale dwie ulubienice z haremu Irlandczyka nie przypominały spłoszonych sarenek albo skutecznie to ukrywały pod makijażem.
— Przeproście ją albo pogadamy inaczej — oznajmiłam sucho, wskazując ruchem głowy na stojącą obok nas Maggie.
Na twarzy bladoskórej meksykanki pojawił się wyraz całkowitego zszokowania. Trzy dziewczyny, o których wspominałam, od razu spełniły moją „prośbę”, dlatego też nie zwracałam sobie głowy, aby bliżej się im przyjrzeć. Za to blondwłosa dziewczyna o idealnie falujących włosach i pasemkach w jaśniejszych jak i ciemniejszych odcieniach blondu, uśmiechnęła się, chytrze pokazując mi swoje śnieżnobiałe zęby, które zawdzięczała najpewniej wybielaniu.
— Masz sałatę między jedynkami — oznajmiłam chłodno.
Skłamałam oczywiście, ale uśmiech blondynki znikł, czarnowłosa uśmiechnęła się mściwie do swojej koleżanki, ale po chwili zwróciła owy uśmiech w moją stronę, dodając do tej mściwej minki sztuczną słodycz.
Blondwłosa dziewczyna czym prędzej sięgnęła do swojej różowej torebki – naprawdę, brakowało jej jeszcze szczuro-psa w niej, aby wyglądała jak prawdziwa Barbie z Kalifornii. Mimo że żyłam dość długo na tym świecie, pierwszy raz rozmawiałam z prawdziwą lalką Barbie, co mnie zaniepokoiło, bo nie chciałam mieć z takimi jak ona za dużo wspólnego.
Jej koleżanka za to wyglądała zupełnie inaczej, była typową buntowniczką. Miała na szyi obroże z małymi kolcami, makijaż nieco zbyt ostry jak na tak młody wiek, usta pomalowane jakąś ciemną szminką. Ubrała skórzaną kurtkę, rozpiętą i pokazującą jej białą tunikę z jakimś durnym napisem, na nogach miała czarne rajstopy w kratkę, a na to poszarpane, krótkie jeansowe spodenki. Spodobały mi się za to jej czarne buty z koturną i kolcami.
Nie pokazałam tego po sobie i nie dziwiłam się jednocześnie, że skaczą sobie do oczu, rysy ich twarzy były dla mnie nieczytelne z powodu tony makijażu. Jedna wyglądała jak śmierć, druga zaś idealnie odwzorowała lalkę. Obydwie za to miały również soczewki kontaktowe, co doskonale zauważyłam zważywszy, że sama takie miałam – w torbie, bo jakoś nigdy nie miałam ochoty ich nosić. Jedna miała w czarnym kolorze (nie muszę mówić która), zaś ta druga szafirowe.
Skrzyżowałam ramiona na piersi, nadal bawiąc się swoim ostrzem i zastanawiając się, czy nie wziąć udziału w bójce, które zawsze uwielbiałam. Westchnęłam i zamknęłam scyzoryk, chowając go do kieszeni, na co Maggie odetchnęła z ulgą. Ryan stanął koło nas, przyglądając mi się ze zmarszczonymi brwiami, a jego uśmiech gdzieś odpłynął.
— Załatwmy to w tradycyjny sposób — oznajmiłam.


Czterdzieści minut później z triumfem przykładałam do wargi mokrą chusteczkę, starając się powstrzymać krwawienie. Moi przyjaciele nie odezwali się do mnie słowem, dysząc ciężko nadal po szybkim biegu, tuż po tym, gdy druga z moich przeciwniczek leżała nieprzytomna po tym, jak przywaliłam jej głową o chodnik, rozkazując przeprosić Maggie. W końcu ją przeprosiła, a ja postarałam się o to, aby w jak najmniej bolesny sposób straciła przytomność – co niezbyt się spodobało panom policjantom.
Właśnie dlatego przez dziesięć minut biegliśmy z super prędkością, a ponieważ młodzież od zawsze ma więcej energii od starszych – choć musiałam przyznać, że jeden z policjantów gonił nas jak prawdziwy maratończyk i gdyby nie to, że Ryan oślepił mężczyznę, kierując w jego stronę palce i wysyłając promień słoneczny, pewnie dalej by nas gonił.
— Albo było fajnie — stwierdziłam z prawdziwym entuzjazmem.
Moi przyjaciele spojrzeli na mnie podejrzliwie, ale nie zamierzałam przyznawać się do tego, że po rozmowie z harpią potrzebowałam wylądować napięcie, które mnie męczyło. Teraz czułam się znów sobą, pełną życia, idącą z wysoko podniesionym czołem Jillian.


Wysiadając z czwartego samochodu, który był naszym autostopem, moi towarzysze nie kryli już swojej złości w kierunku mojej osoby, choć w oczach Irlandczyka zobaczyłam błysk rozbawienia, a kąciki jego ust delikatnie się uniósł w nikłym rozbawieniu. Niestety, fruwające w powietrzu włosy Maggie (jak po wyładowaniu elektrycznym), nie zdradzały w najmniejszym stopniu jej rozbawienia, a przez to wyglądała naprawdę imponująco.
— To już czwarty raz! — krzyknęła, odwracając się w moją stronę.
— Obmacywał mnie — stwierdziłam, wzruszając ramionami.
— Tylko dotknął twojego kolana! — zauważyła.
— Przekroczył moją przestrzeń osobistą, a swoją obrzydliwą dłoń położył dwa centymetry wyżej, wiem, bo liczyłam — stwierdziłam.
Ryan zakasłał, ukrywając wyrywający mu się śmiech, ale Maggie nie zamierzała kończyć naszej dyskusji, a ponieważ chciałam ją przekonać, że lepiej iść ze mną na piechotę niż bawić się w podwózki, postanowiłam pobawić się w małą kłótnię.
— Ale ten wcześniejszy koleś…
— Wcześniej gapił się na moje piersi — stwierdziłam.
Wszyscy troje spojrzeliśmy w tamtym kierunku, zdawałam sobie sprawę jednocześnie, że pomimo tego, że mam już piętnaście lat, nadal jestem płaska jak deska, a co naprawdę napawało mnie frustracją.
— Jesteś płaska – zauważył z uśmiechem Ryan. Uśmiech szybko zniknął, gdy na niego spojrzałam. — Ja cię kocham taką, jaka jesteś, za to facet pewnie był pedofilem — dodał.
Znów go spiorunowałam, ale tym razem napięcie opadło i Maggie roześmiała się na całego, nie mogąc dalej wytrzymywać swojej złości. Mimowolnie wygięłam kącik ust do góry i wsłuchiwałam się w ich śmiech, sama jednak się do nich nie przyłączyłam, a jedynie spojrzałam w zachmurzone niebo, z którego gdy tylko ich znalazłam, przestało padać, nie wątpiłam jednak, że lada chwila ulewa znów się powtórzy, gdyż była to cisza przed burzą.
*      ~      *      ~      *
Mrużąc podejrzliwie swoje czarne oczy, kobieta podeszła o krok bliżej migającej postaci w latarni, doskonale ją znała, bo już niejednokrotnie mąciła tam, gdzie nie trzeba. Nigdy nie była wierna, a jej rodzina o tym zapominała.
Jakże czasem było jej smutno tych idiotów.
— No proszę — zacmokała, gdy nastolatek ruszył w jej stronę. — Przyszedł do mnie sam syn Hadesa, jak się ma twój chłopak, Nico? — zakpiła i oparła się nonszalancko o ścianę zabrudzonego budynku za jej plecami. — Rozmawiałeś ostatnio ze swoją przyjaciółeczką – zakpiła.
— Apate… nie mam na to czasu — stwierdził chłodno nastolatek.
To jej się nie spodobało i pokazała mu to, prychając z niezadowolenia, a następnie odepchnęła się dłońmi od ściany, nie przejmując się o swój idealny manikiur, a na jej twarzy pojawił się drapieżny uśmiech. Westchnęła niby to z rezygnacji, choć chłopak nie wykonał żadnego ruchu, stając pod światło, tak, aby nie można było zobaczyć jego twarzy.
Jak zawsze.
— Co się dzieje? — zażądał odpowiedzi.
Kobieta prychnęła i z jadem w głosie odpowiedziała:
— Czy wszyscy myślą, że skoro nienawidzę całego świata, zdradzę własnych braci? Czy ty w ogóle wiesz, mały chłopczyku, jak to jest siedzieć w tej ciasnej, małej, ciemnej… — zadrżała lekko.
Przerażenie, jakie pojawiło się na twarzy bogini nie było udawane, a ona wspomnieniami wróciła do jej małego więzienia, które musiała dzielić z innymi podobnymi do niej bogami i po raz pierwszy w swoim długim życiu nie zamierzała nikogo zdradzać.
— Moi bracia zaczynają w końcu swoją zemstę, a ja im w tym pomogę, synu Hadesa — syknęła nagle. — Niech Olimpijczycy przygotują się na swoje nowe lokum, gra się rozpoczęła — dodała.
*      ~      *      ~      *

Nigdy nie myślałam, że z taką łatwością będę w stanie cokolwiek przeczytać, bez choćby najmniejszego bólu głowy, ale ilekroć przejechałam wzrokiem po greckich słowach, układały się dla mnie w język angielski –  a co z łatwością potrafiłam przeczytać – mój podziw rósł. Ryan nie wyglądał na tak bardzo zaintrygowanego i marudził, stając między marmurowymi kolumnami, bo jakoś nie odwzajemniał mojego nagłego entuzjazmu – mogło być to spowodowane tym, że od paru godzin go ignorowałam.
Nadal byłam pod wrażeniem, że oni nie zmyślali na temat tego miejsca. Choć idąc tutaj wierzyłam, że będę musiała walczyć z rosyjską mafią, to jednak teraz stałam jak słup soli, wyglądając jakby coś mnie gryzło i denerwowało.
— Jill... — spojrzałam na Maggie, która zerkała na mnie niepewnie, chowając się za kolumną. — Nie zniszczysz tego… prawda? — szepnęła.
Przewróciłam teatralnie oczami i prychnęłam, a Ryan podsumował to gromkim wybuchem śmiechu. Podnosząc wysoko podbródek, przełknęłam ciężko ślinę, gdy moi przyjaciele ruszyli przodem i biorąc głęboki wdech, miałam nadzieje, że owa tajemnicza bariera powstała dzięki drzewu, przepuści mnie bez żadnych problemów.
Tajemnicze drzewo, o którym wspomniała wcześniej Maggie miało swoją własną zawiłą historię – podobno jakaś córka Zeusa została w nie zmieniona, a później ożywiona… kompletnie nie rozumiałam jej tłumaczeń, wiem tylko, że obóz od potworów mitologicznych chroni magiczna bariera, więc miałam prawo być przerażona perspektywą tego, że bariera mnie nie przepuści.
Przymknęłam oczy i zrobiłam niepewny krok do przodu, nagle poczułam, jakby moje ciało otoczyła bańka mydlana, było to krępujące, lecz po chwili wolno wypuściła mnie ze swych objęć. Otwierając oczy, zdałam sobie sprawę, że stoję już za barierą ochronną.
Odetchnęłam z ulgą i wiedziałam, że raczej nie prędko pozbędę się tego strachu.
Z królewskim szykiem i wytwornością ruszyłam w stronę obozu, gdzie za marmurowymi kolumnami z tabliczką zniknęli moi przyjaciele, tylko po to, aby stanąć koło pola truskawek. Spoglądałam na krzaki z czerwonymi owocami, jakby miały zaraz zmutować i pożreć mnie na podwieczorek. Moi towarzysze po prostu postanowili jednak mnie zignorować i ruszyli szybszym krokiem w stronę jakiegoś wielkiego budynku.
Wielki dom pomalowany na odcień niebieskiego został otoczony werandą, Maggie szła pewnie w jego stronę, a na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Pewnym siebie krokiem ruszyłam za nią na tyły budynku, rozglądając się dyskretnie wokół i będąc oczarowana widokiem, jaki zastałam.
Krajobraz wypełniały budynki prosto przeniesione z książki o starożytności – których szczerze mówiąc nie miałam przyjemności czytać, poza przeglądaniem zdjęć na historii czy angielskim. Tyle tylko, że wszystko wyglądało na całkiem nowe, a ich białe kolumny lśniły w słońcu, lekko mnie drażniąc. Uśmiech Ryana był podpowiedzią, że to nagłe natężenie światła to jego sprawka.
Niedaleko od nas grupka nastolatków grała w siatkówkę na piaszczystym boisku, a kilka (teraz mówię na serio) ludzi z kopytami zamiast nóg i owłosionymi zadkami rozmawiała z… drzewami? Na pewno jeden z nich to robił, bawiąc się włosami głowy wychylonej z konara drzewa.
Przerażające.
Spojrzeniem powróciłam na niewielkie jezioro, po którym pływały kajaki. Dostrzegłam również, że większość osób miała paskudne pomarańczowe T-shirty – które skojarzyły mi się z uniformem więziennym, w szczególności, że nie cierpię tego koloru.
Postanowiłam odwrócić wzrok i wbić go w werandę domu, bojąc się, że latające konie ze skrzydłami to jednak nie wytwór mojej wyobraźni. Zerknęłam na Ryana, którego profil był oświetlany przez promienie słoneczne i wpatrując się w niego, poczułam względem niego nagłą czułość.
Był słodki.
Oberwał za to w głowę.
— Za co to? — spytał zaskoczony, masując obolałą głowę.
— Nie wiem — skłamałam, a brew mi drgnęła.
Mierzyliśmy się złowrogim spojrzeniem, a w końcu rudzielec wybuchł śmiechem, zwracając tym uwagę obozowiczów, czego ja wolałabym uniknąć. Za zadanie najwidoczniej postawił sobie wkurzenie mnie na maska, ponieważ nagle objął mnie ramieniem i przyciągnął do swojej (ku mojemu zaskoczeniu) ciepłej piersi. Pomimo dzielących nas warstw ubrań w jego ramionach czułam się naga i obnażona, skrępowana, ale nie miałam w sobie aż tyle samozaparcia, aby odepchnąć go.
Ciepło jego ciała tuż przy moim powodowało, że mój żołądek zaczął robić salta, oddech stał się krótszy i urywany jak po maratonie, serce bębniło mi tak głośno, że słyszałam je jak dzwony kościelne. Poczułam również zaskakujące ciepło na moich policzkach, byłam zaskoczona reakcją swojego ciała na Ryana, kompletnie nie miałam pojęcia, co się dzieje.
— Jill… —  westchnął, przytulając mnie jeszcze bardziej do siebie, czułam jego nierówny oddech na swoim czole, a moje dłonie samoistnie powędrowały do jego piersi, lewa ułożyła się na jego sercu, przez co doskonale czułam jego bicie. — Jill…
Szept mojego imienia w jego ustach brzmiał niczym zaklęcie – dużo lepsze niż te Maggie – ale w tej chwili mój mózg koncentrował się tylko na nim, powoli jak w transie podniosłam głowę i spojrzałam wprost w jego dwukolorowe tęczówki.
To był błąd.
Czułam się jakbym właśnie została złapana w jakąś pułapkę, nie mogłam oderwać oczu od jego, które nieco pociemniały z nieznanych mi emocji, jego głowa zaczęła powoli schylać się w moją stronę. W jednej chwili zrozumiałam, o co chodzi, ale zamiast odepchnąć go i zagrozić kastracją, ja zacisnęłam swoje dłonie na jego bluzce i wbiłam spojrzenie w jego wargi, pragnąc poczuć je na swoich.
Och, jakże tego pragnęłam, to stało się w tej chwili, było najważniejsze na świecie, a gdy jego usta były już kilka centymetrów od moich, przymknęłam oczy, czekając na ten czuły dotyk…
— Jill! Ryan!
Jak oparzona odskoczyłam od chłopaka i wbiłam spojrzenie w Maggie, która z hukiem spadła z werandy. Zamrugałam zdezorientowana, ale czarnowłosa natychmiast podniosła się na równe nogi, uśmiechając się przepraszająco, za nią stał…
Najprawdziwszy w świecie Centaur.