"(...)Pomagasz mi w mojej sekretnej misji(...)"
Czerwony
punkt na horyzoncie zaczął powoli wędrować ku górze, choć tak właściwie to
Apollo w czerwonym kabriolecie maserati spyder bawił się w najlepsze jeżdżąc po
niebie i rozpoczynając nowy dzień. To wcale nie przeszkodziło pewnej kobiecie
podnieś twarz w stronę jasnego punktu i pozwolić, aby jego promienie ogrzały
jej, nadal senną po niedawnym śnie twarz.
Kobieta
nie wyglądała jakoś szczególnie pięknie, zwykła brązowowłosa kobieta w średnim
wieku. Nieco wychudzona, ale mająca nieźle wyrobione mięśnie, a które zakrywał
purpurowy koc, którym była owinięta.
Mimo
tej uroczej scenki, jaką reprezentowała sobą kobieta, tylko nieliczni mogli
dostrzec to, że jej postawa ciała (choć zasłonięta) mówiła wyraźnie, że jest
ona gotowa w każdej chwili się obronić albo, co ważniejsze zaatakować swojego
przeciwnika.
Gdy
otworzyła oczy, biorąc głęboki oddech uwolniła z nich niewielką parę powietrza,
która już po chwili rozmyła się jak najpiękniejszy sen. Jej bursztynowe oczy
spoglądały w niebo, gdyż to jej zdaniem była najpiękniejsza pora dnia. Taka,
której noc i dzień przez chwilę grały całą spójność, bo to za każdym razem przypominało
jej o największym skarbie, który musiała opuścić.
Serce
ponownie zacisnęło się jej z żalu za utraconym dzieckiem, a na które przez
swoją obecność mogła sprowadzić prawdziwe niebezpieczeństwo, a czego jako
kochająca matka nie mogła zrobić, choć jej samolubna strona miała ochotę zabić
wszystkich, aby w końcu być tylko ze swoją ukochaną córeczką… swoją maleńką…
— Melinda? — Usłyszała znajomy głos.
Drgnęła,
ale nie odwróciła się za siebie, tylko oparła dłonie o marmurową balustradę
spoglądając z przyjemnością na morze, którego spokojne fale oblewały brzeg
plaży, nawet ono wydało jej się pogrążone nadal w półśnie. Najbardziej
uwielbiała to, jak żółte słońce barwiło chmury, a błękit morza pięknie to
wszystko odbijał niczym lustro.
— Czyż to nie piękny widok? — Spytała.
Usłyszała
cichy szelest za sobą, a następnie koc na jej ramionach został jej ciaśniej
zawinięty, podobnie było z białym porcelanowym kubkiem z naddrukowanym na nim
zdjęciem czternastoletniej dziewczyny o pięknych szarych oczach, a która była
odzwierciedleniem tych, w których niegdyś się zakochała. Para wydostająca się z
kubka i jasna brązowa barwa podpowiedziała jej, że dziewczyna znajdujący się za
nią, przygotował jej ulubioną herbatę z miodem.
— Ależ ona wyrosła — stwierdziła wzruszona.
— Cieszę się, ze tu trafiłaś — stwierdziła jej młodsza towarzyszka.
Z
uśmiechem na ustach kobieta spojrzała na młodszą od siebie dziewczynę, która
miała niezwykłe migdałowe oczy i włosy w kolorze karmelu, podobnie jak oczy
starszej z nich. Obydwie niedawno się obudziły i ubrane nadal w pidżamy, to
jednak przyszły (jak w każdy poranek od przeszło miesiąca) oglądać wschód
słońca.
— Dziękuje, Kalipso — powiedziała w końcu starsza z nich.
Młodsza
z nich spojrzała na drugą z lekko zaskoczona słowami jej towarzyszki. Ona w
odróżnieniu od Melindy nie mogła opuścić swojego, a jednak rozumiała
tę kobietę, bo jako harpia, która każdego dnia walczyła o swoje życie,
najprawdopodobniej ona sama również uciekłaby nawet do samego Tartaru, aby
pozbyć się swoich prześladowczyń.
— Hermes niedługo powinien przybyć z przesyłką — poinformowała ją.
Melinda
zacisnęła usta w wąską linię, a jej oczy przysłoniła mgiełka, bo w tek chwili
jej myśli oderwały się i poszybowały w przeszłość, a serce wraz z nimi. Znów
zobaczyła szeroko uśmiechniętą czterolatkę, która na jej widok, krzyknęła:
„Mamusia!” i ze łzami szczęścia rzuciła się jej na szyję, ściskając przy tym z
całej siły.
Pragnęła
z całego serca pozostać przy swojej córce i naprawdę próbowała już wszystkiego,
przez pięć lat od czasu narodzenia się córki, szukała po całym świecie jakiegoś
rozwiązania, ale w końcu musiała zrezygnować, bo niebezpieczeństwo z dnia na
dzień stawało się coraz większe.
Bała
się tego, że gdy jej rodzina odkryje prawdę o jej córce, to właśnie ta słodka i
niezwykle ufna dziewczynka stanie się celem innych. Mimowolnie uśmiechnęła się
na wspomnienie opowieści swojej córki, że jej nowy kolega, miał dziwne pomysły.
„—
Cześć, jestem Matt — powiedział gruby chłopak.
Brązowowłosa
czterolatka odwróciła się z radością do nieznajomego i uścisnęła jego ciepłą i
dużą dłoń. Mimo że chłopak miał wyraźnie nadwagę, ona była nim oczarowana. Nie
przejmowała się nawet tym, że ma dziwaczną fryzurę, a jego włosy były
niezidentyfikowanego koloru ni to brązowe ni to blond. Zwróciła uwagę za to na
jego jasne czekoladowe oczy, które sprawiały, że wyglądał na przyjazną i pełną
współczucia osobę.
— Jesteś brzydka — oznajmił i pociągnął ją za kosmyk włosów. — Chcesz się bawić?
Usłyszawszy
jego zaproszenie powstrzymała nagły przypływ łez i przytaknęła ruchem głowy, a w
następnej chwili stała się jego „nałożnicą” cokolwiek to znaczyło. Jednak
musiało być to, coś złego, bo nauczycielka aż zbladła, a później wysłała ich do
dyrektora.”
Mimowolnie
wyszczerzyła zęby w szeroki uśmiech, bo tylko jej ukochana Jillian mogła
pakować się w najgłupsze w historii świata sytuację. Jednak, gdy Melinda
spojrzała na kubek z podobizną swojej córki, jej serce niemal nie zostało
zgniecione przez żal, bo wprawdzie proponowała sprzedanie duszy wszystkim, ale
jako pół-harpia jest to dla niej niemożliwe.
— Jest już bezpieczna — oznajmiła Kalipso.
Melinda
była jej dozgonnie wdzięczna i nie tylko, dlatego, że nareszcie znalazła dla
siebie schronienie od wiecznej tułaczki i walki, ale również, dlatego, że
dzięki niej, satyrowie odnaleźli jej córkę, która nareszcie będzie w
bezpiecznym miejscu, do którego ona nigdy nie miała wstępu.
— Chciałabym ją kiedyś zobaczyć, wytłumaczyć, że opuściłam ją dla jej dobra… —
wyszeptała kobieta przyglądając się tępo swojemu kubkowi. — One by ją zabiły,
bo gdy one raz kogoś znalazły już nigdy nie gubią tropu — wyznała.
— Harpie? — Spytała zdumiona Kalipso.
— Nie — zaprzeczyła kobieta. — Siostry mojego ojca — wyjaśniła.
Mimo
tego, Kalipso nie mogła pojąć, jak jakieś śmiertelniczki mogły być aż tak
groźne, ale nie zamierzała kwestionować słów swojej towarzyszki, bo doskonale
wiedziała ile ta kobieta przeszła ochraniając swoją córkę i będąc przez niemal
całe swoje życie w ciągłej ucieczce.
— Kochałaś kiedyś kogoś?
To
pytanie ją samo zaskoczyło, ale zasłoniła swoja twarz długimi karmelowymi
kosmykami. Odkąd pamiętała, bogowie uwielbiali przysyłać jej tu przystojnych
towarzyszy, w których się zakochiwała, ale którzy nigdy nie mogli zostać, ale…
od czasu pewnego herosa, nie potrafiła myśleć już o nikim innym, bo zdała sobie
sprawę, że nigdy nie kochała żadnego z tamtych chłopców tak jak syna
Hefajstosa, który obiecał jej, że po nią wróci, a ona będzie cierpliwie czekać
nawet, jeżeli trwałoby to wieczność.
Ona poczeka.
* ~ * ~ *
Luna
okazała się psychopatką.
Przynajmniej
takie zdanie miałam na jej temat, bo dziewczyna nie dość, że protekcjonalna w
ocenie innych herosów to jeszcze jest najgłupszą osobą w obozie. Choć
zaczęliśmy od zwiedzania domków, to nie od numeracji, a od domku Afrodyty.
Tam
na dzień dobry poznałam niejaką Drew, która (wyglądało na to) była najlepszą
przyjaciółką Luny, a obie dziewczyny zaczęły cmokać swoje policzki, jak te
wszystkie piękne gwiazdki szkoły. Miałam ochotę zapytać bogów, za jakie grzechy
przydzielili mi właśnie takiego przewodnika.
Gdy
brunetka z pięknymi lokami wbiła we mnie wzrok, jej ciepłe brązowe oczy były
zapewne tylko, jaką iluzją. Na dodatek, gdy rozbłysło w nich rozpoznanie,
skrzywiła się jakby ktoś właśnie powiedział jej, że jej ulubiony krem do rąk
został wycofany ze sprzedaży. Jej azjatyckie rysy nadawały jej pewnego
niepowtarzalnego uroku. Jednak mnie najbardziej wzburzył jej ubiór, bo czy nie
miała jakiś sukienek, albo mini spódniczek, w których wyobrażałam sobie zawsze
dzieci Afrodyty?
Oczywiście
ona, jako córka bogini miłości, po prostu musiała światu pokazać, że w
paskudnej pomarańczowej bluzce i jeansach nadal reprezentuje się jak jedna z
tych pięknych ludzi w kolorowych magazynach.
— To jest ta laska od Ryana — oznajmiła nagle Drew.
Ramiona
mi opadły – dosłownie!
Jak
można było powiedzieć, coś takiego? Niemal gotowałam się ze złości, bo wstrętna
ruda małpa już wyrobiła sobie zdanie wśród herosów, a ja byłam po prostu cichym
dodatkiem koło niego. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, ani być „cieniem”
w obliczu majestatu pewnego rudego idioty.
Stojąc
jak to piąte koło u wozu, czekałam aż moja przewodniczka łaskawie zakończy
swoją pogawędkę, a następnie ruszyliśmy dalej w naszą „podróż pełną ciekawych
rzeczy”, po drodze nie omieszkała ona wyjaśnić, że z Drew lepiej nie zadzierać,
bo teraz, gdy Piper jest nieobecna to owa córka Afrodyty ma największą władzę.
Nawet
nie chciałam wiedzieć, co to za grupy mafijne powstały z tych herosów, ale
zaczęło robić się dopiero interesująco, gdy sama Luna stwierdziła, że
najchętniej rozniosłaby Drew w pył i zatańczyła nad jej martwym ciałem taniec
radości. Właściwie było jeszcze kilka herosów, których nie cierpiała, a którymi
musiała żyć w pokojowym nastawieniu.
Wtedy
właśnie doszliśmy do domku Hefajstosa.
Z
zewnątrz niewielki domek wyglądał jak statek kosmiczny. Był cały z metalu, a
okna miał przesłonięte żaluzjami tego samego materiału, co jego reszta.
Okrągłe, grube na parę centymetrów drzwi przypominały wejście do skarbca w
banku. Otwierały się za pomocą mnóstwa mosiężnych przekładni
i hydraulicznych tłoków, z których buchała para.
A
raczej Luna wskazała mi go palcem, mamrocząc coś o tym, że wszyscy herosi
stamtąd są zawsze czymś umazanym i podejrzewała ona, że ze swoim kluczem
francuskim nie rozstaja się nawet podczas pooranego prysznica (jeżeli takowy
biorą). Choć jej opinia była trochę przesadzona, ja sama czułam wielką ochotę
wetrzeć się tam i zobaczyć na własne oczy, jak wygląda ten szczególny domek.
Luna
już miała mnie odciągnąć, gdy usłyszeliśmy stek przekleństw a drzwi prowadzące
do twierdzy dzieci Hefajstosa stanęły przed nami otworem. Rozdziobałam usta
widząc, jak jeden chłopak próbuje wytargać przez nieco wąskie drzwi wielki
worem wypełniony jakimiś rzeczami.
Chłopak
podskakiwał wokół worka jak wariat, a dokładniej facet z nadmiarem kofeiny we
krwi. Jego kędzierzawe, czarne włosy były czymś obklejone, a lekko szpiczaste
uszy i trójkątna twarz przypominały mi elfa z orszaku latynoskiego św.
Mikołaja, ale to Luna zwróciła na siebie jego uwagę, gdy odchrząknęła, a
chłopak spojrzał na nas, jego twarz rozświetliła się od łobuzerskiego uśmiechu.
— Może pomożecie, drogie panie?
Czyżbym
trafiła na drugiego szaleńca?
Przynajmniej
ten nie był rudą małpą.
Wiedziałam,
że Luna mu nie pomoże i on również to wiedział, bo natychmiast powrócił do
swojego poprzedniego zajęcia, ale ja nie byłam taką pozerką jak moja
przewodniczka i po prostu żwawym krokiem ruszyłam w jego stronę, w jego oczach
pojawiło się zdziwienie, gdy z gracją przeskoczyłam nad workiem tarasującym
połowę drzwi i zaczęłam pchać go od tyłu.
— Dzięki — powiedział, gdy udało nam się przepchać worek. — Pewnie chcesz
zobaczyć Argo II, co?
Choć
miałam milion ciekawszych rzeczy do roboty, to jednak moja wrodzona ciekawość
wzięła górę nade mną i kiwnęłam mu potakująco głową zabierając od niego worek
wypełniony (tak mi się wydaje) cegłami. Gwizdnął, gdy przerzuciłam sobie go
przez ramię i ruszyłam we wskazanym przez niego kierunku, a ja odkryłam, że
jest naprawdę ciekawski.
— Musisz być córką Aresa, co? — Zagadnął.
— Nie — odpowiedziałam zwięźle.
W
duchu przeklinałam samą siebie, że w ogóle zgodziłam się mu pomóc, a byłam
pewna, że Luna nie będzie na mnie czekała, tylko zajmie się „wypływaniem na
głęboką wodę” – jak sama nazwała przyjaźnienie się z najważniejszymi dziećmi w
obozie.
Wchodząc
coraz głębiej do lasu, worek zaczął mi ciążyć i z tego też powodu nie
dostrzegałam piękna natury, które mnie otaczały. Naprawdę było to zadziwiające,
że pod koniec listopada w obozie było cieplutko jak w środku maja, a drzewa
nadal miały piękne korony zdrowych zielonych liści.
Kilka
ptaków ćwierkało tylko sobie znaną pieśń, szumiał lekki przyjemny wiatr, który
ochładzał skórę po ciepłych promieniach słońca, bo dzisiejsze niebo było
całkowicie bezchmurne. Szyszki i igły wydawały charakteryzujący dla siebie
dźwięk, gdy ja i syn Hefajstosa stąpaliśmy po nich, kierując się coraz głębiej
w las.
W
końcu dotarliśmy do jakiegoś strumienia, a ja wiedziałam, bo choć nie
przepadałam za lasami i zawsze sądziłam, że szybko się w takich gubię, to
jednak doskonale wiedziałam, w którym kierunku należy iść, bo za każdym razem,
gdy tylko wiatr powiewał potrafiłam bezbłędnie określić, z którego kierunku.
— Teraz ja poniosę — zaoferował się syn Hefajstosa.
Duma
jednak mi na to nie pozwoliła i tylko zmrużyłam oczy i przerzuciłam worek na
drugie ramię podnosząc podbródek do góry i przyśpieszając kroku. Chłopak
zaśmiał się cicho z mojego zachowania, ale miał na tyle rozsądku w głowie, że
tego nie skomentował, a jedynie zrównał się ze mną krokiem, patrząc w
zamyśleniu przed siebie, aż w końcu w jego oczach pojawiły się radosne
iskierki, a jego usta ułożyły się w łobuzerski uśmiech.
— Jestem Leo Valdez, a twoje mięśnie są godne siły Herkulesa — zażartował.
Taki
komplement był dla mnie nowością, a moje policzki zaczerwienione ze zmęczenia,
teraz zostały oblane rumieńcem zawstydzenia. Pierwszy raz coś mi się takiego
zdarzyło i nie miałam większej ochoty tłuc za to osoby, która mnie do tego
stanu doprowadziła.
— Jillian Taylor — przedstawiłam się krótko.
Chłopak
kiwnął głową i znów się uśmiechnął, a następnie wyjął coś ze swojego skórzanego
pasu z narzędziami, który miał zapięty na biodrze i wyciągnął otwartą dłoń, na
którym leżały dwa białe cukierki i spytał:
— Miętówkę?
Zaprzeczyłam
ruchem głowy, ani na chwilę nie zwalniając, choć już od pewnego czasu moje
ramiona bolały niemiłosiernie, nie wspominając nawet o tym, że powoli łapała
mnie zadyszka, a moje stopy będą mieć kilka odcisków przez tak niewygodne buty,
które niestety założyłam.
Mój
towarzysz był w dużo lepszej formie, niezmęczony i gwiżdżący pod nosem jakąś
melodyjkę, wydawał się wyluzowany, ale w jego oczach nadal było jakieś
cierpienie. Ta mgła bólu była w jakimś stopniu dla mnie znajoma, jakby on
również w życiu stracił coś naprawdę cennego.
— Co my właściwie robimy? — Spytałam nie mogąc powstrzymać rosnącej ekscytacji.
— Pomagasz mi w mojej sekretnej misji — oznajmił.
Jego
szeroki uśmiech wskazywał na to, że żartował, ale błysk powagi w oczach wydawał
się temu przeczyć, natomiast ja zastanawiałam się, jak to możliwe, iż wplątałam
się w taką sytuację. Zacisnęłam dłonie na worku i przyśpieszyłam kroku, chcąc
jak najszybciej dotrzeć do celu naszej wędrówki, bo gdyby nie mój ojciec,
pewnie potrafiłabym zapanować nad swoją ciekawską naturą harpii.
W
końcu zatrzymaliśmy się przed ścianą z wapienia, wysoką na trzydzieści metrów
gładką, twardą masą skały, po której na pewno nie zamierzałam się wspinać wraz
z tym ciężkim workiem i gdy miałam już wyrazić swoje zdanie, chłopak podszedł
do ściany, a po chwili coś, jakby iskra pojawiła się, aby po chwili ukazać
niewielkie drzwi. Gestem dłoni chłopak zaprosił mnie do środka.
— Zapraszam.
Zmarszczyłam
brwi, zastanawiając się, czy to dobre posunięcie, ale ciekawość wygrała z rozsądkiem
i posyłając Leonowi ostrzegawcze spojrzenie weszłam do środka, tym samym
uruchamiając jakiś czujnik, który rozświetlił całe pomieszczenie, a ja nie
wiedziałam, na co patrzeć.
— Witaj w mojej jaskini! — Zawołał Leo. — Normalnie czuje się jak Batman — zażartował.
Moje
myśli automatycznie pognały do Ryana, który nadawałby się na bycie Jokerem.
Otrząsnęłam
się z myśli o nim i rozejrzałam po wielkiej jaskini, która przypominała mi
skorych rozmiarów hangar samolotowy. Stało tutaj mnóstwo warsztatów i klatek na
narzędzia, jak również mnóstwo różnych rzeczy, które przypominały mi kawałki
metalu, żelastwa, czy jeszcze czegoś. Wzdłuż ścian widniały rzędy garażowych
drzwi oraz metalowych schodków prowadzących po do pomostów wiszących nad nami.
Jedne
z garażowych drzwi były otwarte i korzystając z tego, że Leo zajęty był
przyglądaniem się jednej z tablic konstruktorskiej, do której coś mruczał i
przeglądał jakieś kartki. Gdy już znalazłam się w zawalonym przez różne rzeczy
pomieszczeniu dostrzegłam, iż nie są to takie zwykłe rzeczy.
To
przypominało jedno z tych urządzeń wariatów-geniuszów, którzy postanawiają
przenieś się w czasie. Urządzenie było nieco większe ode mnie i przypominało
dwa trójkąty wchodzące na siebie i tworzące gwiazdę Dawida. Urządzenie to miało
podest, do którego za pomocą grubej rury przymocowana była owa gwiazda.
— To urządzenie mojego autorstwa — oznajmił z zadowoleniem Leo.
Posłałam
mu pytające spojrzenie i dopiero wtedy zobaczyłam, co takiego taszczyłam w
worku i mojej usta otworzyły się z niedowierzania, gdy zobaczyłam dziwną
okrągłą maszynkę wielkości kuchenki, która był zapewne z żelaza, albo z ołowiu.
— Dobra — mruknęłam, bo głowa zaczynała mnie boleć. — Rób, co chcesz ja spadam —
oznajmiłam.
— Niedługo znów ją zobaczę — szepnął cicho Leo.
Ta
cicha nuta determinacji w jego głosie i tęsknoty kazała mi znów na niego
spojrzeć, ale on wgapiał się z wielką nadzieją w swoją maszynę, jakby miała ona
spełnić jego największe marzenie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się czymś
przejęłam, a gardło ścisnęło mi się ze współczucia, emocję, których szczególnie
unikałam odżyły, gdyż naprawdę zdałam sobie sprawę, że ja i Leo kogoś
straciliśmy w równym stopniu. Teraz dopiero zaczęłam pojmować, że nie tylko mi
została zabrana miłość matki i ojca, nie tylko ja byłam samotna na tym świecie.
Pierwszy raz w życiu zaczęłam rozumieć drugą osobę, a to sprawiło, że jakaś
moja część miała ochotę opuścić to miejsce, które już po dwóch dniach potrafiła
tak mocno na mnie wpłynąć, bo co będzie dalej?
* * *
Trafiłam
pod wielki dom bezbłędnie, jakbym miała w głowię wbudowany kompas. Westchnęłam
i odsunęłam kila dłuższych kosmyków ze swojej twarzy za pomocą dłoni i lekko je
potargałam chcąc nieco ochłodzić się w ten upalny poranek.
Właśnie
miałam kierować się do domku Hermesa, gdy usłyszałam zderzającą się ze sobą
stal, a serce zabiło mi mocniej za każdym razem, gdy ten dźwięk dostawał się mi
do ucha. Moje serce zaczęło bić jego rytmem, jakby walka była moim drugim
powołaniem.
Szybko
ruszyłam w tamtym kierunku, jak marynarz wołany przez śpiew syren.
Znalazłam
się na niewielkim placu, gdzie kilku herosów w greckich zbrojach dzierżyli w
dłoniach miecze, bądź inne ostre bronie i nacierali na siebie z wielką gracją i
umiejętnością. Pragnęłam z całego serca zmierzyć się z którymś z nich, gdy
wtedy usłyszałam chichot nad głową. Podniosłam ją i zobaczyłam wpatrujące się
we mnie dwukolorowe tęczówki rudzielca.
— Czekałem na ciebie — powiedział z uśmiechem.
Już
otwierałam usta, aby go zbesztać za bycie nim, gdy pomachał mi czymś przed
oczami, oderwałam od niego niechętnie wzrok i wbiłam go w czarną dziwną
bransoletkę. Miałam ochotę zabrać ją i zachować, bo była piękna w swojej
dziwnej prostocie, ale wiedziałam, że prawdopodobnie uduszę nią stojącego
zdecydowanie zbyt blisko mnie Ryana.
-
Czy ty dajesz mi bransoletkę?
— Nie — odpowiedział z rozbawieniem. — Aż takim kretynem nie jestem, a to jest po
prostu magiczna broń — wyjaśnił.
Miałam
ochotę wybuchnąć śmiechem, a gdy spojrzałam znów na niego, zobaczyłam jak jego
policzki lekko się zaczerwieniły, więc delikatnie wzięłam prezent od niego i
odwróciłam się w jego stronę. Pierwszy raz w życiu widziałam go bez uśmiechu i
z niepewnością wymalowaną na twarzy.
— Przepraszam — wyszeptał. — Ja po prostu boje się, że pewnego dnia mnie
zostawisz — dodał.
Uderzył
w najczulszy punkt we mnie, a jego słowa sprawiły, że coś wewnątrz mnie już
bezpowrotnie się ożyło i zostanie ze mną. Nie wiedziałam, co to, a nie chcąc
dać po sobie poznać jak wiele jego głupie słowa dla mnie znaczą, po prostu
wzruszyłam ramionami i mruknęłam:
— Mam to gdzieś, Rudzielcu.
Roześmiał
się ze szczęścia i szczerząc zęby w szeroki uśmiech, mruknął z czułością:
— Kocham cię Złośnico.
* * *
Gdy
wieczór powoli zapadał, ja byłam już naprawdę wykończona, ale jak na złość
właśnie w tej chwili córki Afrodyty przyczepiły się do Ryana, który obiecał mi,
że pokaże jak należy używać mojego prezentu – wcześniej niestety przerwała nam
Luna, która wspominając coś o synu Hefajstosa, z którym zniknęłam na dwie godziny
– wprawiło to Ryana w mały ponury nastrój.
Może,
dlatego Ryan postanowił zemścić się na mnie i nie pokazać mi jak działa ta
ładna bransoletka? W co się zmienia? W działo armatnie? Może w karabin
maszynowy?
Moja
ekscytacja nią była naprawdę wielka i nie słuchałam ani trochę tego, co mówi do
mnie Luna, tylko z oczekiwaniem czekałam na ponowne spotkanie z Rudzielcem, aby
w końcu wyjawił mi tą tajemnicę, a teraz został on przede mną ogrodzony
zdziczałymi z miłości dziewczynami.
— Jest nowy, później się nim znudzą — pocieszyła mnie Maggie.
Chwile
zanim tutaj przyszłam spotkałam ją i Samaela, który wpatrywał się we mnie jak
byk w czerwoną płachtę, a ja czekałam tylko na jedno słowo, czy gest, aby
zacząć z nim walczyć. Na jego szczęście miał więcej rozumu i zostawił mnie w
spokoju.
Teraz
tylko wgapiałam się w rudzielca i to jak piękne córki Afrodyty używając na nim
swoich sztuczek uwodzenia, a na co ruda małpa im pozwalała. Aby być bardziej
dokładnym, trzeba dodać, że on również nie był bez winy, bo co chwila zażartował,
a nawet pozwalał sobie na niewinne gesty, czy dotknięcia.
— Jest w swoim żywiole — zauważyłam ze złością.
Nagle
silny wiatr zerwał się ze wszystkich stron, tworząc małą wichurę pośrodku
obozu, a po chwili urosła ona do rozmiarów tornada. Ja stałam jak zaczarowana
tym widokiem, nie zauważyłam nawet jak cały ekwipunek zbrojowni stojącej
niedaleko został z niej zabrany niszcząc przy tym doszczętnie dach niewielkiego
budynku. Latające miecze, sztylety, tarcze i inne bronie jak również części
zbroi latały po całej arenie walk, raniąc niektórych herosów – w tym
szczególnie córki Afrodyty.
Znikąd
pojawił się Chejron wrzeszcząc imię Maggie, a która stała koło mnie mamrocząc
pod nosem, że to nie jej wina. Jednak nie zwracałam większej uwagi na jej
słowa, ani na to, że wiatr robił się coraz silniejszy i odrywał niektórych
herosów od ziemi wciągając w niebezpieczny taniec z bronią.
Nie
słyszałam już żadnych wrzasków, płaczów, jęków i pisków, gdy zauroczona naturą
niszczycielskiego żywiołu, potrafiłam się tylko w niego wgapiać i jakby ktoś
krzyknął „DOŚĆ!”.
Wszystko
ustało, herosi upadli, ale na szczęście nie zostali śmiertelnie zranieni przez
żadną z porwanych przez tornado rzeczy, a gdy wszyscy zaczęli się rozglądać
szukając winnego, od razu spojrzeli na mnie z prawdziwym zdziwieniem
wymalowanym na twarzy.
Przypomniawszy
sobie, że podobnie wgapiali się w Ryana, gdy ten został uznany przez swojego
ojca, czym prędzej podniosłam głowę do góry i spojrzałam na wirujący wiatr,
który panując nad srebrnym i szaro-błękitnym pyłem tworzył symbol kompasu.
— Jillian Taylor, zostałaś uznana przez swojego ojca Eola, władcę wiatrów.
Następnie
wszyscy herosi uklękli pokazując szacunek do mojego ojca.
Ja
jednak nadal byłam w szoku, a szum krwi, która szumiała mi w uszach i
zagłuszała wszystko, co dzieje się wokół mnie powoli opadała, a wraz z nią cała
moja siła, a następnie poczułam jak moje nogi nie wytrzymują już ciężaru mojego
ciała i się pode mną uginają.
Nie
wiedziałam, co było tego przyczyną, ale uderzyłam z wielkim hukiem o ziemię
pozwalając, aby czarna czerń pochłonęła mnie całkowicie. Pierwszy raz w życiu w
taki dziwaczny sposób straciłam przytomność.
* ~ * ~ *
Moros
już na nią czekał w ciele Łowczyni Artemidy. Ona sama jednak nie zamierzała się
śpieszyć, miała nieco dość tego zachowania względem niej. Co z tego, że była
ona boginią zdrady i każdy z jej krewnych, bał się tego?
Właśnie,
dlatego była uwięziona wraz z innymi i gdyby nie pomysł bogów, aby zamknąć ich
wszystkich razem w tej nędznej… ach! Ale wtedy nie byłoby tak zabawnie, prawda?
Nie byłoby przeróżnych wierzeń, jak zło przedostało się do świata
śmiertelników.
W
religii chrześcijańskiej to Adam za namową Ewy skosztował zakazanego jabłka
sprawiając, że zostali wygnaniu z raju. Podobnie było i u nich, ale
Olimpijczycy jeszcze dowiedzą się jak to jest siedzieć w jednym więzieniu wraz
z najgorszymi. Nawet Achlys była tam uwięziona, ale przez parę lat zdążyła
pozbyć się tych wspomnień, wymazać je z pamięci, bo w końcu, ktoś prowadzony
przez zwykłą ciekawość otworzył ich więzienie, uwalniając ich i sprowadzając
zło na ziemię.
— Apate?
Usłyszawszy
swoje imię, odwróciła się w stronę opierającej się o klon dziewczynę, korona
jego liści już dawno opadła w przepięknych barwach na ziemię, podobnie jak
większość innych drzew przygotowało się ono na nadejście zimy, ale z jakiegoś
powodu Apate właśnie to drzewko lubiła najbardziej, bo jakieś dwadzieścia lat
temu, sama je zasadziła. Była sentymentalna, ale już planowała potworny sposób
na zdradzenie tego drzewa… ostatnio trochę się jej nudzi – to prawda.
— Witać Moros — przywitała się z nim.
Dziewczyna
o krótkich czarnych włosach skrzywiła się na dźwięk swojego prawdziwego
imienia, a następnie wzdychając iście dramatyczny sposób ruszyła w stronę
swojej rozmówczyni rozkładając ramiona, aby pokazać swoją bezsilność.
— Nic do cholery nie mogę znaleźć! — Warknęła dziewczyna męskim głosem. — Szuka i
szuka, a muszę uważać na Artemidę, aby się nie zorientowała… czy Pseudologos,
coś ma?
Apate
pokręciła przecząco głową, gdyż z jej informacji wynika, iż on również nic nie
znalazł, ale niestety oni widzieli tą niewielką puszkę, tylko dwa razy w swoim
boskim życiu. Pierwszy, gdy ich więziono i drugi, gdy zostali uwolnieni.
— Nie boisz się, że Olimpijczycy dowiedzą się prawdy?
Moros
prychnął z pogarda, jakby nie dowierzał własnym uszom, a następnie jego oczy
zabłysły czernią. Pod naporem jego wzroku poczuła się głupio mówiąc coś
takiego, a jednak szczerze zastanawiała się, czy warto jest ryzykować aż tyle? Czy naprawdę chce stracić swoją wolność i zawalczyć w imię zemsty?
— Chyba się nie wycofasz? — Spytał z nutką niedowierzanie w głosie.
Apate
sama już nie wiedziała, co myśleć, bo naprawdę nie chciała znów trafić do tej
przeklętej puszki.