KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalipso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalipso. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział XVII

"*Maggie – Jak poznałam swoją wielką miłość... Sammy’ego!*

Osiem lat wcześniej…
— Temu, to dorób ogon gada! Przeklęty facet! Nazwał mnie oszustem! Wyobrażasz sobie?! Jeszcze mu pokaże… my mu pokażemy!
Natychmiast spełniłam prośbę (rozkaz) ojca. Mężczyzna stojący w kolejce koło kasy, sklepu spożywczego, kompletnie nas ignorował. Z resztą, jak większość mieszkańców. Choć nie wydawało mi się to być dobre. To jednak chciałam być doceniona przez swojego ojca. Wiedziałam, że z dnia na dzień pogłębia się w swoim szaleństwie. Jednak go kochałam. Poza tym, przy ojcu czułam się nieco bezpiecpozniejsza. Póki był przy mnie mój prześladowca dawał mi spokój. 
Może jednak nie było to dobrym pomysłem? Mimo to wyczarować panu komisarzowi ogon. Od zawsze czułam na sobie spojrzenia mieszkańców i szepty. Niejeden raz słyszałam, jak nazywają mnie diabłem bądź nasieniem demona. 
Po chwili dało się słyszeć wrzask i piski – ogólnie wybuchła jedna wielka panika.
— Ten jego synek to też niezłe ziółko — zauważył, już spokojniej, mój ojciec. Ignorując przy okazji biegających wokoło przerażonych ludzi. — Słyszałem, że terroryzuje nauczycieli i uczniów, trzymaj się z dala od tego Flynna — rozkazał.
Och tatusiu! Jak bardzo bym tego pragnęła!
Niestety nie powiedziałam tego.
Nie wyznałam mu prawdy, która każdego dnia przytłaczała mnie coraz bardziej.

* * *

Ktoś za mną szedł.
Byłam tego pewna. Przyśpieszyłam, próbując, jak najszybciej dotrzeć do domu, aby się schronić przed tym, co miało nastąpić. Do moich oczów napływały łzy, których nie potrafiłam zatrzymać. Serce biło mi w piersi coraz szybciej, a oddech stawał się urywany. Panika całkiem mnie pochłonęła i natychmiast rzuciłam się do biegu.
Bam!
Leżałam na ziemi, czując promieniujący ból w łydce. Zerknęłam za siebie, aby zobaczyć grupkę czteroosobowej ekipy Flynna. Zacisnęłam usta w wąską linię, bo zaczęły mi niebezpiecznie drżeć. Ból stał się czymś odległym, a strach i adrenalina dały mi siły, aby spróbować znów się wyrwać.
Niestety ból w nodze mi to uniemożliwił. Przypominając sobie o niej, spojrzałam na nią i bezgłośnie jęknęłam ze zgrozy. Przez moją nogę na wylot przechodziła strzała.
Strzałą!
— Zachowuje się, jak królik, którego ostatnio upolowałem z ojcem — zauważył z nutą samozadowolenia mój prześladowca. — Niemal próbował odgryź sobie nogę… ach — westchnął z nutką rozmarzenia. — Tak fajnie było na to patrzeć, ale najfajniejsze było, gdy zatopiłem swój bagnet w serce temu słodkiemu… króliczkowi.
Nie miałam nawet zamiaru tłumaczyć Flynnowi, że króliki nie są zdolne odgryź swojej nogi. Właściwie, niewiele mogłam w tym stanie logicznie myśleć. Szukałam, jakiejś drogi ucieczki, bo naprawdę nie miałam zamiaru, wrócić do domu (ponownie) ledwo żywa.
Nie chciałam czuć bólu.
Mamusi… nie chciałam.
— Hmm… a może przetestujemy, go na tej di diablo?
Wiedziałam, że specjalnie nazwał mnie diabłem, aby tylko jeszcze bardziej mnie zranić. 
— Świetny pomysł Flynn — przytaknął mu jego giermek.
Wrzasnęłam.
Płakałam. Krzyczałam. Prosiłam.
Nic mnie nie uchroniło przed bólem.

* * *

— Nie… proszę — szepnęłam do siebie.
Pędząc jak na skręcenie karku, próbowałam, jak co piątek, dostać się do domu bez spotkania z Flynnem. Po moich policzkach znów płynęły łzy, serce tłukło się w piersi… Teraz bałam się jak nigdy. Dzisiaj do szkoły mój prześladowca przyniósł mały pistolet.
Pistolet!
Nie chciałam umierać. Bogowie! Nie chciałam!
— Mamusiu… — szepnęłam.
Moja mama pomagała mi, jak tylko mogła. To dzięki niej, nadal żyje. Być może nie było to dobre wyjście i powinnam iść do szpitala, może wtedy Flynn by mnie zostawił? Niestety podskórnie wiedziałam, że pan Komendant tylko czeka, aby coś takiego się wydarzyło. Aby wsadzić mojego ojca za kraty.
Wpadłam na kogoś, a przez to oboje się wywaliliśmy.
Zamknęłam ze strachu powieki i pisnęłam.
To koniec.
— Mamy Cię! — Wrzasnął z zadowoleniem Flynn.
Huk strzału przeszedł echem po okolicy. Zacisnęłam jeszcze mocniej powieki, aby tylko nie patrzeć i starać się odgrodzić od rzeczywistości.
Jednak nie poczułam bólu.
Powoli rozchyliłam powieki i spojrzałam na białowłosego chłopaka, który w jakiś sposób ustawił się przede mną. Chroniąc mnie przed kulą. Spoglądał na swoją nogę, która zaczęła barwić jego jeansy na czerwono.
— Pobrudzili mi spodnie — mruknął chłopak.
W jednej chwili, chłopak podniósł dłoń, a wówczas cała czwórka padła na ziemię, jakby podczas ataku padaczki. Patrzyłam, jak z ich ust wypływa czerwona piana. To był przerażający widok, a ja poczułam ku swojemu zdumieni współczucie z powodu takiej śmierci.
— Nic ci nie jest? — spytał mój wybawca. Popatrzyłam w jego miodowe oczy, gdy się do mnie odwrócił i bezgłośnie zaprzeczyłam. — Jestem Samael, a ty?"





ROZDZIAŁ XVII
"(...)Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek(...)"


— Nic na to nie powiesz, Heaven?
Szare oczy blondynki zwęszyły się niebezpiecznie, ale była na tyle opanowana (o ile można tak to opisać w tej sytuacji). Uśmiechnęła się swoimi pełnymi ustami, które dla płci męskiej były spełnieniem ich sennych marzeń. Podniosła swoją głowę, aby spojrzeć prosto w orzechowe oczy swojej „koleżanki”. Pomimo, iż była niższa od Camille, to właśnie Cam czuła się mniejsza i słabsza.
— No nie wiem, Cam… — powiedziała wyginając kąciki ust ku górze, ledwo powstrzymując swój wybuch śmiechu. — Pewnie znów zniszczyłabym twoje wyimaginowane ego o sobie samej… — westchnęła dramatycznie, przykładając dłoń do serca. — Dyrektorka kazała mi być milsza dla osób z zaburzeniami psychicznymi.
Z chłodną arogancją, przyglądała się, jak czerwień wkrada się na twarz Camille, której usta uformowały się w idealne „o”. Uwielbiała te drobne wymiany zdań z szatynką, mającą idealnie „złotą” opaleniznę. Faktem było, że Cam spędzała więcej czasu w solarium, niż przy książkach. Gdyby nie jej bogaci rodzice, Heaven była pewna, że ta panna nie zdałaby drugiej klasy podstawówki, bo na tym etapie nauki mały móżdżek dziewczyny się zatrzymał.
Prychając jak kotka, szatynka wypadła z szatni, a za drzwiami dało się słyszeć jej wymuszony płacz. Wzruszając ramionami, panna Grey nie przejęła się tym w żaden sposób. Doskonale wiedziała, że łzy się pojawiły, gdyż z pewnością natknęła się na Kena. Znaczy… czarnowłosy przystojniak tak się nie nazywał, ale to określenie idealnie pasowało dla kogoś z jego ilorazem inteligencji i wybujałym ego. Swoją drogą, tworzyli słodką parę.
Pani Bezmózga i pan Wielkie-Ego.
Pakując swoją torbę, zdała sobie sprawę, że gdzieś zapodziała swój telefon. Krzywiąc się lekko na swoją gapowatość, która jej ostatnio ciążyła, ruszyła z powrotem na scenę. Mijające ją znajome dziewczyny, uśmiechały się do niej z serdecznością. Osobiście Heaven nie znosiła tłumów, wolałaby teraz być z Marco. 
Wspomnienia swojego najlepszego przyjaciela, który jednocześnie był gadem, dobry humor jej powrócił. Na kilka minut. Było to przecież nieco śmieszne, gdyż jego opis brzmiał jej zdaniem nieco dwuznacznie.
Wesołość szybko ją jednak opuściła, gdy tylko weszła na scenę i zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego. Można by było to nazwać zmysłem wojownika albo instynktem, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że jakiś drapieżnik się na niego czai. 
Powoli zaczęła podnosić dłonie, jednocześnie uważnie rozglądając się po opustoszały teatrze szkolnym. Światła zostały zgaszone i tylko niewielkie lampki przy scenie oświetlały ciemność wokół niej. Zaciskając dłonie na swoich szpilkach, które przytrzymywały jej długie i proste blond włosy. Wyjęła je, pozwalając ich kaskadzie opaść na jej plecy.
Szpila w jej lewej dłoni, przemienił się w tantō aikuchi* wykonanego z stygijskiego żelaza. Zaś ta w prawej w długi sztylet z niebiańskiego spiżu. Obydwie bronie były idealnie wyważone, a ona sama posługiwała się nimi ze wrodzoną gracją.
W tym momencie, jej przezwisko „Złośliwy Skrzat” nabierało nowych znaczeń.
Może była drobna i z wyglądu przypominała słodkiego elfa, ale jej język był jak brzytwa. Ranił dużo bardziej niż fizyczne ciosy.
Świst przebił powietrze, a ona od razu wymierzyła cios. Za pierwszym razem chybiła, za drugim już nie i dało słyszeć się syk bólu jej przeciwnika. Bo chociaż nic nie widziała (jej wróg był naprawdę szybki), pozostałe jej zmysły pracowały na zwiększonych obrotach, co pozwalało jej na robienie tego, co kocha. Była już blisko zabicia kreatury, która z pewnością uznała ją za łatwy cel, gdy nagle męski okrzyk przeszył powietrze. Padła na ziemię i dopiero po ogłuszającym huku, zdała sobie sprawę, że głos krzyknął „Padnij!”.
Koło niej deski zadrżały. Zerkając w tamtą stronę, spojrzała wprost w czerwone tęczówki wampirzycy, która wyszczerzyła do niej swoje ostre kły. Obietnica zemsty w jej oczach zamigotała tuż przed tym, nim rozpadła się ona w czarny pył, który wybuchł prosto w twarz Haeven.
Słodko.
Kaszląc, starała się pozbyć, jak najwięcej popiołu ze swojej twarzy, a później zaczęła otrzepywać swoje ubranie. Wtedy powoli, jej słuch znów zaczął funkcjonować i mogła usłyszeć końcówkę sprzeczki, która odgrywała się między dwoma różnymi od siebie chłopakami.
—…lać! — warknął chłopak z czarnymi włosami. Właściwie cały był ubrany na ten kolor, choć na jego koszulce był kolorowy wizerunek i napis Spiedermana. — Nie używamy dział!
— Och przestać! To był tylko prototyp!
Mówiąc to, drugi z nich, nieco niższy od pierwszego, z chochlikową twarzą i szerokim uśmiechem, o ciemnych kędzierzawych, czarnych włosach. Zaczął coś majstrować przy skórzanym pasku z narzędziami, zapiętym na biodrze. Wyjmując z niego metalową kostkę, która błysnęła w ciemnościach odbijając światło lamp. Obracał ją w pacach, coś przy niej robiąc, choć wzrok miał skierowany na swojego rozmówce.
— Tym bardziej nie powinieneś go używać w obecności śmiertelnika!
Wrzasnął ten z bluzką ze spidermanem, spoglądając na nią przelotem. Na chwilę jego miodowe spojrzenie spotkało się z jej. Poczuła się znieważona, gdyż rozmawiali o niej, jakby jej tutaj nie było. Mrużąc oczy, położyła swoje dłonie na biodrach, szykując się do ciętej riposty, ale uprzedził ją chochlikowy chłopak.
— No weź! Jak Maggie z tobą wytrzymuje?
To zwróciło całą uwagę czarnowłosego na swojego rozmówce. Zaczął mówić coś do niego szeptem, najwidoczniej nie chcąc, aby ona też to usłyszała. Przewróciła teatralnie oczami. Wtedy też poczuła, jak czyjeś ramiona oblatają ją od tyłu. 
— Tęskniłam za tobą! 
Odwracając głowę, przyjrzała się uśmiechniętej, czarnowłosej dziewczynie, która wyglądała, jakby nie zauważyła dwóch par męskich spojrzeń. Spoglądające na nią z niedowierzaniem i lekkim szokiem. Sama Heaven miała ochotę wybuchnąć śmiechem, gdy dostrzegła oszołomione miny chłopaków.
— Ja za tobą też — powiedziała odruchowo i przypomniawszy sobie, czemu właściwie tutaj przyszła. — Widziałaś może mój telefon?
Czarnowłosa córka Seleny potrząsnęła przecząco głową. Blondynka westchnęła i już miała wznowić poszukiwania, gdy odwróciła się i pokazała środkowy palec dwóm wgapiającym się w nią chłopakom.
— Weźcie się na coś przydajcie i pomóżcie mi znaleźć telefon! — syknęła rozkazująco.
Gdy obaj nadal stali, jak wmurowani. Zniecierpliwiona Luna, odeszła od swojej starej kumpeli i podniosła coś z ziemi. Była to puenta, baletka z gipsowym czubkiem służącym do wykonywania skomplikowanych figur. Dziewczyna wzięła rozmach i rzuciłam nią w stronę syna Hefajstosa. Chłopak dostał głowę twardym czubkiem, jęknął, przyłożył dłoń na bolące miejsce i zaczął je masować. 
— Dziewczyno! Powinnaś zamiast broni nosić baletki! Potwory nie miałyby żadnych szans!
Uwaga, chłopaka o chochlikowej twarzy, została zignorowana.
Haeven z zaciekawieniem, jak również z lekkim rozbawieniem przyglądała się, jak chłopcy w końcu ruszają w stronę sceny. Gdy tylko się do niej zbliżyli, Luna ich przedstawiła:
— To Leo, syn Hefajstosa — wskazała na chłopaka o chochlikowej twarzy. — Zaś ten ponurak, to Samael, syn Tanatosa — wskazała na wyższego z nich, który od razy się skrzywił. — A to jest Heaven, córka Anterosa.
Heaven dość niekulturalnie wgapiała się w Leona, urzeczona jego szerokim uśmiechem i dołeczkami w policzkach. Czując na sobie spojrzenie pozostałej dwójki, szybko odwróciła wzrok i uśmiechnęła się kpiąco.
— Do roboty „Łowcy Wampirów”! — Zawołał Leo.
— Jesteśmy herosami, nie łowcami — zauważył Samael.
Cała trójka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— W takim razie, do roboty „Łowco-Herosi Wampirów!” — wykrzyknął z rozbawieniem Leo.
— I ja mam tak z nimi cały, boży dzień — zauważyła ze znużeniem Luna.
Kąciki ust Haeven zaczęły drżenie z tłumionego śmiechu. Uznała w końcu, że jej weekend zapowiada się nawet ciekawie. Może nawet dołączy do tych herosów i im pomoże? 
Sama jeszcze do końca nie zdecydowała.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Maggie*

Machałam dłonią do swojego ojca na pożegnanie, aż nie skręciliśmy za róg ulicy i nie straciłam go ze wzroku. Westchnęłam smętnie i skupiłam swoją uwagę na pingwinie. Siedząc na chmurce leciał nad głową Jill, robiąc przy tym dziwne miny.
Nie miałam odwagi jej o tym mówić, a szczególnie, gdy była w tak wisielczym nastroju.
Mijając rząd domów, które lepsze dni miały za sobą, przyglądałam się z zafascynowaniem, co ludzie mieli na podwórkach. Przeważnie były to stare auta, bądź wózki ze śmieciami, a raczej z rzeczami, które się „naprawi i sprzeda”. 
Słońce już dawno zaszło, a nam oświecał drogę księżyc. Było w tym, coś magicznego, a co napełniało moje ciało dodatkowa porcją magii. Nie chciałam jednak psuć moim przyjaciołom tej intymnej chwili. Bo nawet ja zauważyłam, jak Jillian dyskretne zerka na Rudzielca i za każdym razem jest na tym przyłapywana. Ryan nawet nie ukrywał, że się w nią wgapia, ale ona nie dała się zmylić i tylko uśmiechają się w ten swój przerażający zaraz-dowiesz-się-co-to-strach sposób.
Dzięki magii zaczęłam dostrzegać ich aury. Był to biały na wpół przezroczysty kontur, który obrysowywał linie ich ciał. Dodatkowo można było dostrzec pojedyncze nitki kolorów, które odpowiadały za cechy charakteru i obecny nastrój. Jako córka Hekate automatycznie wiedziałam, które co oznaczają.
Chociaż prawda o moich przyjaciołach mnie zaskoczyła.
Wpatrywałam się w aurę Ryana z lekko rozciapaną buzią.
Serce zabiło mi szybciej, oddech stał się płytszy, a ja nawet nie zauważyłam kiedy się zatrzymałam. Zamykałam, mrugałam i pocierałam oczy, aby tylko się przekonać, że to co widzę, jest wytworem mojej wyobraźni. Jakże chciałabym, aby taka była prawda.
Niestety to było rzeczywistością.
— Maggie, wszystko w porządku?
Słysząc znudzony głos Jill, otrząsnęłam się i kiwając głową natychmiast ich dogoniłam. Zerkając ukradkiem na Rudzielca, a który to uśmiechnął się nieco smutno i kiwnął głową. Potwierdzając to, co przypuszczałam.

* ~ * ~ *

— Apate, emboliari, fur, furuncle**!
Bogini Nieszczęścia i Zdrady prychnęła z pogardą, gdy Moros w akcie gniewu wyzwał ją po łacińsku. Sama miała ochotę dać upust nerwom, a jednak w odróżnieniu od niego umiała nad sobą dużo lepiej panować.
Siedząc na ciemnej sofie, wzniosła oczy ku niebu, gdy Moros po raz setny przeszedł koło niej. Była niemal pewna, że zaraz zrobi dziurę w podłodze. Nie tylko jej działał na nerwy, bo poniektórzy bogowie rzucali mu znaczące spojrzenia, które skutecznie ignorował w przypływie swojej frustracji i gniewie.
Ale co z ich niepowodzeniem ona miała wspólnego?
— Powinieneś ją bardziej skrytykować — poskarżył się z niezadowoleniem Momos.
— Jesteśmy tacy słabi… — wtrąciła cicho Oizys.
Ozisys została zignorowana. Jako bogini nędzy i cierpienia, jęknęła smutno i żałośnie. Kładąc się przy tym na podłodze wykonanej z czarnego marmuru w świątyni Nysk (na Olimpie). Przyglądając się swojemu odbiciu Oziys jeszcze bardziej zaczęła jęczeć i wyżalać się nad swoją niedolą.
— Przecież wcale nie przegrywamy! — zawołał ze złością Pseudologos. Jego głos skutecznie uciszył innych bogów. — To nie jest Hysmina, a ona nienawidzi Aresa i kocha Arodytę, pokłóciłem się z nią i…
— Mówże po ludzku! — Syknęła rozzłoszczona Apate.
Pseudologos skrzywił się, ale zaprzestał swoich kłamstw, wzdychając ciężko.
— Hysmina nam pomoże w zamian za Aresa — wyznał.
Czwórka bogów spojrzała na nowo przybyłą, która stała obok boga kłamstwa. Z zainteresowaniem lustrowali, wysoką blondynkę, która miała na sobie czarny t-shirt z rozerwanymi rękawami. Skóre jej ramion  zdobyły różnego rodzaju, zawiłe i niepokojąco wyglądające tatuaże. Na głowie miała bandame, a na lewym policzku dziwną, nieregularną szramę, która musiała powstać przez jakąś tępą broń.
Następnie znów wszyscy bogowie, którzy byli zamknięci w Puszce Pandory zwrócili się na siebie z ostrymi językami i obrażając się nawzajem. Próbowali w ten sposób odreagować, ale żadne z nich nawet nie dostrzegło samej Nysk, która stając w progu swojej świątyni. Z niepokojem przyglądała się swojej rodzinie, która zaczęła powoli demolować jej świątynie. 

* ~ * ~ *
*Perspektywa Ryana*

Niemal wyłamałem drzwi od autobusu, gdy tylko zatrzymał się on na naszym przystanku. Prędko pobiegłem w krzaki, aby zwymiotować zawartość swojego śniadania. Oparłem dłonie o lekko ugięte kolana i opuszczając głowę, pozwoliłem, aby czerwone kosmyki moich włosów opadły mi na twarz.
— Ryan?
Zignorowałem wołanie. Starałem się w tej chwili skupić na wyrównywaniu oddechu i sprawieniu, aby reszta zawartości mojego żołądka została w nim. Słysząc jednak ponownie swoje imię, podniosłem wzrok mając nadzieje, że będzie to zmartwiona Jill. 
Niestety zawiodłem się, ale na szczęście nudności zostały zastąpione trwogą.
Przekląłem pod nosem.
— Ryan, Słoneczko to ty!
Niebiesko-szare oczy Jenny spoglądały na mnie z radością. Jej długie kasztanowe włosy, były ustylizowane teraz na wzór Merlin Monroe. Miała na sobie również biały golf, który podkreślał jej bujne kształty i świetnie dopasowane jeansy.
Zerknąłem za siebie, aby zobaczyć dzielącą mnie odległość od córki Hekate i córki Eola. Obydwie jednak były zajęte studiowaniem mapy, którą przyniósł im Henryk. Pingwin był widocznie bardzo uszczęśliwiony błyskiem zadowoleniu w oczach Jill (ja też uwielbiam ten przejaw radości u mojej Złośnicy), gdyż spoglądał na nią z uwielbianiem. Ciekawe, czy i ja gdy na nią patrzę, wyglądam podobnie?
Nie wiedząc nawet kiedy, zacząłem mierzyć wzrokiem przyszłą matkę moich dzieci. Zatrzymując się w niektórych rejonach jej ciała i mając wielką nadzieje, że co nieco jej jeszcze urośnie. Tak mnie pochłonęła obserwacja Jill, że dopiero walnięcie w ramię, które zrobiła Jenny (owszem w młodości nieco przypominała moją Złośnice) zwróciło moją uwagę na niezapowiedziane spotkanie.
— Cudownie wyglądasz Jenny, nowa fryzura?
Ten temat był najbardziej pomocny w rozmowach z dziewczynami typu Jenny. Która to był zadowolona z komplementu i zainteresowania, jakie jej zdaniem mam względem jej osoby. Pozwoliło mi to na chwilę spokoju i przemyślenia taktyki.
— Słoneczko… — zamruczała zmysłowo Jenny, przybliżając się do mnie i kręcąc zalotnie biodrami. —… tęskniłam za Twoimi ciepłymi promieniami — dodała nieco ciszej.
Zrobiłem szybki rachunek sytuacji.
— To bardzo źle — wyznałem, czując jak na moją twarz wpływa uśmiech. — Twoje Słoneczko, chętnie ogrzeje cię w tak pochmurny poranek.

* ~ * ~ *
*Perspektywa Jillian*

Studiując mapę, starałam się zrozumieć w którą stronę musimy wyruszyć, aby dość do Zatoki Meksykańskiej. Podczas podróży Ryan i Maggie zgodnie stwierdzili, że to nasz punkt podróży. Mój Nielot wyjątkowo się na coś przydał, uczenie go kradzieży przez dzieci Hermesa nie poszły w zapomnienie. Zdecydowanie powinnam częściej pożyczać Henryka innym obozowiczom. Może nauczą go robić broń?
Wtedy byłby idealnym zwierzęciem domowym.
Byłam tak pochłonięta swoimi myślami i próbami zrozumienia mapy, żę dopiero za trzecim razem, gdy Maggie mnie uderzyła łokciem zareagowałam. Tylko dlatego, że wcześniej uderzała mnie dość słabo. Przeniosłam na nią swój niezadowolony wzrok, ale ona kiwnęła mi w zamian głową w stronę krzaków. Tam właśnie poleciał Rudzielec, aby zwymiotować zawartość swojego żołądku. 
Spojrzałam w tamto miejsce i poczułam sprzeczne emocje.
Przed moimi oczami pojawiła się czerwona mgiełka, która uaktywnia się przeważnie podczas walki. Tym razem (choć dość późno) zrozumiałam, że zalała mnie fala zazdrości. Tak irracjonalnej, bo w końcu nie kochałam Rudzielca, że niemal śmieszna.
Mój umysł wrzeszczał, że powinnam się opanować. Nie mogłam pokazywać, że w jakiś sposób mi na kimś zależy. Bo wtedy taka osoba zawsze umiera. Na nic były jednak wrzaski mojego rozumu, tym razem, pierwszy raz od dawna, to serce przejęło wodze nad moim ciałem.
W kilka sekund przekonałam dzielącą nas odległość. Gdy tylko pojawiłam się koło nich, usłyszałam końcówkę wypowiedzi Rudzielca. Poczułam jak na moją twarz wpływa rumieniec złości. Tleniona blondynka (nawet jeżeli było to kłamstwo, to bardzo budujące) odwróciła się do mnie w momencie, kiedy moja pięść już wystartowała.
Dziewczyna pisnęła i zatoczyła się do tyłu od mojego uderzenia. Maggie wrzasnęła, a Ryan wyglądał, jakby właśnie wygrał na loterii. Był tak z siebie zadowolony, że niemal pękł z tej swojej durnej radości. Blondynka nie była jednak pierwszą lepszą lafiryndą (bardzo mi przykro, chociaż może i nie, ale będę ją teraz tak nazywać).
Okazało się powiem, że nie jest aż taka bezbronna na jaką wygląda. Znikąd w jej dłoni pojawił się długi miecz, który był także szeroki. Przypominał mi gigantyczny tasak. Coś jak te wszystkie bronie w Anime. Aż dziwiło mnie, jak taka drobna osóbka, jak ona jest w stanie to unieść.
Nie miałam z tym najmniejszego problemu.
Walka na bronie się rozpoczęła, więc natychmiast sięgnęłam po swoją bransoletkę. Wcześniej nie całkiem unikając ciosu swojej przeciwniczki. To spowodowało, że rękaw mojej kurtki został rozdarty, a ja syknęłam z nagłego pieczenia, które poczułam.
Już po chwili w dłoni dzierżyłam bicz.
— Ryan zatrzymaj je! — Usłyszałam krzyk przerażonej Maggie.
— Maggie… one biją się o mnie i ja mam to przerywać? — spytał z niedowierzaniem w głosie Ryan. — Byłbym idiotą, gdybym to zrobił!
Maggie mruknęła coś pod nosem, co spowodowało śmiech Rudzielca. Dłużej się nimi nie interesowałam, bo moja przeciwniczka w tej chwili miała wymalowaną chęć mordu w oczach. Dopiero wówczas zorientowałam się, że są one również szarego koloru, co moje.
Ryan jest zboczeńcem-prześladowcą.

* * *

Maggie podała mi baton z ambrozji, gdy tylko do nich podeszłam po skończonej walce. Podziękowałam jej ruchem głowy, a następnie podeszłam do Ryana i walnęłam go w głowę. Zignorowałam jego żałosny jęk i psie oczy, którymi na mnie spoglądał. Dobrze wiedział, za co oberwał. Idiota. Choć niestety muszę przyznać, że jest słodkim idiotą... 
Podniosłam swój plecak i ruszyłam tylko sobie znanym kierunku. Żadne z nich nie odezwało się słowem. W ciszy szliśmy przed siebie, a przynajmniej byśmy to zrobili, gdyby powietrze przed nami nagle nie zafalowało i nie pojawiła się nikła tęcza, aby później pokazać rozwścieczonego Chejrona.
— Na gacie Zeusa! Gdzie wy jesteście?!
Ups… mieliśmy przechlapane.

* ~ * ~ *

Chłodny wiatr owiał jej twarz, gdy ona jednak zamiast przyglądać się przepięknej plaży na Ogygii spoglądała na fotografię w dłoni. Zdjęcie przedstawiało krzywiącą się z niesmaku brązowowłosą dziewczynę, która próbowała ignorować swojego towarzysza. Był nim rudowłosy chłopak, który spoglądał na nią z uwielbieniem. Melinda mimowolnie zachichotała. Jej córeczka miała chłopaka. Jakie to urocze!
Bursztynowe oczy kobiety jednak nagle wypełniły się cierpieniem. Serce zacisnęło jej się z tęsknoty za utraconym skarbem. Niestety musiała ratować swoja córkę. Nie chciała, aby pięcioletnia wówczas Jillian żyła w ciągłym strachu o własne życie. Pragnęła dla swojej córki szczęścia skazując tym samym siebie na samotność.
Wiatr ponownie zawiał od strony niespokojnego morza. Serce ścisnęło jej się z radości, gdy na horyzoncie zamigotał jakiś punkt. Niestety szybko minęła, gdy przekonała się, że to tylko ptak.
— Czekam na ciebie Jillian — wyszeptała zaciskając drobną dłoń na fotografii.
— Melindo?
Usłyszawszy swoje imię, kobieta odwróciła się w stronę stojącej nieopodal właścicielki wyspy. Na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech. Migdałowe oczy dziewczyny uważnie się jej przyglądały, a następnie wydawały się o coś pytać. Melinda powoli przytaknęła głową.
— Obiecałam ci — Przypomniała jej i sobie.
— Jesteś pewna Melindo?
— A ty Kalipso?
Dziewczyna przytaknęła głową na pytanie-odpowiedź swojej rozmówczyni. Następnie odwróciła się. Jej biała suknia na ramiączka zafalowała lekko. Dodała ona ją na tę okazję właśnie od Melindy. 
Bez słowa obydwie ruszyły w stronę migocącego w oddali budynku. Gdzie za kilka chwil mieli pojawić się bogowie olimpijscy i zdecydować, czy zgadzają się na ich propozycję, czy nie. Tym razem Kalipso była w dobrej wierzy. Miały wiele argumentów działających na ich korzyść.
Tym razem musi się udać.
A ona będzie wolna i odnajdzie swoją miłość. 
Zaś Melinda będzie wreszcie bezpieczna.





--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Legendy:
*Tantō aikuchi - rodzaj sztyletu lub puginału japońskiego z jedno- lub obosiecznym ostrzem, o długości od 15 do 30 centymetrów. Głownia była przeznaczona przede wszystkim do pchnięć, lecz można nią było także z powodzeniem ciąć. 
** Z łac.: "Apate, jesteś błaznem, złodziejem i zwykłym oszustem"

********************************
Zacznę od tego, że jest w tym rozdziale wiele niewiadomych. I trochę chyba mi się nie udała...
Jenny nie jest ważną postacią. Była ona po prostu gościem w tym rozdziale.
W następnym rozdziale (najprawdopodobniej) dojdzie do wielkiego spotkania Jill z jej matką.
To sprawia, że powoli zbliżamy się ku zakończeniu opowiadania.
No i serdecznie zapraszam do nowej zakładki "Gabinet Chejrona".
Tam zaś pojawi się "Wywiad z Ryanem", więc naprawdę zapraszam :)
Bussis! :3
P.S. Przepraszam za tak długi czas oczekiwania na rozdział!







sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział X


"(...)Pomagasz mi w mojej sekretnej misji(...)"

Czerwony punkt na horyzoncie zaczął powoli wędrować ku górze, choć tak właściwie to Apollo w czerwonym kabriolecie maserati spyder bawił się w najlepsze jeżdżąc po niebie i rozpoczynając nowy dzień. To wcale nie przeszkodziło pewnej kobiecie podnieś twarz w stronę jasnego punktu i pozwolić, aby jego promienie ogrzały jej, nadal senną po niedawnym śnie twarz.

Kobieta nie wyglądała jakoś szczególnie pięknie, zwykła brązowowłosa kobieta w średnim wieku. Nieco wychudzona, ale mająca nieźle wyrobione mięśnie, a które zakrywał purpurowy koc, którym była owinięta.
Mimo tej uroczej scenki, jaką reprezentowała sobą kobieta, tylko nieliczni mogli dostrzec to, że jej postawa ciała (choć zasłonięta) mówiła wyraźnie, że jest ona gotowa w każdej chwili się obronić albo, co ważniejsze zaatakować swojego przeciwnika.
Gdy otworzyła oczy, biorąc głęboki oddech uwolniła z nich niewielką parę powietrza, która już po chwili rozmyła się jak najpiękniejszy sen. Jej bursztynowe oczy spoglądały w niebo, gdyż to jej zdaniem była najpiękniejsza pora dnia. Taka, której noc i dzień przez chwilę grały całą spójność, bo to za każdym razem przypominało jej o największym skarbie, który musiała opuścić.
Serce ponownie zacisnęło się jej z żalu za utraconym dzieckiem, a na które przez swoją obecność mogła sprowadzić prawdziwe niebezpieczeństwo, a czego jako kochająca matka nie mogła zrobić, choć jej samolubna strona miała ochotę zabić wszystkich, aby w końcu być tylko ze swoją ukochaną córeczką… swoją maleńką…
— Melinda? — Usłyszała znajomy głos.
Drgnęła, ale nie odwróciła się za siebie, tylko oparła dłonie o marmurową balustradę spoglądając z przyjemnością na morze, którego spokojne fale oblewały brzeg plaży, nawet ono wydało jej się pogrążone nadal w półśnie. Najbardziej uwielbiała to, jak żółte słońce barwiło chmury, a błękit morza pięknie to wszystko odbijał niczym lustro.
— Czyż to nie piękny widok? — Spytała.
Usłyszała cichy szelest za sobą, a następnie koc na jej ramionach został jej ciaśniej zawinięty, podobnie było z białym porcelanowym kubkiem z naddrukowanym na nim zdjęciem czternastoletniej dziewczyny o pięknych szarych oczach, a która była odzwierciedleniem tych, w których niegdyś się zakochała. Para wydostająca się z kubka i jasna brązowa barwa podpowiedziała jej, że dziewczyna znajdujący się za nią, przygotował jej ulubioną herbatę z miodem.
— Ależ ona wyrosła — stwierdziła wzruszona.
— Cieszę się, ze tu trafiłaś — stwierdziła jej młodsza towarzyszka.
Z uśmiechem na ustach kobieta spojrzała na młodszą od siebie dziewczynę, która miała niezwykłe migdałowe oczy i włosy w kolorze karmelu, podobnie jak oczy starszej z nich. Obydwie niedawno się obudziły i ubrane nadal w pidżamy, to jednak przyszły (jak w każdy poranek od przeszło miesiąca) oglądać wschód słońca.
— Dziękuje, Kalipso — powiedziała w końcu starsza z nich.
Młodsza z nich spojrzała na drugą z lekko zaskoczona słowami jej towarzyszki. Ona w odróżnieniu od Melindy nie mogła opuścić swojego, a jednak rozumiała tę kobietę, bo jako harpia, która każdego dnia walczyła o swoje życie, najprawdopodobniej ona sama również uciekłaby nawet do samego Tartaru, aby pozbyć się swoich prześladowczyń.
— Hermes niedługo powinien przybyć z przesyłką — poinformowała ją.
Melinda zacisnęła usta w wąską linię, a jej oczy przysłoniła mgiełka, bo w tek chwili jej myśli oderwały się i poszybowały w przeszłość, a serce wraz z nimi. Znów zobaczyła szeroko uśmiechniętą czterolatkę, która na jej widok, krzyknęła: „Mamusia!” i ze łzami szczęścia rzuciła się jej na szyję, ściskając przy tym z całej siły.
Pragnęła z całego serca pozostać przy swojej córce i naprawdę próbowała już wszystkiego, przez pięć lat od czasu narodzenia się córki, szukała po całym świecie jakiegoś rozwiązania, ale w końcu musiała zrezygnować, bo niebezpieczeństwo z dnia na dzień stawało się coraz większe.
Bała się tego, że gdy jej rodzina odkryje prawdę o jej córce, to właśnie ta słodka i niezwykle ufna dziewczynka stanie się celem innych. Mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie opowieści swojej córki, że jej nowy kolega, miał dziwne pomysły.
— Cześć, jestem Matt — powiedział gruby chłopak.
Brązowowłosa czterolatka odwróciła się z radością do nieznajomego i uścisnęła jego ciepłą i dużą dłoń. Mimo że chłopak miał wyraźnie nadwagę, ona była nim oczarowana. Nie przejmowała się nawet tym, że ma dziwaczną fryzurę, a jego włosy były niezidentyfikowanego koloru ni to brązowe ni to blond. Zwróciła uwagę za to na jego jasne czekoladowe oczy, które sprawiały, że wyglądał na przyjazną i pełną współczucia osobę.
— Jesteś brzydka — oznajmił i pociągnął ją za kosmyk włosów. — Chcesz się bawić?
Usłyszawszy jego zaproszenie powstrzymała nagły przypływ łez i przytaknęła ruchem głowy, a w następnej chwili stała się jego „nałożnicą” cokolwiek to znaczyło. Jednak musiało być to, coś złego, bo nauczycielka aż zbladła, a później wysłała ich do dyrektora.
Mimowolnie wyszczerzyła zęby w szeroki uśmiech, bo tylko jej ukochana Jillian mogła pakować się w najgłupsze w historii świata sytuację. Jednak, gdy Melinda spojrzała na kubek z podobizną swojej córki, jej serce niemal nie zostało zgniecione przez żal, bo wprawdzie proponowała sprzedanie duszy wszystkim, ale jako pół-harpia jest to dla niej niemożliwe.
— Jest już bezpieczna — oznajmiła Kalipso.
Melinda była jej dozgonnie wdzięczna i nie tylko, dlatego, że nareszcie znalazła dla siebie schronienie od wiecznej tułaczki i walki, ale również, dlatego, że dzięki niej, satyrowie odnaleźli jej córkę, która nareszcie będzie w bezpiecznym miejscu, do którego ona nigdy nie miała wstępu.
— Chciałabym ją kiedyś zobaczyć, wytłumaczyć, że opuściłam ją dla jej dobra… — wyszeptała kobieta przyglądając się tępo swojemu kubkowi. — One by ją zabiły, bo gdy one raz kogoś znalazły już nigdy nie gubią tropu — wyznała.
— Harpie? — Spytała zdumiona Kalipso.
— Nie — zaprzeczyła kobieta. — Siostry mojego ojca — wyjaśniła.
Mimo tego, Kalipso nie mogła pojąć, jak jakieś śmiertelniczki mogły być aż tak groźne, ale nie zamierzała kwestionować słów swojej towarzyszki, bo doskonale wiedziała ile ta kobieta przeszła ochraniając swoją córkę i będąc przez niemal całe swoje życie w ciągłej ucieczce.
— Kochałaś kiedyś kogoś?
To pytanie ją samo zaskoczyło, ale zasłoniła swoja twarz długimi karmelowymi kosmykami. Odkąd pamiętała, bogowie uwielbiali przysyłać jej tu przystojnych towarzyszy, w których się zakochiwała, ale którzy nigdy nie mogli zostać, ale… od czasu pewnego herosa, nie potrafiła myśleć już o nikim innym, bo zdała sobie sprawę, że nigdy nie kochała żadnego z tamtych chłopców tak jak syna Hefajstosa, który obiecał jej, że po nią wróci, a ona będzie cierpliwie czekać nawet, jeżeli trwałoby to wieczność.
Ona poczeka.

*    ~    *    ~    *


Luna okazała się psychopatką.
Przynajmniej takie zdanie miałam na jej temat, bo dziewczyna nie dość, że protekcjonalna w ocenie innych herosów to jeszcze jest najgłupszą osobą w obozie. Choć zaczęliśmy od zwiedzania domków, to nie od numeracji, a od domku Afrodyty.
Tam na dzień dobry poznałam niejaką Drew, która (wyglądało na to) była najlepszą przyjaciółką Luny, a obie dziewczyny zaczęły cmokać swoje policzki, jak te wszystkie piękne gwiazdki szkoły. Miałam ochotę zapytać bogów, za jakie grzechy przydzielili mi właśnie takiego przewodnika.
Gdy brunetka z pięknymi lokami wbiła we mnie wzrok, jej ciepłe brązowe oczy były zapewne tylko, jaką iluzją. Na dodatek, gdy rozbłysło w nich rozpoznanie, skrzywiła się jakby ktoś właśnie powiedział jej, że jej ulubiony krem do rąk został wycofany ze sprzedaży. Jej azjatyckie rysy nadawały jej pewnego niepowtarzalnego uroku. Jednak mnie najbardziej wzburzył jej ubiór, bo czy nie miała jakiś sukienek, albo mini spódniczek, w których wyobrażałam sobie zawsze dzieci Afrodyty?
Oczywiście ona, jako córka bogini miłości, po prostu musiała światu pokazać, że w paskudnej pomarańczowej bluzce i jeansach nadal reprezentuje się jak jedna z tych pięknych ludzi w kolorowych magazynach.
— To jest ta laska od Ryana — oznajmiła nagle Drew.
Ramiona mi opadły – dosłownie!
Jak można było powiedzieć, coś takiego? Niemal gotowałam się ze złości, bo wstrętna ruda małpa już wyrobiła sobie zdanie wśród herosów, a ja byłam po prostu cichym dodatkiem koło niego. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, ani być „cieniem” w obliczu majestatu pewnego rudego idioty.
Stojąc jak to piąte koło u wozu, czekałam aż moja przewodniczka łaskawie zakończy swoją pogawędkę, a następnie ruszyliśmy dalej w naszą „podróż pełną ciekawych rzeczy”, po drodze nie omieszkała ona wyjaśnić, że z Drew lepiej nie zadzierać, bo teraz, gdy Piper jest nieobecna to owa córka Afrodyty ma największą władzę.
Nawet nie chciałam wiedzieć, co to za grupy mafijne powstały z tych herosów, ale zaczęło robić się dopiero interesująco, gdy sama Luna stwierdziła, że najchętniej rozniosłaby Drew w pył i zatańczyła nad jej martwym ciałem taniec radości. Właściwie było jeszcze kilka herosów, których nie cierpiała, a którymi musiała żyć w pokojowym nastawieniu.
Wtedy właśnie doszliśmy do domku Hefajstosa.
Z zewnątrz niewielki domek wyglądał jak statek kosmiczny. Był cały z metalu, a okna miał przesłonięte żaluzjami tego samego materiału, co jego reszta. Okrągłe, grube na parę centymetrów drzwi przypominały wejście do skarbca w banku. Otwierały się za pomocą mnóstwa mosiężnych przekładni i hydraulicznych tłoków, z których buchała para.
A raczej Luna wskazała mi go palcem, mamrocząc coś o tym, że wszyscy herosi stamtąd są zawsze czymś umazanym i podejrzewała ona, że ze swoim kluczem francuskim nie rozstaja się nawet podczas pooranego prysznica (jeżeli takowy biorą). Choć jej opinia była trochę przesadzona, ja sama czułam wielką ochotę wetrzeć się tam i zobaczyć na własne oczy, jak wygląda ten szczególny domek.
Luna już miała mnie odciągnąć, gdy usłyszeliśmy stek przekleństw a drzwi prowadzące do twierdzy dzieci Hefajstosa stanęły przed nami otworem. Rozdziobałam usta widząc, jak jeden chłopak próbuje wytargać przez nieco wąskie drzwi wielki worem wypełniony jakimiś rzeczami.
Chłopak podskakiwał wokół worka jak wariat, a dokładniej facet z nadmiarem kofeiny we krwi. Jego kędzierzawe, czarne włosy były czymś obklejone, a lekko szpiczaste uszy i trójkątna twarz przypominały mi elfa z orszaku latynoskiego św. Mikołaja, ale to Luna zwróciła na siebie jego uwagę, gdy odchrząknęła, a chłopak spojrzał na nas, jego twarz rozświetliła się od łobuzerskiego uśmiechu.
— Może pomożecie, drogie panie?
Czyżbym trafiła na drugiego szaleńca?
Przynajmniej ten nie był rudą małpą.
Wiedziałam, że Luna mu nie pomoże i on również to wiedział, bo natychmiast powrócił do swojego poprzedniego zajęcia, ale ja nie byłam taką pozerką jak moja przewodniczka i po prostu żwawym krokiem ruszyłam w jego stronę, w jego oczach pojawiło się zdziwienie, gdy z gracją przeskoczyłam nad workiem tarasującym połowę drzwi i zaczęłam pchać go od tyłu.
— Dzięki — powiedział, gdy udało nam się przepchać worek. — Pewnie chcesz zobaczyć Argo II, co?
Choć miałam milion ciekawszych rzeczy do roboty, to jednak moja wrodzona ciekawość wzięła górę nade mną i kiwnęłam mu potakująco głową zabierając od niego worek wypełniony (tak mi się wydaje) cegłami. Gwizdnął, gdy przerzuciłam sobie go przez ramię i ruszyłam we wskazanym przez niego kierunku, a ja odkryłam, że jest naprawdę ciekawski.
— Musisz być córką Aresa, co? — Zagadnął.
— Nie — odpowiedziałam zwięźle.
W duchu przeklinałam samą siebie, że w ogóle zgodziłam się mu pomóc, a byłam pewna, że Luna nie będzie na mnie czekała, tylko zajmie się „wypływaniem na głęboką wodę” – jak sama nazwała przyjaźnienie się z najważniejszymi dziećmi w obozie.
Wchodząc coraz głębiej do lasu, worek zaczął mi ciążyć i z tego też powodu nie dostrzegałam piękna natury, które mnie otaczały. Naprawdę było to zadziwiające, że pod koniec listopada w obozie było cieplutko jak w środku maja, a drzewa nadal miały piękne korony zdrowych zielonych liści.
Kilka ptaków ćwierkało tylko sobie znaną pieśń, szumiał lekki przyjemny wiatr, który ochładzał skórę po ciepłych promieniach słońca, bo dzisiejsze niebo było całkowicie bezchmurne. Szyszki i igły wydawały charakteryzujący dla siebie dźwięk, gdy ja i syn Hefajstosa stąpaliśmy po nich, kierując się coraz głębiej w las.
W końcu dotarliśmy do jakiegoś strumienia, a ja wiedziałam, bo choć nie przepadałam za lasami i zawsze sądziłam, że szybko się w takich gubię, to jednak doskonale wiedziałam, w którym kierunku należy iść, bo za każdym razem, gdy tylko wiatr powiewał potrafiłam bezbłędnie określić, z którego kierunku.
— Teraz ja poniosę — zaoferował się syn Hefajstosa.
Duma jednak mi na to nie pozwoliła i tylko zmrużyłam oczy i przerzuciłam worek na drugie ramię podnosząc podbródek do góry i przyśpieszając kroku. Chłopak zaśmiał się cicho z mojego zachowania, ale miał na tyle rozsądku w głowie, że tego nie skomentował, a jedynie zrównał się ze mną krokiem, patrząc w zamyśleniu przed siebie, aż w końcu w jego oczach pojawiły się radosne iskierki, a jego usta ułożyły się w łobuzerski uśmiech.
— Jestem Leo Valdez, a twoje mięśnie są godne siły Herkulesa — zażartował.
Taki komplement był dla mnie nowością, a moje policzki zaczerwienione ze zmęczenia, teraz zostały oblane rumieńcem zawstydzenia. Pierwszy raz coś mi się takiego zdarzyło i nie miałam większej ochoty tłuc za to osoby, która mnie do tego stanu doprowadziła.
— Jillian Taylor — przedstawiłam się krótko.
Chłopak kiwnął głową i znów się uśmiechnął, a następnie wyjął coś ze swojego skórzanego pasu z narzędziami, który miał zapięty na biodrze i wyciągnął otwartą dłoń, na którym leżały dwa białe cukierki i spytał:
— Miętówkę?
Zaprzeczyłam ruchem głowy, ani na chwilę nie zwalniając, choć już od pewnego czasu moje ramiona bolały niemiłosiernie, nie wspominając nawet o tym, że powoli łapała mnie zadyszka, a moje stopy będą mieć kilka odcisków przez tak niewygodne buty, które niestety założyłam.
Mój towarzysz był w dużo lepszej formie, niezmęczony i gwiżdżący pod nosem jakąś melodyjkę, wydawał się wyluzowany, ale w jego oczach nadal było jakieś cierpienie. Ta mgła bólu była w jakimś stopniu dla mnie znajoma, jakby on również w życiu stracił coś naprawdę cennego.
— Co my właściwie robimy? — Spytałam nie mogąc powstrzymać rosnącej ekscytacji.
— Pomagasz mi w mojej sekretnej misji — oznajmił.
Jego szeroki uśmiech wskazywał na to, że żartował, ale błysk powagi w oczach wydawał się temu przeczyć, natomiast ja zastanawiałam się, jak to możliwe, iż wplątałam się w taką sytuację. Zacisnęłam dłonie na worku i przyśpieszyłam kroku, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu naszej wędrówki, bo gdyby nie mój ojciec, pewnie potrafiłabym zapanować nad swoją ciekawską naturą harpii.
W końcu zatrzymaliśmy się przed ścianą z wapienia, wysoką na trzydzieści metrów gładką, twardą masą skały, po której na pewno nie zamierzałam się wspinać wraz z tym ciężkim workiem i gdy miałam już wyrazić swoje zdanie, chłopak podszedł do ściany, a po chwili coś, jakby iskra pojawiła się, aby po chwili ukazać niewielkie drzwi. Gestem dłoni chłopak zaprosił mnie do środka.
— Zapraszam.
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, czy to dobre posunięcie, ale ciekawość wygrała z rozsądkiem i posyłając Leonowi ostrzegawcze spojrzenie weszłam do środka, tym samym uruchamiając jakiś czujnik, który rozświetlił całe pomieszczenie, a ja nie wiedziałam, na co patrzeć.
— Witaj w mojej jaskini! — Zawołał Leo. — Normalnie czuje się jak Batman — zażartował.
Moje myśli automatycznie pognały do Ryana, który nadawałby się na bycie Jokerem.
Otrząsnęłam się z myśli o nim i rozejrzałam po wielkiej jaskini, która przypominała mi skorych rozmiarów hangar samolotowy. Stało tutaj mnóstwo warsztatów i klatek na narzędzia, jak również mnóstwo różnych rzeczy, które przypominały mi kawałki metalu, żelastwa, czy jeszcze czegoś. Wzdłuż ścian widniały rzędy garażowych drzwi oraz metalowych schodków prowadzących po do pomostów wiszących nad nami.
Jedne z garażowych drzwi były otwarte i korzystając z tego, że Leo zajęty był przyglądaniem się jednej z tablic konstruktorskiej, do której coś mruczał i przeglądał jakieś kartki. Gdy już znalazłam się w zawalonym przez różne rzeczy pomieszczeniu dostrzegłam, iż nie są to takie zwykłe rzeczy.
To przypominało jedno z tych urządzeń wariatów-geniuszów, którzy postanawiają przenieś się w czasie. Urządzenie było nieco większe ode mnie i przypominało dwa trójkąty wchodzące na siebie i tworzące gwiazdę Dawida. Urządzenie to miało podest, do którego za pomocą grubej rury przymocowana była owa gwiazda.
— To urządzenie mojego autorstwa — oznajmił z zadowoleniem Leo.
Posłałam mu pytające spojrzenie i dopiero wtedy zobaczyłam, co takiego taszczyłam w worku i mojej usta otworzyły się z niedowierzania, gdy zobaczyłam dziwną okrągłą maszynkę wielkości kuchenki, która był zapewne z żelaza, albo z ołowiu.
— Dobra — mruknęłam, bo głowa zaczynała mnie boleć. — Rób, co chcesz ja spadam — oznajmiłam.
— Niedługo znów ją zobaczę — szepnął cicho Leo.
Ta cicha nuta determinacji w jego głosie i tęsknoty kazała mi znów na niego spojrzeć, ale on wgapiał się z wielką nadzieją w swoją maszynę, jakby miała ona spełnić jego największe marzenie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się czymś przejęłam, a gardło ścisnęło mi się ze współczucia, emocję, których szczególnie unikałam odżyły, gdyż naprawdę zdałam sobie sprawę, że ja i Leo kogoś straciliśmy w równym stopniu. Teraz dopiero zaczęłam pojmować, że nie tylko mi została zabrana miłość matki i ojca, nie tylko ja byłam samotna na tym świecie. Pierwszy raz w życiu zaczęłam rozumieć drugą osobę, a to sprawiło, że jakaś moja część miała ochotę opuścić to miejsce, które już po dwóch dniach potrafiła tak mocno na mnie wpłynąć, bo co będzie dalej? 

*    *    *


Trafiłam pod wielki dom bezbłędnie, jakbym miała w głowię wbudowany kompas. Westchnęłam i odsunęłam kila dłuższych kosmyków ze swojej twarzy za pomocą dłoni i lekko je potargałam chcąc nieco ochłodzić się w ten upalny poranek.
Właśnie miałam kierować się do domku Hermesa, gdy usłyszałam zderzającą się ze sobą stal, a serce zabiło mi mocniej za każdym razem, gdy ten dźwięk dostawał się mi do ucha. Moje serce zaczęło bić jego rytmem, jakby walka była moim drugim powołaniem.
Szybko ruszyłam w tamtym kierunku, jak marynarz wołany przez śpiew syren.
Znalazłam się na niewielkim placu, gdzie kilku herosów w greckich zbrojach dzierżyli w dłoniach miecze, bądź inne ostre bronie i nacierali na siebie z wielką gracją i umiejętnością. Pragnęłam z całego serca zmierzyć się z którymś z nich, gdy wtedy usłyszałam chichot nad głową. Podniosłam ją i zobaczyłam wpatrujące się we mnie dwukolorowe tęczówki rudzielca.
— Czekałem na ciebie — powiedział z uśmiechem.
Już otwierałam usta, aby go zbesztać za bycie nim, gdy pomachał mi czymś przed oczami, oderwałam od niego niechętnie wzrok i wbiłam go w czarną dziwną bransoletkę. Miałam ochotę zabrać ją i zachować, bo była piękna w swojej dziwnej prostocie, ale wiedziałam, że prawdopodobnie uduszę nią stojącego zdecydowanie zbyt blisko mnie Ryana.
- Czy ty dajesz mi bransoletkę?
— Nie — odpowiedział z rozbawieniem. — Aż takim kretynem nie jestem, a to jest po prostu magiczna broń — wyjaśnił.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, a gdy spojrzałam znów na niego, zobaczyłam jak jego policzki lekko się zaczerwieniły, więc delikatnie wzięłam prezent od niego i odwróciłam się w jego stronę. Pierwszy raz w życiu widziałam go bez uśmiechu i z niepewnością wymalowaną na twarzy.
— Przepraszam — wyszeptał. — Ja po prostu boje się, że pewnego dnia mnie zostawisz — dodał.
Uderzył w najczulszy punkt we mnie, a jego słowa sprawiły, że coś wewnątrz mnie już bezpowrotnie się ożyło i zostanie ze mną. Nie wiedziałam, co to, a nie chcąc dać po sobie poznać jak wiele jego głupie słowa dla mnie znaczą, po prostu wzruszyłam ramionami i mruknęłam:
— Mam to gdzieś, Rudzielcu.
Roześmiał się ze szczęścia i szczerząc zęby w szeroki uśmiech, mruknął z czułością:
— Kocham cię Złośnico.

*    *    *


Gdy wieczór powoli zapadał, ja byłam już naprawdę wykończona, ale jak na złość właśnie w tej chwili córki Afrodyty przyczepiły się do Ryana, który obiecał mi, że pokaże jak należy używać mojego prezentu – wcześniej niestety przerwała nam Luna, która wspominając coś o synu Hefajstosa, z którym zniknęłam na dwie godziny – wprawiło to Ryana w mały ponury nastrój.
Może, dlatego Ryan postanowił zemścić się na mnie i nie pokazać mi jak działa ta ładna bransoletka? W co się zmienia? W działo armatnie? Może w karabin maszynowy?
Moja ekscytacja nią była naprawdę wielka i nie słuchałam ani trochę tego, co mówi do mnie Luna, tylko z oczekiwaniem czekałam na ponowne spotkanie z Rudzielcem, aby w końcu wyjawił mi tą tajemnicę, a teraz został on przede mną ogrodzony zdziczałymi z miłości dziewczynami.
— Jest nowy, później się nim znudzą — pocieszyła mnie Maggie.
Chwile zanim tutaj przyszłam spotkałam ją i Samaela, który wpatrywał się we mnie jak byk w czerwoną płachtę, a ja czekałam tylko na jedno słowo, czy gest, aby zacząć z nim walczyć. Na jego szczęście miał więcej rozumu i zostawił mnie w spokoju.
Teraz tylko wgapiałam się w rudzielca i to jak piękne córki Afrodyty używając na nim swoich sztuczek uwodzenia, a na co ruda małpa im pozwalała. Aby być bardziej dokładnym, trzeba dodać, że on również nie był bez winy, bo co chwila zażartował, a nawet pozwalał sobie na niewinne gesty, czy dotknięcia.
— Jest w swoim żywiole — zauważyłam ze złością.
Nagle silny wiatr zerwał się ze wszystkich stron, tworząc małą wichurę pośrodku obozu, a po chwili urosła ona do rozmiarów tornada. Ja stałam jak zaczarowana tym widokiem, nie zauważyłam nawet jak cały ekwipunek zbrojowni stojącej niedaleko został z niej zabrany niszcząc przy tym doszczętnie dach niewielkiego budynku. Latające miecze, sztylety, tarcze i inne bronie jak również części zbroi latały po całej arenie walk, raniąc niektórych herosów – w tym szczególnie córki Afrodyty.
Znikąd pojawił się Chejron wrzeszcząc imię Maggie, a która stała koło mnie mamrocząc pod nosem, że to nie jej wina. Jednak nie zwracałam większej uwagi na jej słowa, ani na to, że wiatr robił się coraz silniejszy i odrywał niektórych herosów od ziemi wciągając w niebezpieczny taniec z bronią.
Nie słyszałam już żadnych wrzasków, płaczów, jęków i pisków, gdy zauroczona naturą niszczycielskiego żywiołu, potrafiłam się tylko w niego wgapiać i jakby ktoś krzyknął „DOŚĆ!”.
Wszystko ustało, herosi upadli, ale na szczęście nie zostali śmiertelnie zranieni przez żadną z porwanych przez tornado rzeczy, a gdy wszyscy zaczęli się rozglądać szukając winnego, od razu spojrzeli na mnie z prawdziwym zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
Przypomniawszy sobie, że podobnie wgapiali się w Ryana, gdy ten został uznany przez swojego ojca, czym prędzej podniosłam głowę do góry i spojrzałam na wirujący wiatr, który panując nad srebrnym i szaro-błękitnym pyłem tworzył symbol kompasu.
— Jillian Taylor, zostałaś uznana przez swojego ojca Eola, władcę wiatrów.
Następnie wszyscy herosi uklękli pokazując szacunek do mojego ojca.
Ja jednak nadal byłam w szoku, a szum krwi, która szumiała mi w uszach i zagłuszała wszystko, co dzieje się wokół mnie powoli opadała, a wraz z nią cała moja siła, a następnie poczułam jak moje nogi nie wytrzymują już ciężaru mojego ciała i się pode mną uginają.
Nie wiedziałam, co było tego przyczyną, ale uderzyłam z wielkim hukiem o ziemię pozwalając, aby czarna czerń pochłonęła mnie całkowicie. Pierwszy raz w życiu w taki dziwaczny sposób straciłam przytomność.

 *    ~    *    ~    *

Moros już na nią czekał w ciele Łowczyni Artemidy. Ona sama jednak nie zamierzała się śpieszyć, miała nieco dość tego zachowania względem niej. Co z tego, że była ona boginią zdrady i każdy z jej krewnych, bał się tego?
Właśnie, dlatego była uwięziona wraz z innymi i gdyby nie pomysł bogów, aby zamknąć ich wszystkich razem w tej nędznej… ach! Ale wtedy nie byłoby tak zabawnie, prawda? Nie byłoby przeróżnych wierzeń, jak zło przedostało się do świata śmiertelników.
W religii chrześcijańskiej to Adam za namową Ewy skosztował zakazanego jabłka sprawiając, że zostali wygnaniu z raju. Podobnie było i u nich, ale Olimpijczycy jeszcze dowiedzą się jak to jest siedzieć w jednym więzieniu wraz z najgorszymi. Nawet Achlys była tam uwięziona, ale przez parę lat zdążyła pozbyć się tych wspomnień, wymazać je z pamięci, bo w końcu, ktoś prowadzony przez zwykłą ciekawość otworzył ich więzienie, uwalniając ich i sprowadzając zło na ziemię.
— Apate?
Usłyszawszy swoje imię, odwróciła się w stronę opierającej się o klon dziewczynę, korona jego liści już dawno opadła w przepięknych barwach na ziemię, podobnie jak większość innych drzew przygotowało się ono na nadejście zimy, ale z jakiegoś powodu Apate właśnie to drzewko lubiła najbardziej, bo jakieś dwadzieścia lat temu, sama je zasadziła. Była sentymentalna, ale już planowała potworny sposób na zdradzenie tego drzewa… ostatnio trochę się jej nudzi – to prawda.
— Witać Moros — przywitała się z nim.
Dziewczyna o krótkich czarnych włosach skrzywiła się na dźwięk swojego prawdziwego imienia, a następnie wzdychając iście dramatyczny sposób ruszyła w stronę swojej rozmówczyni rozkładając ramiona, aby pokazać swoją bezsilność.
— Nic do cholery nie mogę znaleźć! — Warknęła dziewczyna męskim głosem. — Szuka i szuka, a muszę uważać na Artemidę, aby się nie zorientowała… czy Pseudologos, coś ma?
Apate pokręciła przecząco głową, gdyż z jej informacji wynika, iż on również nic nie znalazł, ale niestety oni widzieli tą niewielką puszkę, tylko dwa razy w swoim boskim życiu. Pierwszy, gdy ich więziono i drugi, gdy zostali uwolnieni.
— Nie boisz się, że Olimpijczycy dowiedzą się prawdy?
Moros prychnął z pogarda, jakby nie dowierzał własnym uszom, a następnie jego oczy zabłysły czernią. Pod naporem jego wzroku poczuła się głupio mówiąc coś takiego, a jednak szczerze zastanawiała się, czy warto jest ryzykować aż tyle? Czy naprawdę chce stracić swoją wolność i zawalczyć w imię zemsty?
— Chyba się nie wycofasz? — Spytał z nutką niedowierzanie w głosie.
Apate sama już nie wiedziała, co myśleć, bo naprawdę nie chciała znów trafić do tej przeklętej puszki.