KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uznanie herosa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uznanie herosa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział X


"(...)Pomagasz mi w mojej sekretnej misji(...)"

Czerwony punkt na horyzoncie zaczął powoli wędrować ku górze, choć tak właściwie to Apollo w czerwonym kabriolecie maserati spyder bawił się w najlepsze jeżdżąc po niebie i rozpoczynając nowy dzień. To wcale nie przeszkodziło pewnej kobiecie podnieś twarz w stronę jasnego punktu i pozwolić, aby jego promienie ogrzały jej, nadal senną po niedawnym śnie twarz.

Kobieta nie wyglądała jakoś szczególnie pięknie, zwykła brązowowłosa kobieta w średnim wieku. Nieco wychudzona, ale mająca nieźle wyrobione mięśnie, a które zakrywał purpurowy koc, którym była owinięta.
Mimo tej uroczej scenki, jaką reprezentowała sobą kobieta, tylko nieliczni mogli dostrzec to, że jej postawa ciała (choć zasłonięta) mówiła wyraźnie, że jest ona gotowa w każdej chwili się obronić albo, co ważniejsze zaatakować swojego przeciwnika.
Gdy otworzyła oczy, biorąc głęboki oddech uwolniła z nich niewielką parę powietrza, która już po chwili rozmyła się jak najpiękniejszy sen. Jej bursztynowe oczy spoglądały w niebo, gdyż to jej zdaniem była najpiękniejsza pora dnia. Taka, której noc i dzień przez chwilę grały całą spójność, bo to za każdym razem przypominało jej o największym skarbie, który musiała opuścić.
Serce ponownie zacisnęło się jej z żalu za utraconym dzieckiem, a na które przez swoją obecność mogła sprowadzić prawdziwe niebezpieczeństwo, a czego jako kochająca matka nie mogła zrobić, choć jej samolubna strona miała ochotę zabić wszystkich, aby w końcu być tylko ze swoją ukochaną córeczką… swoją maleńką…
— Melinda? — Usłyszała znajomy głos.
Drgnęła, ale nie odwróciła się za siebie, tylko oparła dłonie o marmurową balustradę spoglądając z przyjemnością na morze, którego spokojne fale oblewały brzeg plaży, nawet ono wydało jej się pogrążone nadal w półśnie. Najbardziej uwielbiała to, jak żółte słońce barwiło chmury, a błękit morza pięknie to wszystko odbijał niczym lustro.
— Czyż to nie piękny widok? — Spytała.
Usłyszała cichy szelest za sobą, a następnie koc na jej ramionach został jej ciaśniej zawinięty, podobnie było z białym porcelanowym kubkiem z naddrukowanym na nim zdjęciem czternastoletniej dziewczyny o pięknych szarych oczach, a która była odzwierciedleniem tych, w których niegdyś się zakochała. Para wydostająca się z kubka i jasna brązowa barwa podpowiedziała jej, że dziewczyna znajdujący się za nią, przygotował jej ulubioną herbatę z miodem.
— Ależ ona wyrosła — stwierdziła wzruszona.
— Cieszę się, ze tu trafiłaś — stwierdziła jej młodsza towarzyszka.
Z uśmiechem na ustach kobieta spojrzała na młodszą od siebie dziewczynę, która miała niezwykłe migdałowe oczy i włosy w kolorze karmelu, podobnie jak oczy starszej z nich. Obydwie niedawno się obudziły i ubrane nadal w pidżamy, to jednak przyszły (jak w każdy poranek od przeszło miesiąca) oglądać wschód słońca.
— Dziękuje, Kalipso — powiedziała w końcu starsza z nich.
Młodsza z nich spojrzała na drugą z lekko zaskoczona słowami jej towarzyszki. Ona w odróżnieniu od Melindy nie mogła opuścić swojego, a jednak rozumiała tę kobietę, bo jako harpia, która każdego dnia walczyła o swoje życie, najprawdopodobniej ona sama również uciekłaby nawet do samego Tartaru, aby pozbyć się swoich prześladowczyń.
— Hermes niedługo powinien przybyć z przesyłką — poinformowała ją.
Melinda zacisnęła usta w wąską linię, a jej oczy przysłoniła mgiełka, bo w tek chwili jej myśli oderwały się i poszybowały w przeszłość, a serce wraz z nimi. Znów zobaczyła szeroko uśmiechniętą czterolatkę, która na jej widok, krzyknęła: „Mamusia!” i ze łzami szczęścia rzuciła się jej na szyję, ściskając przy tym z całej siły.
Pragnęła z całego serca pozostać przy swojej córce i naprawdę próbowała już wszystkiego, przez pięć lat od czasu narodzenia się córki, szukała po całym świecie jakiegoś rozwiązania, ale w końcu musiała zrezygnować, bo niebezpieczeństwo z dnia na dzień stawało się coraz większe.
Bała się tego, że gdy jej rodzina odkryje prawdę o jej córce, to właśnie ta słodka i niezwykle ufna dziewczynka stanie się celem innych. Mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie opowieści swojej córki, że jej nowy kolega, miał dziwne pomysły.
„— Cześć, jestem Matt — powiedział gruby chłopak.
Brązowowłosa czterolatka odwróciła się z radością do nieznajomego i uścisnęła jego ciepłą i dużą dłoń. Mimo że chłopak miał wyraźnie nadwagę, ona była nim oczarowana. Nie przejmowała się nawet tym, że ma dziwaczną fryzurę, a jego włosy były niezidentyfikowanego koloru ni to brązowe ni to blond. Zwróciła uwagę za to na jego jasne czekoladowe oczy, które sprawiały, że wyglądał na przyjazną i pełną współczucia osobę.
— Jesteś brzydka — oznajmił i pociągnął ją za kosmyk włosów. — Chcesz się bawić?
Usłyszawszy jego zaproszenie powstrzymała nagły przypływ łez i przytaknęła ruchem głowy, a w następnej chwili stała się jego „nałożnicą” cokolwiek to znaczyło. Jednak musiało być to, coś złego, bo nauczycielka aż zbladła, a później wysłała ich do dyrektora.”
Mimowolnie wyszczerzyła zęby w szeroki uśmiech, bo tylko jej ukochana Jillian mogła pakować się w najgłupsze w historii świata sytuację. Jednak, gdy Melinda spojrzała na kubek z podobizną swojej córki, jej serce niemal nie zostało zgniecione przez żal, bo wprawdzie proponowała sprzedanie duszy wszystkim, ale jako pół-harpia jest to dla niej niemożliwe.
— Jest już bezpieczna — oznajmiła Kalipso.
Melinda była jej dozgonnie wdzięczna i nie tylko, dlatego, że nareszcie znalazła dla siebie schronienie od wiecznej tułaczki i walki, ale również, dlatego, że dzięki niej, satyrowie odnaleźli jej córkę, która nareszcie będzie w bezpiecznym miejscu, do którego ona nigdy nie miała wstępu.
— Chciałabym ją kiedyś zobaczyć, wytłumaczyć, że opuściłam ją dla jej dobra… — wyszeptała kobieta przyglądając się tępo swojemu kubkowi. — One by ją zabiły, bo gdy one raz kogoś znalazły już nigdy nie gubią tropu — wyznała.
— Harpie? — Spytała zdumiona Kalipso.
— Nie — zaprzeczyła kobieta. — Siostry mojego ojca — wyjaśniła.
Mimo tego, Kalipso nie mogła pojąć, jak jakieś śmiertelniczki mogły być aż tak groźne, ale nie zamierzała kwestionować słów swojej towarzyszki, bo doskonale wiedziała ile ta kobieta przeszła ochraniając swoją córkę i będąc przez niemal całe swoje życie w ciągłej ucieczce.
— Kochałaś kiedyś kogoś?
To pytanie ją samo zaskoczyło, ale zasłoniła swoja twarz długimi karmelowymi kosmykami. Odkąd pamiętała, bogowie uwielbiali przysyłać jej tu przystojnych towarzyszy, w których się zakochiwała, ale którzy nigdy nie mogli zostać, ale… od czasu pewnego herosa, nie potrafiła myśleć już o nikim innym, bo zdała sobie sprawę, że nigdy nie kochała żadnego z tamtych chłopców tak jak syna Hefajstosa, który obiecał jej, że po nią wróci, a ona będzie cierpliwie czekać nawet, jeżeli trwałoby to wieczność.
Ona poczeka.

*    ~    *    ~    *


Luna okazała się psychopatką.
Przynajmniej takie zdanie miałam na jej temat, bo dziewczyna nie dość, że protekcjonalna w ocenie innych herosów to jeszcze jest najgłupszą osobą w obozie. Choć zaczęliśmy od zwiedzania domków, to nie od numeracji, a od domku Afrodyty.
Tam na dzień dobry poznałam niejaką Drew, która (wyglądało na to) była najlepszą przyjaciółką Luny, a obie dziewczyny zaczęły cmokać swoje policzki, jak te wszystkie piękne gwiazdki szkoły. Miałam ochotę zapytać bogów, za jakie grzechy przydzielili mi właśnie takiego przewodnika.
Gdy brunetka z pięknymi lokami wbiła we mnie wzrok, jej ciepłe brązowe oczy były zapewne tylko, jaką iluzją. Na dodatek, gdy rozbłysło w nich rozpoznanie, skrzywiła się jakby ktoś właśnie powiedział jej, że jej ulubiony krem do rąk został wycofany ze sprzedaży. Jej azjatyckie rysy nadawały jej pewnego niepowtarzalnego uroku. Jednak mnie najbardziej wzburzył jej ubiór, bo czy nie miała jakiś sukienek, albo mini spódniczek, w których wyobrażałam sobie zawsze dzieci Afrodyty?
Oczywiście ona, jako córka bogini miłości, po prostu musiała światu pokazać, że w paskudnej pomarańczowej bluzce i jeansach nadal reprezentuje się jak jedna z tych pięknych ludzi w kolorowych magazynach.
— To jest ta laska od Ryana — oznajmiła nagle Drew.
Ramiona mi opadły – dosłownie!
Jak można było powiedzieć, coś takiego? Niemal gotowałam się ze złości, bo wstrętna ruda małpa już wyrobiła sobie zdanie wśród herosów, a ja byłam po prostu cichym dodatkiem koło niego. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, ani być „cieniem” w obliczu majestatu pewnego rudego idioty.
Stojąc jak to piąte koło u wozu, czekałam aż moja przewodniczka łaskawie zakończy swoją pogawędkę, a następnie ruszyliśmy dalej w naszą „podróż pełną ciekawych rzeczy”, po drodze nie omieszkała ona wyjaśnić, że z Drew lepiej nie zadzierać, bo teraz, gdy Piper jest nieobecna to owa córka Afrodyty ma największą władzę.
Nawet nie chciałam wiedzieć, co to za grupy mafijne powstały z tych herosów, ale zaczęło robić się dopiero interesująco, gdy sama Luna stwierdziła, że najchętniej rozniosłaby Drew w pył i zatańczyła nad jej martwym ciałem taniec radości. Właściwie było jeszcze kilka herosów, których nie cierpiała, a którymi musiała żyć w pokojowym nastawieniu.
Wtedy właśnie doszliśmy do domku Hefajstosa.
Z zewnątrz niewielki domek wyglądał jak statek kosmiczny. Był cały z metalu, a okna miał przesłonięte żaluzjami tego samego materiału, co jego reszta. Okrągłe, grube na parę centymetrów drzwi przypominały wejście do skarbca w banku. Otwierały się za pomocą mnóstwa mosiężnych przekładni i hydraulicznych tłoków, z których buchała para.
A raczej Luna wskazała mi go palcem, mamrocząc coś o tym, że wszyscy herosi stamtąd są zawsze czymś umazanym i podejrzewała ona, że ze swoim kluczem francuskim nie rozstaja się nawet podczas pooranego prysznica (jeżeli takowy biorą). Choć jej opinia była trochę przesadzona, ja sama czułam wielką ochotę wetrzeć się tam i zobaczyć na własne oczy, jak wygląda ten szczególny domek.
Luna już miała mnie odciągnąć, gdy usłyszeliśmy stek przekleństw a drzwi prowadzące do twierdzy dzieci Hefajstosa stanęły przed nami otworem. Rozdziobałam usta widząc, jak jeden chłopak próbuje wytargać przez nieco wąskie drzwi wielki worem wypełniony jakimiś rzeczami.
Chłopak podskakiwał wokół worka jak wariat, a dokładniej facet z nadmiarem kofeiny we krwi. Jego kędzierzawe, czarne włosy były czymś obklejone, a lekko szpiczaste uszy i trójkątna twarz przypominały mi elfa z orszaku latynoskiego św. Mikołaja, ale to Luna zwróciła na siebie jego uwagę, gdy odchrząknęła, a chłopak spojrzał na nas, jego twarz rozświetliła się od łobuzerskiego uśmiechu.
— Może pomożecie, drogie panie?
Czyżbym trafiła na drugiego szaleńca?
Przynajmniej ten nie był rudą małpą.
Wiedziałam, że Luna mu nie pomoże i on również to wiedział, bo natychmiast powrócił do swojego poprzedniego zajęcia, ale ja nie byłam taką pozerką jak moja przewodniczka i po prostu żwawym krokiem ruszyłam w jego stronę, w jego oczach pojawiło się zdziwienie, gdy z gracją przeskoczyłam nad workiem tarasującym połowę drzwi i zaczęłam pchać go od tyłu.
— Dzięki — powiedział, gdy udało nam się przepchać worek. — Pewnie chcesz zobaczyć Argo II, co?
Choć miałam milion ciekawszych rzeczy do roboty, to jednak moja wrodzona ciekawość wzięła górę nade mną i kiwnęłam mu potakująco głową zabierając od niego worek wypełniony (tak mi się wydaje) cegłami. Gwizdnął, gdy przerzuciłam sobie go przez ramię i ruszyłam we wskazanym przez niego kierunku, a ja odkryłam, że jest naprawdę ciekawski.
— Musisz być córką Aresa, co? — Zagadnął.
— Nie — odpowiedziałam zwięźle.
W duchu przeklinałam samą siebie, że w ogóle zgodziłam się mu pomóc, a byłam pewna, że Luna nie będzie na mnie czekała, tylko zajmie się „wypływaniem na głęboką wodę” – jak sama nazwała przyjaźnienie się z najważniejszymi dziećmi w obozie.
Wchodząc coraz głębiej do lasu, worek zaczął mi ciążyć i z tego też powodu nie dostrzegałam piękna natury, które mnie otaczały. Naprawdę było to zadziwiające, że pod koniec listopada w obozie było cieplutko jak w środku maja, a drzewa nadal miały piękne korony zdrowych zielonych liści.
Kilka ptaków ćwierkało tylko sobie znaną pieśń, szumiał lekki przyjemny wiatr, który ochładzał skórę po ciepłych promieniach słońca, bo dzisiejsze niebo było całkowicie bezchmurne. Szyszki i igły wydawały charakteryzujący dla siebie dźwięk, gdy ja i syn Hefajstosa stąpaliśmy po nich, kierując się coraz głębiej w las.
W końcu dotarliśmy do jakiegoś strumienia, a ja wiedziałam, bo choć nie przepadałam za lasami i zawsze sądziłam, że szybko się w takich gubię, to jednak doskonale wiedziałam, w którym kierunku należy iść, bo za każdym razem, gdy tylko wiatr powiewał potrafiłam bezbłędnie określić, z którego kierunku.
— Teraz ja poniosę — zaoferował się syn Hefajstosa.
Duma jednak mi na to nie pozwoliła i tylko zmrużyłam oczy i przerzuciłam worek na drugie ramię podnosząc podbródek do góry i przyśpieszając kroku. Chłopak zaśmiał się cicho z mojego zachowania, ale miał na tyle rozsądku w głowie, że tego nie skomentował, a jedynie zrównał się ze mną krokiem, patrząc w zamyśleniu przed siebie, aż w końcu w jego oczach pojawiły się radosne iskierki, a jego usta ułożyły się w łobuzerski uśmiech.
— Jestem Leo Valdez, a twoje mięśnie są godne siły Herkulesa — zażartował.
Taki komplement był dla mnie nowością, a moje policzki zaczerwienione ze zmęczenia, teraz zostały oblane rumieńcem zawstydzenia. Pierwszy raz coś mi się takiego zdarzyło i nie miałam większej ochoty tłuc za to osoby, która mnie do tego stanu doprowadziła.
— Jillian Taylor — przedstawiłam się krótko.
Chłopak kiwnął głową i znów się uśmiechnął, a następnie wyjął coś ze swojego skórzanego pasu z narzędziami, który miał zapięty na biodrze i wyciągnął otwartą dłoń, na którym leżały dwa białe cukierki i spytał:
— Miętówkę?
Zaprzeczyłam ruchem głowy, ani na chwilę nie zwalniając, choć już od pewnego czasu moje ramiona bolały niemiłosiernie, nie wspominając nawet o tym, że powoli łapała mnie zadyszka, a moje stopy będą mieć kilka odcisków przez tak niewygodne buty, które niestety założyłam.
Mój towarzysz był w dużo lepszej formie, niezmęczony i gwiżdżący pod nosem jakąś melodyjkę, wydawał się wyluzowany, ale w jego oczach nadal było jakieś cierpienie. Ta mgła bólu była w jakimś stopniu dla mnie znajoma, jakby on również w życiu stracił coś naprawdę cennego.
— Co my właściwie robimy? — Spytałam nie mogąc powstrzymać rosnącej ekscytacji.
— Pomagasz mi w mojej sekretnej misji — oznajmił.
Jego szeroki uśmiech wskazywał na to, że żartował, ale błysk powagi w oczach wydawał się temu przeczyć, natomiast ja zastanawiałam się, jak to możliwe, iż wplątałam się w taką sytuację. Zacisnęłam dłonie na worku i przyśpieszyłam kroku, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu naszej wędrówki, bo gdyby nie mój ojciec, pewnie potrafiłabym zapanować nad swoją ciekawską naturą harpii.
W końcu zatrzymaliśmy się przed ścianą z wapienia, wysoką na trzydzieści metrów gładką, twardą masą skały, po której na pewno nie zamierzałam się wspinać wraz z tym ciężkim workiem i gdy miałam już wyrazić swoje zdanie, chłopak podszedł do ściany, a po chwili coś, jakby iskra pojawiła się, aby po chwili ukazać niewielkie drzwi. Gestem dłoni chłopak zaprosił mnie do środka.
— Zapraszam.
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, czy to dobre posunięcie, ale ciekawość wygrała z rozsądkiem i posyłając Leonowi ostrzegawcze spojrzenie weszłam do środka, tym samym uruchamiając jakiś czujnik, który rozświetlił całe pomieszczenie, a ja nie wiedziałam, na co patrzeć.
— Witaj w mojej jaskini! — Zawołał Leo. — Normalnie czuje się jak Batman — zażartował.
Moje myśli automatycznie pognały do Ryana, który nadawałby się na bycie Jokerem.
Otrząsnęłam się z myśli o nim i rozejrzałam po wielkiej jaskini, która przypominała mi skorych rozmiarów hangar samolotowy. Stało tutaj mnóstwo warsztatów i klatek na narzędzia, jak również mnóstwo różnych rzeczy, które przypominały mi kawałki metalu, żelastwa, czy jeszcze czegoś. Wzdłuż ścian widniały rzędy garażowych drzwi oraz metalowych schodków prowadzących po do pomostów wiszących nad nami.
Jedne z garażowych drzwi były otwarte i korzystając z tego, że Leo zajęty był przyglądaniem się jednej z tablic konstruktorskiej, do której coś mruczał i przeglądał jakieś kartki. Gdy już znalazłam się w zawalonym przez różne rzeczy pomieszczeniu dostrzegłam, iż nie są to takie zwykłe rzeczy.
To przypominało jedno z tych urządzeń wariatów-geniuszów, którzy postanawiają przenieś się w czasie. Urządzenie było nieco większe ode mnie i przypominało dwa trójkąty wchodzące na siebie i tworzące gwiazdę Dawida. Urządzenie to miało podest, do którego za pomocą grubej rury przymocowana była owa gwiazda.
— To urządzenie mojego autorstwa — oznajmił z zadowoleniem Leo.
Posłałam mu pytające spojrzenie i dopiero wtedy zobaczyłam, co takiego taszczyłam w worku i mojej usta otworzyły się z niedowierzania, gdy zobaczyłam dziwną okrągłą maszynkę wielkości kuchenki, która był zapewne z żelaza, albo z ołowiu.
— Dobra — mruknęłam, bo głowa zaczynała mnie boleć. — Rób, co chcesz ja spadam — oznajmiłam.
— Niedługo znów ją zobaczę — szepnął cicho Leo.
Ta cicha nuta determinacji w jego głosie i tęsknoty kazała mi znów na niego spojrzeć, ale on wgapiał się z wielką nadzieją w swoją maszynę, jakby miała ona spełnić jego największe marzenie. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się czymś przejęłam, a gardło ścisnęło mi się ze współczucia, emocję, których szczególnie unikałam odżyły, gdyż naprawdę zdałam sobie sprawę, że ja i Leo kogoś straciliśmy w równym stopniu. Teraz dopiero zaczęłam pojmować, że nie tylko mi została zabrana miłość matki i ojca, nie tylko ja byłam samotna na tym świecie. Pierwszy raz w życiu zaczęłam rozumieć drugą osobę, a to sprawiło, że jakaś moja część miała ochotę opuścić to miejsce, które już po dwóch dniach potrafiła tak mocno na mnie wpłynąć, bo co będzie dalej? 

*    *    *


Trafiłam pod wielki dom bezbłędnie, jakbym miała w głowię wbudowany kompas. Westchnęłam i odsunęłam kila dłuższych kosmyków ze swojej twarzy za pomocą dłoni i lekko je potargałam chcąc nieco ochłodzić się w ten upalny poranek.
Właśnie miałam kierować się do domku Hermesa, gdy usłyszałam zderzającą się ze sobą stal, a serce zabiło mi mocniej za każdym razem, gdy ten dźwięk dostawał się mi do ucha. Moje serce zaczęło bić jego rytmem, jakby walka była moim drugim powołaniem.
Szybko ruszyłam w tamtym kierunku, jak marynarz wołany przez śpiew syren.
Znalazłam się na niewielkim placu, gdzie kilku herosów w greckich zbrojach dzierżyli w dłoniach miecze, bądź inne ostre bronie i nacierali na siebie z wielką gracją i umiejętnością. Pragnęłam z całego serca zmierzyć się z którymś z nich, gdy wtedy usłyszałam chichot nad głową. Podniosłam ją i zobaczyłam wpatrujące się we mnie dwukolorowe tęczówki rudzielca.
— Czekałem na ciebie — powiedział z uśmiechem.
Już otwierałam usta, aby go zbesztać za bycie nim, gdy pomachał mi czymś przed oczami, oderwałam od niego niechętnie wzrok i wbiłam go w czarną dziwną bransoletkę. Miałam ochotę zabrać ją i zachować, bo była piękna w swojej dziwnej prostocie, ale wiedziałam, że prawdopodobnie uduszę nią stojącego zdecydowanie zbyt blisko mnie Ryana.
- Czy ty dajesz mi bransoletkę?
— Nie — odpowiedział z rozbawieniem. — Aż takim kretynem nie jestem, a to jest po prostu magiczna broń — wyjaśnił.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, a gdy spojrzałam znów na niego, zobaczyłam jak jego policzki lekko się zaczerwieniły, więc delikatnie wzięłam prezent od niego i odwróciłam się w jego stronę. Pierwszy raz w życiu widziałam go bez uśmiechu i z niepewnością wymalowaną na twarzy.
— Przepraszam — wyszeptał. — Ja po prostu boje się, że pewnego dnia mnie zostawisz — dodał.
Uderzył w najczulszy punkt we mnie, a jego słowa sprawiły, że coś wewnątrz mnie już bezpowrotnie się ożyło i zostanie ze mną. Nie wiedziałam, co to, a nie chcąc dać po sobie poznać jak wiele jego głupie słowa dla mnie znaczą, po prostu wzruszyłam ramionami i mruknęłam:
— Mam to gdzieś, Rudzielcu.
Roześmiał się ze szczęścia i szczerząc zęby w szeroki uśmiech, mruknął z czułością:
— Kocham cię Złośnico.

*    *    *


Gdy wieczór powoli zapadał, ja byłam już naprawdę wykończona, ale jak na złość właśnie w tej chwili córki Afrodyty przyczepiły się do Ryana, który obiecał mi, że pokaże jak należy używać mojego prezentu – wcześniej niestety przerwała nam Luna, która wspominając coś o synu Hefajstosa, z którym zniknęłam na dwie godziny – wprawiło to Ryana w mały ponury nastrój.
Może, dlatego Ryan postanowił zemścić się na mnie i nie pokazać mi jak działa ta ładna bransoletka? W co się zmienia? W działo armatnie? Może w karabin maszynowy?
Moja ekscytacja nią była naprawdę wielka i nie słuchałam ani trochę tego, co mówi do mnie Luna, tylko z oczekiwaniem czekałam na ponowne spotkanie z Rudzielcem, aby w końcu wyjawił mi tą tajemnicę, a teraz został on przede mną ogrodzony zdziczałymi z miłości dziewczynami.
— Jest nowy, później się nim znudzą — pocieszyła mnie Maggie.
Chwile zanim tutaj przyszłam spotkałam ją i Samaela, który wpatrywał się we mnie jak byk w czerwoną płachtę, a ja czekałam tylko na jedno słowo, czy gest, aby zacząć z nim walczyć. Na jego szczęście miał więcej rozumu i zostawił mnie w spokoju.
Teraz tylko wgapiałam się w rudzielca i to jak piękne córki Afrodyty używając na nim swoich sztuczek uwodzenia, a na co ruda małpa im pozwalała. Aby być bardziej dokładnym, trzeba dodać, że on również nie był bez winy, bo co chwila zażartował, a nawet pozwalał sobie na niewinne gesty, czy dotknięcia.
— Jest w swoim żywiole — zauważyłam ze złością.
Nagle silny wiatr zerwał się ze wszystkich stron, tworząc małą wichurę pośrodku obozu, a po chwili urosła ona do rozmiarów tornada. Ja stałam jak zaczarowana tym widokiem, nie zauważyłam nawet jak cały ekwipunek zbrojowni stojącej niedaleko został z niej zabrany niszcząc przy tym doszczętnie dach niewielkiego budynku. Latające miecze, sztylety, tarcze i inne bronie jak również części zbroi latały po całej arenie walk, raniąc niektórych herosów – w tym szczególnie córki Afrodyty.
Znikąd pojawił się Chejron wrzeszcząc imię Maggie, a która stała koło mnie mamrocząc pod nosem, że to nie jej wina. Jednak nie zwracałam większej uwagi na jej słowa, ani na to, że wiatr robił się coraz silniejszy i odrywał niektórych herosów od ziemi wciągając w niebezpieczny taniec z bronią.
Nie słyszałam już żadnych wrzasków, płaczów, jęków i pisków, gdy zauroczona naturą niszczycielskiego żywiołu, potrafiłam się tylko w niego wgapiać i jakby ktoś krzyknął „DOŚĆ!”.
Wszystko ustało, herosi upadli, ale na szczęście nie zostali śmiertelnie zranieni przez żadną z porwanych przez tornado rzeczy, a gdy wszyscy zaczęli się rozglądać szukając winnego, od razu spojrzeli na mnie z prawdziwym zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
Przypomniawszy sobie, że podobnie wgapiali się w Ryana, gdy ten został uznany przez swojego ojca, czym prędzej podniosłam głowę do góry i spojrzałam na wirujący wiatr, który panując nad srebrnym i szaro-błękitnym pyłem tworzył symbol kompasu.
— Jillian Taylor, zostałaś uznana przez swojego ojca Eola, władcę wiatrów.
Następnie wszyscy herosi uklękli pokazując szacunek do mojego ojca.
Ja jednak nadal byłam w szoku, a szum krwi, która szumiała mi w uszach i zagłuszała wszystko, co dzieje się wokół mnie powoli opadała, a wraz z nią cała moja siła, a następnie poczułam jak moje nogi nie wytrzymują już ciężaru mojego ciała i się pode mną uginają.
Nie wiedziałam, co było tego przyczyną, ale uderzyłam z wielkim hukiem o ziemię pozwalając, aby czarna czerń pochłonęła mnie całkowicie. Pierwszy raz w życiu w taki dziwaczny sposób straciłam przytomność.

 *    ~    *    ~    *

Moros już na nią czekał w ciele Łowczyni Artemidy. Ona sama jednak nie zamierzała się śpieszyć, miała nieco dość tego zachowania względem niej. Co z tego, że była ona boginią zdrady i każdy z jej krewnych, bał się tego?
Właśnie, dlatego była uwięziona wraz z innymi i gdyby nie pomysł bogów, aby zamknąć ich wszystkich razem w tej nędznej… ach! Ale wtedy nie byłoby tak zabawnie, prawda? Nie byłoby przeróżnych wierzeń, jak zło przedostało się do świata śmiertelników.
W religii chrześcijańskiej to Adam za namową Ewy skosztował zakazanego jabłka sprawiając, że zostali wygnaniu z raju. Podobnie było i u nich, ale Olimpijczycy jeszcze dowiedzą się jak to jest siedzieć w jednym więzieniu wraz z najgorszymi. Nawet Achlys była tam uwięziona, ale przez parę lat zdążyła pozbyć się tych wspomnień, wymazać je z pamięci, bo w końcu, ktoś prowadzony przez zwykłą ciekawość otworzył ich więzienie, uwalniając ich i sprowadzając zło na ziemię.
— Apate?
Usłyszawszy swoje imię, odwróciła się w stronę opierającej się o klon dziewczynę, korona jego liści już dawno opadła w przepięknych barwach na ziemię, podobnie jak większość innych drzew przygotowało się ono na nadejście zimy, ale z jakiegoś powodu Apate właśnie to drzewko lubiła najbardziej, bo jakieś dwadzieścia lat temu, sama je zasadziła. Była sentymentalna, ale już planowała potworny sposób na zdradzenie tego drzewa… ostatnio trochę się jej nudzi – to prawda.
— Witać Moros — przywitała się z nim.
Dziewczyna o krótkich czarnych włosach skrzywiła się na dźwięk swojego prawdziwego imienia, a następnie wzdychając iście dramatyczny sposób ruszyła w stronę swojej rozmówczyni rozkładając ramiona, aby pokazać swoją bezsilność.
— Nic do cholery nie mogę znaleźć! — Warknęła dziewczyna męskim głosem. — Szuka i szuka, a muszę uważać na Artemidę, aby się nie zorientowała… czy Pseudologos, coś ma?
Apate pokręciła przecząco głową, gdyż z jej informacji wynika, iż on również nic nie znalazł, ale niestety oni widzieli tą niewielką puszkę, tylko dwa razy w swoim boskim życiu. Pierwszy, gdy ich więziono i drugi, gdy zostali uwolnieni.
— Nie boisz się, że Olimpijczycy dowiedzą się prawdy?
Moros prychnął z pogarda, jakby nie dowierzał własnym uszom, a następnie jego oczy zabłysły czernią. Pod naporem jego wzroku poczuła się głupio mówiąc coś takiego, a jednak szczerze zastanawiała się, czy warto jest ryzykować aż tyle? Czy naprawdę chce stracić swoją wolność i zawalczyć w imię zemsty?
— Chyba się nie wycofasz? — Spytał z nutką niedowierzanie w głosie.
Apate sama już nie wiedziała, co myśleć, bo naprawdę nie chciała znów trafić do tej przeklętej puszki.