KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą posąg Atlasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą posąg Atlasa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział VI

Panie, panowie i wy stwory różnej maści. Moja ukochana beta , a która cały czas jest ze mną i jeszcze nie oszalała, chciałam z całego serca podziękować za jej pomoc :) 
Zanim jednak przejdę dalej wyjaśnię kilka spraw: opublikowałam ten rozdział kilka dni wcześniej, a to tylko dlatego, że nie mogłam się powstrzymać, a po drugie: Maggie jest biedna i nie wkurzajcie się na nią za bardzo c: Niestety smutna wiadomość to taka, że kolejny rozdział pojawi się dopiero za jakieś dwa tygodnie, możliwie jednak, że najdzie mnie nagła wena, a moja beta będzie miała dużo wolnego czasu... cóż wszystko zależy od opaczności Mojr.
 Naprawdę jestem wzruszona tym, jak wiele osób komentuje mojego bloga, z całego serca wam dziękuje za komentarze, które piszecie, motywują one mnie do dalszego pisania, naprawdę DZIĘKUJE!
Nie przedłużając dłużej, zapraszam na kolejny rozdział! 

 

Rozdział VI

"(…)Niech Olimpijczycy przygotują się na swoje nowe lokum, gra się rozpoczęła(…)

   
Okazało się, że znalezienie dwóch herosów na Manhattanie to nie lada wyzwanie. Jednak ucieszyłam się ogromnie, gdy ujrzałam znajomego Irlandczyka, który jak zwykle z uśmiechem na twarzy był… cóż, to, co zobaczyłam chwilę później, dużo mniej mnie ucieszyło, wręcz sprawiło, że miałam ochotę mu przyłożyć, ale ponieważ nie powinnam niczego odczuwać na widok grupy dziewczyn, które chichocząc, jak hieny otaczały go półkołem i cały czas się do niego przylepiały, więc po prostu go zignorowałam, zwracając moją uwagę na Maggie, co wcale nie sprawiało, że czułam przemożną chęć zmienienia się jednak w harpię i rozszarpania tych dziewczyn na strzępy.
Wiedźma pozostawiona była w tyle i z przerażeniem zerkała na jakąś blondynkę, a która to uczepiła się ramienia rudzielca, nie musiałam się pytać o nic, doskonale znałam dziewczyny tego typu. Niejedna już groziła mi, gdy zbytnio zbliżyłam się do chłopaka, który aktualnie ją interesował, ale szybko uczyły się, że ja – Jillian nie ugnę się pod żadnym szantażem i wymuszeniem, a jeszcze wyjdę… cóż, obronną ręką na pewno nie, bo nauczyciele i dyrektor zawsze mnie zawieszali, choć moja rywalka zazwyczaj lądowała u higienistki, płacząc i histeryzując, że potrzebna będzie jej operacja plastyczna.
Histeryczki.
Zatrzymałam się, przyglądając tej niecodziennej scenie, a jednocześnie dziwiłam się, że znalazłam ich koło pomnika Atlasa, na który wcześniej wpadłam przy swoim „lądowaniu”. Zmrużyłam oczy i przyglądałam im się przez chwilę, ciesząc się jednocześnie, że oni sami nie zauważyli jeszcze mojej obecności.
Ryan obejmował dwie dziewczyny znajdujące się koło siebie, jedną blondynkę a drugą szatynkę, które co chwila piorunowały się wzrokiem, gdy tylko chłopak zwracał uwagę na trzy pozostałe dziewczyny. Nigdy nie podejrzewałam, że mój przyjaciel jest aż tak przystojny, co sprawiło, ze ponownie mu się przyjrzałam, starając się ocenić go, nie jako potencjalne zagrożenie, ale jako chłopaka.
Przekrzywiłam lekko głowę w lewo, przyglądając się chłopakowi, zadumałam się, nadal stojąc tak i nie zwracając najmniejszej uwagi na zgryźliwe uwagi i złowrogie spojrzenia przechodniów, którzy o mało na mnie nie wpadli. Moi przyjaciele również byli zbyt zajęci, aby mnie jeszcze zauważyć, a ja dalej czułam się jak obserwator kiepskiej sztuki teatralnej.
Dopiero teraz spostrzegłam, że gdy się uśmiecha, w jego prawym policzku pojawia się dołeczek, oczy lekko się mrużą, powodując delikatne zmarszczki wokół nich, co w tak młodym wieku było dość dziwne. Jego dolna warga zawsze się podnosi, gdy szczerze się uśmiecha, a spostrzegłam to, gdy posłał Maggie uśmiech, za który dwie dziewczyny pod jego ramionami spiorunowały wiedźmę.
Tego było już za wiele.
Przyjrzałam się uważniej czarnowłosej córce Hekate, która wlokła się niechętnie za Irlandczykiem jakby szła na ścięcie głowy, ale gdy tylko dwukolorowe oczy chłopaka na niej spoczęły, od razu się uśmiechnęła i wyprostowała, jakby chcąc pokazać, że jest zadowolona, gdy ludzie ją ignorują.
Miałam wielką ochotę iść tam i poustawiać dziewczyny, a szczególnie, że otoczyłam fiołkowooką swoją ochroną. Nie wiem, kiedy to się stało ani w jaki sposób. Po prostu Maggie stała się moją przyjaciółką, a ponieważ nigdy takowych osób nie posiadałam, wszelkie emocje z tym związane były dla mnie nowością.
Wzięłam głęboki oddech, aby nie przywalić Irlandczykowi na dzień dobry i ruszyłam w ich stronę pewnym krokiem. Starałam się nie myśleć o momencie, w którym zrozumiałam, kim była moja matka i czym właściwie jestem ja sama. Po prostu wyrzuciłam wszelkie myśli z tym związane z głowy, co nie oznaczało, że czułam się znów sobą.
Nadal odczuwałam lęk, ale go przytłumiłam, porzucając w najczarniejsze zakamarki swojej świadomości, tam gdzie myślenie o tym nie mogło mnie zranić.
Idąc prosto, z wysoko podniesionym podbródkiem. byłam pewna, że mój krok jest iście królewski i dumny. Przybrałam chłodną mimikę twarzy, choć w myślach zastanawiałam się, jak najlepiej będzie pozbyć się dwóch dziewczyn, które dokuczały mojej przyjaciółce.
W chwili, gdy jedna z nich szepnęła coś do drugiej i wskazała mnie, Ryan powędrował automatycznie za jej uniesionym palcem i zatrzymał się gwałtownie, widząc mnie kierującą się w ich stronę. Na jego twarzy pojawił się najszerszy uśmiech – jeżeli było to możliwe, a przy nich niemożliwe staje się możliwe – i pomachał mi entuzjastycznie, Maggie sapnęła, wpadając na jedną z dziewczyn, nie zauważając, gdy one się zatrzymały, ale owa panna nawet nie zwróciła na to uwagi, spoglądając na mnie mściwie.
Wiedźma w końcu na mnie spojrzała i otworzyła szeroko oczy uśmiechając się przy tym niepewnie. Ja jednak zignorowałam swoich przyjaciół i, nie przerywając swojego chodu, wyciągnęłam z bocznej kieszeni torby niewielki scyzoryk (ten sam, który odebrałam Erickowi przed damską toaletą) i bawiąc się nim, szłam w stronę dwóch dziewczyn, a które lekko zbladły.
— Jill! Szukaliśmy cię! — krzyknął Ryan.
Puścił swoje towarzyszki i ze swoim szczękościskiem ruszył w moją stronę, ominęłam go z gracją, ignorując wyciągnięte ramiona, które rozłożył, aby mnie przytulić – czy on do reszty zwariował? Nawet gdybyśmy byli sami, nigdy nie pozwoliłabym mu przekroczyć swojej przestrzeni osobistej! Mój wzrok musiał to pokazywać, bo zaśmiał się z radości, ale nie wyglądał na zaskoczonego w żadnym calu, nawet gdy podeszłam do grupki dziewczyn.
Zatrzymałam się i mierzyłam się z nimi na spojrzenia. Trzy z nich – te idące za Ryanem, nie wyglądały na takie pewne siebie, rozglądały się wokoło, jakby szukając drogi do ucieczki, ale dwie ulubienice z haremu Irlandczyka nie przypominały spłoszonych sarenek albo skutecznie to ukrywały pod makijażem.
— Przeproście ją albo pogadamy inaczej — oznajmiłam sucho, wskazując ruchem głowy na stojącą obok nas Maggie.
Na twarzy bladoskórej meksykanki pojawił się wyraz całkowitego zszokowania. Trzy dziewczyny, o których wspominałam, od razu spełniły moją „prośbę”, dlatego też nie zwracałam sobie głowy, aby bliżej się im przyjrzeć. Za to blondwłosa dziewczyna o idealnie falujących włosach i pasemkach w jaśniejszych jak i ciemniejszych odcieniach blondu, uśmiechnęła się, chytrze pokazując mi swoje śnieżnobiałe zęby, które zawdzięczała najpewniej wybielaniu.
— Masz sałatę między jedynkami — oznajmiłam chłodno.
Skłamałam oczywiście, ale uśmiech blondynki znikł, czarnowłosa uśmiechnęła się mściwie do swojej koleżanki, ale po chwili zwróciła owy uśmiech w moją stronę, dodając do tej mściwej minki sztuczną słodycz.
Blondwłosa dziewczyna czym prędzej sięgnęła do swojej różowej torebki – naprawdę, brakowało jej jeszcze szczuro-psa w niej, aby wyglądała jak prawdziwa Barbie z Kalifornii. Mimo że żyłam dość długo na tym świecie, pierwszy raz rozmawiałam z prawdziwą lalką Barbie, co mnie zaniepokoiło, bo nie chciałam mieć z takimi jak ona za dużo wspólnego.
Jej koleżanka za to wyglądała zupełnie inaczej, była typową buntowniczką. Miała na szyi obroże z małymi kolcami, makijaż nieco zbyt ostry jak na tak młody wiek, usta pomalowane jakąś ciemną szminką. Ubrała skórzaną kurtkę, rozpiętą i pokazującą jej białą tunikę z jakimś durnym napisem, na nogach miała czarne rajstopy w kratkę, a na to poszarpane, krótkie jeansowe spodenki. Spodobały mi się za to jej czarne buty z koturną i kolcami.
Nie pokazałam tego po sobie i nie dziwiłam się jednocześnie, że skaczą sobie do oczu, rysy ich twarzy były dla mnie nieczytelne z powodu tony makijażu. Jedna wyglądała jak śmierć, druga zaś idealnie odwzorowała lalkę. Obydwie za to miały również soczewki kontaktowe, co doskonale zauważyłam zważywszy, że sama takie miałam – w torbie, bo jakoś nigdy nie miałam ochoty ich nosić. Jedna miała w czarnym kolorze (nie muszę mówić która), zaś ta druga szafirowe.
Skrzyżowałam ramiona na piersi, nadal bawiąc się swoim ostrzem i zastanawiając się, czy nie wziąć udziału w bójce, które zawsze uwielbiałam. Westchnęłam i zamknęłam scyzoryk, chowając go do kieszeni, na co Maggie odetchnęła z ulgą. Ryan stanął koło nas, przyglądając mi się ze zmarszczonymi brwiami, a jego uśmiech gdzieś odpłynął.
— Załatwmy to w tradycyjny sposób — oznajmiłam.


Czterdzieści minut później z triumfem przykładałam do wargi mokrą chusteczkę, starając się powstrzymać krwawienie. Moi przyjaciele nie odezwali się do mnie słowem, dysząc ciężko nadal po szybkim biegu, tuż po tym, gdy druga z moich przeciwniczek leżała nieprzytomna po tym, jak przywaliłam jej głową o chodnik, rozkazując przeprosić Maggie. W końcu ją przeprosiła, a ja postarałam się o to, aby w jak najmniej bolesny sposób straciła przytomność – co niezbyt się spodobało panom policjantom.
Właśnie dlatego przez dziesięć minut biegliśmy z super prędkością, a ponieważ młodzież od zawsze ma więcej energii od starszych – choć musiałam przyznać, że jeden z policjantów gonił nas jak prawdziwy maratończyk i gdyby nie to, że Ryan oślepił mężczyznę, kierując w jego stronę palce i wysyłając promień słoneczny, pewnie dalej by nas gonił.
— Albo było fajnie — stwierdziłam z prawdziwym entuzjazmem.
Moi przyjaciele spojrzeli na mnie podejrzliwie, ale nie zamierzałam przyznawać się do tego, że po rozmowie z harpią potrzebowałam wylądować napięcie, które mnie męczyło. Teraz czułam się znów sobą, pełną życia, idącą z wysoko podniesionym czołem Jillian.


Wysiadając z czwartego samochodu, który był naszym autostopem, moi towarzysze nie kryli już swojej złości w kierunku mojej osoby, choć w oczach Irlandczyka zobaczyłam błysk rozbawienia, a kąciki jego ust delikatnie się uniósł w nikłym rozbawieniu. Niestety, fruwające w powietrzu włosy Maggie (jak po wyładowaniu elektrycznym), nie zdradzały w najmniejszym stopniu jej rozbawienia, a przez to wyglądała naprawdę imponująco.
— To już czwarty raz! — krzyknęła, odwracając się w moją stronę.
— Obmacywał mnie — stwierdziłam, wzruszając ramionami.
— Tylko dotknął twojego kolana! — zauważyła.
— Przekroczył moją przestrzeń osobistą, a swoją obrzydliwą dłoń położył dwa centymetry wyżej, wiem, bo liczyłam — stwierdziłam.
Ryan zakasłał, ukrywając wyrywający mu się śmiech, ale Maggie nie zamierzała kończyć naszej dyskusji, a ponieważ chciałam ją przekonać, że lepiej iść ze mną na piechotę niż bawić się w podwózki, postanowiłam pobawić się w małą kłótnię.
— Ale ten wcześniejszy koleś…
— Wcześniej gapił się na moje piersi — stwierdziłam.
Wszyscy troje spojrzeliśmy w tamtym kierunku, zdawałam sobie sprawę jednocześnie, że pomimo tego, że mam już piętnaście lat, nadal jestem płaska jak deska, a co naprawdę napawało mnie frustracją.
— Jesteś płaska – zauważył z uśmiechem Ryan. Uśmiech szybko zniknął, gdy na niego spojrzałam. — Ja cię kocham taką, jaka jesteś, za to facet pewnie był pedofilem — dodał.
Znów go spiorunowałam, ale tym razem napięcie opadło i Maggie roześmiała się na całego, nie mogąc dalej wytrzymywać swojej złości. Mimowolnie wygięłam kącik ust do góry i wsłuchiwałam się w ich śmiech, sama jednak się do nich nie przyłączyłam, a jedynie spojrzałam w zachmurzone niebo, z którego gdy tylko ich znalazłam, przestało padać, nie wątpiłam jednak, że lada chwila ulewa znów się powtórzy, gdyż była to cisza przed burzą.
*      ~      *      ~      *
Mrużąc podejrzliwie swoje czarne oczy, kobieta podeszła o krok bliżej migającej postaci w latarni, doskonale ją znała, bo już niejednokrotnie mąciła tam, gdzie nie trzeba. Nigdy nie była wierna, a jej rodzina o tym zapominała.
Jakże czasem było jej smutno tych idiotów.
— No proszę — zacmokała, gdy nastolatek ruszył w jej stronę. — Przyszedł do mnie sam syn Hadesa, jak się ma twój chłopak, Nico? — zakpiła i oparła się nonszalancko o ścianę zabrudzonego budynku za jej plecami. — Rozmawiałeś ostatnio ze swoją przyjaciółeczką – zakpiła.
— Apate… nie mam na to czasu — stwierdził chłodno nastolatek.
To jej się nie spodobało i pokazała mu to, prychając z niezadowolenia, a następnie odepchnęła się dłońmi od ściany, nie przejmując się o swój idealny manikiur, a na jej twarzy pojawił się drapieżny uśmiech. Westchnęła niby to z rezygnacji, choć chłopak nie wykonał żadnego ruchu, stając pod światło, tak, aby nie można było zobaczyć jego twarzy.
Jak zawsze.
— Co się dzieje? — zażądał odpowiedzi.
Kobieta prychnęła i z jadem w głosie odpowiedziała:
— Czy wszyscy myślą, że skoro nienawidzę całego świata, zdradzę własnych braci? Czy ty w ogóle wiesz, mały chłopczyku, jak to jest siedzieć w tej ciasnej, małej, ciemnej… — zadrżała lekko.
Przerażenie, jakie pojawiło się na twarzy bogini nie było udawane, a ona wspomnieniami wróciła do jej małego więzienia, które musiała dzielić z innymi podobnymi do niej bogami i po raz pierwszy w swoim długim życiu nie zamierzała nikogo zdradzać.
— Moi bracia zaczynają w końcu swoją zemstę, a ja im w tym pomogę, synu Hadesa — syknęła nagle. — Niech Olimpijczycy przygotują się na swoje nowe lokum, gra się rozpoczęła — dodała.
*      ~      *      ~      *

Nigdy nie myślałam, że z taką łatwością będę w stanie cokolwiek przeczytać, bez choćby najmniejszego bólu głowy, ale ilekroć przejechałam wzrokiem po greckich słowach, układały się dla mnie w język angielski –  a co z łatwością potrafiłam przeczytać – mój podziw rósł. Ryan nie wyglądał na tak bardzo zaintrygowanego i marudził, stając między marmurowymi kolumnami, bo jakoś nie odwzajemniał mojego nagłego entuzjazmu – mogło być to spowodowane tym, że od paru godzin go ignorowałam.
Nadal byłam pod wrażeniem, że oni nie zmyślali na temat tego miejsca. Choć idąc tutaj wierzyłam, że będę musiała walczyć z rosyjską mafią, to jednak teraz stałam jak słup soli, wyglądając jakby coś mnie gryzło i denerwowało.
— Jill... — spojrzałam na Maggie, która zerkała na mnie niepewnie, chowając się za kolumną. — Nie zniszczysz tego… prawda? — szepnęła.
Przewróciłam teatralnie oczami i prychnęłam, a Ryan podsumował to gromkim wybuchem śmiechu. Podnosząc wysoko podbródek, przełknęłam ciężko ślinę, gdy moi przyjaciele ruszyli przodem i biorąc głęboki wdech, miałam nadzieje, że owa tajemnicza bariera powstała dzięki drzewu, przepuści mnie bez żadnych problemów.
Tajemnicze drzewo, o którym wspomniała wcześniej Maggie miało swoją własną zawiłą historię – podobno jakaś córka Zeusa została w nie zmieniona, a później ożywiona… kompletnie nie rozumiałam jej tłumaczeń, wiem tylko, że obóz od potworów mitologicznych chroni magiczna bariera, więc miałam prawo być przerażona perspektywą tego, że bariera mnie nie przepuści.
Przymknęłam oczy i zrobiłam niepewny krok do przodu, nagle poczułam, jakby moje ciało otoczyła bańka mydlana, było to krępujące, lecz po chwili wolno wypuściła mnie ze swych objęć. Otwierając oczy, zdałam sobie sprawę, że stoję już za barierą ochronną.
Odetchnęłam z ulgą i wiedziałam, że raczej nie prędko pozbędę się tego strachu.
Z królewskim szykiem i wytwornością ruszyłam w stronę obozu, gdzie za marmurowymi kolumnami z tabliczką zniknęli moi przyjaciele, tylko po to, aby stanąć koło pola truskawek. Spoglądałam na krzaki z czerwonymi owocami, jakby miały zaraz zmutować i pożreć mnie na podwieczorek. Moi towarzysze po prostu postanowili jednak mnie zignorować i ruszyli szybszym krokiem w stronę jakiegoś wielkiego budynku.
Wielki dom pomalowany na odcień niebieskiego został otoczony werandą, Maggie szła pewnie w jego stronę, a na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Pewnym siebie krokiem ruszyłam za nią na tyły budynku, rozglądając się dyskretnie wokół i będąc oczarowana widokiem, jaki zastałam.
Krajobraz wypełniały budynki prosto przeniesione z książki o starożytności – których szczerze mówiąc nie miałam przyjemności czytać, poza przeglądaniem zdjęć na historii czy angielskim. Tyle tylko, że wszystko wyglądało na całkiem nowe, a ich białe kolumny lśniły w słońcu, lekko mnie drażniąc. Uśmiech Ryana był podpowiedzią, że to nagłe natężenie światła to jego sprawka.
Niedaleko od nas grupka nastolatków grała w siatkówkę na piaszczystym boisku, a kilka (teraz mówię na serio) ludzi z kopytami zamiast nóg i owłosionymi zadkami rozmawiała z… drzewami? Na pewno jeden z nich to robił, bawiąc się włosami głowy wychylonej z konara drzewa.
Przerażające.
Spojrzeniem powróciłam na niewielkie jezioro, po którym pływały kajaki. Dostrzegłam również, że większość osób miała paskudne pomarańczowe T-shirty – które skojarzyły mi się z uniformem więziennym, w szczególności, że nie cierpię tego koloru.
Postanowiłam odwrócić wzrok i wbić go w werandę domu, bojąc się, że latające konie ze skrzydłami to jednak nie wytwór mojej wyobraźni. Zerknęłam na Ryana, którego profil był oświetlany przez promienie słoneczne i wpatrując się w niego, poczułam względem niego nagłą czułość.
Był słodki.
Oberwał za to w głowę.
— Za co to? — spytał zaskoczony, masując obolałą głowę.
— Nie wiem — skłamałam, a brew mi drgnęła.
Mierzyliśmy się złowrogim spojrzeniem, a w końcu rudzielec wybuchł śmiechem, zwracając tym uwagę obozowiczów, czego ja wolałabym uniknąć. Za zadanie najwidoczniej postawił sobie wkurzenie mnie na maska, ponieważ nagle objął mnie ramieniem i przyciągnął do swojej (ku mojemu zaskoczeniu) ciepłej piersi. Pomimo dzielących nas warstw ubrań w jego ramionach czułam się naga i obnażona, skrępowana, ale nie miałam w sobie aż tyle samozaparcia, aby odepchnąć go.
Ciepło jego ciała tuż przy moim powodowało, że mój żołądek zaczął robić salta, oddech stał się krótszy i urywany jak po maratonie, serce bębniło mi tak głośno, że słyszałam je jak dzwony kościelne. Poczułam również zaskakujące ciepło na moich policzkach, byłam zaskoczona reakcją swojego ciała na Ryana, kompletnie nie miałam pojęcia, co się dzieje.
— Jill… —  westchnął, przytulając mnie jeszcze bardziej do siebie, czułam jego nierówny oddech na swoim czole, a moje dłonie samoistnie powędrowały do jego piersi, lewa ułożyła się na jego sercu, przez co doskonale czułam jego bicie. — Jill…
Szept mojego imienia w jego ustach brzmiał niczym zaklęcie – dużo lepsze niż te Maggie – ale w tej chwili mój mózg koncentrował się tylko na nim, powoli jak w transie podniosłam głowę i spojrzałam wprost w jego dwukolorowe tęczówki.
To był błąd.
Czułam się jakbym właśnie została złapana w jakąś pułapkę, nie mogłam oderwać oczu od jego, które nieco pociemniały z nieznanych mi emocji, jego głowa zaczęła powoli schylać się w moją stronę. W jednej chwili zrozumiałam, o co chodzi, ale zamiast odepchnąć go i zagrozić kastracją, ja zacisnęłam swoje dłonie na jego bluzce i wbiłam spojrzenie w jego wargi, pragnąc poczuć je na swoich.
Och, jakże tego pragnęłam, to stało się w tej chwili, było najważniejsze na świecie, a gdy jego usta były już kilka centymetrów od moich, przymknęłam oczy, czekając na ten czuły dotyk…
— Jill! Ryan!
Jak oparzona odskoczyłam od chłopaka i wbiłam spojrzenie w Maggie, która z hukiem spadła z werandy. Zamrugałam zdezorientowana, ale czarnowłosa natychmiast podniosła się na równe nogi, uśmiechając się przepraszająco, za nią stał…
Najprawdziwszy w świecie Centaur.

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział V

Zanim przejdę do rozdziału, chciałabym ponownie podziękować swojej becie :)



Rozdział V

"(…)jeżeli zaraz nie wyniesiesz się wraz ze swoim ptasim zadem, sama chętnie cię wykopię(…)

 

Pojedyncze płatki śniegu spadały z nieba, migocząc milionem przeróżnych barw i choć czarnowłosa była tym widokiem zachwycona, a w jej niebieskich oczach malował się zachwyt, odwróciła głowę gwałtownie w stronę nagłego hałasu. Zmrużyła podejrzliwie oczy, rozglądając się wokół i przygotowując swój łuk do wystrzału.
Wzrokiem prześledziła skąpany w śniegu las. Jedyną oznaką obecności dzikich zwierząt były dziwne szelesty w krzakach, dźwięk kruszenia śniegu i kilka zwierzęcych odcisków łap – oczywiście tylko tych, które nie zapadły jeszcze w zimowy sen albo nie zamierzały tego czynić.
Po chwili, gdy jedynym dźwiękiem w okolicy był nagły ryk niedźwiedzia polarnego, a którym łowczyni się w ogóle nie przejęła, opuściła swój łuk, a na jej ustach pojawił się cyniczny uśmiech rozbawienia. Potrząsnęła głową, aby pozbyć się kilku płatków śniegu, które to zdążyły osadzić się na jej krótkich czarnych włosach, a następnie zerknęła w niebo i skrzywiła się.
Wyprostowała się, otwierając usta, aby przywołać resztę łowczyń, gdyż wschód słońca już dawno przeminął, a one miały na rozkaz Artemidy polować jedynie w świetle księżyca. Miała zamiar wrócić do ich obozu i nieco się zdrzemnąć, ponieważ była wykończona ostatnimi łowami.
Niestety Thalia nie zdążyła nawet wydobyć pojedynczego dźwięku, gdy nagle odwróciła się na pięcie i z niesamowitą szybkością ponownie napięła łuk w stronę przybysza. Był to mężczyzna ubrany na czarno z za dużym kapturem, który zasłaniał całą jego twarz w niecnej ciemności. W tej chwili w oczach łowczyni błysnęło zrozumienie.
— Co tu robisz? — spytała, nie spuszczając z oka przybysza. — Artemida nie życzyła sobie spotkania z tobą — powiedziała z szyderstwem i pogardą w głosie.
Mężczyzna nie poruszył się ani nie opowiedział, jedynie po krótkiej chwili podniósł powoli swoje dłonie do kaptura, na co łowczyni zareagowała, odruchowo wypuszczając strzałę ze świstem, a która precyzyjnie wbiła się w pierś nieznajomego. Jęknął on, ale dalej ściągał swój kaptur w powolny i majestatyczny sposób, od którego Thalia dostała dreszczy.
Wystrzeliła jeszcze kilka strzał, coraz bardziej przerażona zachowaniem mężczyzny, a gdy czarny kaptur opadł, ona właśnie odwróciła się na pięcie, aby uciec, ale w tej samej chwili stanęła wprost przed mężczyzną, z jej gardła wydobył się wrzask przerażenia, gdy jego czarne oczy pochłonęły ją całkowicie w swej mrocznej otchłani pełnej największy jej lęków.
*          ~          *          ~          *
Ciemność otoczyła mnie swoimi ramionami, choć możliwe, że były to jednak ramiona znajomego mi rudzielca, a za co dostał łokciem w brzuch. Usłyszałam jego stęknięcie, żałując jednocześnie, że nie mogłabym pozbyć się otaczającej mnie ciemności. Ona zawsze mnie przerażała i choć to ja jestem zawsze tą odważną w naszej grupie, nie mogłam ukryć ściśnięcia w żołądku i dziwny dreszcz przechodzący mi wzdłuż kręgosłupa.
Zapach detergentów sprawił, że mój nos lekko zdrętwiał, a ciemność i ciasnota wcale nie pomagały. Ryan znów próbował zrobić coś dziwnego z dłońmi (co dotyczyło mojego ciała i przestrzeni osobistej), więc starałam się od niego odsunąć jak najdalej.
Efektem było to, że trafiłam plecami na jakąś półkę, powodując, że metalowy tajemniczy pojemnik zagrzechotał spadając z niej. Wstrzymałam z przerażenia oddech i czekałam na dalszy przebieg sytuacji. Starałam się wypatrzeć moich towarzyszy i nagle spojrzałam wprost w jarzące się w ciemności niebieskie oczy, dokładniej w dwa różne odcienie niebieskiego. Granatowa tęczówka dziwnie lśniła, jakby w środku niej uwięzione było milion gwiazd. Natomiast błękitna  świeciła niczym księżyc w nocy – jak wiadomo, świecił on, gdyż promienie słoneczne na niego padały…
Sama dziwiłam się swoim myślą, starając się jednocześnie wydostać jakoś z tej sytuacji. Zerknęłam na Maggie, której jedynym śladem, że również była uwięziona w schowku woźnego - owszem w miejscu, gdzie młodzież chowa się, aby w sekrecie obmacywać się i wyznawać swoją miłość, a co niewątpliwie chciał zrobić Ryan, tylko, ze wpadł na nie tą dziewczynę, co trzeba (na co dowodem był ciężki oddech po tym jak kilkakrotnie oberwał łokciem w brzuch) - była moja żółto-czarna torba, której breloczek w kształcie koniczyny świecił w ciemności.
— Wszystko w porządku? — szepnęła Maggie.
Drgnęłam z przestrachu, gdyż jej głos brzmiał w tej ciemnej ciszy niczym wrzask niemowlaka roznoszący się echem. Objęłam się ramionami i odruchowo przytaknęłam, równocześnie zdając sobie sprawę, że oni mnie nie widzą. Jakoś nie chciałam się odzywać, aby nie zdradzić drżenia w moim głosie.
— Jasne — odpowiedziałam jednak krótko.
W duchu jednocześnie odetchnęłam, że mój głos pomimo strachu przed ciemnością brzmiał nader spokojnie i opanowanie. Jednocześnie doskonale zdawałam sobie sprawę, że mój strach jest irracjonalny – jednak po ostatnich wydarzeniach nie dziwiłabym się gdyby nagle znikąd wyskoczył wampir i zaczął tańczyć hula wraz z mutowanym niebieskim kosmitą.
Potrząsnęłam głową dziwiąc się swojemu dziwnemu poczuciu humoru, a jednocześnie dostałam kolejne potwierdzenie, że jednak jakieś mam – w chwilach całkowitego strachu, ale jednak jest.
— Maggie… co właściwie zmalowałaś? — spytał nagle Ryan, a ja spojrzałam w jego kierunku. — Po prostu jestem ciekawy, czemu wszyscy tulimy się do siebie w schowku woźnego — wyjaśnił i posłał mi smutne spojrzenie.
Spojrzałam na niego podejrzliwie, gdyż przeczuwałam już wcześniej, że on z jakiegoś powodu widzi w ciemności, a w końcu nigdy nie chciałam komukolwiek zdradzać, jak całkowita ciemność na mnie działa – czytaj: drżę jak osika.
Równie szybko przypomniałam sobie jednak moment wbiegnięcia do mojego pokoju przez przerażoną Maggie, która, mówiąc coś o tym, że przez pomyłkę, zamiast zmylić dyrektorkę zmieniła jej płeć i chyba niechcący użyła zaklęcia, które kiedyś pochwalił się jej jeden z synów Erosa – kompletnie nie miałam pojęcia, co wspólnego z tym wszystkim miał bobas z pieluchą i łukiem wraz ze strzałą z serduszkiem.
Doszliśmy jednak do tego – a naprawdę zrozumienie monologu Maggie było wyczynem na skale światową, gdyż jej tłumaczenia i opowiadanie historii jest tak samo trudne do zrozumienia jak pokonanie labiryntu w ciemnościach – że zmieniła moją wredną dyrektorkę w mężczyznę, który nagle zakochał się w moim ulubionym nauczycielu angielskiego, dokładniej mówiąc w panu Formanie.
— To było niechcący — zawołała żałośnie. — Chciałam zrobić iluzję, gdy mnie złapała i tak jakoś wyszło, że pomyliłam kilka słów po łacinie — wyjaśniła.
Byłam pewna, że zrobiła przy tym minę zbitego psa. Nie mogłam powstrzymać cisnącego się na moje usta uśmiechu, gdyż to wszystko należało się tej wrednej babie, a jednocześnie było mi szkoda jedynego nauczyciela, który nigdy się na mnie nie mścił i tolerował moje wybryki z przymrużeniem oczu, a nieraz nawet doradzał jak wywinąć się od kary.
Zaskakujące było dla mnie, że czarnowłosa zna łacinę, ale powinnam przyzwyczaić się już, że przy tej dwójce wszystko co niemożliwe staje się możliwe.
Wzdychając ciężko, przykucnęłam przy drzwiach, ocierając się przy tym o kogoś, ale wolałam nawet nie myśleć, że tym kimś może być polujący na mnie Ryan, co niewątpliwie potwierdził, pytając się, czy mógłby użyć zaklęcia bożka miłości na mnie.
Zabawne.
On tak nie uważał, gdy wyraziłam swoją opinię o tym jego szalonym planie – efekt był taki, że prawdopodobnie został impotentem.
Nagła jasność oślepiła mnie, gdy przymykając jedno oko wyglądałam na jasny hol przez dziurę na klucz, zamrugałam kilka razy, aby przyzwyczaić źrenice do nagłej jasności i już po chwili mogłam z ulgą stwierdzić, że białe kafelki odbijające jasne rażące w oczy białe światło był nieskażony przez jakąkolwiek osobę.
— Wydaje się pusty — stwierdziłam z wątpliwościami.
Maggie jednak miała inny pomysł, podobnie jak Ryan, gdyż obydwoje nagle próbowali dorwać się do drzwi, a efekt był taki, że pod naborem naszego ciężaru stare i jedyne w tym holu jasno-drewniane drzwi nie wytrzymały i zamek puścił, sprawiając, że przez chwilę zakleszczyliśmy się w ich ramie, a następnie z hukiem upadliśmy na kafelki – a dokładniej to ja zostałam najbardziej poobijana.
Ciężar z moich pleców w miarę szybko zniknął, a ja równie szybko stanęłam na równe nogi rozglądając się z zaniepokojeniem po holu i starając się wymyślić jakiś genialny pomysł. Niestety w mojej głowie panowała całkowita pustka, ale na brak pomysłów nie cierpiała czarnowłosa wiedźma, która krzycząc coś o locie zaczęła szeptać w nieznanym mi języku słowa – najpewniej była to jakaś rymowanka po łacinie.
Na nic zdały się nasze wrzaski, groźby i śmiech (ten ostatni tylko Ryan wydobył z siebie), gdyż już po chwili coś wokół nas zaczęło wirować, a ja szybko chwyciłam swoją torbę, mając nadzieje, że jednak obroni mnie ona przed czarami Maggie. Ponieważ każdy zdrowy człowiek by się tego obawiał, a co jest jednocześnie dowodem, że podekscytowany Ryan nie jest człowiekiem.
— Jeżeli przeżyje, zabije cię — warknęłam ponownie.
Maggie oczywiście pod naborem mojego morderczego wzroku zająknęła się i najprawdopodobniej pomyliła kilka słów, gdyż nagle wystrzeliłam jak z torpedy w górę, cieszyłam się jednak, że z mojego tyłka nie lecą jakieś fajerwerki.
Jak wspominałam, niezidentyfikowana siła z całej siły wyrzuciła mnie w powietrze (naprawdę cieszyłam się, że ten budynek ma tylko dwa piętra) i przelatując przez dach – jak nic zarobiłam kilka nowych siniaków i zadrapań, nie wspominając o draskach i resztach dachówki we włosach – a następnie wylatując w sam środek zbierającej się chmury burzowej (naprawdę nikomu nie życzę nagłego wyładowania ładunku na swojej skórze) poszybowałam dalej niczym wystrzelona z procy.
Wiatr targał moimi naelektryzowanymi włosami, które wręcz stały mi na głowie niczym Szopenowi po skończonym koncercie, a krople deszczu, które zaczęły spadać niczym maleńkie okruchy szkła raniły moją skórę twarzy i ramion. Zacisnęłam mocniej ramiona wokół swojej torby mając nadzieje, że zadziała ona, jako poduszka powietrzna – dla ochrony moich kończyn. Miałam również nadzieję, że książki wewnątrz niej nie zostały zniszczone, równie szybko jednak zamknęłam usta, gdy jakaś mucha czy inny niezidentyfikowany owad dostał się do nich, a oczy przymknęłam bojąc się, że ostre krople i silny wiatr sprawi, że oślepnę do końca życia.
Moja podróż trwała w miarę szybko i kiedy odważyłam się w końcu otworzyć oczy, zdając sobie sprawę, że nieco zwolniłam zobaczyłam znajomy pomnik Atlasa w środkowym Manhattanie, a gdy z całej siły uderzyłam w metal sprawiłam, że moja torba dość nieudolnie ochroniła moje żebra, które najprawdopodobniej nieco uszkodzone, ale również wgniotłam nieco te metalowe pręty – czy cokolwiek to jest – oraz rozbujałam wielką kule, która miała coś tam prezentować, a co niby dźwigał ten cały Atlas.
Sapnęłam z bólu i zacisnęłam dłonie, nieco je raniąc na ostrym zakończeni metalu. Odetchnęłam kilka razy urywanym oddechem tak, aby płuca jak najmniej obijały się o bolące żebra, a następnie powoli jak i jęcząc z bólu zaczęłam schodzić z pomnika.
Nie dało się nie słyszeć kilu wrednych komentarzy przechodniów pod moim adresem, ale zbyłam je tak samo jak wszystkie wredne teksty, jakich się nasłuchałam w dzieciństwie. Dzieci z ADHD i dysleksją nigdy nie mają łatwego życia wśród rówieśników i albo stajesz się ofiarą, albo dręczycielem.
Dotykając stopami stabilnego już podłoża przerzuciłam pasek swojej torby przez ramię i rozejrzałam się ostrożnie wokoło, szukając jednocześnie swoich towarzyszy, ale już po chwili zorientowałam się, że zostaliśmy rozdzieleni albo Maggie zaczarowała w ten niewygodny sposób tylko mnie.
Skrzywiłam się lekko i delikatnie otrzepałam swoje czarne włosy z resztek dachówek i drewna, które rozwaliłam przelatując przez dach szkoły, a czego nie żałowałabym, gdyby nie było aż tak bolesne. Gdy miałam właśnie wykonać krok w stronę centrum nagła siła wokół mnie znów zafalowała, ale tym razem nie było to za sprawą Maggie i jej czary-mary.
Delikatnie i powoli zaczęłam unosić się w powietrze, nikt chyba nigdy nie dowie się, jakie przerażające jest wisieć w powietrzu i nie być asekurowany przez żadne pasy. Jednocześnie starałam się znaleźć jakieś niewidzialne podłoże, aby mieć, choć nadzieje na stabilny grunt. Niestety machając rękami i nogami wyglądałam jak niejedna osoba uciekająca ze szpitala psychiatrycznego.
Zamknęłam oczy i znieruchomiałam mając nadzieje, że dzięki temu się po prostu zatrzymam, a ku mojemu zdziwieniu udało mi się, niestety, gdy otworzyłam oczy okazało się, że byłam kilka centymetrów nad pomnikiem Atlasa, a co spowodowało, że ponownie na niego spadłam i jeszcze gorzej poraniłam swoje żebra. Przeklęłam pod nosem jak zwykle i znów starałam się zejść z pomnika, a efekt był przewidywalny, gdyż jeszcze kilka razy polewitowałam, aby ponownie upaść na pomnik, a co zaczęło mnie wnerwiać.
Gdy udało mi się w końcu zejść, wskazałam swoim palcem na pomnik, mrużąc ze złości oczy jakby był on żywą i rozumną osobą, a następnie z grobowym i złowieszczym tonem oznajmiłam:
— My się jeszcze policzymy.
Jakby w moich słowach ukryta była jakaś moc, pomnik został poderwany z ziemi i odrzucony kilka metrów dalej, a ja ze wskazującym palcem stałam tak oniemiała i wgapiałam się w przerażony tłum, który zaczął zbierać się przy pomniku, który przygniótł jakąś kobietę, a która wrzeszcząc z wściekłości, nagle poszybowała w górę odsuwając od siebie pomnik jakby był z kartonu.
Stałam sobie tak z podniesionym palcem i gapiłam się jak to kobieta nagle przemienia się w jakąś bliżej nieokreśloną formę, a która przypominała mi ptaka. Choć była kilka metrów nade mną i ode mnie, widziałam doskonale jej małe wyłupiaste czarne oczy, orli nos i cienkie usta wykrzywione w prawdziwej furii. Jej zniekształcone ramiona były nieco zbyt długie i upierzone były w dziwny odcień czarno-zielonych piór. Natomiast jej dłonie, a dokładniej palce, przypominały mi szpony niejednego drapieżnego ptaka.
Po prostu przypominała moją babcię.
Przeklęłam tak, że niejeden z tych potworów na pewno zaczerwieniłby się ze wstydu i ruszyłam pędem przed siebie, a mój ból w żebrach i krwawiące rany były mi w tej chwili tak obojętne jak krople wody spadające z nieba,  które naprawdę musiały drażnić kobietę-ptak. A może wkurzyła ją tak moja nagła ucieczka przed nią...?
Nikomu naprawdę nie radziłam uciekać przez tłumy ludzi, podczas gdy potwór, który cię goni przemierza z łatwością przestrzeń powietrzną. W tej chwili żałowałam, że i ja nie umiem latać, do czasu aż przypomniałam sobie swoją lewitację. Wiedziałam, że uciekając na pieszo miałam większe szanse na nią, niż jeżeli miałabym balansować nieruchomo w powietrzu, ale pewne jak nic było, że gdy biegłam chodnikiem pełnym śpieszących się i chamskich ludzi, mitologiczny potwór szybciej mnie dorwie w swoje szponiaste dłonie.
Nie czekając dłużej podskoczyłam machając ramionami, a co na niewiele się zdało. Przypomniał mi się moment w moim dzieciństwie, gdy potrafiłam wznieś się w powietrze i fruwać pod sufitem, a co niedługo później wzięłam za objaw swojej wybujałej wyobraźni. To było jak olśnienie, w nagłej chwili napływu wspomnień wiedziałam po prostu, co muszę zrobić.
W swojej wyobraźni poczułam, jak staję się lekka i daje nieść się wiatrom przed siebie. Nagły podmuch powietrza odgonił szponiastą kobietę i sprawił, że niczym latawiec poszybowałam w górę i tym razem nie byłam tak przerażona jak na początku, a nawet uśmiechnęłam się lekko i poszybowałam przed siebie.
Odetchnęłam z ulgą, gdy ponownie stopami dotknęłam stałego podłoża, a następnie rozejrzałam się po małym parku, który był zadziwiająco i nieco złowieszczo pusty. Jednak jakoś nigdy nie przerażały mnie takie atmosfery, a jedynie ruszyłam w stronę najbliższej wolnej ławki i siadając na niej przymknęłam oczy zastanawiając się, co teraz mam zrobić?
Skrzywiłam się, gdy znów poczułam powracający do mnie ból żeber, a chwilę później otworzyłam oczy słysząc śmiech. Siedząc nieruchomo wgapiałam się kobietę, której miałam nadzieje, że uciekłam.
— Wnuczka Vivienne jak widać — oznajmiła.
— Ptasia brzydota jak widać — odparłam.
Kobieta wykrzywiła usta w złości, ale szybko się opanowała i mrużąc swoje czarne. wyłupiaste oczy. uśmiechnęła się nieco złowieszczo, co mnie zaskoczyło, ale nie dałam tego po sobie poznać.
— Jestem zaskoczona, widząc, że Melinda jednak dała się uwieść temu kretynowi — oznajmiła chłodno.
— Uważaj ptasi móżdżku, o kim mówisz — oznajmiłam podnosząc się na równe nogi.
Mimo że kobieta była wyższa ode mnie przynajmniej o głowę, nie zamierzałam siedzieć spokojnie na ławeczce, jęcząc z bólu i tak po prostu dać się zabić. Zbyt dużo w ostatnim czasie przeżyłam, aby tak po prostu się poddać. Z drugiej strony nie byłabym sobą, gdybym nie pokazała tej ptasiej brzydocie gdzie raki zimują.
— Byłabyś wspaniałą harpią — stwierdziła z namysłem. — Szkoda, że twoja matka zadała się z tym… kretynem — oznajmiła uśmiechając się przebiegle. — Masz w sobie więcej krwi potwora, niż twoja własna babka — wyjaśniła widząc jak mrużę oczy. — Czy nigdy nie zastanawiałaś się, czemu jesteś taka agresywna? Czemu "nie dawać sobie w kaszę dmuchać"? — Spytała powodując lekki mętlik w mojej głowie. — My, harpię. od najmłodszych lat musimy walczyć w hierarchii, każdy musi znać swoje miejsce, a najsłabsze okazy zazwyczaj umierają, w twoim DNA zawsze będzie to obecne: zabij albo umieraj — mówiąc to odsunęła się ode mnie o krok. — W końcu każda harpia jest dręczycielem albo sama ginie.
Przełknęłam ciężko ślinę mając nadzieje, że moja mimika twarzy nie pokazuje jak wiele jej słowa dla mnie znaczą, jak wielki chaos w mojej głowie spowodowały. Sama już nie wiedziałam, kim jestem? Jeszcze kilka dni temu byłam doskonale pewna, że jestem tylko jedną z nastolatek, w których buzują hormony i która uwielbia wszystkim pokazywać, że z nią się nie zadziera, a teraz?
Obawiałam się tego, że mogłabym stać się psychopatycznym mordercą.
— Czy wspominałam, że harpie, jak każde mitologiczne potwory, polują i zabijają herosów?
Serce zabiło mi mocniej, a przed swoimi oczami zobaczyłam rozszarpane gardła swoich przyjaciół – nie miałam dłużej, co się oszukiwać, że właśnie tak traktowałam Maggie i Ryana. W swojej wybujałej wyobraźni zobaczyłam siebie z iście szatańskim uśmiechem na twarzy, wyglądając jakby mnie to bawiło, a ich krew brudziła moje dłonie przemienione w podobne szpony, co kobiety.
— Tylko tyle masz do powiedzenia? — Spytałam chłodno powodując, że uśmiech kobiety zamarł. — Więc teraz mnie posłuchaj, skowroneczku — oznajmiłam chłodno. — Mam gdzieś, kim i czym byli moi rodzice, ja nazywam się Jillian i jestem jaka jestem — wyjaśniłam, kręcąc głową. — Nie jestem ani taką kreaturą jak ty, ani taka jak moi przyjaciele, jestem inna, a co oznacza wyjątkowa i jeżeli zaraz nie wyniesiesz się wraz ze swoim ptasim zadem, sama chętnie cię wykopię — zagroziłam.
Kobieta zaniemówiła, ale posłusznie odwróciła się i wbijając w powietrze, zniknęła już po chwili z pola widzenia otoczona przez burzowe chmury. Dopiero teraz zorientowałam się, że przestało padać, ale ja nadal byłam mokra, a słowa kobiety niczym szarańcza brzęczały mi w uszach.
Spuściłam głowę i spojrzałam na swoje czarne trampki, przyglądając się białej pobrudzonej i podniszczonej sznurówce, która przeżywał na pewno nie mniej niż moje ubrania w równie kiepskim stanie ponownie podniosłam głowę w górę patrząc w niebo.
— Kim jestem? — Szepnęłam.
Naprawdę chciałam znać odpowiedź na to pytanie, ale przede wszystkim chciałabym mieć pewność, że nie jestem i nigdy nie będę takim potworem jak ta kobieta. Pragnęłam zapewnienia, że moja babka była inna od swojego rodzaju, że była dobra i kochająca, że moja matka zawsze pomagała innym i wiecznie uśmiechnięta szła przez życie.
Wówczas byłoby to kłamstwo.
W moich wspomnieniach pojawił się obraz Rudzielca, czemu właśnie jego? Kompletnie nie znałam na to odpowiedzi, ale podniosłam swoją torbę z ławki i ruszyłam na poszukiwanie jego i Maggie, mając nadzieje, że dzięki nim nie stanę się nigdy uosobieniem prawdziwego zła, a co od teraz miało stać się największym moim lękiem.
Wiatr zawiał lekko poruszając moimi kosmykami krótkich włosów, a co wydało mi się niezwykle miłym gestem, a następnie w swoich uszach niczym szum wiatru usłyszałam:
Pamiętaj również, że to ty wybierasz, kim chcesz być, a nie twoje pochodzenie.
Uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam z wdzięcznością w stronę nieba, szepcząc ciche podziękowania pod adresem swojego ojca, a następnie ruszyłam żwawym krokiem i nową pewnością siebie na poszukiwanie swoich przyjaciół. Moich pierwszych prawdziwych przyjaciół.