Panie, panowie i wy stwory różnej maści. Moja ukochana beta , a która cały czas jest ze mną i jeszcze nie oszalała, chciałam z całego serca podziękować za jej pomoc :)
Zanim jednak przejdę dalej wyjaśnię kilka spraw: opublikowałam ten rozdział kilka dni wcześniej, a to tylko dlatego, że nie mogłam się powstrzymać, a po drugie: Maggie jest biedna i nie wkurzajcie się na nią za bardzo c: Niestety smutna wiadomość to taka, że kolejny rozdział pojawi się dopiero za jakieś dwa tygodnie, możliwie jednak, że najdzie mnie nagła wena, a moja beta będzie miała dużo wolnego czasu... cóż wszystko zależy od opaczności Mojr.
Naprawdę jestem wzruszona tym, jak wiele osób komentuje mojego bloga,
z całego serca wam dziękuje za komentarze, które piszecie, motywują one
mnie do dalszego pisania, naprawdę DZIĘKUJE!
Nie przedłużając dłużej, zapraszam na kolejny rozdział!
Rozdział VI
"(…)Niech Olimpijczycy przygotują się na swoje nowe lokum, gra się rozpoczęła(…)"
Okazało
się, że znalezienie dwóch herosów na Manhattanie to nie lada wyzwanie. Jednak
ucieszyłam się ogromnie, gdy ujrzałam znajomego Irlandczyka, który jak zwykle z
uśmiechem na twarzy był… cóż, to, co zobaczyłam chwilę później, dużo mniej mnie
ucieszyło, wręcz sprawiło, że miałam ochotę mu przyłożyć, ale ponieważ nie
powinnam niczego odczuwać na widok grupy dziewczyn, które chichocząc, jak hieny
otaczały go półkołem i cały czas się do niego przylepiały, więc po prostu go
zignorowałam, zwracając moją uwagę na Maggie, co wcale nie sprawiało, że czułam
przemożną chęć zmienienia się jednak w harpię i rozszarpania tych dziewczyn na
strzępy.
Wiedźma
pozostawiona była w tyle i z przerażeniem zerkała na jakąś blondynkę, a która
to uczepiła się ramienia rudzielca, nie musiałam się pytać o nic, doskonale
znałam dziewczyny tego typu. Niejedna już groziła mi, gdy zbytnio zbliżyłam się
do chłopaka, który aktualnie ją interesował, ale szybko uczyły się, że ja –
Jillian – nie ugnę się pod żadnym szantażem i wymuszeniem, a jeszcze wyjdę… cóż,
obronną ręką na pewno nie, bo nauczyciele i dyrektor zawsze mnie zawieszali,
choć moja rywalka zazwyczaj lądowała u higienistki, płacząc i histeryzując, że
potrzebna będzie jej operacja plastyczna.
Histeryczki.
Zatrzymałam
się, przyglądając tej niecodziennej scenie, a jednocześnie dziwiłam się, że
znalazłam ich koło pomnika Atlasa, na który wcześniej wpadłam przy swoim
„lądowaniu”. Zmrużyłam oczy i przyglądałam im się przez chwilę, ciesząc się
jednocześnie, że oni sami nie zauważyli jeszcze mojej obecności.
Ryan
obejmował dwie dziewczyny znajdujące się koło siebie, jedną blondynkę a drugą
szatynkę, które co chwila piorunowały się wzrokiem, gdy tylko chłopak zwracał
uwagę na trzy pozostałe dziewczyny. Nigdy nie podejrzewałam, że mój przyjaciel
jest aż tak przystojny, co sprawiło, ze ponownie mu się przyjrzałam, starając
się ocenić go, nie jako potencjalne zagrożenie, ale jako chłopaka.
Przekrzywiłam
lekko głowę w lewo, przyglądając się chłopakowi, zadumałam się, nadal stojąc tak
i nie zwracając najmniejszej uwagi na zgryźliwe uwagi i złowrogie spojrzenia
przechodniów, którzy o mało na mnie nie wpadli. Moi przyjaciele również byli
zbyt zajęci, aby mnie jeszcze zauważyć, a ja dalej czułam się jak obserwator
kiepskiej sztuki teatralnej.
Dopiero teraz spostrzegłam, że gdy się uśmiecha, w jego prawym policzku
pojawia się dołeczek, oczy lekko się mrużą, powodując delikatne
zmarszczki wokół nich,
co w tak młodym wieku było dość dziwne. Jego dolna warga zawsze się podnosi,
gdy szczerze się uśmiecha, a spostrzegłam to, gdy posłał Maggie uśmiech, za
który dwie dziewczyny pod jego ramionami spiorunowały wiedźmę.
Tego
było już za wiele.
Przyjrzałam
się uważniej czarnowłosej córce Hekate, która wlokła się niechętnie za
Irlandczykiem jakby szła na ścięcie głowy, ale gdy tylko dwukolorowe oczy
chłopaka na niej spoczęły, od razu się uśmiechnęła i wyprostowała, jakby chcąc
pokazać, że jest zadowolona, gdy ludzie ją ignorują.
Miałam
wielką ochotę iść tam i poustawiać dziewczyny, a szczególnie, że otoczyłam
fiołkowooką swoją ochroną. Nie wiem, kiedy to się stało ani w jaki sposób. Po
prostu Maggie stała się moją przyjaciółką, a ponieważ nigdy takowych osób nie
posiadałam, wszelkie emocje z tym związane były dla mnie nowością.
Wzięłam
głęboki oddech, aby nie przywalić Irlandczykowi na dzień dobry i ruszyłam w ich
stronę pewnym krokiem. Starałam się nie myśleć o momencie, w którym
zrozumiałam, kim była moja matka i czym właściwie jestem ja sama. Po prostu
wyrzuciłam wszelkie myśli z tym związane z głowy, co nie oznaczało, że czułam
się znów sobą.
Nadal
odczuwałam lęk, ale go przytłumiłam, porzucając w najczarniejsze zakamarki
swojej świadomości, tam gdzie myślenie o tym nie mogło mnie zranić.
Idąc
prosto, z wysoko podniesionym podbródkiem. byłam pewna, że mój krok jest iście
królewski i dumny. Przybrałam chłodną mimikę twarzy, choć w myślach
zastanawiałam się, jak najlepiej będzie pozbyć się dwóch dziewczyn, które
dokuczały mojej przyjaciółce.
W chwili,
gdy jedna z nich szepnęła coś do drugiej i wskazała mnie, Ryan powędrował
automatycznie za jej uniesionym palcem i zatrzymał się gwałtownie, widząc mnie kierującą
się w ich stronę. Na jego twarzy pojawił się najszerszy uśmiech – jeżeli było
to możliwe, a przy nich niemożliwe staje się możliwe – i pomachał mi
entuzjastycznie, Maggie sapnęła, wpadając na jedną z dziewczyn, nie zauważając,
gdy one się zatrzymały, ale owa panna nawet nie zwróciła na to uwagi,
spoglądając na mnie mściwie.
Wiedźma
w końcu na mnie spojrzała i otworzyła szeroko oczy uśmiechając się przy tym
niepewnie. Ja jednak zignorowałam swoich przyjaciół i, nie przerywając swojego
chodu, wyciągnęłam z bocznej kieszeni torby niewielki scyzoryk (ten sam, który
odebrałam Erickowi przed damską toaletą) i bawiąc się nim, szłam w stronę dwóch
dziewczyn, a które lekko zbladły.
— Jill!
Szukaliśmy cię! — krzyknął Ryan.
Puścił
swoje towarzyszki i ze swoim szczękościskiem ruszył w moją stronę, ominęłam go
z gracją, ignorując wyciągnięte ramiona, które rozłożył, aby mnie przytulić –
czy on do reszty zwariował? Nawet gdybyśmy byli sami, nigdy nie pozwoliłabym mu
przekroczyć swojej przestrzeni osobistej! Mój wzrok musiał to pokazywać, bo
zaśmiał się z radości, ale nie wyglądał na zaskoczonego w żadnym calu, nawet
gdy podeszłam do grupki dziewczyn.
Zatrzymałam
się i mierzyłam się z nimi na spojrzenia. Trzy z nich – te idące za Ryanem, nie
wyglądały na takie pewne siebie, rozglądały się wokoło, jakby szukając drogi do
ucieczki, ale dwie ulubienice z haremu Irlandczyka nie przypominały spłoszonych
sarenek albo skutecznie to ukrywały pod makijażem.
— Przeproście ją albo pogadamy inaczej — oznajmiłam sucho, wskazując ruchem głowy
na stojącą obok nas Maggie.
Na
twarzy bladoskórej meksykanki pojawił się wyraz całkowitego zszokowania. Trzy dziewczyny,
o których wspominałam, od razu spełniły moją „prośbę”, dlatego też nie
zwracałam sobie głowy, aby bliżej się im przyjrzeć. Za to blondwłosa dziewczyna
o idealnie falujących włosach i pasemkach w jaśniejszych jak i ciemniejszych
odcieniach blondu, uśmiechnęła się, chytrze pokazując mi swoje śnieżnobiałe
zęby, które zawdzięczała najpewniej wybielaniu.
— Masz
sałatę między jedynkami — oznajmiłam chłodno.
Skłamałam
oczywiście, ale uśmiech blondynki znikł,
czarnowłosa uśmiechnęła się mściwie do swojej koleżanki, ale po chwili zwróciła
owy uśmiech w moją stronę, dodając do tej mściwej minki sztuczną słodycz.
Blondwłosa
dziewczyna czym prędzej sięgnęła do swojej różowej torebki – naprawdę,
brakowało jej jeszcze szczuro-psa w niej, aby wyglądała jak prawdziwa Barbie z
Kalifornii. Mimo że żyłam dość długo na tym świecie, pierwszy raz rozmawiałam z
prawdziwą lalką Barbie, co mnie zaniepokoiło, bo nie chciałam mieć z takimi jak
ona za dużo wspólnego.
Jej koleżanka
za to wyglądała zupełnie inaczej, była typową buntowniczką. Miała na szyi
obroże z małymi kolcami, makijaż nieco zbyt ostry jak na tak młody wiek, usta
pomalowane jakąś ciemną szminką. Ubrała skórzaną kurtkę, rozpiętą i pokazującą
jej białą tunikę z jakimś durnym napisem, na nogach miała czarne rajstopy w
kratkę, a na to poszarpane, krótkie jeansowe spodenki. Spodobały mi się za to
jej czarne buty z koturną i kolcami.
Nie
pokazałam tego po sobie i nie dziwiłam się jednocześnie, że skaczą sobie do
oczu, rysy ich twarzy były dla mnie nieczytelne z powodu tony makijażu. Jedna
wyglądała jak śmierć, druga zaś idealnie odwzorowała lalkę. Obydwie za to miały
również soczewki kontaktowe, co doskonale zauważyłam zważywszy, że sama takie
miałam – w torbie, bo jakoś nigdy nie miałam ochoty ich nosić. Jedna miała w czarnym
kolorze (nie muszę mówić która), zaś ta druga szafirowe.
Skrzyżowałam
ramiona na piersi, nadal bawiąc się swoim ostrzem i zastanawiając się, czy nie
wziąć udziału w bójce, które zawsze uwielbiałam. Westchnęłam i zamknęłam
scyzoryk, chowając go do kieszeni, na co Maggie odetchnęła z ulgą. Ryan stanął
koło nas, przyglądając mi się ze zmarszczonymi brwiami, a jego uśmiech gdzieś
odpłynął.
— Załatwmy to w tradycyjny sposób — oznajmiłam.
Czterdzieści
minut później z triumfem przykładałam do wargi mokrą chusteczkę, starając się
powstrzymać krwawienie. Moi przyjaciele nie odezwali się do mnie słowem, dysząc
ciężko nadal po szybkim biegu, tuż po tym, gdy druga z moich przeciwniczek
leżała nieprzytomna po tym, jak przywaliłam jej głową o chodnik, rozkazując
przeprosić Maggie. W końcu ją przeprosiła, a ja postarałam się o to, aby w jak
najmniej bolesny sposób straciła przytomność – co niezbyt się spodobało panom
policjantom.
Właśnie
dlatego przez dziesięć minut biegliśmy z super prędkością, a ponieważ młodzież
od zawsze ma więcej energii od starszych – choć musiałam przyznać, że jeden z
policjantów gonił nas jak prawdziwy maratończyk i gdyby nie to, że Ryan oślepił
mężczyznę, kierując w jego stronę palce i wysyłając promień słoneczny, pewnie
dalej by nas gonił.
— Albo
było fajnie — stwierdziłam z prawdziwym entuzjazmem.
Moi
przyjaciele spojrzeli na mnie podejrzliwie, ale nie zamierzałam przyznawać się
do tego, że po rozmowie z harpią potrzebowałam wylądować napięcie, które mnie
męczyło. Teraz czułam się znów sobą, pełną życia, idącą z wysoko podniesionym
czołem Jillian.
Wysiadając
z czwartego samochodu, który był naszym autostopem, moi towarzysze nie kryli
już swojej złości w kierunku mojej osoby, choć w oczach Irlandczyka zobaczyłam
błysk rozbawienia, a kąciki jego ust delikatnie się uniósł w nikłym
rozbawieniu. Niestety, fruwające w powietrzu włosy Maggie (jak po wyładowaniu
elektrycznym), nie zdradzały w najmniejszym stopniu jej rozbawienia, a przez to
wyglądała naprawdę imponująco.
— To już
czwarty raz! — krzyknęła, odwracając się w moją stronę.
— Obmacywał mnie — stwierdziłam, wzruszając ramionami.
— Tylko
dotknął twojego kolana! — zauważyła.
— Przekroczył moją przestrzeń osobistą, a swoją obrzydliwą dłoń położył dwa
centymetry wyżej, wiem, bo liczyłam — stwierdziłam.
Ryan
zakasłał, ukrywając wyrywający mu się śmiech, ale Maggie nie zamierzała kończyć
naszej dyskusji, a ponieważ chciałam ją przekonać, że lepiej iść ze mną na
piechotę niż bawić się w podwózki, postanowiłam pobawić się w małą kłótnię.
— Ale
ten wcześniejszy koleś…
— Wcześniej gapił się na moje piersi — stwierdziłam.
Wszyscy
troje spojrzeliśmy w tamtym kierunku, zdawałam sobie sprawę jednocześnie, że
pomimo tego, że mam już piętnaście lat, nadal jestem płaska jak deska, a co
naprawdę napawało mnie frustracją.
— Jesteś
płaska – zauważył z uśmiechem Ryan. Uśmiech szybko zniknął, gdy na niego
spojrzałam. — Ja cię kocham taką, jaka jesteś, za to facet pewnie był pedofilem — dodał.
Znów go
spiorunowałam, ale tym razem napięcie opadło i Maggie roześmiała się na całego,
nie mogąc dalej wytrzymywać swojej złości. Mimowolnie wygięłam kącik ust do
góry i wsłuchiwałam się w ich śmiech, sama jednak się do nich nie przyłączyłam,
a jedynie spojrzałam w zachmurzone niebo, z którego gdy tylko ich znalazłam,
przestało padać, nie wątpiłam jednak, że lada chwila ulewa znów się powtórzy,
gdyż była to cisza przed burzą.
* ~ * ~ *
Mrużąc
podejrzliwie swoje czarne oczy, kobieta podeszła o krok bliżej migającej
postaci w latarni, doskonale ją znała, bo już niejednokrotnie mąciła tam, gdzie
nie trzeba. Nigdy nie była wierna, a jej rodzina o tym zapominała.
Jakże
czasem było jej smutno tych idiotów.
— No proszę — zacmokała, gdy nastolatek ruszył w jej stronę. — Przyszedł do mnie
sam syn Hadesa, jak się ma twój chłopak,
Nico? — zakpiła i oparła się nonszalancko o ścianę zabrudzonego budynku za jej
plecami. — Rozmawiałeś ostatnio ze swoją przyjaciółeczką
– zakpiła.
— Apate… nie mam na to czasu — stwierdził chłodno nastolatek.
To
jej się nie spodobało i pokazała mu to, prychając z niezadowolenia, a następnie
odepchnęła się dłońmi od ściany, nie przejmując się o swój idealny manikiur, a
na jej twarzy pojawił się drapieżny uśmiech. Westchnęła niby to z rezygnacji,
choć chłopak nie wykonał żadnego ruchu, stając pod światło, tak, aby nie można
było zobaczyć jego twarzy.
Jak
zawsze.
— Co się dzieje? — zażądał odpowiedzi.
Kobieta
prychnęła i z jadem w głosie odpowiedziała:
— Czy wszyscy myślą, że skoro nienawidzę całego świata, zdradzę własnych braci?
Czy ty w ogóle wiesz, mały chłopczyku, jak to jest siedzieć w tej ciasnej,
małej, ciemnej… — zadrżała lekko.
Przerażenie,
jakie pojawiło się na twarzy bogini nie było udawane, a ona wspomnieniami
wróciła do jej małego więzienia, które musiała dzielić z innymi podobnymi do
niej bogami i po raz pierwszy w swoim długim życiu nie zamierzała nikogo
zdradzać.
— Moi bracia zaczynają w końcu swoją zemstę, a ja im w tym pomogę, synu Hadesa —
syknęła nagle. — Niech Olimpijczycy przygotują się na swoje nowe lokum, gra się
rozpoczęła — dodała.
Nigdy
nie myślałam, że z taką łatwością będę w stanie cokolwiek przeczytać, bez
choćby najmniejszego bólu głowy, ale ilekroć przejechałam wzrokiem po greckich
słowach, układały się dla mnie w język angielski – a co z łatwością potrafiłam przeczytać – mój
podziw rósł. Ryan nie wyglądał na tak bardzo zaintrygowanego i marudził, stając
między marmurowymi kolumnami, bo jakoś nie odwzajemniał mojego nagłego entuzjazmu – mogło być to spowodowane tym, że od paru godzin go ignorowałam.
Nadal
byłam pod wrażeniem, że oni nie zmyślali na temat tego miejsca. Choć idąc tutaj
wierzyłam, że będę musiała walczyć z rosyjską mafią, to jednak teraz stałam jak
słup soli, wyglądając jakby coś mnie gryzło i denerwowało.
— Jill... — spojrzałam na Maggie, która zerkała na mnie niepewnie, chowając się
za kolumną. — Nie zniszczysz tego… prawda? — szepnęła.
Przewróciłam
teatralnie oczami i prychnęłam, a Ryan podsumował to gromkim wybuchem śmiechu.
Podnosząc wysoko podbródek, przełknęłam ciężko ślinę, gdy moi przyjaciele
ruszyli przodem i biorąc głęboki wdech, miałam nadzieje, że owa tajemnicza bariera
powstała dzięki drzewu, przepuści mnie bez żadnych problemów.
Tajemnicze
drzewo, o którym wspomniała wcześniej Maggie miało swoją własną zawiłą historię
– podobno jakaś córka Zeusa została w nie zmieniona, a później ożywiona…
kompletnie nie rozumiałam jej tłumaczeń, wiem tylko, że obóz od potworów
mitologicznych chroni magiczna bariera, więc miałam prawo być przerażona perspektywą
tego, że bariera mnie nie przepuści.
Przymknęłam
oczy i zrobiłam niepewny krok do przodu, nagle poczułam, jakby moje ciało
otoczyła bańka mydlana, było to krępujące, lecz po chwili wolno wypuściła mnie
ze swych objęć. Otwierając oczy, zdałam sobie sprawę, że stoję już za barierą
ochronną.
Odetchnęłam
z ulgą i wiedziałam, że raczej nie prędko pozbędę się tego strachu.
Z
królewskim szykiem i wytwornością ruszyłam w stronę obozu, gdzie za marmurowymi
kolumnami z tabliczką zniknęli moi przyjaciele, tylko po to, aby stanąć koło
pola truskawek. Spoglądałam na krzaki z czerwonymi owocami, jakby miały zaraz
zmutować i pożreć mnie na podwieczorek. Moi towarzysze po prostu postanowili
jednak mnie zignorować i ruszyli szybszym krokiem w stronę jakiegoś wielkiego
budynku.
Wielki
dom pomalowany na odcień niebieskiego został otoczony werandą, Maggie szła pewnie w jego stronę, a na jej ustach błąkał
się tajemniczy uśmiech. Pewnym siebie krokiem ruszyłam za nią na tyły budynku,
rozglądając się dyskretnie wokół i będąc oczarowana widokiem, jaki zastałam.
Krajobraz
wypełniały budynki prosto przeniesione z książki o starożytności – których
szczerze mówiąc nie miałam przyjemności czytać, poza przeglądaniem zdjęć na
historii czy angielskim. Tyle tylko, że wszystko wyglądało na całkiem nowe, a
ich białe kolumny lśniły w słońcu, lekko mnie drażniąc. Uśmiech Ryana był
podpowiedzią, że to nagłe natężenie światła to jego sprawka.
Niedaleko
od nas grupka nastolatków grała w siatkówkę na piaszczystym boisku, a kilka
(teraz mówię na serio) ludzi z kopytami zamiast nóg i owłosionymi zadkami
rozmawiała z… drzewami? Na pewno jeden z nich to robił, bawiąc się włosami
głowy wychylonej z konara drzewa.
Przerażające.
Spojrzeniem
powróciłam na niewielkie jezioro, po którym pływały kajaki. Dostrzegłam
również, że większość osób miała paskudne pomarańczowe T-shirty – które
skojarzyły mi się z uniformem więziennym, w szczególności, że nie cierpię tego
koloru.
Postanowiłam
odwrócić wzrok i wbić go w werandę domu, bojąc się, że latające konie ze
skrzydłami to jednak nie wytwór mojej wyobraźni. Zerknęłam na Ryana, którego
profil był oświetlany przez promienie słoneczne i wpatrując się w niego,
poczułam względem niego nagłą czułość.
Był
słodki.
Oberwał
za to w głowę.
— Za co to? — spytał zaskoczony, masując obolałą głowę.
— Nie wiem — skłamałam, a brew mi drgnęła.
Mierzyliśmy
się złowrogim spojrzeniem, a w końcu rudzielec wybuchł śmiechem, zwracając tym
uwagę obozowiczów, czego ja wolałabym uniknąć. Za zadanie najwidoczniej
postawił sobie wkurzenie mnie na maska, ponieważ nagle objął mnie ramieniem i
przyciągnął do swojej (ku mojemu zaskoczeniu) ciepłej piersi. Pomimo dzielących
nas warstw ubrań w jego ramionach czułam się naga i obnażona, skrępowana, ale
nie miałam w sobie aż tyle samozaparcia, aby odepchnąć go.
Ciepło
jego ciała tuż przy moim powodowało, że mój żołądek zaczął robić salta, oddech
stał się krótszy i urywany jak po maratonie, serce bębniło mi tak głośno, że słyszałam
je jak dzwony kościelne. Poczułam również zaskakujące ciepło na moich policzkach,
byłam zaskoczona reakcją swojego ciała na Ryana, kompletnie nie miałam pojęcia,
co się dzieje.
— Jill… — westchnął, przytulając mnie
jeszcze bardziej do siebie, czułam jego nierówny oddech na swoim czole, a moje
dłonie samoistnie powędrowały do jego piersi, lewa ułożyła się na jego sercu,
przez co doskonale czułam jego bicie. — Jill…
Szept
mojego imienia w jego ustach brzmiał niczym zaklęcie – dużo lepsze niż te Maggie
– ale w tej chwili mój mózg koncentrował się tylko na nim, powoli jak w transie
podniosłam głowę i spojrzałam wprost w jego dwukolorowe tęczówki.
To
był błąd.
Czułam
się jakbym właśnie została złapana w jakąś pułapkę, nie mogłam oderwać oczu od jego, które nieco pociemniały z
nieznanych mi emocji, jego głowa zaczęła powoli schylać się w moją stronę. W
jednej chwili zrozumiałam, o co chodzi, ale zamiast odepchnąć go i zagrozić
kastracją, ja zacisnęłam swoje dłonie na jego bluzce i wbiłam spojrzenie w jego
wargi, pragnąc poczuć je na swoich.
Och,
jakże tego pragnęłam, to stało się w tej chwili, było najważniejsze na świecie,
a gdy jego usta były już kilka centymetrów od moich, przymknęłam oczy, czekając
na ten czuły dotyk…
— Jill! Ryan!
Jak
oparzona odskoczyłam od chłopaka i wbiłam spojrzenie w Maggie, która z hukiem
spadła z werandy. Zamrugałam zdezorientowana, ale czarnowłosa natychmiast
podniosła się na równe nogi, uśmiechając się przepraszająco, za nią stał…
Najprawdziwszy
w świecie Centaur.
