KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kantyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kantyna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział IX


 "(...)Nie, to nie jest syndrom sztokholmski(...)"


Domek Hermesa wyglądał jak typowy letni domek. Miał w sobie jakiś urok, ale może to ze względu, że uwielbiam prostotę. Choć z drugiej strony nie skakałam jakoś szczególnie z radości z pobytu tutaj, gdyż wydawał się on jednocześnie dość stary oraz nieco zniszczony.
Brązowa farba łuszczyła się i odchodziła od ścian. Na drzwiach widniała nieco krzywo zawieszona liczba jedenaście, a tuż nad drzwiami był dziwny znak - skrzydlaty kijek z dwoma wężami i to Ryan był tym, który poinformował mnie, iż jest to kaduceusz, symbol Hermesa.
W tej chwili naprawdę żałowałam, że będę musiała spędzić tutaj kilka nocy, dopóki mój „kochany” tatuś nie przypomni sobie o mnie, a za co miałam ochotę skopać mu jego boski tyłek – poważnie!
— Jest tyle domków w obozie — mruknęłam pod nosem.
Było ich dokładnie dwadzieścia pięć i podobno niedługo ma pojawić się kolejny, nowy domek. W obozie stały dwa, trzy, a nawet chyba cztery puste, które wyglądają zdecydowanie lepiej niż ten, przez którym właśnie stoję, rudzielec oraz Nico (syn Hadesa), a który był na tyle „uprzejmy”, że „postanowił” nas odprowadzić. Widziałam po jego minie, że jest więcej niż „zachwycony” tym zadaniem.
Oj tak, miałam równie wielką ochotę i go walnąć.
— Hermes jest także bogiem podróżników, więc dzięki temu nieuznani herosi mogą tutaj mieszkać — poinformował mnie z nutą samozadowolenia w głosie Nico.
Ryan ukrył swój śmiech udając nagły atak kaszlu. Właściwie nie wiem, czemu się jeszcze tego rudego prześladowcy nie pozbyłam, ale muszę mieć go na oku, bo ma moje zdjęcia… choć zastanawiam się, czy robienie ich podczas czyjegoś snu jest karalne na tyle, aby zdobyć nakaz sądowy o nie zbliżanie się na pewną odległość.
— Gdzie jest Maggie?
Naprawdę tęskniłam za najnormalniejszą osobą w tym towarzystwie, okazała się cichą i płaczliwą wiedźmą, ale nie było jej odkąd obudziłam się, po oszustwie, jakiego dopuścił się Nico podczas naszej walki. Chłopcy spojrzeli na mnie zaskoczeni, ale obydwaj od razu to ukryli.
— Popsuła arenę — wyjaśnił Ryan.
Moja zdumiona mina (bo jakże ktoś mógł popsuć arenę?) była odzwierciedleniem miny Nico. Obydwoje spojrzeliśmy na siebie w cichym porozumieniu, czyli po prostu w stylu: „to wariat – zignoruj”. Mimowolnie uśmiechnęłam się do syna Hadesa, z którym czułam wspólny język, ale jakby na alarm, moje myśli zostały zaatakowane pewnym wydarzeniem z dzieciństwa.
Zacisnęłam dłonie w pięści i prychnęłam z pogardą na własne myśli, a następnie z wysoko podniesioną broda ruszyłam przed siebie. W głębi duszy zastanawiałam się, czemu tak naprawdę nigdy się nie popłakałam. Nigdy nie uroniłam łzy po tym, gdy dowiedziałam się, że moja własna matka już nigdy nie wróci, a gdy tylko otworzyłam stare i skrzypiące drzwi, poczułam dreszcze z powodu nawiedzających mnie duchów przeszłości, o których nikt nie mógł się dowiedzieć.
„…ostatni raz zerknęłam na dwójkę (na moje oko) nie starszych niż dwunastolatkowie. Na szczęście blondwłosy chłopak i czarnowłosa dziewczynka zniknęli za rogiem ulicy obok. Otworzyłam drzwi od domu swojej babki. Nadal zdumiewała mnie ich dyskusja, ale gdy tylko mój wzrok spoczął na wnętrzu korytarz, po prostu zaniemówiłam, a moje ciało znieruchomiało. Czułam się jakby zostało ono zmrożone, a to z powodu zgrozy sytuacji, w jakiej właśnie się znalazłam i co mój mózg nie chciał pojąć, mimo iż miała całe zdarzenie wyraźnie przed oczami.
Na starej drewnianej podłodze, o którą z wielką trwałością dbała moja skrzydlaka babka, leżała kupka popiołu, było go niewiele i wyglądało jakby na zawsze miał zostać tam ślad, bardziej chyba przypominało to wypalony znak. Najgorsze chyba było to, że układał się na kształt mojej babki, bo ileż osób znałam, które miały tak powyginane kończyny i ramiona ozdobione piórami?
Po prostu wiedziałam, że to moja babka.
W tamtym momencie jedyne, co mi przyszło do głowy, to fakt, że ona skłamała.
Obiecała, że nigdy mnie nie zostawi!”
— Jill?
Drgnęłam słysząc swoje imię i z obojętności spojrzałam na Ryana, jego dwukolorowe tęczówki uważnie przyglądały się każdemu zakamarkowi mojej twarzy. Pragnęłam w tej chwili rzucić mu się w ramiona i wypłakać jak mała dziewczyna, a dokładnie jak pięciolatka, która wróciła do domu i odnalazła resztki ciała swojej babki i nigdy nie dowiedziała się, kto tak naprawdę ją zabił.
Niestety nie mogłam tego zrobić, więc odwróciłam szybko wzrok.
„Nie przywiązuj się do ludzi, a wtedy nigdy cię nie zranią” – to było moje motto.
Mimo wszystko widziałam kątem oka jak Ryan rozłożył szeroko ramiona. Moje ciało drgnęło, jakby chciała pobiegnąć w stronę chłopaka, a gardło zacisnęło się z niewiadomego dla mnie powodu. Przełknęłam ciężko ślinę i odwróciłam się tyłem do rudowłosego.
— To jest ta dziura?
Nawet ja mogłam wyczuć w swoim głosie desperację, ale zanim zdążyłam nawrzeszczeć na samą siebie w duchu, to ramiona Ryana objęły mnie od tyłu. Moje serce zbiło szybciej, a oddech stał się szybszy i płytszy. Podniosłam głowę, nadal pod wrażeniem tego, że jest on taki wysoki, natomiast on wpatrywał się we mnie z niezwykłym skupieniem i powagą na twarzy.
— Nigdy Cię nie opuszczę — obiecał
Czcze gadanie – pomyślałam, ale nie byłam w stanie tego powiedzieć.
Wyswobodziłam się z jego uścisku i rzuciłam jakąś kwaśną uwagę, a następnie zabrałam chłopakowi swoją torbę (przeklinając sama siebie w duchu, że pozwoliłam mu ją nosić) i wypadłam jak huragan do pokoju, piorunując wzrokiem wszystkich jego domowników.
Nie ma to jak miłe powitanie z mojej strony.

*          *          *

Niestety dzień chylił się ku końcowi, a większość niego straciłam na leżeniu w Wielkim Domu, teraz jednak zastanawiałam się, które łóżko zająć. Dolne, czy górne? Od zawsze chciałam przespać się na górnym, ale obawiałam się, że mogę wydać się nieco zbyt dziecinna.
— Zajmuje dół! — Oznajmił Ryan i padł na łóżko.
Spojrzałam na niego zdumiona, bo o ile dobrze znałam chłopaków, to oni zawsze wybierali górę. Wzdychając ciężko wdrapałam się na swoje posłanie, a gdy znalazłam się na trzecim szczeblu drewnianej drabiny, ulokowałam na posłaniu swoją torbę, a mój wzrok powędrował samoistnie w stronę rudzielca, jego smutny wyraz twarzy był czymś nowym, a choć wcale nie chciałam wiedzieć, co go spowodowało on i tak mnie uświadomił:
— Domek Hermesa zawsze był pełen, więc myślałem, że prześpimy się w śpiworach na podłodze, a ja będę mógł udawać dżentelmena i…
— Nie kończ — przerwałam mu.
— Przerwałaś w najlepszym momencie — wyszczerzył się do mnie szeroko, kładąc się placami na łóżku, rozluźnił się, wbijając przy tym wzrok w moje pośladki. — W moich planach tej nocy mieliśmy nieźle się zaprzyjaźnić i poznać sekrety naszych ciał — wyznał.
Podparł głowę skrzyżowanymi ramiona, ale szybko złapał się za brzuch i stęknął z bólu, gdy rzuciłam w niego swoją ulubioną książką. Ten chłopak był nienormalny i mnie prześladował! Czy nie mógł znaleźć sobie innego obiektu do wzdychania i fantazjowania? Ja nie byłam dobrym materiałem na partnerkę w czymkolwiek.
Zawsze sama.
Zawsze samodzielna i to mi odpowiadało.
— Jesteśmy bratnimi duszami, nasz związek jest zapisany w gwiazdach!
— Nie wierzę w horoskopy — skłamałam.
— Nie ładnie jest kłamać swojemu narzeczonemu… auł!
Druga moja ulubiona książka uderzyła w jego brzuch, ale gdy zdałam sobie z jej tytułu znieruchomiałam z lekkiego niepokoju jak i zawstydzenia.
— „Nikt mi się nie oprze”, ta książka jest o mnie? — Zaćwierkał radośnie Ryan.
— Śnisz Ryanie Lyreesie O'Connall! — Wrzasnęłam.
Chłopak skrzywił się, a ja poczułam dumę, że znam jego drugie imię. Gdy już weszłam na swoje posłanie zdałam sobie sprawę, że teraz rudzielec się ode mnie nie odczepi gdyż, jaka normalna ofiara znała takie informacje o swoim prześladowcy?
— Nie, to nie jest syndrom sztokholmski — poinformował mnie nagle Ryan. — To miłość, jaką czujesz do mnie, ale wstydzisz się wyznać — dodał z nutką satysfakcji w głowie.
Ostrożnie wychyliłam głowę zza swojego łóżka i patrząc w na dolne łóżko mogłam ujrzeć ponownie jego typowy szeroki uśmiech, który zaczął kojarzyć mi się z uśmiechem Jokera z Batmana.
— Jesteś chory psychicznie? — Spytałam całkowicie poważnie.
Co najgorsze rudzielec chyba czyta w myślach!

*          *          *

Ciepły wiatr owiewał moją twarz, gdy ja unosiłam się między chmurami. Powietrze tutaj było rzadsze, ale ja nie odczuwałam tej różnicy, czułam się jakbym szła spokojnym spacerkiem po miękkiej trafie na łące, tyle, że ziemi kompletnie nie dotykałam, a jednak zapach kwiatów był wyczuwalny, czyżbym leciała nad jakimś lasem?
Gdy jednak zerknęłam w dół widziałam tylko skrawek zieleni przysłonięty, co jakiś czas przez białe obłoki. Nie bałam się tego, że jestem kilkanaście metrów nad ziemią i w każdej chwili mogę upadnę, ponieważ wiedziałam, że frunęłam.
To było wspaniałe uczucie, gdy nagle odczułam dziwne pieczenie w ramionach, ujrzawszy jak moje palce stają się długie, kościste niczym szpony drapieżnego ptaka, a z ramion wychodzą pióra poczułam lekki dyskomfort i nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Proces ten nie był szybki, ale strasznie powoli, a ja straciłam swoją „wolność”, czyli powoli zaczęłam spadać, obserwując z szokiem jak ostre pióra przecinają moją skórę przy ramionach, aby wydostać się na zewnątrz.
Nie! Nie chce tego!
„(…)harpię jak każde mitologiczne potwory, polują i zabijają herosów!”
Nie, nie chciałam tego!
 „No, nie!” – usłyszałam nagle męski głos. – „Psia krew! Mam tu sprawy Olimpu na głowie, tu Zeus nagle z burzą z piorunami wyskakuje, tam Posejdon zamawia tsunami na Chiny, co niby one mu zrobiły, się pytam?! Zachciało mi się córki to teraz wciąga mnie w swoje koszmary! Nastolatki!”
Sapnęłam i natychmiast usiadłam na łóżku waląc tym samym się czołem w wystającą belkę przy suficie, więc czym prędzej i z jękiem bólu opadłam na pościel wgapiając się bezmyślnie w drewniany dach. Powoli moje ciało rozluźniało się po nocnym koszmarze, a ja próbowałam zrozumieć, co się dzieje, a po chwili uśmiechnęłam się złośliwie, na myśl, że mój ojciec jest prawdziwym idiotą.
Bo wcale nie zapraszałam go do swojego snu!
"Ale wciągnęłaś!" – Usłyszałam jego wrzask jak brzęk natrętnej muchy przy uchu, nawet pomachałam dłonią chcąc pozbyć się jego irytującego głosu. – "Nie mam czasu na takie bzdury! Nigdy więcej nie posłucham rad mojego ojca! Posejdon ma najgorsze pomysły na świecie! „To letni romans, nic się nie stanie” no jasne! A później mam na głowie niewdzięcznego bachora!"
Mój ojciec zaczął mnie poważnie irytować, a nie mogłam odciąć się od jego monologu, jaką to ma ciężką pracę i jak mu spać nie daje! Porównał mnie nawet do mojej pra prababki – Gai!
No tego było zdecydowanie za dużo!

*          *          *

Nie dość, że mój ojciec nawrzeszczał na mnie, ponarzekał, jaką ma niewdzięczną pracę i że liczy na nowy tytuł od Zeusa… do tej pory wydawało mi się, że jest pomocny, ale szybko zrozumiałam, że wcześniej mówił tak krótko i zagadkowo, ponieważ miał natłok pracy i nie miał czasu na „pogaduchy” i „plotkowanie” – jak sam powiedział.
Przez niego i narzekanie - głównie swoją pracę w programie pogodowym w telewizji Hefajstosa (kto to słyszał, aby bogowie bawili się w takie rzeczy?) - byłam kompletnie nieprzytomna, a ból głowy, jaki u mnie wywołał na pewno zapisałby się w księdze rekordów Guinnessa.
Zeszłam z łóżka po piątej, ponieważ wiedziałam, że raczej sobie nie pośpię. Dlatego też byłam pierwszą osobą, która skorzystała z łazienki. Na szczęście, choć raz Ryan się na coś przydał, bo gdy tylko wyszłam on już czekał pod drzwiami ze szklanką wody i tabletką przeciwbólową na głowę. Wręczył mi to, ignorując moją zaskoczoną minę i sam skorzystał z łazienki.
Nie byłam jednak męczennikiem, aby nie przyjąć takiego wybawienia.
Szybko połknęłam tabletkę i pobiłam ją wodą, przy okazji zastanawiając się skąd Ryan wytrzasnął takie rzeczy. Mądrzy ludzie nie zastanawiają się jednak dłużej nad rzeczami niemożliwymi, więc odstawiłam pustą szklankę na małym stoliku koło łóżka Ryana.
Wdrapałam się na swoje posłanie i ułożyłam wygodnie, gdyż nie miałam na tę chwilę ciekawszych zajęć. Moja torba leżała obok moich nóg przy ścianie, bo rudzielec zdążył mnie ostrzec, że jeżeli mam cenne rzeczy, to lepiej je pilnować. Dzieci Hermesa są niezłymi złodziejaszkami – podobnie jak ich tatuś – i uwielbiają okradać sobie nawzajem, czy nawet innych herosów, taki miały po prostu nawyk.
Ziewnęłam lekko, gdyż senność mnie powoli dopadała.
— Luna, wiem już, jaki domek tworzą!
Krzyk zachwytu zwrócił moja uwagę i ocucił mnie nie lepiej niż wiadro zimnej wody, szybki zwróciłam uwagę na powód tego nagłego hałasu, a okazały się nimi dwie dziewczyny, siedziały one na pojedynczym łóżku obok naszego.
Jedna z nich ze szczerym uśmiechem na lekko zaczerwienionej z wysiłku twarzy. (Wówczas zrozumiałam, że Ryan ma szczęście, iż nie jest tak oblepiony piegami jak ta dziewczyna) miała ona krótkie brązowe włosy, podobne z długością do moich, ale gdy tylko zajrzało się w jej niesamowite czekoladowe oczy człowiek mógł oszaleć – a dostrzegłam je, gdy na mnie zerknęła, a błysk ciekawości pojawił się w nich, ale szybko zwróciła uwagę na swoją towarzyszkę.
Druga dziewczyn – obudzona przez tą pierwszą i zapewne nosząca imię Luna – miała dziwnie jasną karnację, podobną do Maggie. Jednak w odróżnieniu od brązowookiej miała ona długie czarne włosy zaplecione w warkocz, a jej duże srebrne oczy wydały mi się nienaturalne. Obydwie były zdecydowanie młodsze ode mnie.
Trzeba było dodać, że owa Luna była naprawdę piękna! Od razu dałabym jej etykietę córki Afrodyty. Twarz w kształcie serca, duże pełne usta w pięknym naturalnym różanym kolorze, duże oczy otoczone wachlarzem gęstych rzęs i prosty nos, lekko zadarty nos.
— No, jaki niby?
Brytyjka. To wyjaśniało wszystko.
— Domek Seleny! — Wykrzyknęła.
Pokręciłam z niedowierzania głową, gdy srebrne oczy dziewczyny rozbłysły prawdziwą radością. Najwidoczniej nawet uznani herosi musieli tutaj pozostać, a ja poczułam lekki skurcz brzucha i nie było to z obawy, że mój kochany tatuś mógł nie wybudować mi domku i będę zmuszona tutaj pozostać… przerażające, a i owszem, ale mój brzuch wydał po chwili odgłos cichego burczenia, co świadczyło o tym, jak bardzo głodna byłam.
Nagle z oddali dało się słyszeć dziwny dźwięk, a wszyscy herosi z uśmiechem zaczęli się ustawiać w rzędzie przy drzwiach. Zdumiało mnie to, a jeszcze bardziej, iż wiedziałam, iż był to dźwięk koncha.
— Jill!
Ujrzawszy machającego do mnie Ryana, który najprawdopodobniej zajął mi miejsce w tej dziwnej kolejce, mruknęłam pod nosem kilka przekleństw, gdyż również w tej chwili dwójka bliźniaków – którzy byli grupowymi domku, coś jak opiekunowie – mnie dostrzegli i byłam pewna, że nie mogłam przeczekać w ukryciu tej całej zabawy w stanie gęsiego. Niechętnie zeszłam z posłania i powlekłam nogami na koniec kolejki, byłam zbyt zmęczona, aby się nawet kłócić.
Jakże ten dzień był wspaniały! – To był sarkazm, dla niewtajemniczonych.
Bracia Hood (Travis i Connor, którzy wyglądali jak bliźniacy jednojajowi, choć tak naprawdę jeden z nich był starszy od drugiego o rok, zabijcie mnie, ale nie wiem, który jest, którym) złapali mnie pod ramiona mrucząc coś o tym, że ustawiamy się zgodnie z wiekiem, od najstarszego do najmłodszego, toteż ja musiałam stanąć za Ryanem, który wyrwał mnie z rąk braci, wrzeszcząc i ogłuszając mnie lekko, gdy wspominał coś o tym, że należę do niego.
Oczywiście oberwałby ode mnie, gdyby nie to, że kolejka nagle ruszyła, a mi oczy same się zamykały.
Może, gdybym zaczęła ignorować tego Wiewióra, dałby mi wtedy święty spokój?
Płonne marzenia…

*          *          *

Słońce jeszcze nie wychyliło się zza horyzontu, gdyż jak na listopadowy poranek przystało to noc była dłuższa niż dzień, ale wychodząc z domku dostrzegłam, iż niemal wszystkie domki robią to samo, co ten, w którym obecnie przebywałam. Wszyscy ruszyliśmy w stronę wzgórza, na którym mieściła się kantyna, miałam ochotę westchnąć, gdy tylko ujrzałam ową budowlę, naprawdę uwielbiałam starożytne budynki.
Był to przepiękny widok, bo kantyna przypominająca wyglądem wejście do panteonu, tyle, że bez dachu i okrągłej tylnej części budynku, więc poniekąd zastanawiałam się, jak ludzie, przepraszam herosi tutaj jedzą, gdyby zaczęło nagle padać, ale chyba nikt nie chciałby na moim miejscu zostać zaatakowany kolejną dawną dziwacznych odpowiedzi, więc to przemilczałam.
Kantynę oświetlały pochodnie zawieszone na marmurowych kolumnach, moim zdaniem był to przepiękny widok i nawet nie dostrzegłam tego, że nie tylko herosi zmierzają na ucztę, ale po prostu wszyscy. Zaskoczyło mnie niemniej to, że na środku stał brązowym trójnogu wielkości wanny płonął ogień, może będą piec nad tym ogniem kiełbaski?
Podobnie jak z dachem, nie zadawałam pytań.
Moim bystrym i półprzytomnym okiem dostrzegłam, iż jest tutaj dokładnie dwadzieścia pięć stołów, odpowiadało to liczbie domków, a każdy ze stołów był zasłany białym obrusem i purpurowym haftem. Szczerze mówiąc to miałam ochotę paść głową na talerz i się zdrzemnąć, a jednak burczenie i skurcze w żołądku skutecznie mi to odradziły.
Już miałam zająć swoje miejsce, gdy usłyszałam przekleństwo Ryana, powędrowałam wzrokiem w jego stronę stojąc przed drewnianą ławką, na której miałam właśnie zamiar wygodnie się rozsiąść. To prawdopodobnie była wina słońce (niech rudzielec sobie to dalej wmawia), które zaczęło powoli wychylać się zza horyzontu, a w tym samym czasie nad głową Wiewióra pojawiła się jaśniejąca żółta poświata z dziwnym symbolem w środka, a która przypominała złotawą lirę.
— Gratuluję! — Zagrzmiał głos Chejrona.
Spojrzałam zaskoczona w tamtym kierunku, najwidoczniej przeoczyłam wielkiego centaura pilnującego porządku, ale w takim stanie, nawet różowego słonia tańczącego salsę bym przeoczyła. Po chwili zaczęłam na nowo ziewać i mrugać oczami chcąc odpędzić senność.
Usiadłam za stołem mając już dość starczenia przed ławką i położyłam swoją głowę na porcelanowym talerzu ignorując całe zamieszanie wokół Ryana i nie słuchając tego, co mówi Chejron. Chciałam po prostu zapaść w drzemką, choćby na chwilę…


— Śpisz?
Ktoś mną potrząsnął i zamrugałam oczami zdając sobie sprawę, że zwróciłam na siebie uwagę wszystkich siedzących przy naszym stoliku. Nigdzie wokół siebie nie widziałam jednak rudzielca (co było dziwne), więc zaczęłam się za nim rozglądać po wszystkich stołach i dopiero wówczas go namierzyłam.
- Ryan został uznany, jest synem Apolla – poinformowała mnie dziewczyna, a która była winna wybudzeniu mnie z drzemki. – Jajecznicy?
Spojrzałam na wielką tacę, którą trzymała i z przyjemnością nałożyłam sobie wielką porcję, gdyż było to moje ulubione danie, a następnie wzięłam jeszcze dwie bułki. Przekroiłam je na pół i wysmarowałam masłem.
— Chodź — powiedziała dziewczyna.
Zamrugałam zaskoczona, gdyż wszyscy herosi zaczęli ustawiać się w kolejkę do tej wielkiej płonącej ogniem wanny. Nawet nie starałam się pytać, czemu wyrzucali połowę jedzenia w płomienie (a co z głodującymi dziećmi w Afryce?) tylko nałożyłam sobie jeszcze więcej jajecznicy i dopiero wtedy udałam się za swoim przewodnikiem.
Jak na ironię losu była to Brytyjka, która jak mniemam była córką Seleny.
Zajmując miejsce w kolejce, Luna (zapamiętałam jej imię!) zaczęła mi wyjaśniać, że teraz są składane ofiary bogom. Gdy nastąpiła moja kolej (a muszę wspomnieć, że sporo się naczekałam) wrzuciłam niemal połowę jajecznicy w ogień, zastanawiając się, o co mogę prosić.
Daj mi spać, idioto – poprosiłam cicho, bo była to w tej chwili najważniejsza dla mnie sprawa.
Następnie odwróciłam się i skierowałam się w stronę stolika, kątem oka zobaczyłam Maggie i znieruchomiałam widząc jak wyższy i groźnie wyglądający chłopak patrzy na nią jak na ósmy cud świata, a jego włosy powoli wraz ze spadającym na nie promieniami słonecznymi zmieniały barwę z czarnej na białą, a ponieważ połowa jego głowy była w cieniu… ten efekt był dość mocno widoczny.
To miejsce było naprawdę dziwne.
Odwróciłam się w stronę Luny, która stała za mną i spytałam:
— Gdzie jest jakiś ketchup?
Ja po prostu uwielbiałam jajecznice z ketchupem, bo czy jest coś równie pysznego?