"(...)Nie, to nie jest syndrom sztokholmski(...)"
Domek Hermesa wyglądał jak typowy letni domek. Miał w sobie
jakiś urok, ale może to ze względu, że uwielbiam prostotę. Choć z drugiej
strony nie skakałam jakoś szczególnie z radości z pobytu tutaj, gdyż wydawał
się on jednocześnie dość stary oraz nieco zniszczony.
Brązowa farba łuszczyła się i odchodziła od ścian. Na
drzwiach widniała nieco krzywo zawieszona liczba jedenaście, a tuż nad drzwiami
był dziwny znak - skrzydlaty kijek z dwoma wężami i to Ryan był tym, który
poinformował mnie, iż jest to kaduceusz, symbol Hermesa.
W tej chwili naprawdę żałowałam, że będę musiała spędzić
tutaj kilka nocy, dopóki mój „kochany” tatuś nie przypomni sobie o mnie, a za
co miałam ochotę skopać mu jego boski tyłek – poważnie!
— Jest tyle domków w obozie — mruknęłam pod nosem.
Było ich dokładnie dwadzieścia pięć i podobno niedługo ma
pojawić się kolejny, nowy domek. W obozie stały dwa, trzy, a nawet chyba cztery
puste, które wyglądają zdecydowanie lepiej niż ten, przez którym właśnie stoję,
rudzielec oraz Nico (syn Hadesa), a który był na tyle „uprzejmy”, że
„postanowił” nas odprowadzić. Widziałam po jego minie, że jest więcej niż
„zachwycony” tym zadaniem.
Oj tak, miałam równie wielką ochotę i go walnąć.
— Hermes jest także bogiem podróżników, więc dzięki temu
nieuznani herosi mogą tutaj mieszkać — poinformował mnie z nutą samozadowolenia
w głosie Nico.
Ryan ukrył swój śmiech udając nagły atak kaszlu. Właściwie
nie wiem, czemu się jeszcze tego rudego prześladowcy nie pozbyłam, ale muszę
mieć go na oku, bo ma moje zdjęcia… choć zastanawiam się, czy robienie ich
podczas czyjegoś snu jest karalne na tyle, aby zdobyć nakaz sądowy o nie
zbliżanie się na pewną odległość.
— Gdzie jest Maggie?
Naprawdę tęskniłam za najnormalniejszą osobą w tym
towarzystwie, okazała się cichą i płaczliwą wiedźmą, ale nie było jej
odkąd obudziłam się, po oszustwie, jakiego dopuścił się Nico podczas naszej
walki. Chłopcy spojrzeli na mnie zaskoczeni, ale obydwaj od razu to ukryli.
— Popsuła arenę — wyjaśnił Ryan.
Moja zdumiona mina (bo jakże ktoś mógł popsuć arenę?) była
odzwierciedleniem miny Nico. Obydwoje spojrzeliśmy na siebie w cichym
porozumieniu, czyli po prostu w stylu: „to wariat – zignoruj”. Mimowolnie
uśmiechnęłam się do syna Hadesa, z którym czułam wspólny język, ale jakby na
alarm, moje myśli zostały zaatakowane pewnym wydarzeniem z dzieciństwa.
Zacisnęłam dłonie w pięści i prychnęłam z pogardą na własne
myśli, a następnie z wysoko podniesioną broda ruszyłam przed siebie. W głębi
duszy zastanawiałam się, czemu tak naprawdę nigdy się nie popłakałam. Nigdy nie
uroniłam łzy po tym, gdy dowiedziałam się, że moja własna matka już nigdy nie
wróci, a gdy tylko otworzyłam stare i skrzypiące drzwi, poczułam dreszcze z
powodu nawiedzających mnie duchów przeszłości, o których nikt nie mógł się
dowiedzieć.
„…ostatni raz
zerknęłam na dwójkę (na moje oko) nie starszych niż dwunastolatkowie. Na
szczęście blondwłosy chłopak i czarnowłosa dziewczynka zniknęli za rogiem ulicy
obok. Otworzyłam drzwi od domu swojej babki. Nadal zdumiewała mnie ich
dyskusja, ale gdy tylko mój wzrok spoczął na wnętrzu korytarz, po prostu
zaniemówiłam, a moje ciało znieruchomiało. Czułam się jakby zostało ono
zmrożone, a to z powodu zgrozy sytuacji, w jakiej właśnie się znalazłam i co
mój mózg nie chciał pojąć, mimo iż miała całe zdarzenie wyraźnie przed oczami.
Na starej drewnianej podłodze,
o którą z wielką trwałością dbała moja skrzydlaka babka, leżała kupka popiołu,
było go niewiele i wyglądało jakby na zawsze miał zostać tam ślad, bardziej
chyba przypominało to wypalony znak. Najgorsze chyba było to, że układał się na
kształt mojej babki, bo ileż osób znałam, które miały tak powyginane kończyny i
ramiona ozdobione piórami?
Po prostu wiedziałam,
że to moja babka.
W tamtym momencie
jedyne, co mi przyszło do głowy, to fakt, że ona skłamała.
Obiecała, że nigdy
mnie nie zostawi!”
— Jill?
Drgnęłam słysząc swoje imię i z obojętności spojrzałam na
Ryana, jego dwukolorowe tęczówki uważnie przyglądały się każdemu zakamarkowi mojej
twarzy. Pragnęłam w tej chwili rzucić mu się w ramiona i wypłakać jak mała
dziewczyna, a dokładnie jak pięciolatka, która wróciła do domu i odnalazła
resztki ciała swojej babki i nigdy nie dowiedziała się, kto tak naprawdę ją
zabił.
Niestety nie mogłam tego zrobić, więc odwróciłam szybko
wzrok.
„Nie przywiązuj się do
ludzi, a wtedy nigdy cię nie zranią” – to było moje motto.
Mimo wszystko widziałam kątem oka jak Ryan rozłożył szeroko
ramiona. Moje ciało drgnęło, jakby chciała pobiegnąć w stronę chłopaka, a
gardło zacisnęło się z niewiadomego dla mnie powodu. Przełknęłam ciężko ślinę i
odwróciłam się tyłem do rudowłosego.
— To jest ta dziura?
Nawet ja mogłam wyczuć w swoim głosie desperację, ale zanim
zdążyłam nawrzeszczeć na samą siebie w duchu, to ramiona Ryana objęły mnie od
tyłu. Moje serce zbiło szybciej, a oddech stał się szybszy i płytszy.
Podniosłam głowę, nadal pod wrażeniem tego, że jest on taki wysoki, natomiast on
wpatrywał się we mnie z niezwykłym skupieniem i powagą na twarzy.
— Nigdy Cię nie opuszczę — obiecał
Czcze gadanie –
pomyślałam, ale nie byłam w stanie tego powiedzieć.
Wyswobodziłam się z jego uścisku i rzuciłam jakąś kwaśną
uwagę, a następnie zabrałam chłopakowi swoją torbę (przeklinając sama siebie w
duchu, że pozwoliłam mu ją nosić) i wypadłam jak huragan do pokoju, piorunując
wzrokiem wszystkich jego domowników.
Nie ma to jak miłe powitanie z mojej strony.
* * *
Niestety dzień chylił się ku końcowi, a większość niego
straciłam na leżeniu w Wielkim Domu, teraz jednak zastanawiałam się, które
łóżko zająć. Dolne, czy górne? Od zawsze chciałam przespać się na górnym, ale
obawiałam się, że mogę wydać się nieco zbyt dziecinna.
— Zajmuje dół! — Oznajmił Ryan i padł na łóżko.
Spojrzałam na niego zdumiona, bo o ile dobrze znałam
chłopaków, to oni zawsze wybierali górę. Wzdychając ciężko wdrapałam się na
swoje posłanie, a gdy znalazłam się na trzecim szczeblu drewnianej drabiny, ulokowałam
na posłaniu swoją torbę, a mój wzrok powędrował samoistnie w stronę rudzielca,
jego smutny wyraz twarzy był czymś nowym, a choć wcale nie chciałam wiedzieć,
co go spowodowało on i tak mnie uświadomił:
— Domek Hermesa zawsze był pełen, więc myślałem, że
prześpimy się w śpiworach na podłodze, a ja będę mógł udawać dżentelmena i…
— Nie kończ — przerwałam mu.
— Przerwałaś w najlepszym momencie — wyszczerzył się do mnie
szeroko, kładąc się placami na łóżku, rozluźnił się, wbijając przy tym wzrok w
moje pośladki. — W moich planach tej nocy mieliśmy nieźle się zaprzyjaźnić i
poznać sekrety naszych ciał — wyznał.
Podparł głowę skrzyżowanymi ramiona, ale szybko złapał się
za brzuch i stęknął z bólu, gdy rzuciłam w niego swoją ulubioną książką. Ten
chłopak był nienormalny i mnie prześladował! Czy nie mógł znaleźć sobie innego
obiektu do wzdychania i fantazjowania? Ja nie byłam dobrym materiałem na
partnerkę w czymkolwiek.
Zawsze sama.
Zawsze samodzielna i to mi odpowiadało.
— Jesteśmy bratnimi duszami, nasz związek jest zapisany w
gwiazdach!
— Nie wierzę w horoskopy — skłamałam.
— Nie ładnie jest kłamać swojemu narzeczonemu… auł!
Druga moja ulubiona książka uderzyła w jego brzuch, ale gdy
zdałam sobie z jej tytułu znieruchomiałam z lekkiego niepokoju jak i zawstydzenia.
— „Nikt mi się nie oprze”, ta książka jest o mnie? —
Zaćwierkał radośnie Ryan.
— Śnisz Ryanie Lyreesie O'Connall! — Wrzasnęłam.
Chłopak skrzywił się, a ja poczułam dumę, że znam jego drugie
imię. Gdy już weszłam na swoje posłanie zdałam sobie sprawę, że teraz rudzielec
się ode mnie nie odczepi gdyż, jaka normalna ofiara znała takie informacje o
swoim prześladowcy?
— Nie, to nie jest syndrom sztokholmski — poinformował mnie
nagle Ryan. — To miłość, jaką czujesz do mnie, ale wstydzisz się wyznać — dodał
z nutką satysfakcji w głowie.
Ostrożnie wychyliłam głowę zza swojego łóżka i patrząc w na
dolne łóżko mogłam ujrzeć ponownie jego typowy szeroki uśmiech, który zaczął
kojarzyć mi się z uśmiechem Jokera z Batmana.
— Jesteś chory psychicznie? — Spytałam całkowicie poważnie.
Co najgorsze rudzielec chyba czyta w myślach!
* * *
Ciepły wiatr owiewał
moją twarz, gdy ja unosiłam się między chmurami. Powietrze tutaj było rzadsze,
ale ja nie odczuwałam tej różnicy, czułam się jakbym szła spokojnym spacerkiem
po miękkiej trafie na łące, tyle, że ziemi kompletnie nie dotykałam, a jednak
zapach kwiatów był wyczuwalny, czyżbym leciała nad jakimś lasem?
Gdy jednak zerknęłam w
dół widziałam tylko skrawek zieleni przysłonięty, co jakiś czas przez białe
obłoki. Nie bałam się tego, że jestem kilkanaście metrów nad ziemią i w każdej
chwili mogę upadnę, ponieważ wiedziałam, że frunęłam.
To było wspaniałe
uczucie, gdy nagle odczułam dziwne pieczenie w ramionach, ujrzawszy jak moje
palce stają się długie, kościste niczym szpony drapieżnego ptaka, a z ramion
wychodzą pióra poczułam lekki dyskomfort i nie mogłam zrozumieć, co się dzieje.
Proces ten nie był szybki, ale strasznie powoli, a ja straciłam swoją „wolność”,
czyli powoli zaczęłam spadać, obserwując z szokiem jak ostre pióra przecinają
moją skórę przy ramionach, aby wydostać się na zewnątrz.
Nie! Nie chce tego!
„(…)harpię jak każde
mitologiczne potwory, polują i zabijają herosów!”
Nie, nie chciałam
tego!
„No, nie!” – usłyszałam nagle męski głos.
– „Psia krew! Mam tu sprawy Olimpu na
głowie, tu Zeus nagle z burzą z piorunami wyskakuje, tam Posejdon zamawia
tsunami na Chiny, co niby one mu zrobiły, się pytam?! Zachciało mi się córki to
teraz wciąga mnie w swoje koszmary! Nastolatki!”
Sapnęłam i natychmiast usiadłam na łóżku waląc tym samym się
czołem w wystającą belkę przy suficie, więc czym prędzej i z jękiem bólu
opadłam na pościel wgapiając się bezmyślnie w drewniany dach. Powoli moje ciało rozluźniało się po nocnym koszmarze, a ja próbowałam zrozumieć, co się
dzieje, a po chwili uśmiechnęłam się złośliwie, na myśl, że mój ojciec jest
prawdziwym idiotą.
Bo wcale nie zapraszałam go do swojego snu!
"Ale wciągnęłaś!" –
Usłyszałam jego wrzask jak brzęk natrętnej muchy przy uchu, nawet pomachałam
dłonią chcąc pozbyć się jego irytującego głosu. – "Nie mam czasu na takie bzdury! Nigdy więcej nie posłucham rad mojego
ojca! Posejdon ma najgorsze pomysły na świecie! „To letni romans, nic się nie
stanie” no jasne! A później mam na głowie niewdzięcznego bachora!"
Mój ojciec zaczął mnie poważnie irytować, a nie mogłam
odciąć się od jego monologu, jaką to ma ciężką pracę i jak mu spać nie daje!
Porównał mnie nawet do mojej pra prababki – Gai!
No tego było zdecydowanie za dużo!
* * *
Nie dość, że mój ojciec nawrzeszczał na mnie, ponarzekał,
jaką ma niewdzięczną pracę i że liczy na nowy tytuł od Zeusa… do tej pory
wydawało mi się, że jest pomocny, ale szybko zrozumiałam, że wcześniej mówił
tak krótko i zagadkowo, ponieważ miał natłok pracy i nie miał czasu na
„pogaduchy” i „plotkowanie” – jak sam powiedział.
Przez niego i narzekanie - głównie swoją pracę w programie
pogodowym w telewizji Hefajstosa (kto to słyszał, aby bogowie bawili się w
takie rzeczy?) - byłam kompletnie nieprzytomna, a ból głowy, jaki u mnie
wywołał na pewno zapisałby się w księdze rekordów Guinnessa.
Zeszłam z łóżka po piątej, ponieważ wiedziałam, że raczej
sobie nie pośpię. Dlatego też byłam pierwszą osobą, która skorzystała z
łazienki. Na szczęście, choć raz Ryan się na coś przydał, bo gdy tylko wyszłam
on już czekał pod drzwiami ze szklanką wody i tabletką przeciwbólową na głowę.
Wręczył mi to, ignorując moją zaskoczoną minę i sam skorzystał z łazienki.
Nie byłam jednak męczennikiem, aby nie przyjąć takiego
wybawienia.
Szybko połknęłam tabletkę i pobiłam ją wodą, przy okazji
zastanawiając się skąd Ryan wytrzasnął takie rzeczy. Mądrzy ludzie nie
zastanawiają się jednak dłużej nad rzeczami niemożliwymi, więc odstawiłam pustą
szklankę na małym stoliku koło łóżka Ryana.
Wdrapałam się na swoje posłanie i ułożyłam wygodnie, gdyż
nie miałam na tę chwilę ciekawszych zajęć. Moja torba leżała obok moich nóg
przy ścianie, bo rudzielec zdążył mnie ostrzec, że jeżeli mam cenne rzeczy, to
lepiej je pilnować. Dzieci Hermesa są niezłymi złodziejaszkami – podobnie jak
ich tatuś – i uwielbiają okradać sobie nawzajem, czy nawet innych herosów, taki
miały po prostu nawyk.
Ziewnęłam lekko, gdyż senność mnie powoli dopadała.
— Luna, wiem już, jaki domek tworzą!
Krzyk zachwytu zwrócił moja uwagę i ocucił mnie nie lepiej
niż wiadro zimnej wody, szybki zwróciłam uwagę na powód tego nagłego hałasu, a
okazały się nimi dwie dziewczyny, siedziały one na pojedynczym łóżku obok
naszego.
Jedna z nich ze szczerym uśmiechem na lekko zaczerwienionej
z wysiłku twarzy. (Wówczas zrozumiałam, że Ryan ma szczęście, iż nie jest tak
oblepiony piegami jak ta dziewczyna) miała ona krótkie brązowe włosy, podobne z
długością do moich, ale gdy tylko zajrzało się w jej niesamowite czekoladowe
oczy człowiek mógł oszaleć – a dostrzegłam je, gdy na mnie zerknęła, a błysk
ciekawości pojawił się w nich, ale szybko zwróciła uwagę na swoją towarzyszkę.
Druga dziewczyn – obudzona przez tą pierwszą i zapewne
nosząca imię Luna – miała dziwnie jasną karnację, podobną do Maggie. Jednak w
odróżnieniu od brązowookiej miała ona długie czarne włosy zaplecione w warkocz,
a jej duże srebrne oczy wydały mi się nienaturalne. Obydwie były zdecydowanie
młodsze ode mnie.
Trzeba było dodać, że owa Luna była naprawdę piękna! Od razu
dałabym jej etykietę córki Afrodyty. Twarz w kształcie serca, duże pełne usta w
pięknym naturalnym różanym kolorze, duże oczy otoczone wachlarzem gęstych rzęs
i prosty nos, lekko zadarty nos.
— No, jaki niby?
Brytyjka. To wyjaśniało wszystko.
— Domek Seleny! — Wykrzyknęła.
Pokręciłam z niedowierzania głową, gdy srebrne oczy
dziewczyny rozbłysły prawdziwą radością. Najwidoczniej nawet uznani herosi
musieli tutaj pozostać, a ja poczułam lekki skurcz brzucha i nie było to z
obawy, że mój kochany tatuś mógł nie wybudować mi domku i będę zmuszona tutaj
pozostać… przerażające, a i owszem, ale mój brzuch wydał po chwili odgłos
cichego burczenia, co świadczyło o tym, jak bardzo głodna byłam.
Nagle z oddali dało się słyszeć dziwny dźwięk, a wszyscy
herosi z uśmiechem zaczęli się ustawiać w rzędzie przy drzwiach. Zdumiało mnie
to, a jeszcze bardziej, iż wiedziałam, iż był to dźwięk koncha.
— Jill!
Ujrzawszy machającego do mnie Ryana, który
najprawdopodobniej zajął mi miejsce w tej dziwnej kolejce, mruknęłam pod nosem kilka
przekleństw, gdyż również w tej chwili dwójka bliźniaków – którzy byli grupowymi
domku, coś jak opiekunowie – mnie dostrzegli i byłam pewna, że nie mogłam
przeczekać w ukryciu tej całej zabawy w stanie gęsiego. Niechętnie zeszłam z
posłania i powlekłam nogami na koniec kolejki, byłam zbyt zmęczona, aby się
nawet kłócić.
Jakże ten dzień był wspaniały!
– To był sarkazm, dla niewtajemniczonych.
Bracia Hood (Travis i Connor, którzy wyglądali jak bliźniacy
jednojajowi, choć tak naprawdę jeden z nich był starszy od drugiego o rok,
zabijcie mnie, ale nie wiem, który jest, którym) złapali mnie pod ramiona mrucząc
coś o tym, że ustawiamy się zgodnie z wiekiem, od najstarszego do najmłodszego,
toteż ja musiałam stanąć za Ryanem, który wyrwał mnie z rąk braci, wrzeszcząc i
ogłuszając mnie lekko, gdy wspominał coś o tym, że należę do niego.
Oczywiście oberwałby ode mnie, gdyby nie to, że kolejka
nagle ruszyła, a mi oczy same się zamykały.
Może, gdybym zaczęła ignorować tego Wiewióra, dałby mi wtedy
święty spokój?
Płonne marzenia…
* * *
Słońce jeszcze nie wychyliło się zza horyzontu, gdyż jak na
listopadowy poranek przystało to noc była dłuższa niż dzień, ale wychodząc z
domku dostrzegłam, iż niemal wszystkie domki robią to samo, co ten, w którym
obecnie przebywałam. Wszyscy ruszyliśmy w stronę wzgórza, na którym mieściła
się kantyna, miałam ochotę westchnąć, gdy tylko ujrzałam ową budowlę, naprawdę
uwielbiałam starożytne budynki.
Był to przepiękny widok, bo kantyna przypominająca wyglądem
wejście do panteonu, tyle, że bez dachu i okrągłej tylnej części budynku, więc
poniekąd zastanawiałam się, jak ludzie, przepraszam herosi tutaj jedzą, gdyby
zaczęło nagle padać, ale chyba nikt nie chciałby na moim miejscu zostać
zaatakowany kolejną dawną dziwacznych odpowiedzi, więc to przemilczałam.
Kantynę oświetlały pochodnie zawieszone na marmurowych
kolumnach, moim zdaniem był to przepiękny widok i nawet nie dostrzegłam tego,
że nie tylko herosi zmierzają na ucztę, ale po prostu wszyscy. Zaskoczyło mnie
niemniej to, że na środku stał brązowym trójnogu wielkości wanny płonął ogień,
może będą piec nad tym ogniem kiełbaski?
Podobnie jak z dachem, nie zadawałam pytań.
Moim bystrym i półprzytomnym okiem dostrzegłam, iż jest
tutaj dokładnie dwadzieścia pięć stołów, odpowiadało to liczbie domków, a każdy
ze stołów był zasłany białym obrusem i purpurowym haftem. Szczerze mówiąc to
miałam ochotę paść głową na talerz i się zdrzemnąć, a jednak burczenie i
skurcze w żołądku skutecznie mi to odradziły.
Już miałam zająć swoje miejsce, gdy usłyszałam przekleństwo
Ryana, powędrowałam wzrokiem w jego stronę stojąc przed drewnianą ławką, na
której miałam właśnie zamiar wygodnie się rozsiąść. To prawdopodobnie była wina
słońce (niech rudzielec sobie to dalej wmawia), które zaczęło powoli wychylać
się zza horyzontu, a w tym samym czasie nad głową Wiewióra pojawiła się
jaśniejąca żółta poświata z dziwnym symbolem w środka, a która przypominała
złotawą lirę.
— Gratuluję! — Zagrzmiał głos Chejrona.
Spojrzałam zaskoczona w tamtym kierunku, najwidoczniej
przeoczyłam wielkiego centaura pilnującego porządku, ale w takim stanie, nawet
różowego słonia tańczącego salsę bym przeoczyła. Po chwili zaczęłam na nowo
ziewać i mrugać oczami chcąc odpędzić senność.
Usiadłam za stołem mając już dość starczenia przed ławką i
położyłam swoją głowę na porcelanowym talerzu ignorując całe zamieszanie wokół
Ryana i nie słuchając tego, co mówi Chejron. Chciałam po prostu zapaść w
drzemką, choćby na chwilę…
— Śpisz?
Ktoś mną potrząsnął i zamrugałam oczami zdając sobie sprawę,
że zwróciłam na siebie uwagę wszystkich siedzących przy naszym stoliku. Nigdzie
wokół siebie nie widziałam jednak rudzielca (co było dziwne), więc zaczęłam się
za nim rozglądać po wszystkich stołach i dopiero wówczas go namierzyłam.
- Ryan został uznany, jest synem Apolla – poinformowała mnie
dziewczyna, a która była winna wybudzeniu mnie z drzemki. – Jajecznicy?
Spojrzałam na wielką tacę, którą trzymała i z przyjemnością
nałożyłam sobie wielką porcję, gdyż było to moje ulubione danie, a następnie
wzięłam jeszcze dwie bułki. Przekroiłam je na pół i wysmarowałam masłem.
— Chodź — powiedziała dziewczyna.
Zamrugałam zaskoczona, gdyż wszyscy herosi zaczęli ustawiać
się w kolejkę do tej wielkiej płonącej ogniem wanny. Nawet nie starałam się pytać,
czemu wyrzucali połowę jedzenia w płomienie (a co z głodującymi dziećmi w
Afryce?) tylko nałożyłam sobie jeszcze więcej jajecznicy i dopiero wtedy udałam
się za swoim przewodnikiem.
Jak na ironię losu była to Brytyjka, która jak mniemam była
córką Seleny.
Zajmując miejsce w kolejce, Luna (zapamiętałam jej imię!)
zaczęła mi wyjaśniać, że teraz są składane ofiary bogom. Gdy nastąpiła moja
kolej (a muszę wspomnieć, że sporo się naczekałam) wrzuciłam niemal połowę
jajecznicy w ogień, zastanawiając się, o co mogę prosić.
Daj mi spać, idioto
– poprosiłam cicho, bo była to w tej chwili najważniejsza dla mnie sprawa.
Następnie odwróciłam się i skierowałam się w stronę stolika,
kątem oka zobaczyłam Maggie i znieruchomiałam widząc jak wyższy i groźnie wyglądający
chłopak patrzy na nią jak na ósmy cud świata, a jego włosy powoli wraz ze
spadającym na nie promieniami słonecznymi zmieniały barwę z czarnej na białą, a
ponieważ połowa jego głowy była w cieniu… ten efekt był dość mocno widoczny.
To miejsce było naprawdę dziwne.
Odwróciłam się w stronę Luny, która stała za mną i spytałam:
— Gdzie jest jakiś ketchup?
Ja po prostu uwielbiałam jajecznice z ketchupem, bo czy jest
coś równie pysznego?