KRÓTKIE INFORMACJE:
--> UWAGA! Aby nie pogubić się "kto kim jest?" dodałam specjalną podstronę dla osób nie czytających "Percy Jacksona i Bogów Olimpijskich" - na TEJ podstronie będę powoli dodawała postacie z książek R. Riordana.
--> Rozdział 2: 10% (pisany)
--> W "Dziale Ocen i Recenzji" z "Katalogu Euforii" pojawiła się ocena mojego bloga!
--> W "Recenzowisko" pojawiła się ocena mojego bloga!
To na tyle, oczywiście dziękuje wszystkim za komentarze, które jak doskonale pewnie wiecie (sami piszecie blogi, na które wpadam z przyjemnością) naprawdę motywują!

Zaktualizowane dnia: 27.09

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział V

Zanim przejdę do rozdziału, chciałabym ponownie podziękować swojej becie :)



Rozdział V

"(…)jeżeli zaraz nie wyniesiesz się wraz ze swoim ptasim zadem, sama chętnie cię wykopię(…)

 

Pojedyncze płatki śniegu spadały z nieba, migocząc milionem przeróżnych barw i choć czarnowłosa była tym widokiem zachwycona, a w jej niebieskich oczach malował się zachwyt, odwróciła głowę gwałtownie w stronę nagłego hałasu. Zmrużyła podejrzliwie oczy, rozglądając się wokół i przygotowując swój łuk do wystrzału.
Wzrokiem prześledziła skąpany w śniegu las. Jedyną oznaką obecności dzikich zwierząt były dziwne szelesty w krzakach, dźwięk kruszenia śniegu i kilka zwierzęcych odcisków łap – oczywiście tylko tych, które nie zapadły jeszcze w zimowy sen albo nie zamierzały tego czynić.
Po chwili, gdy jedynym dźwiękiem w okolicy był nagły ryk niedźwiedzia polarnego, a którym łowczyni się w ogóle nie przejęła, opuściła swój łuk, a na jej ustach pojawił się cyniczny uśmiech rozbawienia. Potrząsnęła głową, aby pozbyć się kilku płatków śniegu, które to zdążyły osadzić się na jej krótkich czarnych włosach, a następnie zerknęła w niebo i skrzywiła się.
Wyprostowała się, otwierając usta, aby przywołać resztę łowczyń, gdyż wschód słońca już dawno przeminął, a one miały na rozkaz Artemidy polować jedynie w świetle księżyca. Miała zamiar wrócić do ich obozu i nieco się zdrzemnąć, ponieważ była wykończona ostatnimi łowami.
Niestety Thalia nie zdążyła nawet wydobyć pojedynczego dźwięku, gdy nagle odwróciła się na pięcie i z niesamowitą szybkością ponownie napięła łuk w stronę przybysza. Był to mężczyzna ubrany na czarno z za dużym kapturem, który zasłaniał całą jego twarz w niecnej ciemności. W tej chwili w oczach łowczyni błysnęło zrozumienie.
— Co tu robisz? — spytała, nie spuszczając z oka przybysza. — Artemida nie życzyła sobie spotkania z tobą — powiedziała z szyderstwem i pogardą w głosie.
Mężczyzna nie poruszył się ani nie opowiedział, jedynie po krótkiej chwili podniósł powoli swoje dłonie do kaptura, na co łowczyni zareagowała, odruchowo wypuszczając strzałę ze świstem, a która precyzyjnie wbiła się w pierś nieznajomego. Jęknął on, ale dalej ściągał swój kaptur w powolny i majestatyczny sposób, od którego Thalia dostała dreszczy.
Wystrzeliła jeszcze kilka strzał, coraz bardziej przerażona zachowaniem mężczyzny, a gdy czarny kaptur opadł, ona właśnie odwróciła się na pięcie, aby uciec, ale w tej samej chwili stanęła wprost przed mężczyzną, z jej gardła wydobył się wrzask przerażenia, gdy jego czarne oczy pochłonęły ją całkowicie w swej mrocznej otchłani pełnej największy jej lęków.
*          ~          *          ~          *
Ciemność otoczyła mnie swoimi ramionami, choć możliwe, że były to jednak ramiona znajomego mi rudzielca, a za co dostał łokciem w brzuch. Usłyszałam jego stęknięcie, żałując jednocześnie, że nie mogłabym pozbyć się otaczającej mnie ciemności. Ona zawsze mnie przerażała i choć to ja jestem zawsze tą odważną w naszej grupie, nie mogłam ukryć ściśnięcia w żołądku i dziwny dreszcz przechodzący mi wzdłuż kręgosłupa.
Zapach detergentów sprawił, że mój nos lekko zdrętwiał, a ciemność i ciasnota wcale nie pomagały. Ryan znów próbował zrobić coś dziwnego z dłońmi (co dotyczyło mojego ciała i przestrzeni osobistej), więc starałam się od niego odsunąć jak najdalej.
Efektem było to, że trafiłam plecami na jakąś półkę, powodując, że metalowy tajemniczy pojemnik zagrzechotał spadając z niej. Wstrzymałam z przerażenia oddech i czekałam na dalszy przebieg sytuacji. Starałam się wypatrzeć moich towarzyszy i nagle spojrzałam wprost w jarzące się w ciemności niebieskie oczy, dokładniej w dwa różne odcienie niebieskiego. Granatowa tęczówka dziwnie lśniła, jakby w środku niej uwięzione było milion gwiazd. Natomiast błękitna  świeciła niczym księżyc w nocy – jak wiadomo, świecił on, gdyż promienie słoneczne na niego padały…
Sama dziwiłam się swoim myślą, starając się jednocześnie wydostać jakoś z tej sytuacji. Zerknęłam na Maggie, której jedynym śladem, że również była uwięziona w schowku woźnego - owszem w miejscu, gdzie młodzież chowa się, aby w sekrecie obmacywać się i wyznawać swoją miłość, a co niewątpliwie chciał zrobić Ryan, tylko, ze wpadł na nie tą dziewczynę, co trzeba (na co dowodem był ciężki oddech po tym jak kilkakrotnie oberwał łokciem w brzuch) - była moja żółto-czarna torba, której breloczek w kształcie koniczyny świecił w ciemności.
— Wszystko w porządku? — szepnęła Maggie.
Drgnęłam z przestrachu, gdyż jej głos brzmiał w tej ciemnej ciszy niczym wrzask niemowlaka roznoszący się echem. Objęłam się ramionami i odruchowo przytaknęłam, równocześnie zdając sobie sprawę, że oni mnie nie widzą. Jakoś nie chciałam się odzywać, aby nie zdradzić drżenia w moim głosie.
— Jasne — odpowiedziałam jednak krótko.
W duchu jednocześnie odetchnęłam, że mój głos pomimo strachu przed ciemnością brzmiał nader spokojnie i opanowanie. Jednocześnie doskonale zdawałam sobie sprawę, że mój strach jest irracjonalny – jednak po ostatnich wydarzeniach nie dziwiłabym się gdyby nagle znikąd wyskoczył wampir i zaczął tańczyć hula wraz z mutowanym niebieskim kosmitą.
Potrząsnęłam głową dziwiąc się swojemu dziwnemu poczuciu humoru, a jednocześnie dostałam kolejne potwierdzenie, że jednak jakieś mam – w chwilach całkowitego strachu, ale jednak jest.
— Maggie… co właściwie zmalowałaś? — spytał nagle Ryan, a ja spojrzałam w jego kierunku. — Po prostu jestem ciekawy, czemu wszyscy tulimy się do siebie w schowku woźnego — wyjaśnił i posłał mi smutne spojrzenie.
Spojrzałam na niego podejrzliwie, gdyż przeczuwałam już wcześniej, że on z jakiegoś powodu widzi w ciemności, a w końcu nigdy nie chciałam komukolwiek zdradzać, jak całkowita ciemność na mnie działa – czytaj: drżę jak osika.
Równie szybko przypomniałam sobie jednak moment wbiegnięcia do mojego pokoju przez przerażoną Maggie, która, mówiąc coś o tym, że przez pomyłkę, zamiast zmylić dyrektorkę zmieniła jej płeć i chyba niechcący użyła zaklęcia, które kiedyś pochwalił się jej jeden z synów Erosa – kompletnie nie miałam pojęcia, co wspólnego z tym wszystkim miał bobas z pieluchą i łukiem wraz ze strzałą z serduszkiem.
Doszliśmy jednak do tego – a naprawdę zrozumienie monologu Maggie było wyczynem na skale światową, gdyż jej tłumaczenia i opowiadanie historii jest tak samo trudne do zrozumienia jak pokonanie labiryntu w ciemnościach – że zmieniła moją wredną dyrektorkę w mężczyznę, który nagle zakochał się w moim ulubionym nauczycielu angielskiego, dokładniej mówiąc w panu Formanie.
— To było niechcący — zawołała żałośnie. — Chciałam zrobić iluzję, gdy mnie złapała i tak jakoś wyszło, że pomyliłam kilka słów po łacinie — wyjaśniła.
Byłam pewna, że zrobiła przy tym minę zbitego psa. Nie mogłam powstrzymać cisnącego się na moje usta uśmiechu, gdyż to wszystko należało się tej wrednej babie, a jednocześnie było mi szkoda jedynego nauczyciela, który nigdy się na mnie nie mścił i tolerował moje wybryki z przymrużeniem oczu, a nieraz nawet doradzał jak wywinąć się od kary.
Zaskakujące było dla mnie, że czarnowłosa zna łacinę, ale powinnam przyzwyczaić się już, że przy tej dwójce wszystko co niemożliwe staje się możliwe.
Wzdychając ciężko, przykucnęłam przy drzwiach, ocierając się przy tym o kogoś, ale wolałam nawet nie myśleć, że tym kimś może być polujący na mnie Ryan, co niewątpliwie potwierdził, pytając się, czy mógłby użyć zaklęcia bożka miłości na mnie.
Zabawne.
On tak nie uważał, gdy wyraziłam swoją opinię o tym jego szalonym planie – efekt był taki, że prawdopodobnie został impotentem.
Nagła jasność oślepiła mnie, gdy przymykając jedno oko wyglądałam na jasny hol przez dziurę na klucz, zamrugałam kilka razy, aby przyzwyczaić źrenice do nagłej jasności i już po chwili mogłam z ulgą stwierdzić, że białe kafelki odbijające jasne rażące w oczy białe światło był nieskażony przez jakąkolwiek osobę.
— Wydaje się pusty — stwierdziłam z wątpliwościami.
Maggie jednak miała inny pomysł, podobnie jak Ryan, gdyż obydwoje nagle próbowali dorwać się do drzwi, a efekt był taki, że pod naborem naszego ciężaru stare i jedyne w tym holu jasno-drewniane drzwi nie wytrzymały i zamek puścił, sprawiając, że przez chwilę zakleszczyliśmy się w ich ramie, a następnie z hukiem upadliśmy na kafelki – a dokładniej to ja zostałam najbardziej poobijana.
Ciężar z moich pleców w miarę szybko zniknął, a ja równie szybko stanęłam na równe nogi rozglądając się z zaniepokojeniem po holu i starając się wymyślić jakiś genialny pomysł. Niestety w mojej głowie panowała całkowita pustka, ale na brak pomysłów nie cierpiała czarnowłosa wiedźma, która krzycząc coś o locie zaczęła szeptać w nieznanym mi języku słowa – najpewniej była to jakaś rymowanka po łacinie.
Na nic zdały się nasze wrzaski, groźby i śmiech (ten ostatni tylko Ryan wydobył z siebie), gdyż już po chwili coś wokół nas zaczęło wirować, a ja szybko chwyciłam swoją torbę, mając nadzieje, że jednak obroni mnie ona przed czarami Maggie. Ponieważ każdy zdrowy człowiek by się tego obawiał, a co jest jednocześnie dowodem, że podekscytowany Ryan nie jest człowiekiem.
— Jeżeli przeżyje, zabije cię — warknęłam ponownie.
Maggie oczywiście pod naborem mojego morderczego wzroku zająknęła się i najprawdopodobniej pomyliła kilka słów, gdyż nagle wystrzeliłam jak z torpedy w górę, cieszyłam się jednak, że z mojego tyłka nie lecą jakieś fajerwerki.
Jak wspominałam, niezidentyfikowana siła z całej siły wyrzuciła mnie w powietrze (naprawdę cieszyłam się, że ten budynek ma tylko dwa piętra) i przelatując przez dach – jak nic zarobiłam kilka nowych siniaków i zadrapań, nie wspominając o draskach i resztach dachówki we włosach – a następnie wylatując w sam środek zbierającej się chmury burzowej (naprawdę nikomu nie życzę nagłego wyładowania ładunku na swojej skórze) poszybowałam dalej niczym wystrzelona z procy.
Wiatr targał moimi naelektryzowanymi włosami, które wręcz stały mi na głowie niczym Szopenowi po skończonym koncercie, a krople deszczu, które zaczęły spadać niczym maleńkie okruchy szkła raniły moją skórę twarzy i ramion. Zacisnęłam mocniej ramiona wokół swojej torby mając nadzieje, że zadziała ona, jako poduszka powietrzna – dla ochrony moich kończyn. Miałam również nadzieję, że książki wewnątrz niej nie zostały zniszczone, równie szybko jednak zamknęłam usta, gdy jakaś mucha czy inny niezidentyfikowany owad dostał się do nich, a oczy przymknęłam bojąc się, że ostre krople i silny wiatr sprawi, że oślepnę do końca życia.
Moja podróż trwała w miarę szybko i kiedy odważyłam się w końcu otworzyć oczy, zdając sobie sprawę, że nieco zwolniłam zobaczyłam znajomy pomnik Atlasa w środkowym Manhattanie, a gdy z całej siły uderzyłam w metal sprawiłam, że moja torba dość nieudolnie ochroniła moje żebra, które najprawdopodobniej nieco uszkodzone, ale również wgniotłam nieco te metalowe pręty – czy cokolwiek to jest – oraz rozbujałam wielką kule, która miała coś tam prezentować, a co niby dźwigał ten cały Atlas.
Sapnęłam z bólu i zacisnęłam dłonie, nieco je raniąc na ostrym zakończeni metalu. Odetchnęłam kilka razy urywanym oddechem tak, aby płuca jak najmniej obijały się o bolące żebra, a następnie powoli jak i jęcząc z bólu zaczęłam schodzić z pomnika.
Nie dało się nie słyszeć kilu wrednych komentarzy przechodniów pod moim adresem, ale zbyłam je tak samo jak wszystkie wredne teksty, jakich się nasłuchałam w dzieciństwie. Dzieci z ADHD i dysleksją nigdy nie mają łatwego życia wśród rówieśników i albo stajesz się ofiarą, albo dręczycielem.
Dotykając stopami stabilnego już podłoża przerzuciłam pasek swojej torby przez ramię i rozejrzałam się ostrożnie wokoło, szukając jednocześnie swoich towarzyszy, ale już po chwili zorientowałam się, że zostaliśmy rozdzieleni albo Maggie zaczarowała w ten niewygodny sposób tylko mnie.
Skrzywiłam się lekko i delikatnie otrzepałam swoje czarne włosy z resztek dachówek i drewna, które rozwaliłam przelatując przez dach szkoły, a czego nie żałowałabym, gdyby nie było aż tak bolesne. Gdy miałam właśnie wykonać krok w stronę centrum nagła siła wokół mnie znów zafalowała, ale tym razem nie było to za sprawą Maggie i jej czary-mary.
Delikatnie i powoli zaczęłam unosić się w powietrze, nikt chyba nigdy nie dowie się, jakie przerażające jest wisieć w powietrzu i nie być asekurowany przez żadne pasy. Jednocześnie starałam się znaleźć jakieś niewidzialne podłoże, aby mieć, choć nadzieje na stabilny grunt. Niestety machając rękami i nogami wyglądałam jak niejedna osoba uciekająca ze szpitala psychiatrycznego.
Zamknęłam oczy i znieruchomiałam mając nadzieje, że dzięki temu się po prostu zatrzymam, a ku mojemu zdziwieniu udało mi się, niestety, gdy otworzyłam oczy okazało się, że byłam kilka centymetrów nad pomnikiem Atlasa, a co spowodowało, że ponownie na niego spadłam i jeszcze gorzej poraniłam swoje żebra. Przeklęłam pod nosem jak zwykle i znów starałam się zejść z pomnika, a efekt był przewidywalny, gdyż jeszcze kilka razy polewitowałam, aby ponownie upaść na pomnik, a co zaczęło mnie wnerwiać.
Gdy udało mi się w końcu zejść, wskazałam swoim palcem na pomnik, mrużąc ze złości oczy jakby był on żywą i rozumną osobą, a następnie z grobowym i złowieszczym tonem oznajmiłam:
— My się jeszcze policzymy.
Jakby w moich słowach ukryta była jakaś moc, pomnik został poderwany z ziemi i odrzucony kilka metrów dalej, a ja ze wskazującym palcem stałam tak oniemiała i wgapiałam się w przerażony tłum, który zaczął zbierać się przy pomniku, który przygniótł jakąś kobietę, a która wrzeszcząc z wściekłości, nagle poszybowała w górę odsuwając od siebie pomnik jakby był z kartonu.
Stałam sobie tak z podniesionym palcem i gapiłam się jak to kobieta nagle przemienia się w jakąś bliżej nieokreśloną formę, a która przypominała mi ptaka. Choć była kilka metrów nade mną i ode mnie, widziałam doskonale jej małe wyłupiaste czarne oczy, orli nos i cienkie usta wykrzywione w prawdziwej furii. Jej zniekształcone ramiona były nieco zbyt długie i upierzone były w dziwny odcień czarno-zielonych piór. Natomiast jej dłonie, a dokładniej palce, przypominały mi szpony niejednego drapieżnego ptaka.
Po prostu przypominała moją babcię.
Przeklęłam tak, że niejeden z tych potworów na pewno zaczerwieniłby się ze wstydu i ruszyłam pędem przed siebie, a mój ból w żebrach i krwawiące rany były mi w tej chwili tak obojętne jak krople wody spadające z nieba,  które naprawdę musiały drażnić kobietę-ptak. A może wkurzyła ją tak moja nagła ucieczka przed nią...?
Nikomu naprawdę nie radziłam uciekać przez tłumy ludzi, podczas gdy potwór, który cię goni przemierza z łatwością przestrzeń powietrzną. W tej chwili żałowałam, że i ja nie umiem latać, do czasu aż przypomniałam sobie swoją lewitację. Wiedziałam, że uciekając na pieszo miałam większe szanse na nią, niż jeżeli miałabym balansować nieruchomo w powietrzu, ale pewne jak nic było, że gdy biegłam chodnikiem pełnym śpieszących się i chamskich ludzi, mitologiczny potwór szybciej mnie dorwie w swoje szponiaste dłonie.
Nie czekając dłużej podskoczyłam machając ramionami, a co na niewiele się zdało. Przypomniał mi się moment w moim dzieciństwie, gdy potrafiłam wznieś się w powietrze i fruwać pod sufitem, a co niedługo później wzięłam za objaw swojej wybujałej wyobraźni. To było jak olśnienie, w nagłej chwili napływu wspomnień wiedziałam po prostu, co muszę zrobić.
W swojej wyobraźni poczułam, jak staję się lekka i daje nieść się wiatrom przed siebie. Nagły podmuch powietrza odgonił szponiastą kobietę i sprawił, że niczym latawiec poszybowałam w górę i tym razem nie byłam tak przerażona jak na początku, a nawet uśmiechnęłam się lekko i poszybowałam przed siebie.
Odetchnęłam z ulgą, gdy ponownie stopami dotknęłam stałego podłoża, a następnie rozejrzałam się po małym parku, który był zadziwiająco i nieco złowieszczo pusty. Jednak jakoś nigdy nie przerażały mnie takie atmosfery, a jedynie ruszyłam w stronę najbliższej wolnej ławki i siadając na niej przymknęłam oczy zastanawiając się, co teraz mam zrobić?
Skrzywiłam się, gdy znów poczułam powracający do mnie ból żeber, a chwilę później otworzyłam oczy słysząc śmiech. Siedząc nieruchomo wgapiałam się kobietę, której miałam nadzieje, że uciekłam.
— Wnuczka Vivienne jak widać — oznajmiła.
— Ptasia brzydota jak widać — odparłam.
Kobieta wykrzywiła usta w złości, ale szybko się opanowała i mrużąc swoje czarne. wyłupiaste oczy. uśmiechnęła się nieco złowieszczo, co mnie zaskoczyło, ale nie dałam tego po sobie poznać.
— Jestem zaskoczona, widząc, że Melinda jednak dała się uwieść temu kretynowi — oznajmiła chłodno.
— Uważaj ptasi móżdżku, o kim mówisz — oznajmiłam podnosząc się na równe nogi.
Mimo że kobieta była wyższa ode mnie przynajmniej o głowę, nie zamierzałam siedzieć spokojnie na ławeczce, jęcząc z bólu i tak po prostu dać się zabić. Zbyt dużo w ostatnim czasie przeżyłam, aby tak po prostu się poddać. Z drugiej strony nie byłabym sobą, gdybym nie pokazała tej ptasiej brzydocie gdzie raki zimują.
— Byłabyś wspaniałą harpią — stwierdziła z namysłem. — Szkoda, że twoja matka zadała się z tym… kretynem — oznajmiła uśmiechając się przebiegle. — Masz w sobie więcej krwi potwora, niż twoja własna babka — wyjaśniła widząc jak mrużę oczy. — Czy nigdy nie zastanawiałaś się, czemu jesteś taka agresywna? Czemu "nie dawać sobie w kaszę dmuchać"? — Spytała powodując lekki mętlik w mojej głowie. — My, harpię. od najmłodszych lat musimy walczyć w hierarchii, każdy musi znać swoje miejsce, a najsłabsze okazy zazwyczaj umierają, w twoim DNA zawsze będzie to obecne: zabij albo umieraj — mówiąc to odsunęła się ode mnie o krok. — W końcu każda harpia jest dręczycielem albo sama ginie.
Przełknęłam ciężko ślinę mając nadzieje, że moja mimika twarzy nie pokazuje jak wiele jej słowa dla mnie znaczą, jak wielki chaos w mojej głowie spowodowały. Sama już nie wiedziałam, kim jestem? Jeszcze kilka dni temu byłam doskonale pewna, że jestem tylko jedną z nastolatek, w których buzują hormony i która uwielbia wszystkim pokazywać, że z nią się nie zadziera, a teraz?
Obawiałam się tego, że mogłabym stać się psychopatycznym mordercą.
— Czy wspominałam, że harpie, jak każde mitologiczne potwory, polują i zabijają herosów?
Serce zabiło mi mocniej, a przed swoimi oczami zobaczyłam rozszarpane gardła swoich przyjaciół – nie miałam dłużej, co się oszukiwać, że właśnie tak traktowałam Maggie i Ryana. W swojej wybujałej wyobraźni zobaczyłam siebie z iście szatańskim uśmiechem na twarzy, wyglądając jakby mnie to bawiło, a ich krew brudziła moje dłonie przemienione w podobne szpony, co kobiety.
— Tylko tyle masz do powiedzenia? — Spytałam chłodno powodując, że uśmiech kobiety zamarł. — Więc teraz mnie posłuchaj, skowroneczku — oznajmiłam chłodno. — Mam gdzieś, kim i czym byli moi rodzice, ja nazywam się Jillian i jestem jaka jestem — wyjaśniłam, kręcąc głową. — Nie jestem ani taką kreaturą jak ty, ani taka jak moi przyjaciele, jestem inna, a co oznacza wyjątkowa i jeżeli zaraz nie wyniesiesz się wraz ze swoim ptasim zadem, sama chętnie cię wykopię — zagroziłam.
Kobieta zaniemówiła, ale posłusznie odwróciła się i wbijając w powietrze, zniknęła już po chwili z pola widzenia otoczona przez burzowe chmury. Dopiero teraz zorientowałam się, że przestało padać, ale ja nadal byłam mokra, a słowa kobiety niczym szarańcza brzęczały mi w uszach.
Spuściłam głowę i spojrzałam na swoje czarne trampki, przyglądając się białej pobrudzonej i podniszczonej sznurówce, która przeżywał na pewno nie mniej niż moje ubrania w równie kiepskim stanie ponownie podniosłam głowę w górę patrząc w niebo.
— Kim jestem? — Szepnęłam.
Naprawdę chciałam znać odpowiedź na to pytanie, ale przede wszystkim chciałabym mieć pewność, że nie jestem i nigdy nie będę takim potworem jak ta kobieta. Pragnęłam zapewnienia, że moja babka była inna od swojego rodzaju, że była dobra i kochająca, że moja matka zawsze pomagała innym i wiecznie uśmiechnięta szła przez życie.
Wówczas byłoby to kłamstwo.
W moich wspomnieniach pojawił się obraz Rudzielca, czemu właśnie jego? Kompletnie nie znałam na to odpowiedzi, ale podniosłam swoją torbę z ławki i ruszyłam na poszukiwanie jego i Maggie, mając nadzieje, że dzięki nim nie stanę się nigdy uosobieniem prawdziwego zła, a co od teraz miało stać się największym moim lękiem.
Wiatr zawiał lekko poruszając moimi kosmykami krótkich włosów, a co wydało mi się niezwykle miłym gestem, a następnie w swoich uszach niczym szum wiatru usłyszałam:
Pamiętaj również, że to ty wybierasz, kim chcesz być, a nie twoje pochodzenie.
Uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam z wdzięcznością w stronę nieba, szepcząc ciche podziękowania pod adresem swojego ojca, a następnie ruszyłam żwawym krokiem i nową pewnością siebie na poszukiwanie swoich przyjaciół. Moich pierwszych prawdziwych przyjaciół.

wtorek, 28 października 2014

Rozdział IV

"Niech zgadnę, gada i jego kupli szczura oraz piżmaka(…)"

Słońce powoli wychodziło zza horyzontu, a jego blask oślepiał niejednego mieszkańca Manhattanu. Ryan wyglądał na jeszcze bardziej radosnego niż zwykle, właściwie wszyscy troje zatrzymaliśmy się po wyjściu z metra i wgapialiśmy w cud natury.

Widząc jak drapacze chmur otaczane są niczym aureolę przez promienie słoneczne, przypomniał mi się moment nagłego blasku ciała rudzielca w szpitalu i aż zerknęłam na Ryana, który w tym samym czasie również na mnie spojrzał. Nie spuściłam jednak wzroku, choć mówiąc, że chciałam pokonać go na spojrzenia i pokazać, że jego osoba w ogóle na mnie nie działa… byłoby to solidne kłamstwo. Ja po prostu nie mogłam oderwać od niego wzroku. To było jak przymus, ale jako, że ja nigdy nie boje się wyzwań, przybrałam (jak zwykłam) w takich chwilach maskę obojętności.

Naprawdę nie wiedziałam, czemu jego dwukolorowe tęczówki tak na mnie działają? Czemu jego czerwona czupryna wydaje się taka słodka? Przecież ja, Jillian Vivienne, zawsze uważałam, że fajny chłopak to ten, który w podskokach przede mną ucieka.
Gdy w końcu Maggie otrząsnęła się z szoku, iż z głównego szpitala, który znajdował się niemal w centrum Nowego Jorku, udało nam się dojść do Manhattanu, a dokładniej dostać się do jego centrum – tak zwanego środkowego Manhattanu. Byłabym prawdziwym tępakiem, gdybym nie skorzystała z okazji i nie oznajmiła, że wybieram się do internatu (szkoły z internatem) po swoje rzeczy. Nie miałam zamiaru zostawiać żadnych swoich osobistych rzeczy tej głupiej jędzowatej wiedźmie - znaczy się dyrektorce.
Na początku Maggie jęczała coś o niebezpieczeństwie i potworach, ale Ryan stanął po mojej stronie, co spowodowało jej nieuchronną porażkę. Prawdę mówiąc, nawet gdyby rudzielec się za mną nie stawił i tak bym tam poszła, z nimi czy sama było i jest mi to wprawdzie obojętne, jak to czy fast foody są niezdrowe - uwielbiam je, więc jem.
Po chwili okazało się, że autobus jeżdżący w stronę mojej szkoły, ma dwugodzinną przerwę, a to spowodowało, że ruszyłam marszem. Lepszy półgodzinny marsz niż dwugodzinne sterczenie w miejscu. Maggie miała jak zwykle jakieś kłopoty ze zrozumieniem, że mam w nosie potwory i tym podobne stwory, ale szybko jej to wyjaśnił Ryan.
Toteż w ramię w ramię we trójkę szliśmy w stronę sennego koszmaru dla każdego nastolatka.
Szkoły z internatem.
Szkoły z internatem dla trudnej młodzieży – dokładniej mówiąc.
Po pewnym czasie zaczęłam się zastanawiać, czy Ryan nie cierpi jednak na jakiś szczękościsk? Bo szczerze mówiąc jego wieczny uśmiech był niepokojący, a jednak patrząc na Maggie, która bez problemu również szczerzyła zęby w uśmiech, gdy tylko rudzielec powiedział jej jakiś mało zabawny dowcip (moim zdaniem), poczułam się jednak trochę głupio, gdyż naprawdę rzadko kiedy się uśmiechałam. Starałam się więc to nadrobić i uśmiechnąć do nich.
Z marnym skutkiem.
— Jill, dobrze się czujesz? — Zaniepokoiła się Maggie. — Wyglądasz jakby coś cię bolało — dodała dla wyjaśnienia.
— Może powinna więcej zjeść tej ambrozji, o której mówiłaś? — spytał również zaniepokojony Ryan przyglądając się mi. — Może to jakaś reakcja organizmu na szok, jaki przeżyła w ostatnim czasie?
Spiorunowałam ich wzrokiem i oburzona przyśpieszyłam, moi towarzysze dopiero po jakiś piętnastu minutach z ulgą przyznali, że mój „dziwny atak choroby” minął. Miałam ochotę ich udusić i aż dziwię się, że tego nie zrobiłam.
Powoli również uświadomiłam sobie, że zaczynam mieć niewielkie wątpliwości odnośnie mojej ucieczki, ponieważ idąc tak ulicą wśród masy ludzi, moja ucieczka byłaby wręcz doskonała. Jednak jakoś nie chciałam im jeszcze zwiać, może po prostu pierwszy raz od dawna tak dobrze czułam się w czyimś towarzystwie?
Zbeształam siebie w myślach, gdyż odezwał się we mnie syndrom sztokholmski i choć w rzeczywistości nie zostałam porwana, nie zmienia to jednak mojego punktu widzenia na tą sprawę. Jednakże możliwe, iż mój dziwny syndrom był spowodowany tym, że wszyscy przeżyliśmy coś dziwnego i niespotykanego w normalnym świecie, a jak wiadomo „trudne chwile zbliżają do siebie ludzi”.
Szczerze mówiąc, jakoś nie miałam ochoty zaciskać więź z kimkolwiek. W szczególności z tymi dziwakami od siedmiu boleści, którzy nawet nie mogą rozpoznać mojego uśmiechu i uważają go za grymas bólu. Trudno było mi w to uwierzyć, że właśnie tak wyglądałam biorąc pod uwagę mój uśmiech za pomocą ambrozji.
— Skoro mamy z jakieś półgodziny marszu… ja pomyślałam… e… — wyjąkała nagle Maggie, a gdy oboje na nią tylko spojrzeliśmy, zamilkła zawstydzona. — Możesz pytać… o.. co-cokolwiek c-chcesz — wyszeptała cicho jak zwykle się jąkając.
Nadal byłam zdenerwowana po jej słowach odnośnie mojego uśmiechu i nie chciałam zagłębiać się w ten jej cały zwariowany świat. Spojrzałam w niebo jakby chcąc dostać odpowiedzi, czy jednak okazać łaskę i zadać pytanie?
„Oto jest pytanie” - pomyślałam sarkastycznie, żałując, iż nie mam czaszki w dłoni niczym Szekspir.
— To czym jest ta cała ambrozja? — wyskoczył z pytaniem Ryan, gdy już otwierałam usta.
Spiorunowałam go wzrokiem, co spłynęło po nim jak woda po ścianie. Natomiast Maggie była więcej niż uradowana mogąc udzielić nam informacji, ale jednak zgubiłam się w jej wyjaśnieniach, gdy wspomniała coś o ucztach boskich.
—… wtedy Hebe podaje właśnie ambrozję i nektar, jednak dla śmiertelników są one śmiertelne, mogą wypalić człowieka jak lawa, moja dobra koleżanka kiedyś podkradła mi ambrozję z plecaka, gdy byłam w swojej szkole, a mieszkam w Kalifornii, więc jak wspomniałam wypaliła ona w sekundę…
Słuchając jej opowieści, ja i Ryan gwałtownie zbledliśmy, gdy ze szczegółami zaczęła opisywać nam jak jej „przyjaciółka” zaczęła wymiotować swoimi wnętrznościami, a jej oczy się wypaliły, pozostawiając dwie dymiące dziury.
Przerażające.
Właściwie nigdy nie byłam jakimś mięczakiem, ale świadomość, że zjadłam coś tak pysznego, co mogło mnie zabić sprawiało, że dostawałam gęsiej skórki. Jednocześnie wiedziałam, że gdybym dostała znów ten baton nie mogłabym się oprzeć przed zjedzeniem go.
— Kim jest ten cały Chorem?
— Chejron — poprawiła mnie niepewnie Maggie kończąc tym samym swoją wcześniejszą opowieść. — To nauczyciel obozu, myślę, że byłby dyrektorem, gdyby nie pan D. Prawdę mówiąc wszyscy woleliśmy każdego poza panem D. Możesz go rozpoznać poprzez hawajską koszulę, zawsze nosi tę najbardziej paskudną, raz nawet widziałam Posejdona w podobnej koszuli, jestem ciekawa, czemu bogowie…
Od jej monologu, całkowicie nie na temat, rozbolała mnie głowa.
— Chejron to centaur — wyjaśnił, z niemałym rozbawieniem, Ryan.
Maggie zamilkła i spojrzała na nas przepraszająco. Akurat wówczas wszyscy troje wyszliśmy zza zakrętu, a za którym zobaczyliśmy wielki neon z niezdrowym jedzeniem. Od razu się tam skierowałam zapominając o fakcie, że nie mam kasy, ale Ryan już po chwili znalazł się koło mnie machając mi przed oczami swoim portfelem i tym samym powodował, że słowa „idź do diabła” znów zamarły mi na ustach.
Maggie również znalazła się koło nas, lekko dysząc z powodu naszego szybkiego marszu, a szliśmy jakby zaraz McDonald miał spłonąć i były w nim super wyprzedaże jedzenia przed apokalipsą.



Musiałam niestety po chwili skorzystać z toalety, która znajdowała się na parterze, oznajmiłam tę myśl głośno moim jedzącym towarzyszom i rzuciłam ostatnie tęskne spojrzenie na czekające hamburgery. Następnie niemal sprintem skierowałam się w stronę damskiej toalety, aby jak najszybciej opróżnić pęcherz i móc wrócić do najcudowniejszego zajęcia we wszechświecie – jedzenia niezdrowego żarcia.
Maggie niestety nie podzielała naszego zapału i z dezaprobatą wpatrywała się w nasze ociekające tłuszczem i sosami hamburgery. Sama jadła zdrową sałatką, o której istnieniu w McDonaldzie nawet nie wiedziałam. Przemogła się jednak lekko i zamówiła coś niezdrowego. Mianowicie szejka waniliowego, mamrocząc coś o tym, że do końca życia ma dosyć truskawek.
Gdy tylko wystawiłam głowę z łazienki usłyszałam znajomy głos.
— Proszę, proszę, kogo to my tu mamy — zaćwierkał radośnie znajomy głos.
Podniosłam głowę i spojrzałam w jego ciemne szmaragdowe oczy, i uśmiechnęłam się bezczelnie, co pewnie znów wyglądało jak grymas niezadowolenia bądź bólu.
— Niech zgadnę, gada i jego kupli szczura oraz piżmaka — oznajmiłam ironicznie.
Twarz blondyna oblała się pasmem czerwieni, które były wynikiem złości. Nagle wyjął coś z kieszeni, a gdy spostrzegłam znajomy scyzoryk. Wykrzywiłam usta ponownie w pogardliwy uśmiech, bo w końcu bycie siostrzeńcem wrednej dyrektorki niosło za sobą wiele przywilejów – jak choćby bycie wiecznym aniołkiem nie ważne, co zrobi.
— Widzisz Jill… sądzę, że pora wyrównać porachunki — oznajmił z uśmiechem.
Widok mojego maleństwa w dłoni największego kreatyna i idioty na całym świecie, wkurzył mnie maksymalnie. Gdy się zamachnął odruchowo zrobiłam unik, ale najwidoczniej to przewidział, bo nagłe pieczenie i ból na moim policzku, było wszystkim, co potrzebowałam, aby go sprać.
Nie czekałam na rycerza w lśniącej zbroi wraz ze swym wiernym białym rumakiem.
Walnęłam z całej siły w szczękę chłopaka, powodując, że cała jego głowa przekrzywiła się w prawo, a szok wymalowany na jego twarzy dał mi szansę, złapania go za przegub ramienia i pociągnięci z całej siły, aż nagły wrzask bólu dało się słyszeć echem w całym Nowym Jorku. Z radością muszę wyznać, że sprawiłam, iż chłopak będzie musiał mieć nastawianą kość barkowo-ramienną (czy jak to się nazywa). Obeszło mnie to tak samo jak to, że na Antarktyce znów pada śnieg.
Następnie z maską obojętności graniczącą z wręcz psychopatyczną radością wyszarpnęłam z jego nieruchomej dłoni moją własność i przystawiłam mu swoje lśniące ostrze pod gardło, przy czym ani na moment nie odwróciłam spojrzenia patrząc w jego przyćmione szokiem i bólem oczy.
— Widzę Sicay, że naprawdę korci cię, abym cię wykastrowała — oznajmiłam.
Kumple Ericka nie okazali się wcale odważniejsi od niego samego i korzystając z chwili, w której byłam zajęta ich kumplem, wzięli nogi za pas (aż się za nimi kurzyło), a uciekając nawet nie obejrzeli się za swoim kumplem, aby sprawdzić czy jednak nie jestem w trakcie wykonywania swoich rzeźniczych planów odnośnie ich „szefa” – a to mi lojalność i oddanie, nie ma, co!
Blondyn musiał to sobie jakoś uświadomić (lub po prostu oceniał wedle własnej osoby), gdyż przełknął głośno ślinę ze strachu, powodując tym samym, że ostrze mojego scyzoryka drasnęło jego „delikatną” skórę tworząc niewielkich rozmiarów cienką rankę, która naprawdę nie była zbyt głęboka, aby sprawić jakieś trwała uszkodzenia, choć kilka kropel rubinowej krwi (aż dziwne, że nie była ona szafirowa!) spłynęło mu wzdłuż szyi i zniknęło pod błękitnym T-shirtem.
— Nieźle — ocenił mnie Ryan.
Zamrugałam zaskoczona uświadamiając sobie jak blisko byłam spełnienia swoich gróźb, lekko skołowana odsunęłam się od blondyna, który z jękiem ulgi upadł na podłogę, wówczas również zorientowałam się gdzie właściwie się znajduje i spojrzałam z zaskoczeniem na Ryana, który uśmiechając się, a co sprawiło, że naprawdę szybko się przybrałam swoją maskę obojętności.
— Już skończyłam swoją pogawędkę — oznajmiłam drwiąco w stronę płaczącego jak mała dziewczynka blondyna. — Mam dzisiaj wyjątkowo dobry nastrój — dodałam.

*      ~      *      ~      *

Blondwłosa dziewczyna właśnie przechodziła koło swojego ulubionego domku w obozie i wcale nie miała na myśli tego w którym mieszka, co byłoby oczywiste ze względu, iż każdy z obozowiczów kochał najbardziej swój własny kąt.
Annabeth uwielbiała tylko jeden domek bardziej niż swój, ten z numerem trzy i herbem trójzęba na drzwiach, które właśnie się lekko uchyliły, a w szparze pojawiła się znajoma ciemna czupryna włosów, a po chwili jej ukochane morskie oczy należące do (według niej) najprzystojniejszego chłopaka w całym obozie.
- Annabeth – oznajmił znajomy głos.
Szok spowodowany widokiem chłopaka minął równie szybko jak się pojawił. Nie mogła zrozumieć, czemu dwa miesiące przed feriami letnimi, jej chłopak znalazł się nagle w obozie i niewiele myśląc podeszła do niego jak zahipnotyzowana.
- Chodź do mnie Annabeth.
Dziewczyna posłusznie podeszła do niego ignorując wszystkie dzwonki alarmowe, które rozgrzmiały w jej głowie. Ta część niej, w której płynęła krew córki Ateny - bogini mądrości, zaprotestowała. Jej mózg wysyłała znaki alarmowe, ale to serce przejęło kontrolę nad jej ciałem, jakby jej zdrowy rozsądek został oddzielony od jej mózgu samym głosem Percy’ego. Podeszła do chłopaka z ufnością i nie spuściła z niego wzroku choćby na chwilę, a jej szare oczy w świetle słońca (które zawsze świeciło nad obozem – no chyba że jakiś bóg się wściekł) wyglądały na lekko zamglone, a gdy tylko ich dłonie się spotkały spowodowało to, że jej ukochany równie szybko jak się pojawił rozmył się w dymie, a na nią spojrzała para ciemnych, niemal czarnych oczów – były to tylko sekundy, gdy jej zdrowy rozsądek powrócił.
Gdyby nie wiedziała lepiej wzięłaby go za Hadesa, boga podziemi.
— Bardzo dobrze Annabeth — pochwalił ją.
Zacisnął mocniej swoją dłoń na jej i pociągnął ją w swoje ramiona stalowe ramiona, obejmując ją mocno i nieco boleśnie. Blondwłosa dziewczyna o lekko falujących włosach zdążyła krótko krzyknąć nim zniknął on równie szybko jak się pojawił, a jak przystało na każdego boga.

*      ~      *      ~      *

Ziewając szeroko spojrzałam na swoich towarzyszy, którzy wcale nie wyglądali na pełnych energii, najwidoczniej nieprzespana noc daje nam siwe znaki. Po chwili jednak moim oczom ukazał się widok białego prostego budynku otoczonego siatką pod napięciem. Uśmiechnęłam się kpiąco na myśl o tym, że niektórzy rodzice rzeczywiście wysyłają tu swoje pociechy.
— Ładna szkoła — skomentowała Maggie.
— Jeżeli ktoś lubi niewolę — skwitowałam to krótko.
Czarnowłosa zamilkła i zarumieniła się zawstydzona, a ja rozglądałam się wokół szukałam najlepszego sposobu na dostanie się do środka, już po chwili przypomniałam sobie znajomy krzak w kształcie tygrysa, a który szybko wypatrzyłam (szczerze, nie wiem, czemu on ma taki kształt, ponieważ nikt oficjalnie nawet o niego nie dba).
Nie czekałam już nawet na swoich towarzyszy tylko z zawrotną prędkością schowałam się za mój ulubiony krzak i odnalazłam tam brakującą część płotu, a ponieważ po drugiej stronie rósł dąb, pod którym to każdy uczeń uwielbiał się wylegiwać, była to doskonała kryjówka.
Będąc już po drugiej stronie ogrodzenia, westchnęłam z ulgą i okazując swe miłosierdzie poczekałam na swoich towarzyszy, którzy już po chwili stali koło mnie. Maggie miała (jak zwykle) mały kłopot z przejściem, gdyż jej włosy się naelektryzowały (nie pytajcie mnie, czemu) i wyglądała jak Szopen tuż po swoim występie. Ryan nie ukrywał swojego rozbawienia nową fryzurą naszej koleżanki, a ja nie mogłam powstrzymać cisnącego się na moje usta złośliwego komentarza.
— No to teraz wyglądasz jak licencjonowana wiedźma — zadrwiłam.
Ryan wybuchnął śmiechem, a policzki Maggie zaczerwieniły się ze wstydu, jej fiołkowe oczy nagle stały się dziwnie szkliste. Posłałam Ryanowi przerażone spojrzenie, a on podniósł jedną brew najwidoczniej zdumiony moim objawem ciepłych uczuć.
— Maggie, ona tylko żartowała — zaczął z wahaniem Ryan. — Nie płacz mała wiedźmo, w końcu właśnie się włamaliśmy, a nie powinniśmy zwracać na siebie uwagi — dodał.
Nie wiedziałam, czemu jego przezwisko „mała wiedźma” brzmiało inaczej niż moje przezwisko, a ponieważ Maggie wygięła kąciki swoich ust, starając się nieudolnie uśmiechnąć, odetchnęłam z ulgą, że wybuchł płaczu mamy za sobą, ale tym razem ugryzłam się w język i po prostu to przemilczałam nie chcąc znów doprowadzić ja do ostateczności – czyli płaczu.
Po chwili bacznie rozejrzałam się i starałam się zlokalizować strażników oraz kamery, a przez to czułam się jak jakiś tani bohater kiepskiego filmu akcji. Westchnęłam i spojrzałam z lekką obawą na czarnowłosą, która unikała mojego spojrzenia wgapiając się uparcie w swoje trampki.
Znów spojrzałam przed siebie i skrzywiłam się automatycznie na widok gładkich białych ścian, czy kiedykolwiek wspominałam jak bardzo nienawidzę bieli? Na dodatek widok krat w niemal każdym oknie nie powodował polepszenia mojego i tak już kiepskiego humoru. Tego miejsca nikt nie wspominał z uśmiechem radości na twarzy, a wręcz sam jego widok przegoniłby zapewne nawet samego diabła, choć w tych okolicznościach, przegoniłby Hadesa, czy innego boga podziemi.
Jakby na same moje myśli chmury na niebie przybrały niepokojący ciemny kolor, rudzielec i wiedźma również spojrzeli w górę i obydwoje wyglądali na uratowanych z powodu burzy – jak wspomniałam wcześniej: „wariat z wariatem się zaprzyjaźni”.
Pokręciłam głową z powodu ich komicznych min i żwawym krokiem ruszyłam w stronę budynku, na którym widniał numer 2B a dokładniej na całej jego ścianie w diabelskim czerwonym odcieniu, ale szczerze mówiąc, kto daje napis na białej ścianie właśnie w tym kolorze?
Prosta odpowiedź: diabelna dyrektorka prosto z piekła rodem.
— Czy to jest budynek przeznaczony dla dziewczyn? — upewnił się Ryan, gdy tylko przeszliśmy przez próg głównych drzwi i przemierzaliśmy właśnie hol.
— Tak — odpowiedziałam i zmrużyłam podejrzliwie oczy. — Tylko pamiętaj, że niektóre dziewczyny mogą zabić dla zachowania swoich sekretów.
Maggie spojrzała na mnie z przerażeniem i zbladła, Ryan również wyglądał na lekko zaniepokojonego, ale wysilił się na uśmiech.
— Nie wiedziałam — szepnęła zduszonym głosem czarnowłosa.
Spojrzałam na swoich towarzyszy jakby urwali się z księżyca, a dopiero po chwili zrozumiałam, że potraktowali moje słowa całkowicie poważnie. Aż przystanęłam z wrażenia i naprawdę zaczęłam mieć wątpliwości, czy mam poczucie humoru, a mój podły nastrój powrócił jak bumerang.
— Ja żartowałam — warknęłam.
Obydwoje kolejny raz tego dnia wgapiali się we mnie jak w wariatkę, choć to ja powinnam się w taki sposób na nich patrzeć. Oburzona wyprostowałam się jak struna i ponosząc wysoko podbródek ku górze ruszyłam w stronę drzwi z numerem dwadzieścia cztery. Maggie przyjrzała się moim drzwiom i uśmiechnęła szeroko chichocąc pod nosem.
— W naszym obozie jest już dwadzieścia cztery domki, w ostatnim miesiącu jeden z bogów dostarczył swój mówiąc, że… — zamilkła gwałtownie i spojrzała na mnie ze zdumieniem, po czym zachichotała jakby ktoś opowiedział jej przezabawny kawał. — Nie! Ty musisz być córką Nemezis — stwierdziła.
Nie spodobało mi się to imię, więc nie skomentowałam tego i otworzyłam drzwi prowadzące do mojego pokoju, na szczęście nie dzieliłam go z żadną dziewczyną (bo jakoś żadna z nich nie chciała zostać moją współlokatorką), a właściwie nikt nie miał współlokatorek, gdyż pani dyrektor uznała, że gdy będziemy mieszkać pojedynczo lepiej będzie nas kontrolować.
— Ktoś chyba idzie — szepnęła Maggie, gdy tylko weszliśmy do środka. — Zajmę się tym!
Zanim ja czy Ryan mogliśmy zareagować, czarnowłosa zniknęła za białymi drewnianymi drzwiami mojego pokoju. Nie mając innego wyjścia podeszłam do pojedynczego metalowego łóżka i przyglądając się smętnie beznamiętnej szarej pościeli, w końcu schyliłam się, aby wyciągnąć sporych rozmiarów żółto-czarną torbę i zaczęłam się pakować.
Ryan skorzystał z okazji, aby przyssać się do mojej niewielkiej biblioteczki z książkami, a następnie biurka, na którym leżały moje książki i kilka ramek ze zdjęciami. Natomiast ja otworzyłam sporych rozmiarów niegdyś białą szafę, a dzisiaj zielono-fioletowo-niebieską, wyglądała jakby jakiś nieudolny malarz postanowił stworzyć dzieło, równie kiepskie jak on sam – niestety wstyd się przyznać, ale tym nieudolnym artystą byłam ja.
Moje biurko również kiedyś było białe, a przynajmniej do czasu aż nie trafiło na mnie, bo teraz było poobklejane nie tyle, co naklejkami, co przez różne wycinki z gazet. Nad nim wisiała moje biała tablica, na której poprzyczepiałam różne ciekawostki znalezione w książkach.
Rudzielec zajęty był przyglądaniem się owym wycinkom, a ja korzystając z okazji zaczęłam wyciągać swoją bieliznę z dna szafy, gdzie zamontowane były trzy szuflady, a następnie zabrałam się za resztę swoich ubrań kątem oka dalej obserwując buszującego w moim pokoju chłopaka.
— Nie wiedziałem, że czytasz Władców Pierścieni — oznajmił.
— Nie twój interes — oznajmiłam chłodno.
Chłopak wzruszył ramionami i podszedł ponownie do półki z książkami. Nigdy chyba jednak nie dowiem się, jakim cudem podał mi moje ulubione książki, a resztę ignorował. Byłam zdumiona i nieco przerażona, ponieważ pomimo tego wszystkie książki były w idealnym stanie – zawsze o nie dbałam – a co sprawiało, że trudno było odróżnić te, które czytałam wielokrotnie od tych przeczytanych raz, bo jakby nie patrzeć były one tak różnorodne, że nawet mnie zdumiewał fakt, że poza biografią i dramatem lubię czytać obyczaj, romans czy nawet powieść detektywistyczną, nie wspominając o fantasty i fantastyce, bez których nie mogłam się obyć.
Może dlatego tak bardzo zdumiewał mnie fakt, że mój nowy znajomy nie stosował jakiejś taktyki i na pewno nie wybierał przypadkowych książek, bo w każdej z tych dziedzin miałam swoją ulubioną książkę, a Ryan bezbłędnie je odkrywał.
— „Bestia zachowuje się źle?” — Przeczytał jeden z tytułów.
Nie odpowiedziałam, tylko czym prędzej podeszłam do niego i wyrwałam mu swoją ukochaną książkę, choć prawdę mówiąc naprawdę chciałabym być kiedyś, choć odrobinę podobna do Blayne, ale niestety bardziej przypominałam Bo.
— To książka o zmiennokształtnych?
Nagły wrzask jednak powstrzymał cisnący się na moje usta złośliwy komentarz i obydwoje spojrzeliśmy na drzwi, które z hukiem się otworzyły, a wielkie z przerażenie oczy Maggie wróżyły tylko jedną apokalipsę.
Znów użyła magii.
_________________________________________________________________
Z góry chce przeprosić za jakiekolwiek błędy, jak również byłabym wdzięczna, za ich wskazanie.
Dziękuje również wszystkim, że czytacie moje opowiadanie - to naprawdę podnosi mnie na duchu =) 
Aktualizacja dnia 29.10 - bardzo dziękuje swojej becie (Elisabeth An Livest) za pomoc :)