Zanim przejdę do rozdziału, chciałabym ponownie podziękować swojej becie :)
Rozdział V
"(…)jeżeli zaraz nie wyniesiesz się wraz ze swoim ptasim zadem, sama chętnie cię wykopię(…)"
Pojedyncze
płatki śniegu spadały z nieba, migocząc milionem przeróżnych barw i choć
czarnowłosa była tym widokiem zachwycona, a w jej niebieskich oczach malował
się zachwyt, odwróciła głowę gwałtownie w stronę nagłego hałasu. Zmrużyła
podejrzliwie oczy, rozglądając się wokół i przygotowując swój łuk do wystrzału.
Wzrokiem
prześledziła skąpany w śniegu las. Jedyną oznaką obecności dzikich zwierząt
były dziwne szelesty w krzakach, dźwięk kruszenia śniegu i kilka zwierzęcych
odcisków łap – oczywiście tylko tych, które nie zapadły jeszcze w zimowy sen
albo nie zamierzały tego czynić.
Po
chwili, gdy jedynym dźwiękiem w okolicy był nagły ryk niedźwiedzia polarnego, a
którym łowczyni się w ogóle nie przejęła, opuściła swój łuk, a na jej ustach
pojawił się cyniczny uśmiech rozbawienia. Potrząsnęła głową, aby pozbyć się
kilku płatków śniegu, które to zdążyły osadzić się na jej krótkich czarnych
włosach, a następnie zerknęła w niebo i skrzywiła się.
Wyprostowała
się, otwierając usta, aby przywołać resztę łowczyń, gdyż wschód słońca już
dawno przeminął, a one miały na rozkaz Artemidy polować jedynie w świetle
księżyca. Miała zamiar wrócić do ich obozu i nieco się zdrzemnąć, ponieważ była
wykończona ostatnimi łowami.
Niestety
Thalia nie zdążyła nawet wydobyć pojedynczego dźwięku, gdy nagle odwróciła się
na pięcie i z niesamowitą szybkością ponownie napięła łuk w stronę przybysza.
Był to mężczyzna ubrany na czarno z za dużym kapturem, który zasłaniał całą jego
twarz w niecnej ciemności. W tej chwili w oczach łowczyni błysnęło zrozumienie.
— Co tu robisz? — spytała, nie spuszczając z oka przybysza. — Artemida nie
życzyła sobie spotkania z tobą — powiedziała z szyderstwem i pogardą w
głosie.
Mężczyzna
nie poruszył się ani nie opowiedział, jedynie po krótkiej chwili podniósł
powoli swoje dłonie do kaptura, na co łowczyni zareagowała, odruchowo
wypuszczając strzałę ze świstem, a która precyzyjnie wbiła się w pierś
nieznajomego. Jęknął on, ale dalej ściągał swój kaptur w powolny i
majestatyczny sposób, od którego Thalia dostała dreszczy.
Wystrzeliła
jeszcze kilka strzał, coraz bardziej przerażona zachowaniem mężczyzny, a gdy
czarny kaptur opadł, ona właśnie odwróciła się na pięcie, aby uciec, ale w tej
samej chwili stanęła wprost przed mężczyzną, z jej gardła wydobył się wrzask
przerażenia, gdy jego czarne oczy pochłonęły ją całkowicie w swej mrocznej
otchłani pełnej największy jej lęków.
* ~ * ~ *
Ciemność
otoczyła mnie swoimi ramionami, choć możliwe, że były to jednak ramiona
znajomego mi rudzielca, a za co dostał łokciem w brzuch. Usłyszałam jego
stęknięcie, żałując jednocześnie, że nie mogłabym pozbyć się otaczającej mnie
ciemności. Ona zawsze mnie przerażała i choć to ja jestem zawsze tą odważną w
naszej grupie, nie mogłam ukryć ściśnięcia w żołądku i dziwny dreszcz
przechodzący mi wzdłuż kręgosłupa.
Zapach
detergentów sprawił, że mój nos lekko zdrętwiał, a ciemność i ciasnota wcale
nie pomagały. Ryan znów próbował zrobić coś dziwnego z dłońmi (co dotyczyło
mojego ciała i przestrzeni osobistej), więc starałam się od niego odsunąć jak
najdalej.
Efektem
było to, że trafiłam plecami na jakąś półkę, powodując, że metalowy tajemniczy
pojemnik zagrzechotał spadając z niej. Wstrzymałam z przerażenia oddech i
czekałam na dalszy przebieg sytuacji. Starałam się wypatrzeć moich towarzyszy i
nagle spojrzałam wprost w jarzące się w ciemności niebieskie oczy, dokładniej w
dwa różne odcienie niebieskiego. Granatowa tęczówka dziwnie lśniła, jakby w
środku niej uwięzione było milion gwiazd. Natomiast błękitna świeciła niczym księżyc w nocy – jak wiadomo,
świecił on, gdyż promienie słoneczne na niego padały…
Sama
dziwiłam się swoim myślą, starając się jednocześnie wydostać jakoś z tej
sytuacji. Zerknęłam na Maggie, której jedynym śladem, że również była uwięziona
w schowku woźnego - owszem w miejscu, gdzie młodzież chowa się, aby w sekrecie
obmacywać się i wyznawać swoją miłość, a co niewątpliwie chciał zrobić Ryan,
tylko, ze wpadł na nie tą dziewczynę, co trzeba (na co dowodem był ciężki
oddech po tym jak kilkakrotnie oberwał łokciem w brzuch) - była moja
żółto-czarna torba, której breloczek w kształcie koniczyny świecił w ciemności.
— Wszystko w porządku? — szepnęła Maggie.
Drgnęłam
z przestrachu, gdyż jej głos brzmiał w tej ciemnej ciszy niczym wrzask
niemowlaka roznoszący się echem. Objęłam się ramionami i odruchowo
przytaknęłam, równocześnie zdając sobie sprawę, że oni mnie nie widzą. Jakoś
nie chciałam się odzywać, aby nie zdradzić drżenia w moim głosie.
— Jasne — odpowiedziałam jednak krótko.
W
duchu jednocześnie odetchnęłam, że mój głos pomimo strachu przed ciemnością
brzmiał nader spokojnie i opanowanie. Jednocześnie doskonale zdawałam sobie
sprawę, że mój strach jest irracjonalny – jednak po ostatnich wydarzeniach nie
dziwiłabym się gdyby nagle znikąd wyskoczył wampir i zaczął tańczyć hula wraz z
mutowanym niebieskim kosmitą.
Potrząsnęłam
głową dziwiąc się swojemu dziwnemu poczuciu humoru, a jednocześnie dostałam
kolejne potwierdzenie, że jednak jakieś mam – w chwilach całkowitego strachu,
ale jednak jest.
— Maggie… co właściwie zmalowałaś? — spytał nagle Ryan, a ja spojrzałam w jego
kierunku. — Po prostu jestem ciekawy, czemu wszyscy tulimy się do siebie w schowku
woźnego — wyjaśnił i posłał mi smutne spojrzenie.
Spojrzałam
na niego podejrzliwie, gdyż przeczuwałam już wcześniej, że on z jakiegoś powodu
widzi w ciemności, a w końcu nigdy nie chciałam komukolwiek zdradzać, jak
całkowita ciemność na mnie działa – czytaj: drżę jak osika.
Równie
szybko przypomniałam sobie jednak moment wbiegnięcia do mojego pokoju przez
przerażoną Maggie, która, mówiąc coś o tym, że przez pomyłkę, zamiast zmylić
dyrektorkę zmieniła jej płeć i chyba niechcący użyła zaklęcia, które kiedyś
pochwalił się jej jeden z synów Erosa – kompletnie nie miałam pojęcia, co
wspólnego z tym wszystkim miał bobas z pieluchą i łukiem wraz ze strzałą z
serduszkiem.
Doszliśmy
jednak do tego – a naprawdę zrozumienie monologu Maggie było wyczynem na skale
światową, gdyż jej tłumaczenia i opowiadanie historii jest tak samo trudne do
zrozumienia jak pokonanie labiryntu w ciemnościach – że zmieniła moją wredną
dyrektorkę w mężczyznę, który nagle zakochał się w moim ulubionym nauczycielu
angielskiego, dokładniej mówiąc w panu Formanie.
— To było niechcący — zawołała żałośnie. — Chciałam zrobić iluzję, gdy mnie
złapała i tak jakoś wyszło, że pomyliłam kilka słów po łacinie — wyjaśniła.
Byłam
pewna, że zrobiła przy tym minę zbitego psa. Nie mogłam powstrzymać cisnącego
się na moje usta uśmiechu, gdyż to wszystko należało się tej wrednej babie, a
jednocześnie było mi szkoda jedynego nauczyciela, który nigdy się na mnie nie
mścił i tolerował moje wybryki z przymrużeniem oczu, a nieraz nawet doradzał
jak wywinąć się od kary.
Zaskakujące
było dla mnie, że czarnowłosa zna łacinę, ale powinnam przyzwyczaić się już, że
przy tej dwójce wszystko co niemożliwe staje się możliwe.
Wzdychając
ciężko, przykucnęłam przy drzwiach, ocierając się przy tym o kogoś, ale wolałam
nawet nie myśleć, że tym kimś może być polujący na mnie Ryan, co niewątpliwie
potwierdził, pytając się, czy mógłby użyć zaklęcia bożka miłości na mnie.
Zabawne.
On
tak nie uważał, gdy wyraziłam swoją opinię o tym jego szalonym planie – efekt
był taki, że prawdopodobnie został impotentem.
Nagła
jasność oślepiła mnie, gdy przymykając jedno oko wyglądałam na jasny hol przez
dziurę na klucz, zamrugałam kilka razy, aby przyzwyczaić źrenice do nagłej
jasności i już po chwili mogłam z ulgą stwierdzić, że białe kafelki odbijające
jasne rażące w oczy białe światło był nieskażony przez jakąkolwiek osobę.
— Wydaje się pusty — stwierdziłam z wątpliwościami.
Maggie
jednak miała inny pomysł, podobnie jak Ryan, gdyż obydwoje nagle próbowali
dorwać się do drzwi, a efekt był taki, że pod naborem naszego ciężaru stare i
jedyne w tym holu jasno-drewniane drzwi nie wytrzymały i zamek puścił,
sprawiając, że przez chwilę zakleszczyliśmy się w ich ramie, a następnie z
hukiem upadliśmy na kafelki – a dokładniej to ja zostałam najbardziej
poobijana.
Ciężar
z moich pleców w miarę szybko zniknął, a ja równie szybko stanęłam na równe
nogi rozglądając się z zaniepokojeniem po holu i starając się wymyślić jakiś
genialny pomysł. Niestety w mojej głowie panowała całkowita pustka, ale na brak
pomysłów nie cierpiała czarnowłosa wiedźma, która krzycząc coś o locie zaczęła
szeptać w nieznanym mi języku słowa – najpewniej była to jakaś rymowanka po
łacinie.
Na
nic zdały się nasze wrzaski, groźby i śmiech (ten ostatni tylko Ryan wydobył z
siebie), gdyż już po chwili coś wokół nas zaczęło wirować, a ja szybko chwyciłam
swoją torbę, mając nadzieje, że jednak obroni mnie ona przed czarami Maggie.
Ponieważ każdy zdrowy człowiek by się tego obawiał, a co jest jednocześnie
dowodem, że podekscytowany Ryan nie jest człowiekiem.
— Jeżeli przeżyje, zabije cię — warknęłam ponownie.
Maggie
oczywiście pod naborem mojego morderczego wzroku zająknęła się i
najprawdopodobniej pomyliła kilka słów, gdyż nagle wystrzeliłam jak z torpedy w
górę, cieszyłam się jednak, że z mojego tyłka nie lecą jakieś fajerwerki.
Jak
wspominałam, niezidentyfikowana siła z całej siły wyrzuciła mnie w powietrze
(naprawdę cieszyłam się, że ten budynek ma tylko dwa piętra) i przelatując
przez dach – jak nic zarobiłam kilka nowych siniaków i zadrapań, nie
wspominając o draskach i resztach dachówki we włosach – a następnie wylatując w
sam środek zbierającej się chmury burzowej (naprawdę nikomu nie życzę nagłego
wyładowania ładunku na swojej skórze) poszybowałam dalej niczym wystrzelona z
procy.
Wiatr
targał moimi naelektryzowanymi włosami, które wręcz stały mi na głowie niczym
Szopenowi po skończonym koncercie, a krople deszczu, które zaczęły spadać
niczym maleńkie okruchy szkła raniły moją skórę twarzy i ramion. Zacisnęłam
mocniej ramiona wokół swojej torby mając nadzieje, że zadziała ona, jako
poduszka powietrzna – dla ochrony moich kończyn. Miałam również nadzieję, że
książki wewnątrz niej nie zostały zniszczone, równie szybko jednak zamknęłam
usta, gdy jakaś mucha czy inny niezidentyfikowany owad dostał się do nich, a
oczy przymknęłam bojąc się, że ostre krople i silny wiatr sprawi, że oślepnę do
końca życia.
Moja
podróż trwała w miarę szybko i kiedy odważyłam się w końcu otworzyć oczy,
zdając sobie sprawę, że nieco zwolniłam zobaczyłam znajomy pomnik Atlasa w
środkowym Manhattanie, a gdy z całej siły uderzyłam w metal sprawiłam, że moja
torba dość nieudolnie ochroniła moje żebra, które najprawdopodobniej nieco
uszkodzone, ale również wgniotłam nieco te metalowe pręty – czy cokolwiek to
jest – oraz rozbujałam wielką kule, która miała coś tam prezentować, a co niby
dźwigał ten cały Atlas.
Sapnęłam
z bólu i zacisnęłam dłonie, nieco je raniąc na ostrym zakończeni metalu.
Odetchnęłam kilka razy urywanym oddechem tak, aby płuca jak najmniej obijały
się o bolące żebra, a następnie powoli jak i jęcząc z bólu zaczęłam schodzić z
pomnika.
Nie
dało się nie słyszeć kilu wrednych komentarzy przechodniów pod moim adresem,
ale zbyłam je tak samo jak wszystkie wredne teksty, jakich się nasłuchałam w
dzieciństwie. Dzieci z ADHD i dysleksją nigdy nie mają łatwego życia wśród
rówieśników i albo stajesz się ofiarą, albo dręczycielem.
Dotykając
stopami stabilnego już podłoża przerzuciłam pasek swojej torby przez ramię i
rozejrzałam się ostrożnie wokoło, szukając jednocześnie swoich towarzyszy, ale
już po chwili zorientowałam się, że zostaliśmy rozdzieleni albo Maggie
zaczarowała w ten niewygodny sposób tylko mnie.
Skrzywiłam
się lekko i delikatnie otrzepałam swoje czarne włosy z resztek dachówek i
drewna, które rozwaliłam przelatując przez dach szkoły, a czego nie żałowałabym,
gdyby nie było aż tak bolesne. Gdy miałam właśnie wykonać krok w stronę centrum
nagła siła wokół mnie znów zafalowała, ale tym razem nie było to za sprawą
Maggie i jej czary-mary.
Delikatnie
i powoli zaczęłam unosić się w powietrze, nikt chyba nigdy nie dowie się, jakie
przerażające jest wisieć w powietrzu i nie być asekurowany przez żadne pasy.
Jednocześnie starałam się znaleźć jakieś niewidzialne podłoże, aby mieć, choć
nadzieje na stabilny grunt. Niestety machając rękami i nogami wyglądałam jak
niejedna osoba uciekająca ze szpitala psychiatrycznego.
Zamknęłam
oczy i znieruchomiałam mając nadzieje, że dzięki temu się po prostu zatrzymam,
a ku mojemu zdziwieniu udało mi się, niestety, gdy otworzyłam oczy okazało się,
że byłam kilka centymetrów nad pomnikiem Atlasa, a co spowodowało, że ponownie
na niego spadłam i jeszcze gorzej poraniłam swoje żebra. Przeklęłam pod nosem
jak zwykle i znów starałam się zejść z pomnika, a efekt był przewidywalny, gdyż
jeszcze kilka razy polewitowałam, aby ponownie upaść na pomnik, a co zaczęło
mnie wnerwiać.
Gdy
udało mi się w końcu zejść, wskazałam swoim palcem na pomnik, mrużąc ze złości
oczy jakby był on żywą i rozumną osobą, a następnie z grobowym i złowieszczym
tonem oznajmiłam:
— My się jeszcze policzymy.
Jakby
w moich słowach ukryta była jakaś moc, pomnik został poderwany z ziemi i
odrzucony kilka metrów dalej, a ja ze wskazującym palcem stałam tak oniemiała i
wgapiałam się w przerażony tłum, który zaczął zbierać się przy pomniku, który
przygniótł jakąś kobietę, a która wrzeszcząc z wściekłości, nagle poszybowała w
górę odsuwając od siebie pomnik jakby był z kartonu.
Stałam
sobie tak z podniesionym palcem i gapiłam się jak to kobieta nagle przemienia
się w jakąś bliżej nieokreśloną formę, a która przypominała mi ptaka. Choć była
kilka metrów nade mną i ode mnie, widziałam doskonale jej małe wyłupiaste
czarne oczy, orli nos i cienkie usta wykrzywione w prawdziwej furii. Jej
zniekształcone ramiona były nieco zbyt długie i upierzone były w dziwny odcień
czarno-zielonych piór. Natomiast jej dłonie, a dokładniej palce, przypominały mi
szpony niejednego drapieżnego ptaka.
Po
prostu przypominała moją babcię.
Przeklęłam
tak, że niejeden z tych potworów na pewno zaczerwieniłby się ze wstydu i
ruszyłam pędem przed siebie, a mój ból w żebrach i krwawiące rany były mi w tej
chwili tak obojętne jak krople wody spadające z nieba, które naprawdę musiały drażnić kobietę-ptak. A
może wkurzyła ją tak moja nagła ucieczka przed nią...?
Nikomu
naprawdę nie radziłam uciekać przez tłumy ludzi, podczas gdy potwór, który cię
goni przemierza z łatwością przestrzeń powietrzną. W tej chwili żałowałam, że i
ja nie umiem latać, do czasu aż przypomniałam sobie swoją lewitację.
Wiedziałam, że uciekając na pieszo miałam większe szanse na nią, niż
jeżeli miałabym balansować nieruchomo w powietrzu, ale pewne jak nic było, że
gdy biegłam chodnikiem pełnym śpieszących się i chamskich ludzi, mitologiczny
potwór szybciej mnie dorwie w swoje szponiaste dłonie.
Nie
czekając dłużej podskoczyłam machając ramionami, a co na niewiele się zdało.
Przypomniał mi się moment w moim dzieciństwie, gdy potrafiłam wznieś się w
powietrze i fruwać pod sufitem, a co niedługo później wzięłam za objaw swojej
wybujałej wyobraźni. To było jak olśnienie, w nagłej chwili napływu wspomnień
wiedziałam po prostu, co muszę zrobić.
W
swojej wyobraźni poczułam, jak staję się lekka i daje nieść się wiatrom przed
siebie. Nagły podmuch powietrza odgonił szponiastą kobietę i sprawił, że niczym
latawiec poszybowałam w górę i tym razem nie byłam tak przerażona jak na
początku, a nawet uśmiechnęłam się lekko i poszybowałam przed siebie.
Odetchnęłam
z ulgą, gdy ponownie stopami dotknęłam stałego podłoża, a następnie rozejrzałam
się po małym parku, który był zadziwiająco i nieco złowieszczo pusty. Jednak jakoś nigdy nie przerażały mnie takie atmosfery, a jedynie ruszyłam w stronę
najbliższej wolnej ławki i siadając na niej przymknęłam oczy zastanawiając się,
co teraz mam zrobić?
Skrzywiłam
się, gdy znów poczułam powracający do mnie ból żeber, a chwilę później
otworzyłam oczy słysząc śmiech. Siedząc nieruchomo wgapiałam się kobietę,
której miałam nadzieje, że uciekłam.
— Wnuczka Vivienne jak widać — oznajmiła.
— Ptasia brzydota jak widać — odparłam.
Kobieta
wykrzywiła usta w złości, ale szybko się opanowała i mrużąc swoje czarne.
wyłupiaste oczy. uśmiechnęła się nieco złowieszczo, co mnie zaskoczyło, ale nie
dałam tego po sobie poznać.
— Jestem zaskoczona, widząc, że Melinda jednak dała się uwieść temu kretynowi —
oznajmiła chłodno.
— Uważaj ptasi móżdżku, o kim mówisz — oznajmiłam podnosząc się na równe nogi.
Mimo
że kobieta była wyższa ode mnie przynajmniej o głowę, nie zamierzałam siedzieć
spokojnie na ławeczce, jęcząc z bólu i tak po prostu dać się zabić. Zbyt dużo w
ostatnim czasie przeżyłam, aby tak po prostu się poddać. Z drugiej strony nie
byłabym sobą, gdybym nie pokazała tej ptasiej brzydocie gdzie raki zimują.
— Byłabyś wspaniałą harpią — stwierdziła z namysłem. — Szkoda, że twoja matka zadała
się z tym… kretynem — oznajmiła uśmiechając się przebiegle. — Masz w sobie
więcej krwi potwora, niż twoja własna babka — wyjaśniła widząc jak mrużę oczy. — Czy nigdy nie zastanawiałaś się, czemu jesteś taka agresywna? Czemu "nie dawać sobie w kaszę dmuchać"? — Spytała powodując lekki mętlik w mojej głowie. —
My, harpię. od najmłodszych lat musimy walczyć w hierarchii, każdy musi znać
swoje miejsce, a najsłabsze okazy zazwyczaj umierają, w twoim DNA zawsze będzie
to obecne: zabij albo umieraj — mówiąc to odsunęła się ode mnie o krok. — W
końcu każda harpia jest dręczycielem albo sama ginie.
Przełknęłam
ciężko ślinę mając nadzieje, że moja mimika twarzy nie pokazuje jak wiele jej
słowa dla mnie znaczą, jak wielki chaos w mojej głowie spowodowały. Sama już nie
wiedziałam, kim jestem? Jeszcze kilka dni temu byłam doskonale pewna, że jestem
tylko jedną z nastolatek, w których buzują hormony i która uwielbia wszystkim
pokazywać, że z nią się nie zadziera, a teraz?
Obawiałam
się tego, że mogłabym stać się psychopatycznym mordercą.
— Czy wspominałam, że harpie, jak każde mitologiczne potwory, polują i zabijają
herosów?
Serce
zabiło mi mocniej, a przed swoimi oczami zobaczyłam rozszarpane gardła swoich
przyjaciół – nie miałam dłużej, co się oszukiwać, że właśnie tak traktowałam
Maggie i Ryana. W swojej wybujałej wyobraźni zobaczyłam siebie z iście
szatańskim uśmiechem na twarzy, wyglądając jakby mnie to bawiło, a ich krew
brudziła moje dłonie przemienione w podobne szpony, co kobiety.
— Tylko tyle masz do powiedzenia? — Spytałam
chłodno powodując, że uśmiech kobiety zamarł. — Więc teraz mnie posłuchaj,
skowroneczku — oznajmiłam chłodno. — Mam gdzieś, kim i czym byli moi rodzice,
ja nazywam się Jillian i jestem jaka jestem — wyjaśniłam, kręcąc głową. — Nie
jestem ani taką kreaturą jak ty, ani taka jak moi przyjaciele, jestem inna, a
co oznacza wyjątkowa i jeżeli zaraz nie wyniesiesz się wraz ze swoim ptasim
zadem, sama chętnie cię wykopię — zagroziłam.
Kobieta
zaniemówiła, ale posłusznie odwróciła się i wbijając w powietrze, zniknęła już
po chwili z pola widzenia otoczona przez burzowe chmury. Dopiero teraz
zorientowałam się, że przestało padać, ale ja nadal byłam mokra, a słowa kobiety
niczym szarańcza brzęczały mi w uszach.
Spuściłam
głowę i spojrzałam na swoje czarne trampki, przyglądając się białej pobrudzonej
i podniszczonej sznurówce, która przeżywał na pewno nie mniej niż moje ubrania
w równie kiepskim stanie ponownie podniosłam głowę w górę patrząc w niebo.
— Kim jestem? — Szepnęłam.
Naprawdę
chciałam znać odpowiedź na to pytanie, ale przede wszystkim chciałabym mieć
pewność, że nie jestem i nigdy nie będę takim potworem jak ta kobieta.
Pragnęłam zapewnienia, że moja babka była inna od swojego rodzaju, że była
dobra i kochająca, że moja matka zawsze pomagała innym i wiecznie uśmiechnięta
szła przez życie.
Wówczas
byłoby to kłamstwo.
W
moich wspomnieniach pojawił się obraz Rudzielca, czemu właśnie jego? Kompletnie
nie znałam na to odpowiedzi, ale podniosłam swoją torbę z ławki i ruszyłam na
poszukiwanie jego i Maggie, mając nadzieje, że dzięki nim nie stanę się nigdy
uosobieniem prawdziwego zła, a co od teraz miało stać się największym moim
lękiem.
Wiatr
zawiał lekko poruszając moimi kosmykami krótkich włosów, a co wydało mi się
niezwykle miłym gestem, a następnie w swoich uszach niczym szum wiatru
usłyszałam:
Pamiętaj
również, że to ty wybierasz, kim chcesz być, a nie twoje pochodzenie.
Uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam z wdzięcznością w stronę nieba, szepcząc ciche
podziękowania pod adresem swojego ojca, a następnie ruszyłam żwawym krokiem i
nową pewnością siebie na poszukiwanie swoich przyjaciół. Moich pierwszych
prawdziwych przyjaciół.